Kości zostały rzucone: rozdział piąty

Wciąż wydawało jej się, że czuje na sobie jego wzrok, ale gdy spoglądała w jego stronę, ich spojrzenia nigdy się nie spotykały, a on stale gdzieś się spieszył, czegoś szukał, coś robił, wszystko naraz, niedbale, niecierpliwie, jakby jego ciało nie nadążało za jego niespokojnym umysłem i myślami gnanymi wiatrem. Miał dziwną twarz, zmienną jak pogoda i pełną drobnych pieprzyków w najróżniejszych miejscach, o ustach odrobinę zbyt szerokich, nosie jednoznacznie orlim, oczach ciemnych jak dwie studnie, osadzonych głęboko pod wyrazistymi brwiami, przez które zawsze wydawał się trochę zły, a trochę skonfundowany i zwykle nie zadawał sobie nawet trudu, żeby odgarnąć opadające mu na oczy równie ciemne włosy, tak gęste i zmierzwione, że skutecznie ukrywały jego nieco zbyt duże uszy.
Z taką twarzą Edgar Bones nie mógł kłamać, nawet gdyby chciał – odbijało się na niej jak na tafli wody każde jego wahanie, każda najdrobniejsza myśl, pojawiająca się nagle w jego głowie tylko po to, by zaraz z niej wylecieć i przepaść bezpowrotnie. Nieustannie wydawał się czymś pochłonięty, choć rozpraszał się z łatwością i czasem tracił zainteresowanie, jeszcze zanim skończył zadawać pytanie, jakby sam zdążył już udzielić sobie odpowiedzi we wszystkich możliwych jej wariantach; wyrzucał z siebie słowa pospiesznie, bez zastanowienia, być może z obawy, że bardziej przemyślane mogłyby okazać się mniej szczere i chociaż Raelyn starała się zbywać jego szorstki sposób formułowania myśli latami ćwiczoną obojętnością, to zawsze w końcu udawało mu się odnaleźć jej czuły punkt, pociągnąć za właściwy sznurek, uderzyć w odpowiednią strunę – po czym wycofywał się spłoszony, jakby dopiero uświadamiał sobie, że jego słowa miały swój ciężar i na moment stawał się ostrożniejszy w ich doborze, potem jednak wszystko zaczynało się od nowa.
Sam wydawał się tego rodzaju słabości pozbawiony, ale gdy któregoś grudniowego popołudnia, zniechęcona swoimi miernymi postępami, zapytała go znad kociołka pełnego kolejnego nieudanego eliksiru, dlaczego nie kontynuuje historii magii i czy ojciec nie trzyma dla niego stołka w Wizengamocie, w pierwszej chwili tylko roześmiał się lekceważąco, okrutnie, z głową odrzuconą do tyłu rżąc bez opamiętania wystarczająco długo, by ją tym jedynie zirytować; potem jednak jego śmiech urwał się tak nagle, jakby stanął mu w gardle, jego dłonie bezwiednie zacisnęły się w pięści i przez sekundę gapił się jeszcze bezsilnie w sufit, zanim wydusił z siebie lakoniczne, gorzkie, ciężkie od pogardy:
– Zdechłbym z nudów.
Po czym wrócił do miotania zaklęciami w starą zbroję z taką zajadłością, że ta w końcu rozpadła się z łoskotem na kawałki, a on zdyszany, z koszulką mokrą od potu, z włosami przylepionymi do czoła, skroni, karku, ledwie zerknął na zawartość kociołka i wciąż wściekły rzucił:
– Może poszłoby ci lepiej, gdybyś mniej myślała o Prefekcie Naczelnym, a więcej o tym, co robisz.
W odpowiedzi cisnęła w niego podręcznikiem, a on kazał jej iść do diabła i wyszedł, trzaskając drzwiami. Robił to wielokrotnie, za każdym razem, gdy tylko tracił cierpliwość, a tracił ją zaskakująco łatwo; zawsze jednak w końcu wracał, a ona zawsze na niego czekała i gdzieś pomiędzy tymi niezliczonymi rozstaniami i powrotami udało mu się wypełnić luki w jej wiedzy, skorygować błędy w obróbce składników, wyjaśnić wszelkie niuanse procesu, które podręcznik pomijał milczeniem – dzięki czemu na zaliczenie semestru otrzymała najwyższą ocenę w historii swojej trudnej edukacji z zakresu eliksirów, choć samo w sobie nie miało to żadnego znaczenia.
