Kości zostały rzucone: rozdział trzeci

Powiedział, że skończył mu się atrament – jakby stanowiło to wystarczający powód, żeby usiąść obok niej na popołudniowych zajęciach z historii magii po sześciu latach ignorowania jej istnienia. Nic na to nie odpowiedziała i on też więcej się już nie odezwał, choć spodziewała się tego w każdej z wielu wyjątkowo długich minut wykładu, z którego nie dotarło do niej ani jedno słowo, zupełnie jakby Lestrange pochłaniał wszystkie dźwięki w swoim najbliższym otoczeniu. A przy tym nawet na nią nie spojrzał; wydawał się roztargniony i jego wzrok wciąż uciekał w kierunku krajobrazu za oknem, a mimo to jego notatki były staranne i kompletne.
W czasie lunchu od niechcenia zapytał ją przy wszystkich, czy czytała już artykuł na temat strukturalnej stabilności przedmiotów transmutowanych z powietrza i przez kolejny kwadrans próbował wyjaśnić jej złożoność tego zagadnienia, jednocześnie spierając się gorąco z Yaxleyem o ekonomikę materii, podczas gdy naprzeciwko Travers beznamiętnie dłubał widelcem w zawartości swojego talerza, przyglądając się jej przy tym z tak szczerym zainteresowaniem, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu; nigdy wcześniej nie słyszała, żeby Lestrange wypowiedział naraz tyle słów i wcale nie obudziło to w niej tęsknoty za transmutacją.
Następnego wieczoru spędził z nią trzy godziny w bibliotece, pisząc pracę semestralną z astronomii, podczas gdy ona czytała Konfrontację z bezimiennymi, zastanawiając się bezwiednie, jak reszta jego świty znosiła jego brak i czy mogli bez niego w ogóle oddychać. Kartkował niecierpliwie kolejne księgi w poszukiwaniu informacji na temat formowania się gwiazd, wczytując się w każdą linijkę tekstu z takim napięciem, jakby niewystarczające zrozumienie tego zagadnienia miało go kosztować coś więcej niż tylko słaby stopień; marszczył przy tym brwi, przygryzał kciuk w zamyśleniu i co chwila przeczesywał z irytacją przydługie włosy, które opadały mu na oczy za każdym razem, gdy tylko pochylał się nad pergaminem, żeby coś zapisać. Miał lekko zadarty nos, który nadawał jego twarzy bezczelny wyraz; cienką bliznę na prawej skroni, która zaczynała się tuż przy uchu i ginęła za linią ciemnoblond włosów; bladozielone oczy, które zwykle lekko mrużył, jakby nie widział zbyt wyraźnie. Raelyn nigdy wcześniej nie miała możliwości przyglądania mu się tak bezkarnie z tak bliska, a on udawał, że wcale nie czuje na sobie jej spojrzenia i obydwoje zgodnie milczeli, zupełnie jakby znali się tak długo i tak dobrze, że nie musieli już nawet ze sobą rozmawiać – a przecież nie znała go wcale i on też nie mógł o niej wiedzieć wiele więcej.
Była skonfundowana jego zachowaniem; nie tego się po nim spodziewała i nie wiedziała, jak bronić się przed jego uprzejmością. Po tygodniu była już zmęczona jego bliskością i utrzymywaniem stałej czujności w jego obecności, po dwóch – zaczęła z wolna popadać w paranoję, i kiedy na zajęciach z obrony przed czarną magią przypadkiem znalazła się z nim w parze, nie potrafiła już dłużej udawać nawet przed samą sobą, że panowała nad sytuacją. Tyle razy widziała przecież, jak rzucał zaklęcia niewerbalne, jak czasem jego koleżeńskie pojedynki z Traversem kończyły się w skrzydle szpitalnym i była przekonana, że ją zabije, przypadkiem lub z premedytacją, nic nie robiąc sobie z obecności nauczyciela – ale on tylko czekał cierpliwie na jej ruch i odbijał jej zaklęcia bez najmniejszego wysiłku, samemu nie atakując, czym tak ją ostatecznie rozwścieczył, że na moment zapomniała nawet o strachu; nie potrafiła go jednak zaskoczyć i dosięgnąć którymkolwiek ze znanych sobie uroków, nieważne jak bardzo się starała.
