03: Wokół pani Arbanddel

To było jak znalezienie się w zbyt ciasnym korytarzu, do którego zagonieni płonnymi ambicjami staramy się zatkać uszy na wszystko, czego słuchanie już dawno nas znużyło, i jak dziecko zapominające o obowiązkach, które narzucili mu rodzice lub guwernantka, szukamy tej krainy znanej z mieniących się ciepłem i złotem popołudni, gdy wymagano jeszcze od nas ledwie tyle, by – po zaspokojeniu żądań czasu nieubłaganie przydającego nam lat – starczyło nam sił na konsolidację wspomnień i doświadczeń w jedną, ciągłą linię.
Zrobiło jej się ciemno przed oczami, choć nie pamiętała, by je zamykała, klatkę piersiową ścisnął zaś ciężar znany chyba tylko z chwil, kiedy prawdziwie cierpiała; nie, Jemima, zdecydowanie nie zostanie fanką teleportacji. Tylko w dłoniach wciąż czuła przyjemną miękkość, czy szata Severusa miała domieszkę jedwabiu? układała się tak delikatnie i plastycznie wokół ciała, które wcale takie nie było, bo to ciało było zimne jak próżnia i równie niegościnne dla dotyku obcego, im bliżej go, tym trudniej przychodziło Jemimie wyzbyć się przekonania, że Severus nie istnieje w wymiarze wspólnym wszystkim ludziom, ale porusza się w swoim własnym, zamkniętym dla zmysłów osób postronnych. Z uporem śmiertelnie chorego, który wie już o swojej chorobie i przeczuwa zbliżający się koniec, ale broni się z całych sił przed porzuceniem nadziei, choćby tylko dlatego, że przykro mu rozstawać się z przyjemnostkami życia, ściskała szatę Severusa, jak dawniej ściskała sukienkę Luny, i wiedziała, że jeśli tym razem puści, to rozpadnie się na tysiąc małych kawałeczków, z których każdy będzie niezdolny do samodzielnego życia tak samo, jak Jemima w dniu, w którym opuścił je Rosier. I od tamtej pory były już tylko Arbanddel, choćby tysiąc razy temu przeczyły, i tysiąc razy prosiły Evana o litość, bo przecież Rosier chciał je tylko na chwilkę, dopóki nie stały się zbyt realne, wtedy ich masa absolutna stała się nie do zniesienia, gniotła go, uwierała i nieznośnie ciążyła na barkach, aż wreszcie wrzucił je tam, gdzie ludzie w swoim mniemaniu ważni składują tych nic nie znaczących; Jemima podejrzewała, że Snape też ma takie miejsce, ale w przeciwieństwie do Rosiera ma jeszcze drugie, to, dokąd wysyła się kogoś za przewinienia miłości, by rozkoszować się jego wieczną obecnością.
– Jesteśmy już na Pokątnej, Rosier – usłyszała jednostajny, matowy głos Snape’a.
Jednakże nie informował jej przecież o tym, gdzie się znajdują, by wiedziała, a jedynie po to, aby wreszcie puściła jego szatę, zwracając mu tym samym wolność, której – jak pływak, który chcąc uratować tonącego, musi wpierw wyzwolić się z jego rozpaczliwych objęć – tak desperacko potrzebował. Zamiast szaty Severusa, jej palce oplotły teraz zamsz torebki, wtapiając w nią swe miękkie czubki niby stołowe nożyki, które choć dobre są do smarowania grzanki masłem, nie są wystarczająco ostre, by nabić na nie kawałek soczystej polędwicy i nie pozwolić mu obsunąć się na talerz. Środek ciężkości Jemimy, wzorem wahadła w zegarze, przelatywał z jednej strony na drugą, a ona sama nie znajdywała oparcia we własnych mięśniach i ścięgnach nie tyle z powodu niedawnej aportacji – która jak doprowadzenie wody do temperatury wrzenia wprowadza zamęt do układu pozostającego dotąd w równowadze – co wskutek poruszenia, które wywołała w niej sprzeczka na błoniach. I napełniła ją ta kłótnia dawno nie odczuwaną