Łapy przy sobie: sześć

Na początku lutego przyszła pora na długo wyczekiwane spotkanie z bratem. Do zaśnieżonego Hogsmeade poszłam sama, bo wcześniej umówiłam się z Vector, że spotkamy się dopiero na miejscu.
Wolfe czekał już na mnie w Trzech Miotłach. Zajął miejsce tuż przy witrynie i uśmiechnął się szeroko, kiedy tylko mnie zauważył. Wpadłam do pubu z takim entuzjazmem, że kilkoro gości przy stolikach zlokalizowanych blisko drzwi spojrzało na mnie z wyrzutem, kiedy pęd powietrza wpuścił do wnętrza nie tylko masę powietrza o ujemnej temperaturze, ale także sporą ilość świeżego, śnieżnego pyłu. Postanawiając się nimi nie przejmować, zwróciłam się w stronę brata i rzuciłam się na niego z takim impetem, że ledwie utrzymał równowagę. Ścisnął mnie tak mocno, że wydałam z siebie jeden pisk, będący jednocześnie wyrazem bólu i niewypowiedzianej radości.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniłam, zanim go nie zobaczyłam. Było niewyobrażalną ulgą przekonać się, że przez ostatnie pół roku wcale się nie zmienił. Mnie i Wolfe’a zawsze z łatwością identyfikowano jako rodzeństwo – dzieliliśmy te same kolory, w tym brązowe włosy i jasną cerę. Mieliśmy też ten sam długi nos o prostym grzbiecie, odziedziczony wprost po ojcu. Różnice, takie jak ta, że Wolfe miał znacznie mocniejszą posturę, inny kształt oczu i nieco ostrzejsze rysy, nie miały więc większego znaczenia przy ogólnym wrażeniu. Patrzenie na niego było jak przyglądanie się osobliwej wariacji na temat własnego wyglądu.
Nic nie wskazywało też na to, by trudy dorosłości pozbawiły go luzu i optymizmu, którymi zawsze się charakteryzował.
– Cześć, młoda! – wyrzucił z siebie Wolfe, kiedy tylko uwolniłam go od uścisku. Rzuciłam torbę na parapet i wdrapałam się na wysoki stołek, z którego rozpościerał się idealny widok na główną ulicę. Natychmiast ukradłam Wolfe’owi jedno z kremowych piw, które widocznie zawczasu przyniósł z baru. – Wyglądasz przerażająco radośnie.
Uśmiechałam się tak szeroko, że rzeczywiście musiało wyglądać to niepokojąco. Od świąt byłam niewyobrażalnie, niewiarygodnie szczęśliwa. W trakcie przerwy świątecznej zarówno ja, jak i Syriusz, z godną podziwu determinacją udawaliśmy, że wcale nie wolelibyśmy spędzić świąt poza zamkiem i w konsekwencji dotrzymywaliśmy sobie towarzystwa, unikając dotkliwej samotności. Kiedy wracałam myślami do tych chwil, ogarniało mnie uczucie tak niepowstrzymanej radości, że wydawało się to niezdrowe. Szczególnie gdy zestawiło się to z obniżonym nastrojem, który towarzyszył mi przez większość grudnia.
To, że zachowywałam się idiotycznie radośnie nie oznaczało jednak, że straciłam kontakt z rzeczywistością. Pierwszym szokiem było zakończenie przerwy świątecznej. Kiedy tylko szkoła ponownie zapełniła się uczniami, bezpowrotnie zniknęła magiczna atmosfera prywatności, która usprawiedliwiała moje niezobowiązujące spotkania z Blackiem. Ze względu na powrót swoich przyjaciół, znów spędzaliśmy czas głównie w ich towarzystwie, a spotkania w pustych korytarzach nie wydawały się już na miejscu. Za tymi momentami tęskniłam najbardziej – naturalnie dogadywanie się z Blackiem nie było łatwe, szczególnie że zaskakująco często nasze podejście do życia się różniło, a żadne z nas nie należało do osób opanowanych i często dochodziło do spięć. Mimo to wytworzyła się między nami pewna więź.
Zwykle nie brakowało mi wsparcia psychicznego, którego w dowolnych ilościach udzielali mi Vector i Wolfe, a wcześniej także rodzice, ale okazało się, że świadomość, że jest ktoś, kogo mogę bezkarnie przytulić czy pocałować, dawała zupełnie inne poczucie komfortu. W relacji z Blackiem szczególnie tęskniłam więc do bliskości fizycznej, która była dla mnie czymś zupełnie nowym i która została znacząco ograniczona po tym, jak rozpoczął się nowy semestr. Tym samym stało się jasne, że choć wciąż rozmawialiśmy ze sobą codziennie, regularnie przyjacielsko się przepychaliśmy i zaskakująco dobrze się rozumieliśmy, nie miałam co liczyć, że Black kiedykolwiek nazwie mnie swoją dziewczyną.
Nie zamierzałam zresztą o to zabiegać.
– Jak rodzice? – zapytałam Wolfe’a po tym, jak w ekspresowym tempie nadrobiliśmy zaległości w naszym życiu, głównie przekrzykując się wynikami w pracy i w szkole, informacjami o znajomych i głupimi żartami.
– Mercy kazała zdać mi raport, jak sobie radzisz, a stary niespecjalnie przejął się, że zwiałaś – powiedział prostolinijnie Wolfe, wzruszając ramionami. Poczułam lekkie ukłucie w sercu na myśl, że najwyraźniej cierpieli z powodu rozłąki mniej niż ja. – Upiera się, że niedługo wrócisz. Mam ci przekazać, że załatwił ci robotę i że możesz zacząć w lipcu.
Wolfe uśmiechał się szyderczo, jawnie robiąc sobie żarty z mojego rozdarcia między wybraniem własnej drogi a wybraniem drogi, którą dla mnie wymyślono. Jak dotąd nie było między nimi różnicy, bo przedmioty, które proponował mi ojciec, w pełni pokrywały się z moimi zainteresowaniami. Wcześniej jego propozycje wydawały się ekscytujące, ale nadszedł czas, by zastanowić się, co innego można zrobić z osobliwym połączeniem owutema z numerologii, zaklęć, astronomii i opieki nad magicznymi stworzeniami. Wolfe’owi łatwo było się śmiać, bo sam miał już za sobą wybór kariery i konfrontowanie tych pomysłów z pomysłami ojca, ale za wyśmiewanie młodszych należał mu się kuksaniec w obojczyk. Z grzeczności udał, że go zabolało.
