Na psa urok: 02.

Tym, co było okropnie wyczerpujące w przypadku owutemów, były przygotowania do nich. Dainah była pewna, że kiedy nadejdą same egzaminy, nic, co się na nich wydarzy, nie będzie gorsze niż godziny spędzone na powtarzaniu materiału z poprzednich sześciu lat przy jednoczesnym poszerzaniu już zdobytej – i nie zawsze ugruntowanej – wiedzy. Wybrała przedmioty, które lubiła – eliksiry, zaklęcia, starożytne runy i historię magii – lub te, które były przydatne – jak obrona przed czarną magią, ale nie sprawiało to, że z większą ochotą siadła do nauki. Wiedziała, że nie może całkiem jej sobie odpuścić, ale nie było to szczególnie motywujące, szczególnie kiedy od początku roku szkolnego wszyscy nauczyciele powtarzali, że uczniowie nie powinni rozstawać się z książkami, bo czasu jest coraz mniej. Maj wydawał się tak odległy, że Dainah nie czuła jeszcze presji, żeby skupiać się wyłącznie na nauce.
Może dlatego właśnie była nieco rozkojarzona, kiedy kroiła udka jadowitej ropuchy na eliksirach. Slughorn podkreślał, że trzeba zachować najwyższą uwagę przy usuwaniu gruczołów, i miała zamiar tak zrobić, gdyby nie to, że raz po raz oczy zachodziły jej łzami z powodu wstrzymywanych ziewnięć. Była dziwnie pewna, że profesor nie pochwalałby uczniów ziewających na jego zajęciach z takim rozmachem i zapamiętaniem, z jakimi ona najpewniej by ziewała. Poprzedniej nocy nie spała najlepiej – najpierw musiała dokończyć wypracowanie, które nijak nie chciało przyrastać, a do wymaganej objętości zdawało się cały czas brakować ogromu wiedzy, potem przyszło jej wysłuchać sercowych rozterek Cathy i Isli, a na koniec raz po raz była atakowana przez Depresję, która uznała, że pod jej właśnie łóżkiem jest najlepsza baza wypadowa, a przy okazji można do woli polować na kołdrę.
– Dainah, skup się – syknęła Isla, która też nie była zbyt wyspana, ale potrafiła się na tyle zdyscyplinować, by nie przeszkadzało jej to w pochłanianiu wiedzy.
Jak to zwykle bywa, w tym właśnie momencie doszło do nieszczęścia. Każdy zapamiętał je trochę inaczej. Isla pamiętała, jak z przerażeniem patrzyła, jak Dainah odwraca się w jej stronę, jednocześnie wbijając w ropuchę nóż z impetem właściwym dla osoby, która chce powiedzieć „wiem, co robię, a ty pilnuj swojego nosa”. Dainah pamiętała, jak miejsce irytacji zastąpiło pieczenie tak intensywne, że odrzuciła nóż, który trzymała, i złapała się za przedramię, jednocześnie niemal kuląc się na ławce, przy której pracowała, i potrącając coś ciężkiego ramieniem. Syriusz Black pamiętał, że mieszał swój własny eliksir, kiedy poczuł, że po plecach spływa mu jakaś ciecz, której – był tego pewny – nie powinno tam być; profilaktycznie krzyknął. Profesor Slughorn pamiętał, że kiedy obserwował przewracający się kociołek, to poczuł, że nadciąga migrena.
– Do skrzydła szpitalnego! Natychmiast! – zarządził, patrząc na Dainah, która nadal z całej siły ściskała swoje lewe przedramię. – Panie Black, proszę odprowadzić pannę Pool do skrzydła szpitalnego, pani Pomfrey powinna zerknąć też na pańskie plecy. Pozostali powinni wrócić do pracy!
Dainah próbowała protestować, ale słowa nie chciały przebić się przez falę bólu, która ogarnęła jej ciało. Osiągnęła tyle, że wyprostowała się i odeszła od swojego kociołka, starając się zachować wyprostowaną sylwetkę i jak najwięcej godności. Czuła, że godność ta nie wystarczy jej na całą drogę do skrzydła, ale przynajmniej początkowy odcinek drogi pokona bez wydawania żadnych jęków. Wiedziała też, że protesty nie na wiele by się zdały – co najwyżej usłyszałaby od opiekuna domu kilka cierpkich słów, których nie miała ochoty słyszeć. W sposób oczywisty i niepodlegający dyskusji potrzebowała pomocy medycznej – niezależnie od tego, kto będzie jej towarzyszył w drodze ku tej pomocy.