obawą, że krew Rosiera nie jest wystarczająco dobra, wszak gdy przyszło mu opuścić piedestał niedostępnego awangardzisty – do czego nie zmusiły go przecież żadne okoliczności, a o czym, świadomy własnych niedociągnięć, zadecydował, chcąc wyzwolić się z łańcuchów zarzuconych na takich jak on: młodych i sytuowanych – zmieszała się z rzeczywistością, rozrzedzającym tym samym swój gęsty, konkretny, charakter, by odtąd płynąć w żyłach i tętnicach Rosiera bardziej namacalnego, tego tak bliskiego sercu Jemimy, a tak odległego sercu Severusa, który kochał tylko to, co abstrakcyjnie piękne. Jak wszyscy młodzi Jemima nie mogła mieć żalu o tę słabostkę Rosiera, który zawsze wiedział czego chce, i być może to właśnie go zgubiło, ten brak wątpliwości, które innych chroniły przed tragedią, a doprowadziły do jego własnej, bo gdy ujrzał już, że dąży ku nieskończonej, zabrakło w nim tchórzostwa, by zawrócić. Jemima zachłystywała się życiem podarowanym jej przez Rosiera – w jednej z tych chwil, gdzie liczył się on jeszcze z siłami inercji niosącymi nas nieraz w niespodziewanych kierunkach, gdy wsłuchujemy się zbytnio w to, co podpowiadają nam emocje – i powodu docinek Snape’a odnośnie krwi Rosiera upatrywała właśnie w tym żalu, że Rosier przekroczył samego siebie, zostawiając Snape’a jego własnej beznadziejności.
– Rosier, rusz się, na litość boską.
Jak gdyby pod wpływem silnego eliksiru znieczulającego Jemima parsknęła śmiechem. Ledwie udało jej się utrzymać wątłą jaźń po właściwej stronie kurtyny świadomości, gdy uważność wydała się nagle taka nudna bądź pod wpływem oziębłej niedostępności Snape’a, bądź trącającego ją ramienia, nie pierwszego i nie ostatniego, wszak ulicę Pokątną zaliczyć należy do najbardziej ruchliwych właśnie sobotnim popołudniem, gdy czarodzieje – uzbierawszy z codziennych sprawunków piramidkę – ruszają rozliczyć się ze swymi tygodniowymi zaniedbaniami. Niektórzy, w chwili zetknięcia się ich ciał z ciałem Jemimy, rozciągali jej rzeczywistość także na siebie, wkraczając do jej świata z impertynenckim „Uważaj, jak leziesz” albo też i aksamitnym „Przepraszam”, a wszystko po to, by móc udać, że i oni przynależą do świata pięknej młodości, który część z nich opuściła wieki temu; lecz marzyli o nim bez nadziei i bez celu, tak jak marzył Nicolas Flammel czy Lord Voldemort.
– Pomóż mi. Zgodziłeś się zostać moim przyjacielem dosłownie minuty temu – zauważyła zadziwiająco przytomnie.
Nie mogła przestać się uśmiechać, tak jak uśmiecha się dziecko: mobilizując nieomal każde pasmo cieniutkich mięśni we wspólnym wysiłku okazania naturalnej reakcji, podkoloryzowanej nieco fanaberią czy preferencjami wobec określonej osoby.
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć, jeśli jesteś zbyt g ł u p i a, by zrozumieć, że n i e ma przyjaźni między nauczycielem a uczniem – uciął prędko nauczyciel eliksirów, chwytając Jemimę za łokieć, a gest ten miał w sobie tyle stanowczości, że nie potrafiła mu się nie poddać, choć cała krzyczała w środku, żeby ją puścił, mimo że sekundę temu poprosiła o wsparcie jego silnych dłoni, że Severus ma zimne palce, że ona nie chce, że nie pójdzie… Ze zdumieniem skonstatowała, że jednak idzie, że daje mu się prowadzić, a jego dłonie wcale nie są zimne, to po prostu ona jest zgrzana; że obejmują ją jak cęgi i może im się powierzyć, bo gdyby chciał, to uniósłby ją całą za ten łokieć, jak gdyby nie ważyła więcej niż pióro feniksa.
