Kości zostały rzucone: rozdział czwarty

Pocałowała go na oczach wszystkich, bo wydawało jej się to jedynym sposobem na zmuszenie go do porzucenia pozorów swobody, z jaką zadręczał ją swoją obecnością. Miała zapytać go wprost, czego właściwie od niej chciał, ale gdy tylko otworzyła usta, zdała sobie sprawę, że nie było w tym żadnego sensu – nic na całym świecie nie mogło zmusić Rabastana Lestrange’a do powiedzenia prawdy, o ile w ogóle był zaznajomiony z takim konceptem jak prawda, a przecież nawet gdyby to zrobił, nawet gdyby dla kaprysu postanowił odpowiedzieć na jej pytanie tak szczerze, jak tylko potrafił, i tak nie uwierzyłaby w ani jedno jego słowo, jak mogłaby, skoro on sam już dawno musiał stracić rozeznanie w tych swoich bezmyślnych kłamstwach.
Bawiąc się z nim w chowanego przez ostatnie tygodnie jedynie odsuwała w czasie nieuniknione; teraz widziała już wyraźnie, że nie mogła z nim wygrać, nie w grze, w której to on od początku ustalał zasady, ale gdy tylko to sobie uświadomiła, opętało ją pragnienie, żeby przynajmniej to zwycięstwo nad nią coś go kosztowało – a czy posiadał coś cenniejszego i równie kruchego od swojej reputacji, swojego świętego, niepokalanego nazwiska?
Ona nie miała nic do stracenia, nie musiała nikomu niczego udowadniać i nie bała się czegoś tak banalnego jak publiczne upokorzenie – posiadała w końcu dar niewidzialności. Kiedy więc usłyszała jego kroki wśród innych kroków na korytarzu, kątem oka uchwyciła jego ostry profil i poczuła jego ramię tuż przy swoim, po prostu to zrobiła, jeszcze w tej samej sekundzie, w której przyszło jej to do głowy – stanęła mu na drodze, zmuszając go do zatrzymania się w tłumie uczniów zmierzających na popołudniowe zajęcia i bez wahania go pocałowała, tak go tym zaskakując, że w pierwszym odruchu prawie ją ugryzł, gdy wepchnęła mu język do ust; nie cofnął się jednak ani jej nie odepchnął, a gdy po sekundzie wahania odpowiedział na jej pocałunek z afektem, którego się po nim nie spodziewała – to ona odepchnęła jego, choć kosztowało ją to więcej wysiłku i woli, niż sobie wyobrażała.
– Wystarczy ci już? – rzuciła zimno, wściekłość na siebie tłumiąc wściekłością na niego. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, krew ogłuszająco szumiała w uszach, a przecież to nic nie znaczyło, nie mogło, choć przez jedno krótkie mgnienie wydawało jej się, że udało jej się go tym zranić, że było to w ogóle możliwe; zaraz jednak mrugnął nieprzytomnie i skrzywił się bezwiednie, przez co jego rysy utraciły tę odrobinę regularności i jego twarz stała się tak brzydka, że Raelyn nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego wcześniej znajdowała taką przyjemność w przyglądaniu jej się.
Takim go zostawiła, gdy po kilku wyjątkowo długich sekundach jasnym stało się, że nie otrzyma od niego odpowiedzi; obróciła się na pięcie i odeszła, czując na sobie spojrzenia tak wielu ludzi, że było to dla niej zupełnie nowe, dziwnie ekscytujące doświadczenie, nie pozwoliła sobie jednak na przyspieszenie kroku i kiedy Lestrange dogonił ją na schodach, poczuła jedynie rozczarowanie, że to przedstawienie niczego nie zmieniło, że nie udało jej się od niego uwolnić.
– Nie, nie wystarczy – syknął jej do ucha ze źle skrywanym zniecierpliwieniem, rozdrażniony, ale przynajmniej w tym rozdrażnieniu prawdziwy. – Miałem nadzieję, że pójdziesz ze mną na bożonarodzeniowe przyjęcie u Slughorna.
Chciała się zatrzymać, żeby przyjrzeć mu się uważniej, ale poczuła jego palce zaciskające się na jej łokciu i dostosowała swój krok do jego kroku, zerkając jedynie na jego profil w poszukiwaniu wyjaśnienia tej rozpaczliwej determinacji, z jaką jej się narzucał – czy był ku temu jakiś powód, na tyle istotny, by zmusić go do czegoś, na co tak wyraźnie nie miał ochoty, że nie mógł już nawet na nią patrzeć, czy chodziło w tym wszystkim tylko o to, że nie potrafił przełknąć odmowy ze strony kogoś, kto nie miał prawa niczego mu odmawiać?