Poza tymi zimowymi wieczorami i tą nieużywaną klasą gdzieś w głębokich lochach było jednak tak, jakby się w ogóle nie znali – on ze względów bezpieczeństwa wciąż zajmował na eliksirach miejsce z dala od reszty uczniów, ona na obronie przed czarną magią i zaklęciach była teraz częścią grupy stanowiącej tło dla Lestrange’a, w Wielkiej Sali dzielił ich stół Ravenclawu. Mogli swobodnie rozmawiać na zielarstwie, które wszyscy Ślizgoni z ulgą porzucili po czwartym roku, uznając grzebanie w ziemi za uwłaczające ich godności; mogli przywitać się krótko na korytarzu, gdy mijali się w drodze na różne zajęcia; wreszcie mogli chociaż wymienić porozumiewawcze spojrzenia gdziekolwiek na siebie trafili, ale nawet tego nie robili, starannie omijając się wzrokiem. Dla niej było to wygodne rozwiązanie – trzymać te śmieszne korepetycje w tajemnicy i udawać, że nie znali się wcale, tak jak nie znali się przez te wszystkie lata; nie spodziewała się jednak, że Bones podejmie tę narrację ani że brak jego zainteresowania będzie uwierał ją bardziej, niż gotowa była przyznać przed samą sobą, stając się szczególnie dokuczliwym po spędzonej w upiornie opustoszałym zamku przerwie świątecznej, kiedy to ulgę przyniosły jej nawet nierówny oddech śpiącej w łóżku obok Alecto, bezmyślny rechot jej brata bliźniaka podczas śniadania, bezlitosne spojrzenia Yaxleya znad szklanki soku, monologi Traversa, milczenie Lestrange’a.
Wraz z nadejściem nowego roku nie mieli już powodu, żeby dalej się nawzajem dręczyć – nie wiązały ich żadne obietnice ani groźby, a jednak w pierwsze styczniowe sobotnie popołudnie czekała na niego w tej samej opuszczonej klasie, co zawsze, zastanawiając się gorączkowo, co mu powie, jeśli zapyta ją, po co, do diabła, tutaj przyszła. Nie zrobił tego jednak – bez słowa rzucił swoje książki na stół, ona wyjęła swoje i zaczęli rozmawiać o zielarstwie, które przynosiło jej taką ulgę, a do którego on nie miał cierpliwości, przez co w połowie praktycznych zajęć jego rośliny zwykle kończyły rozszarpane na strzępy, a on dramatycznie opuszczał szklarnię, oświadczając bezceremonialnie, że gwiżdże na to wszystko, za co młoda, wyjątkowo wyrozumiała profesor Sprout odejmowała Hufflepuffowi jedynie dziesięć punktów, nauczona doświadczeniem, że dawanie mu szlabanu niczego nie zmieni, bo wbrew swoim szumnym zapowiedziom zawsze w końcu pojawiał się na następnych zajęciach.
– Dlaczego nie zrezygnujesz? – zapytała wprost, nie mogąc wyobrazić sobie przyczyny tego graniczącego wręcz z samoudręczeniem uporu, na co on odgryzł się natychmiast:
– Dlaczego ty nie zrezygnujesz z eliksirów?
Otworzyła usta, żeby powiedzieć mu prawdę – jak jej brat zareagował na jej niewystarczające wyniki sumów i jak od tamtej pory wszystkie ich spięcia zaskakująco szybko eskalowały z werbalnych do fizycznych, jak czasem używał do tego magii, a czasem jedynie łapał ją za włosy, wykręcał rękę albo zaciskał palce na szyi i czekał cierpliwie, aż poprosi, żeby przestał, co zawsze prędzej czy później robiła, choć za każdym razem obiecywała sobie przecież, że nie da mu tej satysfakcji; ostatecznie nic jednak nie powiedziała, bo jak mogłaby powiedzieć coś takiego, jakich słów użyć? Gdyby to zrobiła, znów stałoby się to rzeczywistością, a nie jedynie złym wspomnieniem, które pogrzebała w sobie tak głęboko, że równie dobrze nic z tego mogło się nigdy nie wydarzyć.
Zaciekawiony jej milczeniem nachylił się przez stół i położył swoje duże, niezgrabne dłonie na jej przedramionach, przyglądając się jej twarzy z bliska tak przenikliwie, jakby próbował wyczytać z jej ciemnozielonych tęczówek o brązowych obwódkach treść myśli, którymi nie chciała i nie potrafiła się z nim podzielić.
