Kości zostały rzucone: rozdział szósty

Zmuszał się do jedzenia suchego tosta, z roztargnieniem wpatrując w przestrzeń gdzieś ponad jej ramieniem, zupełnie jakby nie czuł na swoich plecach ciężaru tych wszystkich spojrzeń, nie słyszał powtarzanego szeptem swojego nazwiska, nie widział czarno-białych fotografii swojego ojca spoglądających na niego z pierwszych stron Proroka Codziennego – a przecież musiał widzieć i słyszeć, cokolwiek czuć. Był szary na twarzy, usta miał zasznurowane, brwi ściągnięte w zamyśleniu, podbródek jak zawsze nieco wyzywająco uniesiony, może tylko odrobinę wyżej niż zwykle, i Raelyn przyglądała mu się z mieszanymi uczuciami, nie potrafiąc oddzielić satysfakcji od litości. O czym mógł myśleć w takim momencie, jeśli nie o tym, co właśnie utracił bezpowrotnie?
Nic już nie miało być takie, jakie było jeszcze wczoraj – ani dla niego, ani dla nich wszystkich. Aresztowania i procesy zdarzały się już wcześniej, nigdy jednak tak spektakularne, bo nigdy dotąd nie ośmielono się uderzyć w wielkie rody – niemożliwym wydawało się zagrozić ludziom, którzy złoto, władzę i przywileje gromadzili od wieków; którzy związani nierozerwalnymi więzami krwi, pozostawali lojalni jedynie wobec siebie; którzy stanowili fundament magicznego porządku. Jak aurorom udało się w ogóle zbliżyć do kogoś takiego jak Linus Lestrange? Na dnie jasnych, zimnych oczu człowieka ze zdjęcia kryła się gotowość do obrócenia w popiół całego świata, a wraz z nim samego siebie – gorączka, która trawiła także obu jego synów, choć to Rabastan zawsze wydawał się bliższy samospalenia, mimo że nigdy nie używał wielkich słów, nie mówił o obowiązku, poświęceniu, magicznej dominacji, czystości krwi. Nie słyszała nawet, żeby kiedykolwiek nazwał kogoś szlamą, ale przecież nie musiał – wystarczyło, że milczał, gdy robili to inni. Rodzeństwo Carrow przodowało w wywlekaniu cudzego pochodzenia, jakby ich własne miało przez to zyskać i Travers uwielbiał im to wytykać, co zawsze prowadziło do awantury, podczas gdy Yaxley potrafił bez końca snuć bardziej wyszukane, ale przy tym śmiertelnie nużące rozważania o konieczności oczyszczenia rasy, póki ktoś nie kazał mu się zamknąć. Ona sama w czasie tych jałowych dyskusji nie odzywała się wcale, a zapytana wprost mówiła jedynie to, co tamci chcieli usłyszeć – i tylko Lestrange patrzył na nią tak, jakby wiedział, że wypowiadane przez nią słowa nic dla niej nie znaczyły, jakby rozpoznawał w tym samego siebie. Zdawał się w nic nie wierzyć, nie tak naprawdę, a jednak ze wszystkich spraw wartych jego życia zdecydowany był poświęcić się bez reszty właśnie tej, bezwarunkowo godząc na wszystko, co zostało mu przeznaczone z tytułu urodzenia i Raelyn nie potrafiła zdecydować, czy budziło to jej podziw, czy raczej pogardę.
Z zamyślenia wyrwał go dopiero kawałek pergaminu złożony w formę żurawia, który wylądował na jego pustym talerzu. Rozwinął papier ostrożnie, odczytując wiadomość z wahaniem, jakby mógł otrzymać jeszcze gorszą nowinę od tej, którą tego ranka poznali wszyscy, ale zaraz jego usta wykrzywiły się w lekceważącym grymasie i zmiął pergamin w dłoni, a kiedy Yaxley posłał mu pytające spojrzenie, rzucił tylko:
– Slughorn chce mnie widzieć w swoim gabinecie.