– Dlaczego miałabym to zrobić? – zaryzykowała pytanie, autentycznie ciekawa, może nawet gotowa zapomnieć na moment o swojej dumie, jeśli miałoby to czemuś służyć, ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami, zbyt poirytowany, żeby wydusić z siebie choćby słowo; nie spodziewała się zresztą po nim niczego innego niż kolejnego uniku, ale ostatecznie wolała to, niż te jego bezmyślne kłamstwa i słodkie uśmiechy, za które mógłby kupić pół świata, gdyby tylko nie przychodziły mu z tak wyraźnym trudem, że sprawiały wrażenie raczej przykre.
W końcu rzucił w przestrzeń:
– Nie chcesz zobaczyć się z bratem?
Nie chciała, ale jakaś zmiana w jego głosie powstrzymała ją przed przyznaniem się do tego głośno. Ta jawna pogarda, z którą wspomniał jej brata, wydała jej się dziwnie nieproporcjonalna do ilości czasu, jaki obaj poświęcili choćby na zauważenie istnienia tego drugiego i  mogłaby być jedynie echem lekceważenia, z jakim jego rodzina musiała myśleć o kimś takim jak Reese Marlow, mieszańcu odznaczającym się ambicją i talentem niezupełnie adekwatnymi do posiadanego przez siebie majątku czy statusu krwi, gdyby nie to, że sprawiała wrażenie zbyt świeżej, jeszcze nieostygłej, wyrosłej z urazy bardziej osobistej niż kolektywnej.
Przyjrzała mu się z nowym zainteresowaniem. Musiało to być najbliższe szczerości, na co było go stać, więc zgodziła się pójść z nim na to śmieszne przyjęcie, tylko po to, żeby przekonać się, czym jej brat sobie na tę pogardę zasłużył.
Lestrange był tego grudniowego wieczoru chmurny, wciąż rozglądał się za czymś ponad głowami gośćmi i zdawał się myśleć tylko o tym, żeby znaleźć się gdzieś indziej. Komunikował się półsłówkami, nie słuchał tego, co do niego mówiono i nie dawał się wciągać w uprzejme pogawędki o wszystkim, co błahe i nieistotne, byle niezwiązane z rozruchami w kraju, które coraz częściej nazywano otwarcie wojną; nieustannie popijał poncz, jakby zamierzał się w nim utopić i odkąd tylko znaleźli się w gabinecie Slughorna, ani na moment nie puścił jej ręki, choć nie było w tym geście czułości, jedynie praktyczna potrzeba trzymania jej blisko w tym zaskakująco gęstym jak na tak elitarne przyjęcie tłumie, na który składali się ludzie ważni lub jedynie znani z tego, że są znani; utalentowani lub tylko z nimi spokrewnieni; u szczytu kariery lub dopiero aspirujący. Z ich roku był tutaj jeszcze Frank Longbottom, którego rozsądkiem można by obdzielić resztę Gryffindoru oraz jego przeciwieństwo w postaci rudego Gideona Prewetta, skupiającego na sobie uwagę wszystkich w zasięgu wzroku których się znajdował – obaj już jedną nogą na kursach aurorskich; z młodszych roczników, poza dzieciakami z Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki, jeszcze zbyt smarkatych, żeby posiadać jakieś talenty lub cechy charakterystyczne poza swoimi świętymi nazwiskami, wyróżniała się jedynie Amelia Bones, tak różna od swojego brata, że trudno było uwierzyć w ich pokrewieństwo – drobna, nienaganna w każdym calu, miała w sobie dziwną surowość, której nie łagodziły nawet jej duże, błękitne oczy, kwiatowe hafty na szacie wyjściowej ani wiek zaledwie piętnastu lat i Raelyn nie potrafiła oderwać od niej wzroku, póki Lestrange bez ostrzeżenia nie pociągnął jej za sobą przez tłum.
– Lestrange, mój chłopcze! Już zaczynałem myśleć, że wzgardziłeś moim zaproszeniem i znów przedkładasz naukę nad skromne przyjęcie starego profesora! – powitał go Horacy Slughorn teatralnie, ze szczerym wyrzutem, ale wystarczyło, że Lestrange uśmiechnął się nieśmiało i nalana twarz gospodarza rozjaśniła się w momencie, jego jasne oczy stały jeszcze bardziej wodniste i spojrzał na niego z jakąś nagłą tkliwością właściwą ludziom sentymentalnym, którzy pozwoli sobie na o jeden kieliszek wina z czarnego bzu za dużo. – Czasem można pozwolić sobie na odrobinę przyjemności, nie ma w tym nic złego, twój ojciec nigdy zresztą nie oddawał wypracowań na czas. Czy opowiadałem ci, jak pewnego razu…
Twarz Lestrange’a wyrażała zainteresowanie tak uprzejme, że musiał słyszeć wszystkie te historie o swoim ojcu z czasów szkolnych więcej niż raz. Zanim jednak Slughorn na dobre poddał się narracji, jego nieco już mętny wzrok ześliznął się na stojącą obok Raelyn; zamrugał, tracąc wątek i choć był opiekunem jej domu, potrzebował dobrych dwóch sekund, żeby ją w ogóle rozpoznać.