Zacisnęła zęby. Wiadomo, że kiedy ma się siedemnaście lat, to nie można płakać w żadnej sytuacji, nawet jeśli ma się obawę, że właśnie straciło się rękę z powodu niefortunnego zbiegu okoliczności. Ręka dalej tam była, Dainah widziała i czuła ją wyraźnie, ale ból był tak dotkliwy, że alternatywa wydawała się niemal kusząca.
Syriusz najwyraźniej dostrzegł, że sytuacja jest poważna, bo nie kłócił się z nauczycielem.
– Chodź, Pool – powiedział tylko, a ona nie mogła się nawet ucieszyć z tego, że do niej mówi.
*
Droga do skrzydła szpitalnego jeszcze nigdy nie trwała tak długo. Dainah nie bywała tam często – w ciągu ponad sześciu lat nauki w Hogwarcie miała można dwa wypadki i tyle samo gryp wymagających cudownego eliksiru pani Pomfrey. Nawet kiedy miała gorączkę, do skrzydła mogła dotrzeć stosunkowo szybko.
– Pool, będziesz mdleć? – zapytał Syriusz, kiedy po raz kolejny przystanęła przy jednym z okien. – Może cię przelewitować?
– Nic mi nie jest – wycedziła. – Daj mi chwilę.
Syriusz nie odpowiedział. Dał jej już kilka chwil, w czasie których obserwował ją uważnie. Nie miał wątpliwości, że dziewczyna nie symuluje bólu po to tylko, by urwać się z zajęć, choć początkowo podejrzewał, że jej wypadek był sprytną próbą załatwienia sobie wolnego popołudnia i był jej prawie wdzięczny za to, że go w to – zapewne przypadkowo – wmieszała. Teraz był pewien, że wypadek był poważniejszy, niż do tej pory sądził; zrobiło mi się żal tej upartej Ślizgonki. Widział przecież, że jest źle – palce dłoni, którą zaciskała na lewym przedramieniu, aż zbielały od siły, jakiej używała, a zaciskanie zębów nadało jej twarzy nieprzyjemnego wyrazu. Była jednak zbyt dumna, by skorzystać z jego pomocy. Nie żeby był ekspertem w dziedzinie medycyny. Wydawało mu się po prostu, że jeśli ją przelewituje, dotrą do skrzydła szybciej, więc jednocześnie jej ręką szybciej zajmie się osoba wykwalifikowana do zajmowania się cudzymi rękoma. On się taką osobą nie czuł, a sama myśl o tym, że może jej się pogorszyć i on będzie za to w jakiś sposób odpowiedzialny, sprawiała, że czuł, jakby sam mógł zemdleć.
Merlinie, a jeśli ona zemdleje?
Przynajmniej wtedy nie protestowałaby, gdyby ją przelewitował.
– Jeśli chcesz tam dotrzeć przed kolacją, to powinnaś się pospieszyć – stwierdził, starając się zmotywować ją do działania przez wejście na jej ambicję. Ślizgonki w końcu powinny być ambitne, prawda?
– Idź sam, jeśli tak ci się spieszy – odpowiedziała na przydechu, odchodząc jednak od okna.
– Ślimak kazał mi iść z tobą. Jakim byłbym gentlemanem, gdybym zostawił cię w połowie drogi? – odpowiedział.
– Nie jesteśmy w połowie drogi – ucięła. Była wyraźnie poirytowana i musiało jej to dodawać siły do tego, by iść dalej. Może zapominała o bólu, kiedy się na niego złościła.
– Bo graćkasz się jak moja osiemdziesięcioletnia ciotka.
Dainah zacisnęła zęby. Nie tak wyobrażała sobie pierwszą dłuższą rozmowę, którą odbędzie z Syriuszem. W jej wyobrażeniach mniej było przytyków – nawet jeśli miały ją zmotywować do tego, by szła dalej – a więcej sensu. Sensu zdecydowanie brakowało tej wymianie zdań, do której poniekąd zmusił ich Ślimak. Albo kociołek Dainah.
– Jesteśmy za połową – powiedziała z przekonaniem, robiąc kilka wyjątkowo szybkich kroków naprzód, póki pęd powietrza, który poczuła na przedramieniu, nie zmroził jej nerwów i nie zmusił do tego, by zwolniła. Poruszała się wolniej, ale we właściwym kierunku. Na jej twarzy malowała się stanowczość, jakby właśnie rzuciła wyzwanie całemu światu i zamierzała mu udowodnić, że nie tylko dotrze do skrzydła szpitalnego, lecz także zrobi to w określonym czasie.
– W porządku, jesteśmy za połową – zgodził się Syriusz, który nie brał udziału w wyścigu i nawet niespecjalnie zaprzątał sobie głowę tym, czy połowa drogi jest tutaj, czy była dwa korytarze temu.