– Myślisz, że to praca w Departamencie Tajemnic? – zapytałam niepewnie, bacznie obserwując reakcję brata i z trudem maskując nutę nadziei w głosie. Wątpiłam, żeby było to możliwe, ale jednocześnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, jaka inna praca w Ministerstwie mogłaby wymagać takich dziwnych kwalifikacji, na dodatek potwierdzonych czterema „Wybitnymi”. Ojciec nigdy nie wyjaśnił mi, jakie stanowisko ma na myśli, ale nie było w tym nic dziwnego – bycie Niewymownym polegało głównie na tym, by nigdy niczego nikomu nie wyjaśniać.
– Nie sądzę – odpowiedział Wolfie, robiąc pocieszającą minę. – Dawno byśmy wiedzieli, czym właściwie się zajmują, gdyby zaczęli zatrudniać siedemnastolatki.
Wyszczerzył zęby, a ja – nie mogąc się powstrzymać – parsknęłam śmiechem.
– Babcia też była Niewymowną. Brzmi jak rodzinna tradycja – powiedziałam nagle, wyciągając z torby świstek, będący kopią jednej ze stron książki, w której w trakcie ferii znalazłam wykaz najpopularniejszych wróżbitów pierwszej połowy XX wieku.
Od grudnia nosiłam ten wycinek przy sobie, ale jego istnienie było dla mnie skrajnie niekomfortowe. Wciąż pamiętałam, jak czułam się, kiedy go znalazłam. Czymś innym było przekonanie, że jest się okłamywanym przez całą rodzinę, a czymś innym zobaczenie ostatecznego dowodu na piśmie. Poza tym wybiórcza biografia Anemone Snicket zawierała również informację, że była wnuczką wróżbitki Kasandry Trelawney. Przyrzekłam sobie, że nikt spoza mojej rodziny nigdy nie dowie się, że mnie i Sybillę Trelawney łączą jakiekolwiek więzy krwi. Może według autora książki pokrewieństwo z innymi wieszczkami było dobrą rekomendacją, ale mnie po prostu obrażało.
Podałam wycinek bratu, a on szybko przebiegł wzrokiem po kilku linijkach tekstu.
– Wiem – odpowiedział Wolfe, oddając mi kartkę. – Nie tylko pracowała w Departamencie, nawet tam umarła. W listopadzie pięćdziesiątego dziewiątego.
Daty śmierci nie było w notce biograficznej, pewnie dlatego, że została ona sporządzona jeszcze za życia babci, ale ta data mówiła bardzo wiele. Oznaczała, że w pewnym momencie babka i ojciec pracowali razem, co wydawało się niezwykle nieprawdopodobne, zważywszy na to, w jaki sposób ojciec wypowiadał się o swojej matce. Dopiero po chwili przyszło mi do głowy bardzo zasadne pytanie:
– Skąd wiesz? – zapytałam, zaszokowana.
– Justice mi powiedziała, była na kolacji – odpowiedział łagodnie.
Kiedy rozmawialiśmy między sobą, ja i Wolfe zawsze mówiliśmy o swoich matkach po imieniu. Miało to znaczenie praktyczne, bo nazywając je „mamą” i „ciocią” wielokrotnie przeprowadziliśmy całą rozmowę, by dopiero na końcu dowiedzieć się, że każdy mówi o innej.
Mercy przedstawiła mi moją biologiczną matkę dopiero, kiedy urodził się Royle – być może dopiero wtedy poczuła się wystarczająco pewnie. Pierwsze spotkanie było traumatyczne nie tylko dla mnie, szczególnie że w pierwszym momencie nie potrafiłam ich odróżnić. Potem Wolfe czasem mówił o Justice „twoja mama”, co sprawiało mi przykrość, mimo że wiedziałam, że miał na celu identyfikację, a nie podkreślenie tego, że nie jestem prawdziwą córką Mercy. Używanie imion wzmocniło więc nasze poczucie jedności. Z czasem oryginalna sytuacja rodzinna stała się naszą ulubioną historią do opowiadania na podwórku, a nie źródłem cierpienia. Przejście z tym do porządku dziennego było możliwe tylko dzięki temu, że Justice pojawiała się w naszym domu co najwyżej raz na trzy lata.
To, że odwiedziła nas w święta, było więc wyjątkowo wymowne. Sugerowało, że ojciec rzeczywiście miał w planach jakąś poważną rozmowę ze mną lub o mnie, w przeciwnym razie nie narażałby mamy na nieprzyjemność spotkania ze swoją bliźniaczką.
Nie mogłam też winić Wolfe’a, że wypytywał właśnie ją – Justice była całkowicie pozbawiona irytującej cechy łączącej moich rodziców – umiejętności utrzymywania tajemnic w sekrecie.
– To były wyjątkowo przygnębiające święta – podsumował Wolfie, dobrze odczytując moje milczenie i widocznie chcąc mnie pocieszyć. – Royle prawie się zaryczał, bo zdechł mu kot. Gdybyś była na chacie, nikt by ci nie uwierzył, że nie miałaś z tym nic wspólnego – ten durny futrzak wyskoczył przez okno z twojego pokoju.
Poczułam się, jakbym nagle wdepnęła w stopień-pułapkę – miałam okropne poczucie pustki w brzuchu. Wolfe spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.
– Wyluzuj, pewnie skoczył za jakimś ptakiem.
Nic nie odpowiedziałam. Czułam, że z twarzy odpływa mi krew, ale nie zdążyłam dowiedzieć się, czy było to tylko wrażenie czy rzeczywiście zrobiłam się blada jak ściana, bo do Trzech Mioteł wpadła Vicky. Zrobiło się zamieszanie związane z kolejną falą przywitań, pozdrowień i entuzjastycznych okrzyków. Zanim znowu usiedliśmy przy ławie i chwyciliśmy za kufle z kremowym piwem, odzyskałam już swój kolor i mogłam z powodzeniem udawać, że wszystko w porządku.