– Ach, jak cudownie, że przyprowadziłeś ze sobą pannę Marlow, właśnie miałem… Reese, mój drogi, właśnie miałem ci wspomnieć, że twoja siostra zaskakująco dobrze poradziła sobie z uwarzeniem Wywaru Żywej Śmierci na zaliczenie semestru. Zaskakująco dobrze!
Reese obrócił się z kieliszkiem wina, którego nie pił i spojrzał prosto na nią, przyglądając jej się z takim zainteresowaniem, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Żadne z nich się nie poruszyło, nie wykonało żadnego gestu, nie zainicjowało powitania, jakiego można by spodziewać się po rodzeństwie, które nie widziało się od miesięcy, a które w tym czasie tak często wymieniało ze sobą listy – równie dobrze mogliby się nigdy wcześniej nie spotkać. Nie byli nawet do siebie podobni; Reese był wysoki i smukły, ciemnowłosy, o czystych, lekko wyłupiastych oczach i łagodnych krzywiznach brwi, sugerujących życzliwość usposobienia, której był pozbawiony, ona – wzrostu ledwie średniego, półprzezroczysta, o zielono-brązowych oczach odziedziczonych po kimś z tej części rodziny, o której wszyscy woleliby zapomnieć. Ich pokrewieństwo zdradzały jednak drobne, a przy tym zbyt głębokie podobieństwa, żeby mogli się ich wyprzeć – sposób, w jaki zaciskali nieprzystępnie usta, marszczyli nieufnie nosy i mrugali rzadko, ale nerwowo, jakby z obawy, że mogą coś przeoczyć; w jaki patrzyli zobojętniali na swojego pijanego ojca, ignorowali dźwięk tłuczonego szkła w środku nocy i nigdy nie wspominali o matce; w jaki uzupełniali się doskonale w swoich różnicach.
Mrugnęła, a on uśmiechnął się do niej leniwie, z zadowoleniem, które zapowiadało najgorsze, bo sięgało nawet jego jasnych, obojętnych oczu.
– Czyżby? – podjął wreszcie, mrugając do niej porozumiewawczo, jakby mieli jakiś wspólny sekret i nawet gdy zwrócił się poufale do Slugnorna, ani na moment nie oderwał od niej spojrzenia: – Muszę przyznać, że straciłem już nadzieję. Wydawało się, że tylko zmarnowałem pański czas, profesorze, prosząc o przyjęcie jej na zajęcia zaawansowane.
Slughorn w odpowiedzi jedynie zaśmiał się dobrodusznie, bo teraz mógł sobie już na tę dobroduszność pozwolić.
– Och, założę się o pudełko kandyzowanych ananasów, że to wpływ młodego Lestrange’a.
Lestrange nie zaprzeczył, a Raelyn tylko się uśmiechnęła, tym bladym, uprzejmym uśmiechem, który nie zdradzał jej myśli, w odwecie wyobrażając sobie rozczarowanie na poczerwieniałej od wina twarzy Slughorna, gdyby mu teraz wyznała, że to nieustannie wymykający mu się Edgar Bones był odpowiedzialny za jej ostatnie drobne sukcesy w dziedzinie eliksirów; z pewnością nie byłby zadowolony, musząc rozstać się ze swoim ulubionym przysmakiem, ale jej wyobrażenie na tym się nie kończyło – wyobraziła sobie jeszcze, z jaką satysfakcją zjedliby z Bonesem te kandyzowane ananasy, od razu całe pudełko, choćby miało ich zemdlić, i niemal słyszała w głowie jego szczekliwy śmiech, który mógł wydawać się okrutny, zanim przypomniała sobie, że przecież nie lubił słodyczy i cała jej fantazja rozpadła się jak domek z kart. Żałowała, że nie zjawił się na przyjęciu choćby na chwilę, tylko po to, żeby wprowadzić odrobinę chaosu w tę skostniałą formułę wymiany uprzejmości; wywołać oburzenie nieodpowiednim strojem; objeść się do nieprzytomności; wysadzić coś w powietrze; podpalić dekoracje; albo chociaż wprawić ją w zakłopotanie swoją agresywną bezpretensjonalnością, do której powoli zaczynała się przyzwyczajać i której, zdaje się, potrzebowała.
Reese spojrzał na Lestrange’a w taki sposób, jakby wcześniej nie był świadomy jego obecności i jego uśmiech stał się nieco szerszy, wyraźnie chłodniejszy, jawnie protekcjonalny, na co Lestrange w bezwiednym odwecie jedynie mocniej ścisnął jej dłoń.
– Z pewnością nie mógł zaszkodzić – orzekł jej brat lekceważąco po sekundzie milczenia, mierząc go spojrzeniem tak obojętnym, że musiała kryć się za tym jakaś niechęć, po czym zwrócił się do niego z wyczuwalną ironią: – To miłe, że zacząłeś troszczyć się o moją siostrę. Teraz wszyscy musimy się o siebie troszczyć.
Z jakiegoś powodu zabrzmiało to jak ostrzeżenie, niemal jak groźba i Raelyn pojęła nagle, że jej brat musiał wreszcie dostać to, czego od miesięcy tak bardzo pragnął, że w końcu udowodnił swoją wartość, swoją lojalność i determinację, że został przyjęty do kręgu, był teraz jednym z nich i nie było już od tego odwrotu, żadnej alternatywy poza śmiercią – i w jednej chwili jej świat stał się jeszcze ciaśniejszy niż dotychczas, jego mury wyższe i tak klaustrofobiczne, że nie było w nich już nawet powietrza, którym mogłaby oddychać.
