Na psa urok: 06.

– Zaprosił cię na randkę? – zapytała Isla, rozdziawiając usta o wiele szerzej, niż pozwalało na to dobre wychowanie.
– Nie – odparła Dainah. – Tak. Nie. To nie jest takie proste.
Susannah siedziała na swoim łóżku i uważnie przypatrywała się przyjaciółkom. Nie zabrała jeszcze głosu, choć uważnie słuchała. Patrzyła też na nerwowe ruchy Dainah i próbowała rozgryźć, co właściwie stało się tej nocy, po której wróciła do dormitorium ze szlabanem i z tą nie-randką, do której się właśnie szykowała. Gdyby umawiała się z Syriuszem, Susannah by o tym wiedziała, nie miała co do tego wątpliwości. Tymczasem Dainah zdawała się iść na nierandkę zupełnie nieromantycznie – i tego Susannah nie rozumiała.
– Może nie powinnam tam iść? – zapytała Dainah, niepewnie przyglądając się granatowej sukience, którą wyjęła z kufra. Sukienka była okropnie pognieciona i nie wyglądała dostatecznie elegancko, jakby jej posiadaczka spakowała ją tylko na wszelki wypadek, nie zaś dlatego, że była pewna, że będzie musiała iść na spotkanie Klubu Ślimaka.
– I jak się wytłumaczysz z nieobecności?
Dainah chwilę pomyślała.
– Kobiecą niedyspozycją? – zapytała, a Isla popatrzyła na nią, jakby nigdy nie słyszała głupszej wymówki. – Slughorn to facet, nie zrozumie i będzie współczuł.
– Nie zrozumie i będzie miał ci za złe, że nie przyszłaś.
– I tak wolałby tam widzieć mojego ojca, nie mnie – wymamrotała Dainah.
Nie lubiła mówić o swojej rodzinie. Nie była pewna, na jakich zasadach funkcjonowało właściwie małżeństwo jej rodziców, ale odkąd sięgała pamięcią była przekonana, że trudno o dwoje mniej dobranych ludzi. Podczas gdy jej matka bujała gdzieś w obłokach, czasami tylko nawiązując kontakt z ziemią, ojciec był jednym z najbardziej małomównych ludzi, jakich znała. Zwykle znikał w gabinecie na długie godziny lub nawet dni tak, że sama nie była pewna, czy w końcu nie poszedł po rozum do głowy i nie zostawił swojej żony. Nie mogłaby go za to winić. Jednak z jakichś zupełnie niezrozumiałych względów czasami zjawiał się w salonie czy w kuchni, mamrotał coś pod nosem i znów znikał za ciężkimi drzwiami od gabinetu lub wychodził z domu i nie informował nikogo o tym, czy wróci dziś, czy za tydzień. Dainah nie wiedziała, co robił w tym czasie; kiedyś próbowała się domyślać, tworzyła w głowie różne scenariusze, ale nigdy nie wymyśliła nic, co wydawałoby się brzmieć odpowiednio. Sam pomysł, że mógłby mieć kochankę, wywoływał w niej śmiech. Podobnie mało prawdopodobne wydawałyby jej spotkania grupy znajomych. Praca? Być może, ale przecież ojciec przerzucał tylko papiery w Ministerstwie. Nie była pewna nawet, w jakim wydziale pracował. A jednak… Jednak musiał przerzucać te papiery w wyjątkowo dobrze rokujący sposób, skoro Slughorn zaprosił ją do swojego klubu.
Była dobra z eliksirów, ale wątpiła, by samo to zapewniło jej zaproszenie. W końcu Slughorn zaprosił już dwa inne talenty, z którymi Dainah nie mogła się równać – Snape’a i tę rudą Gryfonkę, Lily Evans. Poza nimi na przyjęcia Ślimaka przychodziło jeszcze parę osób. Paru Ślizgonów miało – podobnie jak Dainah – ważnych ojców, jakiś Krukon błyszczał na polu naukowym, zarozumiały Puchon miał przed sobą wspaniałą karierę jako gracz quidditcha… Kręciło się tam jeszcze kilka osób, ale Dainah nie pamiętała, czym sobie zasłużyły na ten zaszczyt.
– Będziecie się tak świetnie bawić – westchnęła Isla, a Dainah prychnęła.
– Mówiłam ci, że te spotkania potrafią być nudne.
– Ale będziesz z Syriuszem. – Isla wydęła usta i zamachała zalotnie rzęsami. – Na pewno znajdziecie jakiś sposób, żeby się dobrze bawić.