Wszyscy starannie unikali jego wzroku, jakby bali się, że mogliby się czymś od niego zarazić, a kiedy pojawił się na obronie przed czarną magią spóźniony niemal kwadrans, nauczyciel udał, że nawet tego nie zauważył. Usiadł z tyłu i na moment ze zmęczeniem przymknął oczy – wydawał się spokojny, niemal apatyczny, ale wargi miał pobladłe i dopiero w czasie lunchu, który spędzali w pokoju wspólnym z dala od tych wszystkich szeptów i spojrzeń, Traversowi udało się wydusić z niego zaledwie parę słów wyjaśnienia.
– Cofnął mi pozwolenie na korzystanie z Działu Ksiąg Zakazanych – wyznał pozornie beznamiętnie i Travers z Yaxleyem parsknęli śmiechem jednocześnie. Wszyscy widzieli go czytającego w pokoju wspólnym Tajemnice najczarniejszej magii, jedną z tych książek, którą Albus Dumbledore miał wycofać z Działu Ksiąg Zakazanych, gdy tylko został mianowany dyrektorem szkoły; gest Slughorna, opakowany w gładkie słówka i zapewnienia, że to wszystko musiało być jedynie nieporozumieniem, nie miał więc większego znaczenia – a jednak Lestrange musiał poczuć się dotknięty tak zachowawczą reakcją ze strony człowieka, który nigdy wcześniej niczego nie odmówił jego ojcu, bratu ani jemu samemu.
Jego nazwisko wymawiano teraz jak przekleństwo. Skupiał na sobie uwagę wszystkich, gdziekolwiek się pojawił i z każdym dniem z coraz większym trudem znosił ciągnące się za nim spojrzenia, ciszę zapadającą nagle wraz z jego pojawieniem się, gorączkowe szepty wybuchające za jego plecami. Nikt nie śmiał rzucić mu jednak wyzwania – nawet Gideon Prewett trzymał język za zębami, odbijając sobie na młodszych Ślizgonach, którzy nagle stracili całą swoją butę i starali nie rzucać się w oczy. Travers stał się w stosunku do niego niemal agresywnie opiekuńczy, gotowy ustawić w szyku każdego, komu wyrwie się o jedno słowo za dużo; Yaxley próbował rozproszyć jego myśli, ale sam nie potrafił myśleć o niczym innym; rodzeństwo Carrow wolało w ogóle nie pokazywać mu się na oczy.
W połowie marca, gdy rozpoczął się proces jego ojca i podano do wiadomości publicznej listę zarzutów, którą otwierały przynależność do śmierciożerców i przekazywanie tajnych informacji Ministerstwa Magii, a zamykało użycie Zaklęć Niewybaczalnych, coś w nim pękło. Siedzieli późnym wieczorem w opustoszałym już salonie Slytherinu – Travers rozłożony na kanapie, dziwnie milczący, Yaxley kręcąc się niespokojnie w jednym fotelu, Lestrange zapadnięty głęboko w drugim, kartkując od niechcenia Najczarniejsze czary, ona tuż obok niego na dywanie, próbując jeszcze walczyć z ogarniającą ją sennością. W którymś momencie Yaxley nie wytrzymał; zerwał się z miejsca i podszedł do kominka, w którym dogasał ogień, rozpoczynając kolejny z serii swoich monologów analizujących drobiazgowo ostatnie wydarzenia. Mówiono, że stary Lestrange został zatrzymany na podstawie oskarżenia jakiegoś pracownika ministerstwa, który miał wyrwać się spod jego klątwy Imperius i tylko Edward Bones był na tyle zuchwały, żeby podjąć się ryzyka oskarżenia go – cecha, która najwyraźniej łączyła go z jego synem, choć ten zapewne wyparłby się jakiegokolwiek podobieństwa do ojca. Mówiono, że aresztowania dokonało pięciu aurorów, nie napotykając oporu; że planowano przesłuchania i obserwację nie tylko Lestrange’ów, ale także powiązanych z nimi wielkimi rodami, a więc przede wszystkim blisko spowinowaconych Yaxleyów i Blacków. Tego ranka Yaxley otrzymał list od matki w rozdartej kopercie, opieczętowany jako skontrolowany przez ministerstwo – to dlatego cały dzień był taki niespokojny i teraz potrzebował jedynie publiczności, żeby zwerbalizować dręczące go obawy. Raelyn nie miała jednak nawet siły go słuchać; oparła się głową o fotel i przymknęła rozpalone powieki, myśląc tylko o tym, że od aresztowania starego Lestrange’a nie otrzymała od swojego brata żadnej wiadomości. Czym mógł być tak zajęty, że nie miał czasu napisać nawet paru nic nieznaczących słów, które i tak niczego by nie wyjaśniły? Czy była to tylko ostrożność, czy może był na tyle często widywany w towarzystwie Rudolfusa Lestrange’a, że jego też obserwowali?