A Reese nie przestawał się uśmiechać.
– Byłbym zapomniał – wtrącił jakby od niechcenia, choć wszystko, co mówił, miało przecież jakiś cel: – Rudolfus przesyła pozdrowienia.
Podniosła wzrok na Lestrange’a, spodziewając się, że ten skromny dowód pamięci jego brata sprawi mu choć odrobinę przyjemności, ale zamiast tego przez jego twarz przemknął cień urazy i poczuła, jak jego ciało sztywnieje, jak jego palce jeszcze mocniej zaciskają się na jej dłoni; mrugnęła, a wtedy Slughorn przypomniał im o swojej obecności, pytając jowialnie, jak drogiemu Rudolfusowi służy małżeńskie życie, i nagle nie tylko wargi Lestrange’a pobladły w gniewie, ale i jej brat skrzywił się bezwiednie – tak bardzo, mimo wzajemnej niechęci, musiało ich obu mierzić samo wspomnienie Bellatrix Black, teraz już Lestrange, którą Raelyn pamiętała niewyraźnie ze swoich wczesnych szkolnych lat jedynie jako czystą, nieokiełznaną, niemal pierwotną siłę o burzy czarnych loków.
Żaden z nich się nie odezwał, obaj jednakowo sparaliżowani awersją tak silną, że nie byli w stanie jej przełknąć i przypadkiem się przy tym nie udławić; jej brat upił desperacko łyk wina, choć zwykle jedynie udawał, że pije alkohol, żeby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi, ale w niczym mu to nie pomogło i zapadło ciężkie milczenie.
Raelyn nie mogła przestać o tym myśleć przez nic nieznaczącą resztę wieczoru i gdy przed północą wracali już z przyjęcia do lochów zimnymi, pustymi korytarzami – Lestrange z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie swojej wyjściowej szaty, ona cztery kroki za nim, że wzrokiem wbitym w jego plecy – wciąż przyglądała się Rudolfusowi Lestrange’owi w swoich wspomnieniach, zastanawiając się, w jakim stopniu i czy w ogóle był świadomy tej rywalizacji o swoje względy; czy zdawał sobie sprawę, jak chorobliwie zazdrosny o wszystkich, którzy wokół niego orbitowali, był jego młodszy brat; czy wiedział o tym głęboko skrywanym afekcie, którym od lat darzył go jej brat i czy już wykorzystał to przeciwko niemu, czy dopiero zamierzał?
Jasnym stało się jedynie, że to nagłe zainteresowanie Lestrange’a jej osobą, ta jego nieuzasadniona determinacja, żeby zbliżyć się do niej za wszelką cenę, nawet wbrew sobie, wynikała jedynie z tego, że okoliczności zbliżyły ze sobą ich starszych braci – że wyznawali te same idee, złożyli te same przysięgi i dzielili ze sobą ryzyko wiążące się z ich wypełnianiem, czego jemu, mimo więzów krwi, najwyraźniej wciąż odmawiano, jeśli nie z braku ogólnych predyspozycji, to przynajmniej z powodu zbyt młodego wieku, i Raelyn zdawało się, że teraz już go rozumiała, tę jego ślepą na wszystko potrzebę przypodobania się bratu poprzez kopiowanie nawet jego kręgu znajomych, a jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że miała także, być może, stanowić jego zakładnika, coś w rodzaju rekompensaty na wypadek, gdyby Reese spróbował mu coś odebrać.
– Niczego w ten sposób nie osiągniesz – odezwała się nagle, zaskakując nie tylko jego, ale i samą siebie tym nieoczekiwanym przypływem litości dla ich obojga, dla tych jego beznadziejnych starań i jej płonnych nadziei, a kiedy odwrócił się znudzony, żeby z wyraźnym już zmęczeniem spojrzeć na nią pytająco, wyjaśniła z żałosną prostotą: – Niewiele go obchodzę.
Zdawało się, że już dawno przywykła do myśli, że łączyły ich z bratem jedynie więzy krwi i nic więcej, że w najlepszym wypadku byli sobie zupełnie obcy, doskonale obojętni, ale gdy tylko wypowiedziała te słowa na głos, gdy ze wszystkich ludzi na całym świecie wyznała to właśnie Rabastanowi Lestrange’owi, poczuła się nagle nieznośnie wręcz nieszczęśliwa.
A wtedy on uśmiechnął się niespodziewanie, niemal z czułością, jakby powiedziała coś tak wzruszająco głupiego, że nawet nie miał serca jej wyśmiać i wyciągnął do niej rękę, żeby do niego podeszła, a kiedy to zrobiła, pocałował ją w skroń i wyszeptał jej do ucha jedynie krótkie:
– Zdziwiłabyś się.