– Nie możesz mnie znieważać, kiedy ci się podoba…
Jej głos stracił dawną pogardliwą nutę, a tylko rysy twarzy wciąż zdradzały nieudolne zdziwienie. Jemimie zdało się, że nie ona jedna grała, i nie ona jedna przygotowywała obronę, długo zanim miał nastąpić atak. Oskarżeniom o pretensjonalność zachowania najlepiej wszak przeciwstawić ich uniwersalny charakter. Usłyszała, jak pada pytanie, będące jednocześnie samo dla siebie odpowiedzią, usłyszała, jak jego twarda skorupka uderza o bruk i pęka, odsłaniając słodkie wnętrze nieskończonych możliwości.
– Kto powiedział, że nie mogę? – zadzwoniło cicho, ale paraliżująco wyraźnie w jej uszach.
–  Widzisz? Dlatego właśnie nikt cię nie lubi! Jesteś wredny, nadęty i… i… nieznośny!
Prawie uderzyła o jego plecy, gdy nieoczekiwanie puścił jej łokieć i stanął w miejscu. Założyła włosy za ucho, znów wolna i pozostawiona sama sobie, by wedle uznania korzystać z uroków danych jej przez łaskawą naturę.
– Za szybko chodzisz – zwierzyła się zakłopotana przestrzeni obok Snape’a, by po chwili spojrzeć nauczycielowi w oczy z dawnym buntem.
– Powinienem był cię uderzyć, kiedy mogłem – wyznał szczerze, lecz odrobinę za ostro, by dała się przekonać, że naprawdę by to zrobił. Gdzieś głęboko w Severusie skrywał się prawdziwy talent aktorski. – Teraz już za późno. Okazuje się, że mam więcej wad niż zalet, bardzo mi przykro, panno Rosier.
– To gdzie idziemy, huh?
Czuła, że radzi sobie coraz gorzej; wyciągnęła z torebki papierosa i wetknęła go między pełne wargi.
– Jest kategorycznie zakazane… – zaczął Snape.
– W i e m, nie jestem głupia. Po prostu nie obchodzi mnie zakaz.
– Minus pięćdziesiąt…
– Przestań z tymi punktami, to naprawdę denerwujące! – Mówiła głośno, przerysowując każde słowo, i patrząc, jak odrywa się od jej ust i przykleja do twarzy Snape’a jak guma balonowa.
– Chcesz zrobić z tego sto? No dalej – pomyślała, lecz była to myśl z zewnątrz, i już wiedziała, kto jest jej winien, i komu przyjdzie odpowiedzieć za użycie legilimencji wobec uczennicy. Z drugiej strony oszukiwałaby samą siebie, gdyby nie przyznała przed sobą, że imponuje jej tak wysoki poziom wiedzy i umiejętności, a zarazem jadowitość języka Severusa Snape’a.
Tylko ulica wciąż pozostawała niema na ich sprzeczkę. Sztyletowali się spojrzeniami jeszcze chwilę, a krzyki ludzi i tupot podeszew opływały ich jak niewidzialne fale. Jeśli Severus odpychał od siebie wszelkie zainteresowanie i empatię oleistymi włosami i sterylną czernią szaty, to Jemima tworzyła wokół siebie barwną ramę, w której zamykał się urok jej sylwetki i pewna nieodgadnioność charakteru, tak kusząca dla wielu mężczyzn, niby trzon stałej ekspozycji w muzeum, do którego przywykliśmy chodzić, ale niepewni zamysłu artysty, przynosimy doń owego dnia własne nastroje i uczucia, by nimi domalować własną interpretację. I staliby tak całą wieczność, bo przecież w tej statecznej mściwości spełniali się obydwoje, pozwalając rozkwitnąć w całej okazałości udręce swoich krótkich żywotów, gdyby Jemima na złość nauczycielowi nie zapaliła jednak papierosa.
– Och, mam tego dosyć. Chodźmy. Tam sprzedają lody.
Lecz lody nie zdołały przekonać czarnej duszy Severusa, i jak wcześniej z siłą i stanowczością, tak teraz z pewną dozą rezygnacji, znów schwycił Jemimę za łokieć, by skierować jej kroki do apteki Mulpeppera, gdzie miał nadzieję szybko zakończyć szlaban. Przy okazji obiecał sobie w duchu nie nakładać na Jemimę kolejnych, jeśli komukolwiek uda się z niej zrobić czarodziejkę, to nie jemu, on definitywnie umywa od tego ręce. Może nawet pora zawiadomić Trzmiela. Snape poczuł nagle ogromne zmęczenie. Czyżby otarł się o wypalenie zawodowe?