– Potrzebuję zielarstwa, żeby dostać się na magomedycynę – powiedział po chwili z nienaturalną dla siebie ostrożnością, wyraźnie czekając na jej reakcję, a kiedy spojrzała na niego zaskoczona, odsunął się jak oparzony i odchylił niebezpiecznie na krześle, krzywiąc wyzywająco, ze znużeniem; musiał oglądać podobną reakcję zbyt wiele razy na zbyt wielu twarzach, żeby nie wiedzieć, jak dalej potoczy się ta rozmowa. Istotnie spodziewała się po nim mniej prozaicznego, a bardziej ekscytującego wyboru, ale czy wolno było jej oceniać jego słuszność, gdy sama nie potrafiła sobie nawet wyobrazić swojej przyszłości – zupełnie jakby żadnej nie miała, jakby jej życie miało skończyć się w dniu, w którym po raz ostatni wysiądzie z Hogwarts Express?
– Mój brat naciskał, żebym kontynuowała eliksiry – wyznała pojednawczo, z pewnym wahaniem decydując się na tę wygodną półprawdę, która musiała im na razie wystarczyć.
Z czasem dziwiło ją w nim coraz mniej. Przywykła do jego chaotycznego usposobienia, ciągłego naruszania jej przestrzeni osobistej, żółtych swetrów, marginesów pergaminów zapisanych wierszami o rzeczach tak zwyczajnych, że nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, że można by napisać o nich coś więcej niż tylko tyle, że po prostu są – i kiedy w połowie lutego między jego notatkami z eliksirów przypadkiem znalazła szkic eseju na temat eksploracji kosmosu przez mugoli i ich niedawnym lądowaniu na Księżycu, nie była tym nawet zaskoczona, może jedynie trochę rozczarowana, że pozwoliła sobie na to złudne przekonanie o łączącym ich pragnieniu ucieczki od świata, w którym przyszło im żyć; odrobinę wściekła, że popadła w taką nieznośną kliszę, w poszukiwaniu wytchnienia od fanatyzmu, wpadając w objęcia przeciwnej strony; wreszcie nieco zraniona, że nie wspomniał o tym wcześniej, oszczędzając i jej, i sobie tych wszystkich wspólnie spędzonych godzin, które teraz należało wymazać.
Odłożyła esej tam, gdzie go znalazła, nic nie mówiąc ani o nic nie pytając, bo nie zamierzała wdawać się z jego autorem w ideologiczny spór, który nie był jej sporem, słuchać o słuszności, na którą monopol zawsze miała tylko jedna ze stron ani zostać posądzoną o popieranie czegoś, w co nigdy nie wierzyła. Mogła sobie wyobrazić, że jako dziecko z rodziny o tradycjach jednoznacznie czarodziejskich musiał być ciekawy świata bez magii i ta ciekawość pchnęła go do wybrania na trzecim roku mugoloznawstwa, ale czym w czasie tak gwałtownie nasilającego się konfliktu było kontynuowanie tego przedmiotu na poziomie owutemów, jeśli nie manifestacją przekonań, deklaracją lojalności? Jak głupio z jego strony tak się odsłaniać, rzucać wyzwanie czemuś, czego jeszcze do końca nie pojmował. Teraz, gdy szkolne mury tak skutecznie izolowały ich od świata, mógł sobie jeszcze pozwolić na brawurę, ale po ich opuszczeniu nie ochronią go przed podobną beztroską czystość jego krwi, wpływy jego rodziny ani tym bardziej słuszność przekonań, a ona nie mogła ryzykować zwrócenia na siebie uwagi, nie jeśli kiedykolwiek chciała uwolnić się od swojego brata i jego obsesji kontroli. Nie były tego warte eliksiry, wyniki egzaminów, Edgar Bones ani nikt inny.