Nie usłyszała, co takiego Yaxley powiedział, że Lestrange podniósł na niego spojrzenie znad książki i syknął ostrzegawczo przez zęby:
– Jeszcze jedno słowo, Yaxley.
Gdyby się wtedy wycofał, nic by się nie wydarzyło – Corban Yaxley musiał być już jednak zmęczony życiem w cieniu Rabastana Lestrange’a, jego chimerycznym usposobieniem, ciągłym milczeniem i koniecznością odgadywania jego myśli, bo krew odpłynęła mu z twarzy, zmrużył swoje okrutne, błękitne oczy i wycedził zimno:
– Nie zapominasz się czasem?
Nawet nie zauważyła, kiedy Lestrange wyjął różdżkę i nie usłyszała wypowiadanej przez niego formuły; mrugnęła i Yaxley uderzył plecami o kamienny gzyms kominka, a potem upadł na kolana, rzężąc przeraźliwie, plując czerwoną śliną, nie mogąc złapać tchu. Travers zerwał się z kanapy i chwycił Lestrange’a za ramię, ale ten odwinął się wściekle, rozbijając mu dolną wargę i gdy na moment się rozdzielili, Raelyn niespodziewanie dla samej siebie znalazła się między nimi, rzucając ostro:
– Przestańcie. Wystarczy już.
Pożałowała tego, gdy tylko na nią spojrzał. Jego twarz była zmieniona, oczy miał pociemniałe od gniewu, a kiedy zrobił krok w jej stronę, odruchowo wyciągnęła przed siebie ręce, jakby to mogło go przed czymkolwiek powstrzymać i wyrwało jej się krótkie, zduszone:
– Proszę.
Zawahał się i zatrzymał, tylko mocniej zaciskając palce na różdżce. Spojrzał krótko na niewielką plamę ciemnej krwi na dywanie i drżącego konwulsyjnie Yaxleya, na Traversa z różdżką w dłoni za jej plecami, wreszcie znów na nią, jej rozszerzone strachem oczy i tylko skrzywił się pogardliwie, po czym odwrócił do nich plecami i zostawił ich bez słowa. Nie przyniosło jej to wcale ulgi; poczuła nagle dotkliwie chłód lochów na skórze i z jakiegoś powodu chciała pójść za nim, gdziekolwiek zamierzał o tej porze ukryć się przed Filchem, ale gdy tylko zrobiła krok, Travers natychmiast złapał ją za łokieć.
– Zostaw go – nakazał ostro, zaraz jednak dodał łagodniej, z rezygnacją: – Zostaw. Tak będzie lepiej.
Minęło kilka wyjątkowo długich dni, zanim którekolwiek z nich odważyło się wykonać jakiś ruch – najpierw Travers próbował załagodzić sytuację, przyjmując rolę mediatora, ale zraniona duma Yaxleya i nieustępliwość Lestrange’a mu tego nie ułatwiały; potem Raelyn otrzymała wreszcie list od brata, w którym nieoczekiwanie ustalał miejsce i datę spotkania w Hogsmeade, nic nie wyjaśniając, za to nakazując jej przyprowadzić ze sobą Lestrange’a – zupełnie jakby mogła go do czegokolwiek zmusić, a przecież równie dobrze mogłaby próbować przekonać słońce, żeby wzeszło na zachodzie, a zaszło na wschodzie. Długo nie potrafiła zmusić się, żeby w ogóle się do niego zbliżyć. Przypominał jej zranione zwierzę, którego reakcji nie sposób przewidzieć – trzymał się na dystans, znikał gdzieś nocami, opuszczał posiłki i z każdym kolejnym dniem wydawał się bledszy, szczuplejszy, jeszcze bardziej odległy. Odsuwała tę rozmowę w czasie, ile tylko było to możliwe, w końcu jednak nadszedł dzień przed umówionym spotkaniem, minęło południe, skończyły się zajęcia, podano kolację, a Lestrange’a nigdzie nie było, zupełnie jakby nigdy nie istniał i dopiero późnym wieczorem zauważyła go wymykającego się znów z pokoju wspólnego, a wtedy nie miała już wyboru – musiała iść za nim i znalazła go w bibliotece, siedzącego na podłodze w Dziale Ksiąg Zakazanych przy świetle pojedynczej świecy, z twarzą ukrytą za kurtyną jasnych włosów, zaczytanego w księdze, której tytułu i treści wolała się nawet nie domyślać.
