Na psa urok: 04.

Wiatr dął mocniej, niż się tego spodziewała, kiedy wychodziła z zamku bez czapki. Chociaż nawet gdyby wiedziała, że ryzykuje odmrożeniem uszu, nie była pewna, czy zajrzałaby pod łóżko, gdzie – jak podejrzewała – znajdowała się czapka. Depresja miała słabość do wełny – szczególnie teraz, kiedy w lochach było zimno i nieprzyjemnie, a jakaś mniej lub bardziej wyimaginowana wilgoć wchodziła za kołnierz i chłodziła kostki u stóp.
Dainah spróbowała się skulić tak, żeby szalik zakrył jej uszy, ale zdawała sobie sprawę, że nie dość, że to niemożliwe, to jeszcze głupio przy tym wygląda. No i nie dawało jej to żadnego ciepła. Lepiej cierpieć z godnością.
– Dlaczego jest tak zimno – westchnęła Susannah. – Powinni nas na zimę przenosić gdzieś, gdzie jest ciepło. Jesteśmy czarodziejami, czemu musimy siedzieć w takim zimnie.
– Możesz sobie wyczarować ogień. Albo rękawiczki – zauważyła przytomnie Isla.
Susannah i Dainah wymieniły spojrzenia. Owszem, mogły, co nie znaczy, że chciały. Tak, nie chciały, a nie nie potrafiły.
– Lepiej idźmy do Trzech Mioteł i ogrzejmy się w bardziej typowy sposób.
– Kremowe piwo nie jest bardziej typowe od noszenia czapki.
– Nie! – zaprotestowała Susannah, a Isla i Dainah spojrzały na nią, jakby nagle wyrosła jej druga głowa. – Prezenty!
Istotnie, zbliżały się święta i pewnie każda z nich powinna zakupić jakiś prezent, ale zakupy sytuowały się na ich mentalnych listach rzeczy do zrobienia niżej niż na mentalnej liście Susannah, która wydawała się nienaturalnie podekscytowana perspektywą świąt, prezentów i pieczonego indyka. Zupełnie jakby nigdy wcześniej ich nie obchodziła.
– Jest jeszcze dużo czasu – westchnęła Dainah.
– Ale później wykupią nam wszystkie najlepsze!
– W tych sklepach jest ciągle to samo. Niczego nam nie wykupią. Widzimy dokładnie te same towary od pięciu lat – zapewniła Isla.
Susannah wyglądała, jakby trochę opadło z niej powietrze. Dainah i Isla poczuły się niemal winne temu, że zabiły jej dziecięcą ekscytację.
– Możemy zajrzeć do Zonka? – zaoferowała Isla.
– A niektóre z nas mogą postać na zewnątrz – mruknęła Dainah.
– I czekać, aż odpadną im odmrożone uszy?
Dainah zaszurała nogą, jakby zbierała siły na ripostę tak ciętą, że aż odrzuciłaby Islę na kilka stóp w tył, ale jakoś nic nie przyszło jej do głowy. A później, jakby tego było mało, dostrzegła gdzieś w tłumie Syriusza Blacka i przez chwilę zapomniała, że w ogóle powinna myśleć o jakiejś ciętej ripoście. Przypomniała jej o tym dopiero wyczekująca mina Isli, ale wtedy Dainah nie miała już ochoty na werbalne przepychanki.
– W porządku, bawcie się dobrze, a ja poczekam w Trzech Miotłach – oświadczyła.
W jej głowie brzmiało to jak niezły plan – posiedzi w cieple, wypije pyszne kremowe piwo, a przy odrobinie szczęścia poobserwuje Syriusza zza szyby, gdzie nikt nie będzie mógł jej zarzucić, że obsesyjnie mu się przygląda, bo przecież po prostu będzie zerkała na to, co dzieje się na ulicy, i absolutnie nie będzie jej winą to, że Syriusz najpewniej będzie się tą ulicą przechadzał, wszak była to główna ulica i tak naprawdę jedyna godna zainteresowania w całym Hogsmeade. Na pewno będzie miał we włosach płatki śniegu, może rozchełstany płaszcz i…