Przez chwilę szli w milczeniu; Dainah dalej zaciskała zęby i starała się oddychać miarowo, a Syriusz przyglądał się jej, jakby gotów był ją złapać, gdyby upadała. Racjonalna część jego umysłu wiedziała, że gdyby Ślizgonka postanowiła zemdleć, to pewnie nie zdążyłby uchronić jej przed spotkaniem z podłogą, w końcu nie miał refleksu szukającego, ale ta stuprocentowo gryfońska część twierdziła, że to jego obowiązek.
Kolejne piętro pokonali w milczeniu i Syriusz myślał, że tak będzie aż do samego skrzydła szpitalnego, kiedy nagle Dainah wyrzuciła z siebie pytanie wypowiedziane tak szybko, że musiał przez chwile myśleć, czy na pewno je zrozumiał.
– Jak twoje plecy?
– Co? A, w porządku – zapewnił, zdziwiony, że przez chwilę o nich zapomniał. Czuł, że jego szata jest przemoczona, ale wątpił, by stało mu się coś poważniejszego. Może Ślimak wysłał go tylko po to, żeby przypilnował, by Pool nie zemdlała po drodze?
– Gryfoni – prychnęła i wydawało się, że uznaje tę rozmowę za zakończoną.
– Masz coś do Gryfonów? – zapytał, zanim zdążył się ugryźć w język. Gryzienie się w język nie było jego mocną stroną, zbyt często mówił szybciej, niż myślał.
Dainah przez chwilę nie odpowiadała i zastanawiał się, czy nie uznała jego pytania za dowód na to, że Gryfoni są jacyś… w sumie nie wiedział, co Dainah o nich myślała, ale wzajemna niechęć Gryffindoru i Slytherinu była wręcz legendarna. Czyż rodzina niemal się go nie wyparła, gdy został Gryfonem? Czuł wobec nich pewną pogardę tylko dlatego, że oceniali innych przez pryzmat domu, do którego trafili, a kiedy zdał sobie sprawę, że właśnie w myślach zrobił to samo, poczuł ukłucie wstydu.
– Chodzą za wolno – odpowiedziała Dainah, wyrywając go z zamyślenia.
Faktycznie, szedł wolno, ale tylko dlatego, że to ona narzucała tempo. Wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć, to oczywiste, że musiał utrzymać jej tempo, gdyby to od niego zależało, już dawno byłby w skrzydle szpitalnym. Jak mogła sugerować, że to on chodzi wolno!
– Gdyby nie… – zaczął, ale urwał, zobaczywszy, że twarz Ślizgonki znów wykrzywił grymas bólu. Przez chwilę zapomniał, że ta sprzeczka jest zupełnie bez sensu. – Gryfoni po prostu wiedzą, że nie wszędzie warto się spieszyć – stwierdził, posyłając jej plecom szeroki uśmiech.
Dainah westchnęła, choć mógł to też być jęk bólu. Syriusz nie był pewien i nie miał ochoty pytać.
*
Kiedy w końcu znaleźli się w skrzydle szpitalnym, był zdziwiony, że od ich wyjścia z lochów minęło tak mało czasu – miał wrażenie, że szli dobrą godzinę. Pani Pomfrey w pierwszej kolejności zajęła się ręką Ślizgonki, która była blada jak prześcieradło. Syriusz nie słuchał uważnie tego, co pielęgniarka mówiła, zbyt skupiony na wyglądaniu przez okno. Widział tylko, że używała jakiejś dymiącej substancji, słyszał brzdęk szkła, a koło jego nosa w pewnym momencie przelewitowała fiolka z czymś, co wyglądało jak eliksir słodkiego snu. Wyglądało na to, że Pool nie straci ręki, ale proces leczenia zajmie więcej niż pięć minut.
W końcu pani Pomfrey spojrzała pytająco na niego, jakby myślała, że jest tylko uczynnym kolegą, który przyprowadził Dainah do skrzydła, a teraz martwi się o jej stan zdrowia.
– Profesor Slughorn kazał mi przyjść – odpowiedział szybko na jej niezadane pytanie. – Zawartość jej kociołka wylała mi się na plecy.
– Zdejmij szatę – poleciła. Pod nosem powiedziała coś o nieodpowiedzialnych uczniach, którzy porywają się na pracę z substancjami, których nie powinni dotykać.
Syriusz zrzucił szatę bez większego problemu, ale szybko zdał sobie sprawę, że koszula przykleiła mu się do pleców. Pani Pomfrey westchnęła tylko.
– Przejdzie do rana – powiedziała, kiedy Black, krzywiąc się nieco, oderwał materiał od pleców, które były czerwone i opuchnięte, a gdzieniegdzie pokryte żółtymi bąblami. Posmarowała mu plecy jakąś przyjemnie chłodzącą substancją i kazała zostać w skrzydle przynajmniej przez godzinę. I pod żadnym pozorem nie leżeć na plecach.
Są gorsze sposoby na unikanie zajęć, przeszło mu przez myśl. Ale na kolejnych eliksirach muszę usiąść dalej od tej Pool.