– On nie idzie tam po to, żeby się dobrze bawić – przypomniała Dainah. – Pewnie nawet nie będzie ze mną rozmawiał.
– Nikt nie mówił, że musicie rozmawiać, możecie się…
– Nie po to tam idzie – fuknęła Dainah, rozgniewana całą tą sytuacją.
Isla przewróciła oczami i nie kontynuowała tematu.
– To po co właściwie tam idzie? – zapytała w końcu Susannah.
– Chodzi o Regulusa.
Na chwilę zapadła cisza. Cały Hogwart wiedział, że bracia Black nie darzą się sympatią, a jeśli na przyjęciu miało dojść do jakiejś konfrontacji, najpewniej nie będzie ona przyjemna dla świadków.
– Nie powinnaś się mieszać w sprawy rodzinne – powiedziała cicho Susannah. – Obaj mają swoje problemy, które cię nie dotyczą.
Dainah popatrzyła na nią z niedowierzaniem. Susannah była zawsze pełna tego irytującego przekonania, że prawdziwa miłość istnieje, a wszystko, co jest napisane w książkach, może się wydarzyć. Jako pierwsza broniła czystości intencji innych ludzi i starała się dostrzegać w nich dobre strony. I idealizowała wszystko, co mogło się skończyć romansem. Kilka razy z przejęciem mówiła już o poranionej duszy Syriusza Blacka, którą ktoś powinien uleczyć siłą uczucia, a teraz była tak trzeźwa i racjonalna?
– W nic się nie chcę mieszać – oświadczyła chłodno i razem z pogniecioną sukienką znikła w łazience.
*
Dainah wolno sączyła coś, co okazało się sokiem wiśniowym, choć miała nadzieję, że będzie czymś zupełnie innym. Płyn na szczęście był chłodny, przez co zdawał się studzić gotujące się w niej emocje. Wieczór zaczął się nieźle, Syriusz czekał na nią przy wejściu do lochów, przystojny jak zawsze. Początkowo wyglądał na zasępionego, ale posłał jej uśmiech i powiedział – może zbyt mechanicznie, ale wtedy tego nie zarejestrowała – coś miłego o jej wyglądzie. Nawet wymienili kilka zdań w drodze do Slughorna. Atmosfera była prawie randkowa. Przynajmniej przez tych kilka minut, bo na przyjęciu Syriusz dość szybko się od niej odłączył i przepadł gdzieś w tłumie, który składał się zarówno z uczniów, jak i z dorosłych, przy czym ci drudzy przeważali. Dainah nie miała pojęcia, kto wpuścił ich do zamku, ale nie miała czasu nad tym myśleć. Kiedy już ściągnęła na siebie wzrok wszystkich – Slughorn powitał ich na tyle głośno, że słyszeli to nie tylko wszyscy na przyjęciu, lecz także pół zamku – i zgubiła Syriusza, jej uszu dobiegło kilka niewybrednych komentarzy. Najwyraźniej Gryfoni nie byli dobrze postrzegani na takich bankietach, zwłaszcza Gryfoni, którzy trafili do Domu Lwa na złość swoim rodzinom.
– Prowadzisz się ze zdrajcami krwi – syknął do niej Snape, kiedy w pewnym momencie znaleźli się obok siebie przy stole z przekąskami.
– Nisko upadłaś – mruknął Yaxley, kiedy nalewała sobie soku.
– Kalasz imię Salazara – ocenił Selwyn, kiedy przechodziła przez tłum.
Syriusza nie było nigdzie w pobliżu, więc nie słyszał tych komentarzy. Zresztą nawet, gdyby je słyszał, pewnie nic by go nie obeszły. Dainah zwykle nie była tak wrażliwa na opinię innych, ale w tym konkretnym przypadku czuła, jak napiera na nią ściana niechęci, przed którą nie potrafiła się obronić. Najchętniej wyszłaby stamtąd i wróciła do dormitorium, ale nie zamierzała nikomu dawać tej satysfakcji. Została zaproszona i zostanie na przyjęciu dostatecznie długo, by nie wzbudzić sensacji. Z Syriuszem albo bez niego.
Z wystudiowanym znużeniem przyglądała się grupkom, które poruszały się po pomieszczeniu i głośno rozmawiały. Slughorn kluczył między nimi wszystkimi, król swojego małego królestwa, przyjaciel ich wszystkich. Trudno było jednak nie zauważyć, że niektóre z grup milkły, gdy do nich podchodził. Może spotkanie, które Slughorn zorganizował, żeby powygrzewać się w czyimś blasku, było okazją, by część jego gości ubiła swoje własne interesy.