Jak to bywa z przemyślanymi planami, zamiary Dainah nie wypaliły. Spektakularnie. Owszem, dotarła do Trzech Mioteł. Owszem, było tam ciepło. Owszem, zamówiła piwo kremowe. Tyle tylko, że wszystkie miejsca przy oknach były już dawno zajęte. Mogła ulokować się tylko w okolicy baru, a gdyby zechciała wyglądać przez okno, ryzykowałaby trwały skręt szyi. Zresztą wyglądanie przez okno byłoby strasznie szczeniackie, powinna zachowywać się dojrzalej. Za parę miesięcy skończy szkołę i, naprawdę, najwyższy już czas, żeby wziąć się w garść, póki jeszcze panuje nad sytuacją. Później zadurzy się tak, że nie będzie mogła się skupić na nauce ani na jedzeniu i nieszczęście gotowe. Nie, nie, zdecydowanie powinna sobie wybić to wszystko z głowy. Może to miejsce w Trzech Miotłach było jakimś znakiem od losu, że powinna skupić się na sobie. Albo na czymś innym, co ma przed samym nosem.
Problem w tym, że przed nosem miała zasadniczo ścianę, bo miejsce, które zajęła, było tak niefortunnie stworzone, że umożliwiało obserwację tylko ograniczonego wycinka sali, nie wspominając nawet o świecie zewnętrznym. Być może było to miejsce dla stałych bywalców, którzy przychodzili tu zapomnieć o świecie zewnętrznym i nie chcieli na niego patrzeć. Chociaż nie, tacy pewnie wybierali Gospodę Pod Świńskim Łbem. Może ona też powinna była ją wybrać?
Może tam były miejsca przy oknach?
Miała ochotę wymierzyć samej sobie siarczysty policzek za to, że tak szybko po podjęciu decyzji o niemyśleniu o tym, co dzieje się za oknem, zaczęła myśleć o tym, co się tam dzieje i kto chodzi po ulicy. I czy pada śnieg. I na czyje włosy ten śnieg pada.
Pełne skupienie, powiedziała sobie stanowczo. Będzie siedziała w miejscu, które sobie z braku innych miejsc obrała, i będzie czekała na powrót Isli i Susannah. Potem wypiją po kremowym, porozmawiają o tym, co Susannah kupiła, może wspomną coś o planach na święta lub o nauce, może powrócą do tematu czapek i rękawiczek, ale tylko w kontekście myśliwskich zapędów Depresji, nie zaś umiejętności transmutowania tych przedmiotów. A potem…
– Się masz, Pool – usłyszała tuż przy swoim uchu. Było to tak niespodziewane, że aż podskoczyła na krześle, a kufel kremowego piwa razem z nią.
Odrobina płynu wylała się na blat, ale nie zauważyła tego, bo oto tuż przed jej nosem znajdował się nos Syriusza Blacka. Połączony z całą resztą Syriusza Blacka.
– Cześć – odpowiedziała na tyle nonszalancko, na ile nonszalancki może być ktoś, kto właśnie wylał na stół ćwierć kufla piwa.
– Nie masz szczęścia do płynów, co? Najpierw eliksir, teraz to – zauważył.
– Jasne, naśmiewaj się z cudzego nieszczęścia – odpowiedziała. – Jak plecy? – dodała, zdając sobie sprawę, że to pierwsza ich rozmowa od wizyty w skrzydle szpitalnym, pod czas której nie wykazała odpowiedniego zainteresowana stanem jego zdrowia.
Naprawdę miała nadzieję, że go nie uszkodziła.
– Co? A, tak, wszystko w porządku. Wiesz, to pestka dla pani Pomfrey.
– No tak.
Na chwilę zapadła cisza, w czasie której naprawdę starała się nie patrzeć na roztapiające się płatki śniegu, które miał we włosach. Te, które jeszcze się nie roztopiły, kontrastowały z czernią jego włosów, a te, które uległy już panującemu w pomieszczeniu ciepłu i zmieniły się w wodę, kończyły swój żywot jako krople wody. Niektóre spływały po końcówkach jego włosów. Jedna czy dwie popłynęły po czole i znikły gdzieś w prostych, ciemnych brwiach.
Powinien nosić czapkę, do cholery. To dekoncentrujące.
– Zgubiłaś gdzieś te swoje Ślizgonki? – zapytał zdawkowo.
– A ty zgubiłeś swoich Gryfonów?
Zaśmiał się krótko, ale pokiwał głową.