A potem dostała list od brata, w postscriptum którego napisał jakby od niechcenia: Bądź miła dla Lestrange’a – co w rzeczywistości oznaczało, że jeśli ten miałby życzenie w ramach przygotowań do egzaminów wypróbować na niej skuteczność swoich trucizn, to miała się zgodzić bez mrugnięcia okiem i jeszcze mu za to podziękować. Z pewnością nie było przypadkiem, że Reese wspominał o tym akurat teraz; jeśli jednak wydawało mu się, że dzięki niej będzie mógł wkraść się w czyjekolwiek łaski, to najwyraźniej ambicja zaślepiała go już do tego stopnia, że powoli tracił kontakt z rzeczywistością.
Nie zamierzała brać w tym udziału – cokolwiek to było. Czuła się przede wszystkim upokorzona – tym listem, tą fałszywą uprzejmością i łączącym je przekonaniem, że tak łatwo można było nią manipulować, jakby była niezdolna do samodzielnej myśli; jakby odrobina zainteresowania po latach lekceważenia mogła kupić jej oddanie; jakby nie była nawet osobą, a jedynie szmacianą lalką, którą przeciągali między sobą dla sportu.
Mury Hogwartu nigdy dotąd nie wydawały jej się równie klaustrofobiczne – mogła bez końca błądzić po jego zimnych korytarzach i nigdy już nie odnaleźć ponownie tego samego miejsca, a jednak unikanie Rabastana Lestrange’a przychodziło jej z trudnością, choć przestała przesiadywać w bibliotece, opuszczała posiłki i celowo spóźniała się na zajęcia, żeby móc usiąść z tyłu klasy, z dala od niego, czym w końcu zasłużyła sobie na szlaban w sobotni wieczór.
Zaczynała tęsknić za byciem niewidzialną; za swobodą, jaką się wtedy cieszyła. Łudziła się jeszcze, że może Lestrange znudzi się w końcu tą grą i znów zapomni o jej istnieniu, jeśli tylko wystarczająco długo pozostanie poza jego zasięgiem; kiedy więc zauważyła jego sylwetkę na drugim końcu korytarza gdzieś w głębokich lochach, wracając ze szlabanu tamtego listopadowego, niebezpiecznie późnego wieczoru, zareagowała instynktownie – skręciła w lewo, potem w następny korytarz w prawo i ukryła się w jednej z przypadkowych klas, która wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu nie okazała się wcale pusta.
– Wypad mi stąd.
Przylgnęła plecami do kamiennej ściany, wydając z siebie zduszony okrzyk; nie rozpoznała jego głosu i nie od razu udało jej się zlokalizować jego przygarbioną sylwetkę w głębi pogrążonej w gęstym półmroku sali, choć trudno było przeoczyć Edgara Bonesa z jego ponadprzeciętnym wzrostem i wełnianym swetrem w barwach Hufflepuffu.
– Nie mogę – syknęła w odpowiedzi ściszonym głosem, nasłuchując kroków na korytarzu. Bones nie wyglądał jednak na poruszonego; jego pociągła twarz miała wyraz zupełnie beznamiętny, ale wpatrywał się w nią znad kociołka z takim napięciem, tak uporczywie, jakby zamierzał wypchnąć ją z sali samą siłą woli.
– Możesz – zapewnił ją z prostotą, wskazując odpowiedni kierunek. – Tam są drzwi.
– Nie mogę – powtórzyła tylko z naciskiem; czuła jednak, że jej słowa po nim spływały i w końcu wyznała rozpaczliwie, choć nie bez wstydu: – Ukrywam się przed Prefektem Naczelnym.
A wtedy on oderwał się od kociołka i w trzech krokach znalazł się tuż przed nią tak nagle, że cofnęłaby się odruchowo, gdyby tylko nie stała już przy samej ścianie.
– Jakby mnie to obchodziło – warknął, niebezpiecznie zbliżając swoją twarz do jej twarzy. – Powiedziałem: wypad.