Nagle uwagę Dainah przykuło zamieszanie przy stole z przekąskami. Skupiło się tam sporo osób, w tym chyba wszyscy uczniowie, którzy byli obecni na przyjęciu. Jak na tak dużą grupę byli jednak wyjątkowo cicho – tak cicho, że Dainah wyraźnie usłyszała podniesione głosy. Niepewnie ruszyła w ich kierunku, niemal pewna, że jeden z tych głosów należał do Syriusza.
– Uważasz, że ten bunt cokolwiek zmienił? – zapytał Regulus, siląc się na spokój. Na jego bladej twarzy pojawiły się nieznaczne rumieńce, które wskazywały na to, że temat rozmowy wywołuje w nim emocje. – Nadal jesteś Blackiem.
– Nie mam z wami nic wspólnego – warknął Syriusz, a tłum, który zgromadził się wokół braci, zaczął szeptać. Być może nawet czyniono zakłady, bo obaj Blackowie wyglądali, jakby mieli się rzucić sobie do gardeł. Regulus starał się zachować pozory spokoju, podczas gdy wszystkie emocje Syriusza były wymalowane na jego twarzy.
– Jesteś dokładnie taki sam jak my wszyscy! – krzyknął Regulus, a kilka osób stojących najbliżej zrobiło krok w tył, ktoś nawet stanął na stopie Dainah, która próbowała przecisnąć się przez ten tłum i powstrzymać Syriusza. Gdzieś pod drugiej stronie zbiegowiska widziała rudą głowę Lily Evans, która prawdopodobnie próbowała zrobić to samo.
Było jednak za późno, żeby powstrzymać to, co było nieuniknione. Syriusz rzucił się w kierunku brata, który nie dał rady zablokować tego ataku, być może spodziewając się jakiegoś zaklęcia, a nie rękoczynów. Plecy Regulusa wylądowały na stole z przekąskami, który zakołysał się niebezpiecznie, jakby całkowicie nieprzygotowany na to, że będzie się na nim rozgrywała mugolska bójka.
– Koreczki z łososiem – szepnął z przejęciem ktoś, kto stał tuż obok Dainah. Ona jednak nie słuchała, ruszyła naprzód.
Syriuszowi udało się wymierzyć mocny lewy sierpowy w twarz brata, który teraz ze wszystkich sił starał się odepchnąć Syriusza lub przynajmniej zaserwować mu porządnego kopniaka. Starszy z Blacków jednak nie dał się odepchnąć i zacisnął jedną z pięści na kołnierzyku regulusowej szaty, jakby nie mógł się zdecydować, czy woli go udusić, czy przytrzymać w miejscu i ponownie uderzyć. Regulus jednak szarpnął się zaskakująco mocno, co zakołysało stołem tak, że dwie z jego nóg ustąpiły pod naporem bójki. Koreczki – ku rozpaczy przynajmniej jednego z gości – posypały się na podłogę. Obaj Blackowie w nich wylądowali, tracąc równowagę, ale nie chęć do walki. Dalej się szarpali, nie zwracając uwagi na różnokolorowe pasty, fragmenty ryby, oliwki i inne smakołyki, które mieli przyklejone do szat.
– Co tu się dzieje?! – krzyknął Slughorn, który wcześniej nie interweniował, być może w nadziei, że problem sam się rozwiąże.
Pięść, która wylądowała na nosie Regulusa, i druga, która trafiła Syriusza w skroń, zdawały się dowodzić, że nie, ten problem się sam nie rozwiąże.
Dainah w końcu przepchnęła się przez tłum, który nagle przestał się interesować rozgrywającą się sceną i starał się wyglądać, jakby stał tam przypadkiem, prawdopodobnie w poszukiwaniu przekąsek. Przyklękła w czymś, co kiedyś musiało być półmiskiem faszerowanych jajek, i syknęła do Syriusza:
– Natychmiast się uspokój. Natychmiast.
Syriusz przez chwilę zamarł w bezruchu, jakby jeszcze się wahał, co powinien zrobić, w końcu jednak wypuścił szatę brata i wstał.
– Kurwa – powiedział w przypływie elokwencji.
– Gryffindor traci pięćdziesiąt punktów za atak na ucznia! – grzmiał Slughorn. – I dziesięć za ten paskudny język! Proszę wyjść, panie Black! Natychmiast!