– Coś w tym rodzaju. Wiesz, jak to jest. Dużo śniegu i lodu, wspaniała zabawa, póki ktoś nie nabije sobie guza.
Dainah upiła łyk piwa kremowego, które jeszcze zostało w jej kuflu.
– Znów próbowaliście wykończyć Snape’a? – zapytała zaskakująco obojętnie jak na kogoś, komu zdarzało się zamienić kilka słów z Severusem. Oczywiście było to w sumie kilka słów na przestrzeni kilku miesięcy, a słowa te dotyczyły tylko eliksirów, ale Dainah nie wykluczała, że byłoby jej trochę przykro, gdyby któryś z głupich żartów naprawdę skończył się tragicznie.
– A skąd, za kogo ty nas masz – teatralnie obruszył się Syriusz. – Próbowaliśmy przekonać Petera do uroków zimy.
– Bez skutku?
Syriusz znów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Raczej nie polubi tej pory roku. Ale przecież pani Pomfrey radziła sobie już ze skręconymi kostkami czy wybitymi zębami, prawda?
– Nawet nie pytam – stwierdziła Dainah, uśmiechając się lekko.
Sama sytuacja nie była ani trochę zabawna i zrobiło jej się szkoda Petera, z którym co prawda chyba nigdy nie rozmawiała, ale który wydawał się całkiem w porządku. Na pewno nie zasługiwał na to, żeby zostać wytarzanym w śniegu i to tak skutecznie, by musiał później potrzebować pomocy medycznej. Sposób, w jaki Syriusz o tym mówił, wywołał jednak jej mimowolny uśmiech.
– Nawet bym ci nie powiedział.
– Jasne, na pewno chciałeś się pochwalić, jacy jesteście pomysłowi i zabawni – prychnęła Dainah, tym razem ze szczerym rozbawieniem.
– Wszyscy wiedzą, że tacy właśnie jesteśmy.
Dainah już miała coś na to odpowiedzieć, kiedy drzwi Trzech Mioteł otworzyły się, a jej uszu dobiegły znajome głosy. Po chwili Isla wisiała na jej ramionach, trajkocząc w najlepsze o tym, co Susannah kupiła. Dainah nie słuchała. Uważnie patrzyła na Syriusza, którego uśmiech znikł z twarzy, a jego miejsce zastąpiła chłodna obojętność, jakby właśnie wycofywał się z miejsca, które wcześniej zajmował, bo zdał sobie sprawę, że panuje w nim zła energia czy inna bzdura, jaką powtarza się na wróżbiarstwie.
W końcu Susannah do nich dołączyła, stawiając na podłodze sporych rozmiarów torbę z zakupami.
– Mogłaś mi pomóc ją nieść – powiedziała z wyrzutem do Isli. – O. Um, cześć – dodała.
– Cześć – odpowiedział Syriusz, przywołując na usta uśmiech rozbawienia.
No tak, zachowujemy się niepoważnie. Dlaczego nie mogły przyjść tu parę minut później?, przemknęło Dainah przez myśl.
Słowa Susannah zwróciły jednak uwagę Isli, która zostawiła przyjaciółkę w spokoju i spojrzała na Syriusza, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.
– Co tu robisz? – spytała tonem tak zaskoczonym, że aż maskował on ewentualną nieuprzejmość samego pytania.
– Zakopuję ślizgońsko-gryfoński topór wojenny – odparł wesoło, po czym teatralnie się skłonił i ruszył w kierunku wyjścia.
Przez chwilę żadna z nich nic nie powiedziała. Susannah patrzyła ze zdziwieniem, Isla – z pewnym podziwem, jakby fakt, że Syriusz z nią rozmawiał, był największym osiągnięciem Dainah w tym semestrze. Kto wie, być może w oczach Isli był. Sama Dainah miała wrażenie, że nie wydarzyło się właściwie nic szczególnego, więc spojrzenia te wywoływały jej dyskomfort.
– No, no – powiedziała w końcu Isla z pewnym podziwem.
– Nie będziesz go gonić? – zapytała Susannah. – W książkach zawsze ktoś kogoś goni.
Dainah prychnęła.
– Mam swoją godność – oświadczyła z przekonaniem silniejszym od tego, które odczuwała.