Raelyn nie ruszyła się jednak z miejsca; alternatywa wydała jej się zbyt przerażająca, a przecież nie wiedziała nawet, czego należało się spodziewać po Edgarze Bonesie z wyjątkiem niespodziewanego – otaczała go aura tak chwiejna, że wszyscy instynktownie trzymali się od niego z daleka, choć nie było to wcale łatwe z uwagi na jego agresywną bezpośredniość i niezdolność do pozostania w bezruchu dłużej niż sekundę. Był jak bezpański pies, nienawykły do przebywania wśród ludzi – niespokojny i spięty, w każdej chwili gotowy ugryźć.  Kiedyś nieustannie wdawał się w bójki z powodów tak błahych, że musiał to robić dla sportu – znudziło go to jednak w momencie, gdy tylko zaczął je wygrywać, choć zdążył jeszcze na piątym roku wylecieć z drużyny quidditcha za burdę w czasie meczu, a powody, dla których został przydzielony do domu Helgi, wylęgarni uprzejmości i kompromisu, wciąż pozostawały nieodkryte.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mogła znaleźć odpowiednich słów i zniecierpliwiony złapał ją za łokieć; zrobił to jednak niezręcznie, jakby nie do końca wiedział, jak mocno może ją chwycić, żeby nie zrobić jej przy tym krzywdy i wyrwała mu się zwinnie jak kot, uciekając w głąb klasy, gdzie jej uwagę przykuła parująca zawartość kociołka.
– Czy to Wywar Żywej Śmierci?
Nachyliła się nad kociołkiem, żeby móc się lepiej przyjrzeć czarnej jak smoła cieczy i zakręciło jej się w głowie od samych oparów.
– Kurwa, dziewczyno, odsuń się od tego. Nie będę cię nosił do skrzydła szpitalnego.
Poczuła szarpnięcie za szatę na plecach, ale znów mu się wyrwała, obracając wokół własnej osi i stanęła tak, żeby kociołek stanowił między nimi bufor bezpieczeństwa. Postanowiła grać na zwłokę za wszelką cenę i gorączkowo rozejrzała się po stole zastawionym składnikami tak różnymi, że nie wszystkie z nich potrafiła nazwać, a co dopiero odgadnąć ich właściwości i zastosowania.
– Skąd wziąłeś jad akromantuli? Nie można tego tak po prostu kupić, a już na pewno nie wnieść do zamku.
Dopiero teraz wyglądał na autentycznie rozjuszonego – przez twarz przebiegł mu nerwowy skurcz, jego ciemne oczy rozszerzyły się wyraźnie i wbił w nią spojrzenie tak ostre, że poczuła je z tyłu głowy. Na ułamek sekundy zastygł w bezruchu – a potem przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, jego ramiona uniosły się o cal i odruchowo wyciągnął w jej stronę ręce, jakby chciał nią potrząsnąć, ale zaraz się rozmyślił i ostatecznie tylko przeczesał palcami swoje i tak już zmierzwione, ciemne włosy, prawie je sobie przy tym wyrywając.
– Nie mam czasu na to gówno – wyrzucił z siebie równie wściekle, co bezradnie, akcentując ostatnie słowo uderzeniem pięścią w blat, przez co zawartość stołu wpadła w niebezpieczne drgania, a po lustrze cieczy w kociołku rozeszły się kręgi. –  Zabieraj się stąd.
Raelyn drgnęła nerwowo i odruchowo cofnęła się o krok, bardziej przed generowanym przez niego hałasem niż zasięgiem jego długich ramion; duma nie pozwalała jej jednak, żeby pomyślał sobie, że ją wystraszył, bo przecież wcale się go nie bała, ani odrobinę, zadarła więc podbródek, żeby sprawiać wrażenie nieco wyższej i rzuciła z pośpiechem, który zdradzał jej zdenerwowanie:
– Może jednak powinnam zawołać Prefekta Naczelnego?
Nie zrobiłaby tego, nawet gdyby znalazła tutaj żywą akromantulę i Bones zdawał się z miejsca przejrzeć jej blef, a jednak zamiast wściec się jeszcze bardziej i wyrzucić ją wreszcie za drzwi – rozluźnił się wyraźnie i jakby zakłopotany swoim wybuchem, wyłamał sobie bezwiednie palce w sposób przypominający średniowieczną torturę.
– Nie rozpoznałabyś jadu akromantuli, nawet gdyby sparaliżował ci cały układ nerwowy – wymamrotał, wyrywając jej fiolkę z ręki i uciekając spojrzeniem w bok.
Miał oczywiście rację – nie rozpoznałaby, gdyby nie etykietka.
– Zabawne – skomentowała chłodno. Nie widziała nic zabawnego w swojej ograniczonej wiedzy z zakresu eliksirów, zwłaszcza, że jej braki najwyraźniej były dla wszystkich oczywiste. – Ty za to na każdych zajęciach wysadzasz swój kociołek.
Prychnął lekceważąco, zadowolony z siebie, przerzucając fiolkę z jednej dłoni do drugiej.
– Jakbym robił to przypadkiem.