Advertisements

18 thoughts on “Kości zostały rzucone: rozdział czwarty”

  1. Wszyscy doznali problemów z wordpressem, że jestem pierwsza? 😀 [Edit: Druga!]
    Urzekła mnie złożoność relacji, bo jak wiadomo romanse z podtekstem seksualnym są nudne, ale zazdrość już nie, a tu widać dużo więcej niż tylko to, co proste i nazwane, lubię tę impulsywność przeżywania, a nawet dopowiem sobie, kto tutaj z kim sypia!
    Buziak ❤

    Like

    1. rozczaruję cię chyba, bo tutaj nikt z nikim nie sypia, zwłaszcza w tym jednym, smutnym małżeństwie, które się trafiło, ale za to nie trzeba sobie wcale dopowiadać, kto z kim chciałby sypiać, a z różnych względów nie może.
      #teamniespełnioneromanse

      Like

      1. To jak oni sobie te dzieci zrobia…? xd
        Ja wciaz #teamlestrangewwiezyastronomicznej, najwyzej byloby brutalnie!

        Like

  2. Sylv przyszła i się zachwyciła! #teamleastrange
    Nie odczułam jakoś braku edgara w tym rozdziale, za to bardzo podobał mi się opus amelii. No i slughorn jak żywy!

    Like

    1. ja za to odczułam jego brak wyjątkowo boleśnie, przepisując ten rozdział trzy razy, póki się wszyscy łaskawie nie zdecydowali, czego tak naprawdę chcą, a co tylko im się wydaje, że by chcieli. ale jeszcze sobie chłopak odbije.

      Like

  3. wspominałaś, że miałaś problem z uzasadnieniem tego, co robi lestrange, ale wygląda na to, że to minęło. wychodzi z tego plątanina zależności, która jest jednocześnie obrzydliwa i fascynująca; podoba mi się, że choć reese i lestrange czują to samo wobec rudolfa, belli i nawet raelyn, to właśnie to jest powodem ich zagorzałej nienawiści. lestrange jest zdecydowanie uszkodzony, widać to w każdym geście i choć niepewny skurwiel ma swój urok, zgadzam się z raelyn, że czas, by edgar rozpierdolił to wszystko. warto było przepisywać. xoxo

    Like

    1. dziękuję. zwłaszcza za wyrażenie poparcia dla destrukcyjnych możliwości edgara, właśnie tego im wszystkim teraz potrzeba (i mnie również).

      Like

  4. lestrange for the win! #teamlestrange
    a tak w ogóle to chłodne relacje rodzeństwa łamią mi serce. starsi bracia zawsze powinni dbać swoją młodszą siostrzyczkę!

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s