Advertisements
Na psa urok: 04.

14 thoughts on “Na psa urok: 04.

  1. Kaj says:

    Przez to skrzydło szpitalne i rany na plecach mam wrażenie, że piszecie z Lemotem dwa warianty tych samych wydarzeń! Ale Wasze Syriusze są tak różne, że to aż interesujące.

    Like

    1. sylv says:

      widać w każdego syriusza muszą być wpisane rany na plecach i skrzydło szpitalne xd ale faktycznie, są pewne podobieństwa. nie wiem jeszcze, jak ten fakt interpretować – najwyraźniej mamy headcanony zbieżne tylko w niektórych miejscach xd

      Like

  2. kić says:

    jaki miły i wesoły syriusz! aż dziw, że za nim nie pobiegła wyznawać miłości. bo to najwyższa pora podjąć takie kroki, jeżeli chce zawitać w jego łóżku przed skończeniem szkoły! czas ucieka!

    Like

    1. sylv says:

      ale po co zaraz miłość wyznawać, jeśli celem jest coś innego. mamy tu ślizgonkę, no bez przesady xd na wszystko przyjdzie pora xdd

      Like

  3. ett says:

    zmagania dainah z samą sobą wydają się zabawne, ale z drugiej strony to trochę upokarzające, kiedy nie ma się władzy nawet nad własnymi myślami i nie można ich skierować w inną stronę niż płatki śniegu w czyichś włosach. współczuję szczerze.
    syriusz nie wydawał się za to zbyt przejęty stanem swojego tak zwanego przyjaciela, bardzo to miłe z jego strony, że zamiast z resztą odprowadzić go do skrzydła szpitalnego, wolał wybrać się na kremowe piwo. priorytety!

    Like

  4. lemot says:

    dobrze jej szło, mimo że płatki śniegu we włosach nie dały jej się skupić! to super, że dainah nie będzie musiała przeżywać romansu w swojej głowie. ps. póki co nikt nie jest z betonu i nikt nie wygląda na poranionego…

    Like

  5. Lysia says:

    Te tak jecza na to zimno, a mieszkaja w lochach xdddddddddddd.
    Dobra, juz mi przeszlo.
    Powinna byla za nim wybiec! W ksiazkach jak w ksiazkach, za mna juz pare razy w zyciu wybiegano i to takie uroczo melodramatyczne (nawet jesli wkurwiajace).

    Like

    1. sylv says:

      wybieganie wymaga większych nakładów energii od tych, o które podejrzewam swoje bohaterki. ładnie z ich strony, że chociaż nazywają to godnością xd
      poza tym to mogą być ogrzewane lochy xdddd no wiesz, ~magia~ xddd

      Like

      1. Lysia says:

        Po co mieszkac w lochjak sie I tak ma ogrzewanie? Psuje to cala atmosfere! Nawet sie plesn porzadnie nie rozlozy po szafach.

        Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s