Syriusz wyglądał, jakby nie miał zamiaru wyjść i chciał powiedzieć coś zarówno Slughornowi, jak i wszystkim zebranym, ba, jakby był gotowy bić się z nimi wszystkimi, choć trudno było ustalić w obronie czego właściwie. Dainah popchnęła go w stronę drzwi.
– Idziemy – warknęła do niego.
Tłum rozstąpił się, żeby ich przepuścić. Zrywały się pierwsze szepty, coraz więcej i więcej, aż całe pomieszczenie brzęczało i buczało od szeptów. „Co za wstyd”, „Żenująca sytuacja”, „Taka szkoda”, „Zdrajca krwi”, „Hańba dla rodziny”, „Niby Black, a…”, „Kto go przyprowadził?”, dało się słyszeć z wielu stron, a Dainah musiała zagryźć szczęki, żeby nic nie odpowiedzieć. Nie chciała patrzeć na Slughorna. Była głupia, że zgodziła się zabrać ze sobą Syriusza na to przyjęcie. Wiedziała przecież, że to żadna randka, że chodzi tylko o konfrontację z Regulusem. Czemu się na to zgodziła? Na żal było już jednak za późno, wszyscy widzieli, że wychodzi razem z nim. Przyznała się, że to z jej winy doszło do tego incydentu. Domyślała się, że gdyby należała do któregokolwiek z innych domów, jej także Slughorn odjąłby punkty.
Była wściekła – na siebie, na Syriusza, na wszystkich, którzy byli na przyjęciu.
– Coś ty sobie myślał?! – wybuchła, gdy odeszli już na tyle daleko, by nikt z gości Slughorna nie mógł ich słyszeć.
Syriusz posłał jej nieco obłąkańczy uśmiech i odgarnął włosy z czoła, odsłaniając już formujący się siniak.
– Nie podobał ci się program artystyczny? – zapytał z wymuszoną nonszalancją.
Dainah patrzyła na niego z nieskrywaną wściekłością. Gdyby miał choć minimum przyzwoitości, chociaż udawałby poczucie winy.
– Po to chciałeś tu przyjść? Żeby obić twarz bratu? – zapytała. – Musiałeś mieć do tego tylu świadków?
Musiałeś mnie w to mieszać?
Syriusz wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, oddychając ciężko. Najwyraźniej właśnie docierało do niego wszystko, co zdarzyło się na przyjęciu. Chciał przetrzeć twarz rękawem szaty, ale z obrzydzeniem zauważył fragmenty jedzenia na swoim ubraniu.
Dainah stanęła naprzeciwko niego, starając się uchwycić jego spojrzenie. Wściekłość powoli z niej uchodziła, pozostawiając tylko smutek. Za wszelką cenę starała się uchwycić chociaż resztki tej wściekłości, pewna, że dzięki niej łatwiej odbędzie tę rozmowę.
– To nie tak miało wyglądać – mruknął w końcu Syriusz.
– Świetnie. Wiele to zmienia.
Prychnął, jakby to on miał prawo się irytować w tej sytuacji.
– Co chcesz usłyszeć, Pool?
Spróbowała zebrać myśli na tyle, żeby udzielić mu rzeczowej odpowiedzi. Na usta cisnęło jej się kilka zdań, z których żadne nie byłoby w tej sytuacji pomocne, tylko zaogniłaby sytuację. Wzięła głęboki wdech.
– Chcesz iść do skrzydła szpitalnego?
Spojrzał na nią, jakby wydawało mu się, że się przesłyszał. A potem wybuchnął śmiechem.
Jej ani trochę nie było do śmiechu. Wiedziała, że część z tego, co wydarzyło się u Slughorna nie było jej sprawą – Susannah miała rację, nie powinna się mieszać – ale należały jej się jakieś wyjaśnienia.
– Nie planowałem tego – powiedział, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać. – To miał być drobny żart, nic strasznego, ale ten mały gnojek…
– Widziałeś, żeby ktokolwiek się śmiał? – przerwała mu ostro.
Syriusz utkwił wzrok we własnych butach. Najwyraźniej nie miał nic lepszego na swoje usprawiedliwienie. Wiedziała, że pewnie nie planował zakończyć tego wieczoru z pokaźnym siniakiem, ale nie wzbudzał w niej zbyt wiele współczucia. Cały czas starała się być wściekłą, choć było to coraz trudniejsze. Tu, na korytarzu, z dala od wszystkich tych ludzi i ich szeptów, łatwiej było zrozumieć tę sytuację. Tyle, że zrozumienie było w tym przypadku pierwszym krokiem do współczucia, a tego Dainah chciała uniknąć.