Mulpepper przywitał go wylewnie, jak zwykle mówiąc za dużo, i kaszląc za dużo, a we wnętrzu unosił się zapach ziół: piołunu, tojadu, rokitnika, z delikatną sugestią świeżych cytryn, który miał zapewne maskować przebijający aromat tabaki. I już Snape otwierał usta, by wydać Jemimie polecenie, a zarazem uwolnić się od przymusu prowadzenia jej szlabanu, lecz z ciekawości Mulpeppera wypełzło na świat pytanie o eliksir paraliżujący zmysły i jego możliwe zastosowanie w magomedycynie, a także prawa do dystrybucji i sprzedaży, i Snape wiedział już, że jeśli nie zabije tematu w zarodku, wizyta w aptece Mulpeppera zajmie im całe popołudnie, bo któż inny mógł odpowiedzieć na te pytania, jak sam twórca eliksiru.
– Panie Mulpepper – zaczął, sycząc raczej niezbyt życzliwie. – Ta młoda panna chciałaby zakupić trzystugramowy słoik skrzydeł nietoperza. Nie pozwólmy jej dłużej czekać.
Jemima wyłożyła na apteczną ladę dziesięć sykli i kilka knutów, i układała z nich fantazyjne wzory, dopóki pochłonięty historiami o własnej przedsiębiorczości Mulpepper nie podał jej wreszcie ceny.
– To za te, które zmarnowałaś – usłyszała od Snape’a. – Weźmiemy jeszcze cztery śledziony nietoperza – zwrócił się znów do aptekarza. – Może tym razem panna Rosier uwarzy poprawnie eliksir rozdymający.
Ale Jemima nie chciała już warzyć eliksiru rozdymającego. Chciała przygotować eliksir paraliżujący zmysły. Nie spuszczała wzroku ze srebrnawej zawartości fiolki, którą zachwycał się Mulpepper – jak poinformował, była to próbka, którą otrzymał od Towarzystwa Alchemików.
– Panie Snape, to najprawdziwszy dar, że pana mamy… – nawijał w nieskończoność ten apteczny bubek, a Snape pochmurniał z minuty na minutę coraz bardziej i bardziej; Jemima spodziewała się zaraz opadu gradu i intensywnego wiatru, powietrze lekko się zjonizowało. Chwyciła papierową torbę z zakupionymi ingredientami.
– Wychodzimy.
Jego dłoń była duża, spocona i chłodna, dokładnie taka, jakiej się spodziewała. Gdy wyprowadziła ich na uliczkę, dokąd wychodziły tylne drzwi sklepików, apteki i księgarń, szybko go puściła.
– Słuchaj, wiem, że nie chcesz tego słyszeć ode mnie, ale… Rosier byłby dumny. Może nie używasz swojej magii do zabijania ludzi, ale jesteś cwany, Snape. Zatrzęsiesz kiedyś światem.
Jak pisarz, czytający na głos swoje dzieło, życzyła sobie zobaczyć w Severusie oddanego słuchacza, lecz napotkała jedynie pustkę jego oczu, paraliżującą i niemą, i tak beznadziejnie spokojną, że nie zapragnęła już mącić jej żadną zbędną uwagą, bo ta pustka mówiła jej więcej o Snapie niż sam potrafił o sobie opowiedzieć.

Advertisements
03: Wokół pani Arbanddel

5 thoughts on “03: Wokół pani Arbanddel

  1. sylv says:

    Czy będą z tego dzieci? Bo wyczuwam potencjał, w końcu żadne z nich by się do wychowywania dzieci nie nadawało, a o takich przypadkach czyta się najlepiej!

    Like

  2. ett says:

    komu przyjdzie odpowiedzieć za użycie legilimencji wobec uczennicy? ha! naiwna puchońską naiwnością! za to brak wątpliwości nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. nic dziwnego, że drogi rosier skończył jak skończył.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s