– Czego chcesz, Marlow? – zapytał niecierpliwie, nie odrywając wzroku od ryciny przedstawiającej coś, co musiało być obdartą ze skóry ludzką ręką, a ona tylko podała mu list bez słowa, nie zamierzając tłumaczyć się z czegoś, czego sama nie rozumiała; zadarł głowę, odsłaniając twarz, która w świetle wątłego, migoczącego płomienia wydała jej się zupełnie obca i między jego bezwiednie ściągniętymi brwiami pojawiła się głęboka bruzda.
– W porządku – zgodził się w końcu niechętnie, ledwo przebiegając wzrokiem po treści listu. – To wszystko?
Potwierdziła skinięciem głowy, a jednak nie ruszyła się z miejsca i tylko uciekła spojrzeniem w bok, znajdując rozrzucone wokół niego księgi otwarte na recepturach trucizn, opisach zakazanych eksperymentów, formułach potwornych klątw. Przypomniało jej to, jak swoje trudne do ukrycia zainteresowanie czarną magią zawsze usprawiedliwiał chęcią zostania łamaczem klątw i nagle poczuła rozpaczliwą potrzebę, żeby nie było to tylko kolejne z jego kłamstw, żeby była w tym choć odrobina prawdy i mogła wierzyć, że w którymś momencie było to możliwe – nawet jeśli teraz już wszystko przepadło.
Uklękła obok niego na kamiennej posadzce, szukając na jego twarzy potwierdzenia, że i on kiedyś w to wierzył, po czym wyrwało jej się krótkie, nabrzmiałe od żalu:
– Byłbyś świetny w łamaniu klątw.
Niezrozumienie w jego oczach zmieniło się w wyrzut, że w ogóle o tym wspomniała, bo przecież obydwoje wiedzieli, czemu miał się poświęcić po opuszczeniu szkolnych murów i że nie było już od tego odwrotu z wyjątkiem śmierci, której przecież żadne z nich nie pragnęło, nie teraz, gdy ich życie miało się dopiero rozpocząć. Nic na to nie odpowiedział, bo nic nie zostało już do powiedzenia i jedynie pocałował ją tak, jakby tylko chciał zamknąć jej usta, żeby nie rozbudzała w nim tęsknoty za czymś, czego nigdy nie posiadał i nie zdradziła przypadkiem otaczającej ich ciemności, że kiedykolwiek ośmielił się poświęcić chociaż jedną bezwiedną myśl innemu życiu. Jak mogłaby go odepchnąć? Czuła wyraźnie jego rozdrażnienie na swoich wargach, ale to nie jego się obawiała, a swojej władzy nad nim, której tak wcześniej pragnęła, a której teraz nie potrafiła wykorzystać, nie kiedy było to takie łatwe. Nie przyniosłoby jej to żadnej satysfakcji i niczego by nie osiągnęła, unieszczęśliwiając go bardziej, niż on mógł unieszczęśliwić ją, biorąc jej litość i nie dając niczego w zamian poza kilkoma niecierpliwymi pocałunkami, upokorzeniem i odrobiną bólu, kiedy wziął ją w końcu na tej zimnej posadzce, w tej okrutnej ciszy, w świetle pojedynczego, chwiejnego płomienia, a potem zostawił bez słowa, nie potrafiąc nawet spojrzeć jej w oczy. Nie miała mu tego za złe, a przynajmniej nie bardziej niż sobie – obydwoje doskonale zdawali sobie przecież sprawę, że jutro będzie tak, jakby nic z tego się nie wydarzyło, jakby był to jedynie senny koszmar, który tylko wspólnie śnili i nie było sensu silić się na żadne gesty, skoro zaraz mieli o nich zapomnieć.