– Moja rodzina to banda sukinsynów opętanych ideą czystości krwi – powiedział na tyle cicho, że przez chwilę nie była pewna, czy dobrze słyszy.
Pokiwała głową. Nie było to żadną tajemnicą. Cały Slytherin wiedział, że ród Blacków wstydził się za czarną owcę, która trafiła przed siedmiu laty do Gryffindoru. Jeśli wierzyć plotkom, wstyd ten wzmógł się w ostatnich latach, kiedy to Syriusz pewnej pięknej, letniej nocy wyskoczył przez okno, zabierając ze sobą tylko to, co zmieściło mu się do szkolnej torby, by już więcej nie wrócić do rodzinnego domu. Było w tej opowieści – o ile była prawdziwa – coś, co sprawiało, że serce biło jej szybciej, przepełnione podziwem dla niego; było też coś, co nakazywało jej popukać się w czoło.
– Nie jesteś tacy jak oni – stwierdziła rzeczowo, choć nie znała innych Blacków, ale swoją opinię o nich oparła na opinii o innych rodach, które kochały swoją historię i czystość swojej krwi bardziej niż swoje dzieci. – Nie musisz udowadniać tego pięściami.
Syriusz znów dziwnie jej się przyglądał, więc uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wpatrując się w czarną oliwkę, która musiała spaść z syriuszowej szaty.
– Moja rodzina też ma swoje problemy, ale to, skąd pochodzimy, nie definiuje nas jako ludzi, nie? – dodała.
Kiedy podniosła wzrok, Syriusz nadal się w nią wpatrywał. Ten wieczór jednak zmienił coś w ich relacji – Dainah nie brakowało już oddechu, kiedy patrzyła mu w oczy. Zamiast tego przeciągnęła dłonią po twarzy, jakby chciała w ten sposób zmusić się do zebrania myśli.
– Co? – zapytała.
Nie uzyskała jednak odpowiedzi, bo Syriusz wykorzystał ten moment, by delikatnie unieść jej brodę dwoma palcami i przywrzeć swoimi wargami do jej ust. Było to tak niespodziewane, że Dainah nie wiedziała, jak zareagować. Instynktownie chciała zarzucić mu rękę na szyję, ale kiedy jej ręka zderzyła się z jego ręką, zrezygnowała z tego pomysłu. Podejrzewała, że był to jeden z najbardziej niezręcznych pocałunków w historii, ale i tak skończył się zbyt szybko.
Gdy tylko odsunęli się od siebie, Dainah nie była pewna, czy bardziej chce znów go pocałować, czy może spoliczkować. Wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, zaczynało jej ciążyć i nie miała siły rozmawiać o tym z Syriuszem. Albo nie rozmawiać. Czuła się trochę wykorzystana, trochę upokorzona, trochę uwiedziona i trochę miała ochotę kontynuować to, co właśnie zaczęli. Wiedziała jednak, że to nie jest dobry moment. Zrobiła głęboki wdech.
– Pójdziesz do tego skrzydła szpitalnego sam czy mam iść z tobą? – zapytała, przywołując jedyny bezpieczny temat.
– Wycieczki do skrzydła szpitalnego to nasz rytuał, co, Pool? – odpowiedział, unosząc brew i posyłając jej uśmiech, który roztopiłby niejedno skute lodem serce.
Jej serce tylko lekko drgnęło na ten widok. Popatrzyła na niego wyczekująco.
Uśmiech powoli spełzł z twarzy Syriusza, jakby docierało do niego, że tym razem jej nie oczaruje i nie wykręci się z sytuacji, w której wolałby się nie znajdować. Uśmiech i poczucie humoru pozwalały mu uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji, ale tym razem nie wystarczały.
– Mam nadzieję, że do rana zniknie ci ten siniak – powiedziała tylko, odwracając się na pięcie. Choć miała na to ochotę, nie obejrzała się przez ramię i całą drogę do dormitorium niosła wysoko uniesioną głowę, jakby nic się tego wieczora nie wydarzyło i jakby nie wiedziała o tym, że jutro od rana stanie się obiektem plotek całego zamku.