Dlatego nie pojawiła się już więcej w tej opuszczonej klasie, tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia, i z początku wydawało się, że Bones nawet nie zauważył jej nieobecności albo zwyczajnie nie interesowały go jej przyczyny, ale kiedy po dwóch długich tygodniach przełknęła wreszcie urazę i udało jej się przekonać samą siebie, że tego właśnie chciała, że tak należało postąpić, przysiadł się do niej w czasie kolacji w swoim najbardziej puchońskim ze wszystkich posiadanych przez niego swetrów, zwracając tym nie tylko jej uwagę, ale i wszystkich zebranych jeszcze o tak późnej porze Ślizgonów, wyjątkowo wrażliwych na punkcie nienaruszalności ich uświęconego terytorium.
– Tak świetnie nagle zaczęłaś sobie radzić z eliksirami, co? – rzucił zaczepnie, rozsiadając się swobodnie tuż obok niej, tak blisko, że tylko jemu nie wydawało się to dziwne i Raelyn poczuła na sobie palący wzrok zimnych, brązowych oczu siedzącej po drugiej stronie stołu wraz ze swoim bratem bliźniakiem Alecto Carrow, która nigdy nie wybaczyła jej tego, co dawno temu jedynie powtórzyła bezmyślnie po swoim bracie – że od momentu umieszczenia nazwiska Carrow w Skorowidzu Czystości Krwi, ich krew została rozcieńczona bardziej niż wino w najgorszej spelunie na Nokturnie. Ich spojrzenia spotkały się na moment i Raelyn mrugnęła pierwsza; nie mogła sobie już nawet przypomnieć tamtej pogodnej, nieustraszonej dziewczynki o mysich włosach, z którą cierpiała wspólnie trudy nauki latania na miotle i pierwszych zajęć transmutacji – teraz Alecto Carrow była jedynie chora z nienawiści do całego świata, nie wyłączając, zdaje się, samej siebie.
– To już nie twoje zmartwienie – odpowiedziała na jego zaczepkę z tak doskonałą obojętnością, że prawie sama w nią uwierzyła, a jednak było to za mało, żeby zetrzeć uśmiech samozadowolenia z jego twarzy.
– Jakby kiedykolwiek nim było – parsknął lekceważąco, po czym zapadło pełne napięcia milczenie, którego żadne z nich nie potrafiło przerwać, aż w końcu zrobiła to za nich Alecto Carrow z właściwym sobie wyrafinowaniem i zaangażowaniem wartym lepszej sprawy:
– Zabieraj się stąd, borsuku. Padliną karmią dwa stoły dalej.
Nawet na nią nie spojrzał, jakby te słowa w ogóle do niego nie dotarły, choć usłyszała je połowa Wielkiej Sali i nawet z odległego stołu Gryffindoru zwróciły się w ich stronę ciekawskie spojrzenia; zamiast tego usiadł okrakiem na ławie, opierając się łokciem o stół i jak zawsze, kiedy się denerwował, wyłamał sobie bezwiednie palce.
– Słuchaj. Nie żebym musiał ci się z czegokolwiek tłumaczyć, ale tylko drażnię starego – podjął na nowo, zmieszany i zły. – Nic go tak nie przeraża jak kontakt z mugolami i łamanie ustaleń tej gównianej Ustawy o Tajności, ledwo dotknę tematu, a jakbym co najmniej naszczał na tę jego drogocenną replikę oryginalnego Kodeksu, pod którym bez wahania podpisałby się własną krwią, gdyby tylko ktoś go o to prosił – wyrzucił z siebie jednym tchem i urwał równie gwałtownie, a zaraz potem dodał z wyczuwalną pogardą: – Czy nie o to właśnie chodzi twoim kolegom, poza utrzymaniem się na szczycie łańcucha pokarmowego? O szczanie na Kodeks?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem i rzuciła pomiętą serwetkę na talerz w bezgłośnym wyrazie irytacji, nie potrafiąc zdecydować, która część jego wypowiedzi najbardziej ją dotknęła.
– Nie wiem – syknęła przez zęby, podnosząc się z miejsca. – Może sam ich spytaj.
Wyglądał na skonfundowanego i odruchowo złapał ją za nadgarstek, próbując ją jeszcze zatrzymać, ale wyrwała mu się rozpaczliwie, zbyt świadoma publiczności, jaką zgromadzili, żeby pozwolić mu na takie gesty. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć słów i Alecto walnęła dłońmi w stół z taką siłą, że wprawiła w drżenie wszystkie srebrne sztućce.
– Wypierdalaj w podskokach do swojej pasieki, Bones.
Udało jej się zwrócić tym jego uwagę i obejrzał się na nią poirytowany.
– Odpierdol się z łaski swojej, Carrow. R o z m a w i a m.