Advertisements
Kości zostały rzucone: rozdział szósty

9 thoughts on “Kości zostały rzucone: rozdział szósty

  1. sylv says:

    nie wymyśliłam mądrzejszego komentarza ponad to, że szkoda mi, jak bardzo zewnętrzne okoliczności kształtują życie biednego lestrange’a. i biednych innych dzieciaków. i jak bardzo udają, że są dorośli, kiedy nie są. i w sumie to mi się przypomniał prolog czy tam pierwszy rozdział “Rzeźni numer pięć”. zdarza się.
    nie popadłam w głęboką depresję po tym rozdziale, ale próbuj dalej xD

    Like

    1. ett says:

      od razu biednego. teraz się zastanawiam, czy dobrze zrobiłam, że podzieliłam tę część.
      może i przytłoczyły go nieco konsekwencje wyboru, którego dokonał za niego jego ojciec i przez moment mogło mu się wydawać, że coś zostało mu odebrane, ale wraz z utratą innych możliwości pozbędzie się też wszelkich wątpliwości i przyniesie mu to wyraźną ulgę, więc nie ma co się nad nim szczególnie litować.

      Like

  2. Lysia says:

    ja tutaj wciaz #teamlestrange, to jest dopiero zraniona dusza, przypomina mi bardzo juz nie rosiera, ale teraz rega, chociaz biedny reg w nieodpowiednim momencie nabierze odwagi I wszyscy wiemy, ze skonczy jeszcze gorzej.

    Like

    1. ett says:

      lestrange właśnie odbija w przeciwnym kierunku i jeśli była w nim jeszcze jakaś niewinność, to z następnym rozdziałem ostatecznie umiera. nie powiem, żeby wyszedł na tym lepiej niż reg, ale taki najwyraźniej los dobrze urodzonych chłopców.

      Like

  3. Kaj says:

    coś we mnie pękło przy “byłbyś świetny w łamaniu kląw”. aktualnie poświęcam się rozważaniom, dlaczego wybrali to, co wybrali, czy naprawdę jest w nich tyle ciemności? skąd ona się bierze? czy Rowling nie dorabia tym ludziom po prostu gęby? Raelyn ma ewidentnie syndrom sztokholmski gorszy niż Sylf, tak się godzić na seks na smutno.

    Like

    1. ett says:

      właściwie to sami jeszcze niczego tak naprawdę nie wybrali. moje bohaterki mają długą historię godzenia się na seks z litości. prawie tak długą, jak moi bohaterowie wykorzystujący kobiety, które chciały ich tylko pocieszyć. muszę jakoś przerwać to błędne koło, ale jak dotąd mi się nie udało.

      Like

  4. lemot says:

    nie mam wiele wspolczucia dla lestrange’a, patrze na te wydarzenia jak na pewien etap jego rozwoju i mysle, ze i tak nie ma dla niego bardziej satysfakcjonujacej drogi, lamanie klatw sie chowa. moze troche sie potknal, bo nie wydaje mi sie, zeby jak dotad sadzili, ze ich wyobry moga miec jakies prawdziwe konsekwencje. glupio, kiedy od zawsze zyje sie w przekonaniu o nietykalnosci, a do parteru nieoczekiwanie sprowadza ktos taki jak bones.
    seks dramatyczny, ta zimna podloga, cisza i plomienie to takie teatralne, ze nic dziwnego, ze uznaja, ze im sie przysnilo.

    Like

  5. kić says:

    Seks na zimnej podlodze nie brzmi zbyt ciekawie, do tego to ze lestrange tak po prostu nawial po wszystkim. Smutne! Powinni sie przytulic i wyplakac, tak byloby zdrowiej, i psychicznie i fizycznie, bo od takiej zimnej posadzki to jeszcze zapalenie pecherza bedzie, bezplodnosc i smierc. I jak tu urodzic trojke dzieci z takimi utrudnieniami?

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s