Advertisements

7 thoughts on “Łapy przy sobie: sześć”

  1. zamieszanie komunikacyjne z mercy/justice faktycznie musiało być spore. ale podoba mi się, że justice nie umie dochować tajemnicy, pomijając już, że to świetnie zestawienie cech – po prostu brzmi jak bohaterka, która mogłaby się pojawić na koniec i wszystko pozamiatać. noszę w sobie wiele sympatii dla takich postaci xd
    wolfe brzmi jak świetny gość. jego opowieść była tak wyluzowana, że prawie się nie przejęłam ani skomplikowanymi relacjami rodzinnymi, ani śmiercią kota.
    pozostaję za to z jedną zagadką: po co ONMS do Departamentu Tajemnic. mam nadzieję, że przed zakończeniem tekstu się dowiem.

    Like

    1. wolfe to mój klasyczny bohater męski, jeden z tych, którzy piszą mi się sami. rzeczywiście jest najlepszy na złe wieści, taki brat się przydaje, kiedy ma się skłonności do popadania w dramaty. od niego annie nauczyła się dystansowania do trudnych sytuacji.
      im mocniej wchodzę w trójkąt rodziców annie, tym bardziej zdumiewa mnie, do czego są zdolni i tym bardziej im współczuję. a justice faktycznie jest mocna, chociaż nie wiem, czy dam jej pozamiatać.
      właśnie dzisiaj musiałam edytować listę przedmiotów i tak, będzie wiadomo, po co onms xd

      Like

  2. roman był już moim faworytem jeszcze zanim okazało się, że w żałobie romansował przelotnie z kobietą o tak epickim imieniu, ale teraz nikt nie ma już szans na zdetronizowanie go. cała trójka zresztą brzmi interesująco, o takim trójkącie to bym chętnie poczytała, co powiesz na mały prequel? taki tyci tyci bonusik po zakończeniu ffka?
    to przykre, że tym, co zdusiło romans annie z syriuszem w zarodku, był akurat powrót przyjaciół. to taka fala przeciwności losu, o którą ciężko mieć jakieś pretensje. za to wolfe to wymarzony starszy brat. nie wspominałaś, czym się zajmuje w dorosłym życiu, czy tylko przegapiłam?
    no ale i tak jestem #teamroyle, nic na to nie poradzę, to silniejsze ode mnie.

    Like

  3. a ja jestem #teamwolfe ale to chyba nikogo nie dziwi?
    tesknie za twoimi klasycznymi meskimi bohaterami, powinnas moze o jednym strzelic ffka…?

    Like

  4. kto powiedział, że repottered skończy się na jednym? xd lecę czytać siódemkę, bo już wisi! i ofc też jestem #teamwolfe, i to też nikogo nie zdziwi.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s