To wystarczyło, żeby sięgnęła po różdżkę i bez ostrzeżenia cisnęła w jego kierunku klątwą; nie udało jej się go jednak tym zaskoczyć i odbity przez niego promień przeciął stół, z łoskotem wyrzucając w powietrze wszystkie czarki, talerze i półmiski stojące mu na drodze, a wtedy do pojedynku włączył się Amycus z zaklęciem tarczy, chroniąc swoją siostrę przed jej własną klątwą – po czym obydwoje rzucili się jednocześnie do ataku. W Wielkiej Sali nastąpiło poruszenie; niektórzy wycofali się gorączkowo  poza zasięg walczących, inni podeszli bliżej, żeby lepiej widzieć, ktoś pobiegł donieść nauczycielom. Raelyn wyjęła swoją różdżkę, nie zamierzając jednak dołączać do żadnej ze stron, a jedynie osłonić się przed ewentualnym rykoszetem; Bones zresztą wcale nie potrzebował jej pomocy, odbijając oba zaklęcia bez wysiłku, niemal od niechcenia, samemu nie atakując, jakby Carrowowie nie stanowili dla niego wyzwania albo liczył jeszcze, że się opamiętają, czym ostatecznie tylko jeszcze bardziej ich rozjuszył, jednocześnie utwierdzając Raelyn w przekonaniu, że jego brawura w końcu go zgubi – nawet jeśli teraz zniecierpliwiony rozbroił swoich przeciwników, zanim zdążył pożałować swojej zuchwałości.
– Skończyliście? – warknął, łapiąc ich różdżki w powietrzu. – Nie jestem, kurwa, w nastroju.
Przez moment wydawało się, że Alecto skoczy na niego przez stół, gotowa wydrapać mu oczy, ale wtedy szmer publiczności oznajmił pojawienie się Prefekta Naczelnego i wszyscy rozpierzchli się w popłochu, jakby spodziewali się utraty punktów za samo przebywanie w jego pobliżu, choć Lestrange nigdy nie musiał wykorzystywać swoich przywilejów prefekta, żeby wzbudzać respekt – w naturalny sposób odziedziczył go po swoim starszym bracie. Teraz przyglądał się całej scenie z boku w milczeniu – najpierw trzem różdżkom w ręku Edgara Bonesa, potem różdżce w dłoni Raelyn, zamętowi na stole Slytherinu, wreszcie bladej z wściekłości Alecto Carrow i jej bratu, który trzymał ją za rękaw szaty, jakby to mogło ją przed czymkolwiek powstrzymać.
– Minus dwadzieścia punktów dla Slytherinu – powiedział bez emocji, po sekundzie zastanowienia dodając: – Za rozpoczynanie pojedynków, których nie potraficie skończyć.
Bones z niedowierzaniem parsknął śmiechem i bladozielone oczy Lestrange’a zwróciły się w jego stronę.
– Kpisz sobie, Lestrange? – zająknął się Amycus głupio, bezradnie. – My tylko…
– Stul pysk, Carrow – uciął natychmiast, nie odrywając wzroku od Bonesa i przez moment wydawało się, że sam sięgnie po różdżkę, a wtedy nie skończy się na standardowym pojedynku o honor do pierwszej krwi; i chociaż nic na całym świecie nie mogło go przed tym powstrzymać – ani odznaka prefekta, ani porażka rodzeństwa Carrow, ani nawet liczni świadkowie – rozmyślił się w ostatniej chwili i wycofał, rzucając tylko krótkie:
– Rozejść się.
Bones cisnął wściekle w rodzeństwo Carrow ich własnymi różdżkami, ominął Raelyn spojrzeniem i odszedł bez słowa w stronę stołu Hufflepuffu. Lestrange tylko mrugnął; dopiero wtedy zauważyła, jaki był blady, roztrzęsiony jak w gorączce i nagle uświadomiła sobie, że nie widziała go od śniadania, choć po południu mieli przecież razem historię magii. Z wahaniem zrobiła krok w jego stronę, ale on tylko odwrócił się do niej plecami, jakby zdążył zapomnieć o jej istnieniu i odszedł sztywnym krokiem w stronę wyjścia z Wielkiej Sali, najwyraźniej straciwszy apetyt.
Odpowiedzi na jej niewypowiedziane pytanie udzielił jej dopiero następnego ranka nagłówek pierwszej strony Proroka Codziennego – jego ojciec został tamtego dnia aresztowany.