Advertisements
Na psa urok: 02.

14 thoughts on “Na psa urok: 02.

  1. ett says:

    podoba mi się morał tego rozdziału: jeśli będziesz uczyć się wystarczająco dużo, to masz szansę na wolne popołudnie i siedemnastoletnią klatę syriusza blacka. taki system nagradzania to ja rozumiem, tylko dlaczego dainah przespała tak ważną scenę? tyle przegrać.

    Like

      1. kić says:

        a ja doceniam podryw na wspólne pójście do skrzydła szpitalnego. szkoda tylko, że niezbyt skuteczny, skoro przy następnej okazji syriusz ma zamiar usiąść daleko, ale wiesz, jakie tematy na przyszłe rozmowy! “siema syriusz, jak twoje plecy” brzmi jak dobry wstęp do romansu.

        Like

  2. lemot says:

    ach, czy twój syriusz nie jest zbyt szlachetny? myślę, że skoro uważa się za takiego gryfona, di powinna go przetestować i mu zemdleć 😀

    Like

    1. sylv says:

      że też na to nie wpadłam! cholera xd może następnym razem 😀
      i nie, nie jest zbyt szlachetny xdddd GRYFOŃSKOŚĆ ALBO ŚMIERĆ

      Like

  3. Alex says:

    Jak to “syriusz nie jest wykwalifikowany do zajmowania sie czyimis rekoma”? Jestem zasmutkowana, ja bym mu dala sie zajac swoimi!
    Mysle, ze to jest moment, w ktorym nalezy podac w watpliwosc slizgonskosc dainah xd

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s