Advertisements

10 thoughts on “Na psa urok: 06.”

  1. oto i jest zapowiadane serce z betonu. im bardziej on wydaje się do niej zbliżać, przynajmniej fizycznie, tym bardziej ona trzyma się jednak na dystans, zaczyna mieć wątpliwości i staje się nieczuła na te jego czarujące uśmiechy, które okazują się przecież takie nieszczere – przez co jeszcze dobrze się wszystko między nimi nie zaczęło, a jakby już się kończyło. ty wiesz, że bójka z regulusem złamała mi serce, ale jeszcze bardziej przykre wrażenie zrobiło na mnie to, że on ją pocałował właściwie tylko dlatego, że powiedziała mu dokładnie to, co chciał akurat usłyszeć. zdaje się, że wcale nie jest taki przekonany, że nic go nie łączy z rodziną, bo wciąż tylko usiłuje coś udowodnić sobie i innym.
    no ale najbardziej to żal koreczków z łososiem. najbardziej.

    Like

    1. łamanie serc to to, w czym się specjalizuję xd bójka była wyjątkową okazją do wprowadzenia do akcji regulusa, a co to za ffek o syriuszu bez regała? buntowanie się jest trudne, kiedy nie ma chociaż wycinka tego, przeciwko czemu człowiek chce się buntować. syriusz ma najwyraźniej problem ze sobą na tyle, że musi ustalać, kim jest, przez opozycję do innych. czyż bycie psem nie byłoby łatwiejsze? xd

      Like

  2. w twojej wersji syriusz jest naprawdę poraniony, naprawdę świadomy swoich problemów, ale również – niestety – świadomy swojego uroku. przykro na to patrzeć, chciałabym, żeby chociaż przez parę lat był szczęśliwy, zanim ostatecznie pogrąży się w rozpaczy. w sumie choć raniąca, ta koncepcja romansu z syriuszem ma sporo sensu.

    Like

    1. nie umiem pisać o nieporanionych bohaterach i trochę mi z tego powodu przykro, bo jednak też chciałabym dać syriuszowi parę radosnych lat, żeby chociaż miał w przyszłości z czego brać wspomnienia do patronusa czy coś. ale niestety, obawiam się, że mój syriusz skazany jest na bycie nieszczęśliwym.

      Like

  3. jestem pewna, że człowiekiem od koreczków jest smark.
    ja tam chyba wolę poranionych, choć agresja zbija mnie z tropu. jeśli mam być szczera, to bohaterowie świadomi swojego uroku wpadają w szeroką kategorię gilbertów, a z tego nic dobrego nie wynika. zacznie Ci się puszczać na prawo i lewo, i ani się obejrzysz, stracisz nad nim kontrolę, rozpali się, zacznie pić czy weźmie ślub bez pytania o pozwolenie. lepiej go oszpecać siniakami za wczasu, żeby trochę spokorniał! łamacz betonowych serduszek…

    Like

  4. Syriusz jest taki narwany, powinien troche wyczilowac i od razu wszyscy byliby szczesliwsi, z nim samym na czele.
    BIEDNY regulus, moje malenstwo tak skatowane, nawet ja sie nad nim tak nieznecam u siebie. Tylko go raz na smierc w sniegu zostawilam.
    Also mam nadzieje, ze kolejny pocalunek dainah i syriusza bedzie miej awkward. Szkoda zeby naczelny howartowy amant nie potrafil sie calowac.

    Like

    1. [to pisałam ja, sylv, ale nie wylogowuję eci, żeby nie robić zamętu!]
      nie trać wiary w syriusza, będzie dużo ćwiczył, może w końcu mu się uda xd a w przypadku regulusa bardziej bolała go duma i godność [być może za 3 zł] niż co innego, więc na pewno nie sposób uznać go za skatowanego xddd

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s