Advertisements
Kości zostały rzucone: rozdział piąty

9 thoughts on “Kości zostały rzucone: rozdział piąty

    1. ett says:

      sukces! nie przyjmuję reklamacji, bo nigdy nie obiecywałam, że będzie uroczy. ani nawet miły, chociaż jest puchonem i poetą. to trudny trójkąt bez bezpiecznej opcji, sorry.

      Like

  1. lemot says:

    moje rośliny również kończyłyby rozszarpane. zdecydowanie mogłabym się przyjaźnić z edgarem, podoba mi się jego podejście do życia, sposób manifestowania innym swojego podejścia i jestem prawdziwą fanką sposobu, w jaki dobiera słowa. powinnam się od niego uczyć. stało się jasne, z jakiego powodu umrze szybko i w pakiecie – dla takiego człowieka po prostu nie ma życia. lestrange z kolei jest bardziej pociągający, nawet kiedy ma gorączkę. trójkąt wciąż dobrze wyważony.
    doskonale rozumiem raelyn i jej poszukiwanie opcji neutralnej na wszystko wśród masy poglądów radykalnych, ale obawiam się, że jest skazana na porażkę. jeszcze chwila i zachowanie postawy obojętnej będzie kosztowało więcej uporu niż skłonienie się w którąkolwiek stronę.

    Like

    1. ett says:

      #żyćszybkoumieraćmłodo
      dziwnie jest mieć bohaterkę z instynktem przetrwania, jeszcze się nie przyzwyczaiłam, ale chyba z tego właśnie wynika jej upór – za dobrze zdaje sobie sprawę, że obie opcje są tak czy inaczej skazane na porażkę, a póki co rozterki moralne są jej obce. zobaczymy, jak na tym wyjdzie.

      Like

  2. sylv says:

    edgar zaczyna powoli wkradać się do mojego serduszka, ale jest zbyt dynamiczny, żebym mogła go tak bezgranicznie pokochać. odkryłam to przy fragmencie o zielarstwie. to ten typ człowieka, który doprowadziłby mnie do szału. niemniej! ma u mnie ogromny plus za szczanie na kodeks. i za to, że nie był, kurwa, w nastroju. bo kto to widział, rzucać zaklęciami w człowieka, który nie jest w nastroju.
    niestety, puchar przechodni dla najlepszego tekstu notki dostaje lestrange za umotywowanie odebranych ślizgonom punków. brawo, lestrange.
    generalnie nie zazdroszczę raelyn sytuacji, w której się znalazła. niby taki dobry trójkąt, a tak ciężko w nim być. ale czyta się o nim świetnie!

    Like

  3. Kaj says:

    Ty wiesz, że ja lubię desperatów, a już w szczególności tych, którzy nic sobie nie robią z własnej śmiertelności. jestem pewna, że Edgar będzie świetnym magochirurgiem, z tym niewyparzonym językiem!

    Like

  4. kić says:

    Teraz raelyn bedzie mogla pocieszyc i przytuluc lestange’a! Piekny, piekny romans sie zapowiada! Z drugiej strony chemia miedzy nia a edgarem troche przeszkadza w #teamlestange, cos czuje, ze moze moj team sie rozpadnie niedlugo przez edgara. :/

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s