Wiedziała, że nie robił tego przypadkiem – gdyby tak było, Slughorn nie tolerowałby tego przez cały poprzedni rok ani tak usilnie nie zabiegał wciąż o jego udział w jednym z tych legendarnych podwieczorków dla uprzywilejowanych, które urządzał, choć nie bez znaczenia pozostawało zapewne także to, że rodzina Bones była zrośnięta ze stołkami w Wizengamocie, zupełnie jakby dziedziczyli je z pokolenia na pokolenie; zresztą eksplozja kociołka za każdym razem zdawała się sprawiać mu zbyt wiele radości, żeby mógł to być jedynie zbieg okoliczności.
Nie mieli sobie już nic więcej do powiedzenia i zapadło nieuniknione milczenie. Bones wrócił do warzenia eliksiru, tak po prostu, jakby jej obecność nagle przestała mu przeszkadzać, a ona przyglądała się przez moment, z jakim nienaturalnym dla siebie skupieniem odmierzył krople piołunu, jak bez wahania zamieszał całość sześć razy w prawo i trzy razy w lewo i jak zaraz po tym dodał jeszcze szczyptę sproszkowanego korzenia asfodelusa, co sprawiło, że konsystencja cieczy stała się nieco rzadsza, za to idealnie gładka – a wszystko to bez jednego spojrzenia na recepturę z podręcznika, który leżał nieotwarty pod stertą notatek.
Raelyn nie znosiła patrzeć, jak innym z łatwością przychodziło to, co jej sprawiało tyle trudności, a przecież musiała przynajmniej zaliczyć eliksiry na Zadowalający – nie dlatego, że brat tego od niej wymagał, że mogła potrzebować tego w przyszłości, ale dlatego, że sama zaczęła z czasem tego od siebie wymagać i nie zamierzała się teraz poddawać, nie po tym, jak wiele włożyła w to dotąd wysiłku i czasu.
– Nie zdradzę nikomu twojego małego sekretu, jeśli nauczysz mnie warzenia tego wywaru i odtrutki na niego przed końcem semestru.
Podniósł wzrok znad kociołka, spoglądając na nią w sposób, jakiego się nie spodziewała – bez śladu złości czy strachu, za to ze szczerym zainteresowaniem i przyglądał jej się w ten sposób długą chwilę, zastanawiając nad czymś tak intensywnie, że prawie słyszała jego myśli.
– Dlaczego po prostu nie poprosisz o pomoc, zamiast próbować mnie szantażować? – zapytał w końcu, takim tonem, jakby go to naprawdę zastanawiało; jakby nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby szantażem próbować kogoś do czegokolwiek zmusić; jakby manipulacja wydawała mu się metodą niepotrzebnie skomplikowaną i nieadekwatną do sytuacji.
Raelyn poczuła się nieswojo. Dla niej to było coś naturalnego – posługiwanie się groźbami, kłamstwem i fałszywymi obietnicami, żeby tylko dostać to, czego chciała, jeśli już czegokolwiek chciała od świata, który tak niewiele miał jej do zaoferowania. Wszyscy, których znała, grali według tych samych reguł – jej ojciec postępował tak, odkąd tylko sięgała pamięcią, jej brat miał do tego naturalny talent i zdawało się, że nikt z jej roku, a może i z całego domu Salazara, nie znał innego sposobu na osiąganie obranego przez siebie celu. Nigdy nie dostała niczego tylko dlatego, że o to poprosiła i teraz wydawało jej się to nie tyle upokarzające, co niebezpieczne – tak po prostu przyznawać się przed kimś do słabości, zdawać na cudzą łaskę i bez walki oddawać nad sobą władzę.
Spojrzała na niego ze złością, dotknięta tą sugestią. Chciała mu powiedzieć, że nie będzie go o nic prosić, niech sobie nie wyobraża; że nie da mu tej satysfakcji i wcale nie potrzebuje jego pomocy – ale kiedy otworzyła usta, wydobyło się z nich tylko ciche, niepewne:
– Proszę?
Wypowiedziana przez nią prośba zabrzmiała jakoś obco, niezręcznie i Raelyn poczuła się nagle zupełnie bezbronna. Spodziewała się, że teraz ją wyśmieje, zlekceważy, każe iść do diabła – ale on tylko wzruszył obojętnie ramionami i skinął krótko głową w odpowiedzi, udowadniając tym samym, że wbrew obiegowej opinii posiadał cechy charakteru, które usprawiedliwiały barwy jego wełnianego swetra.

Advertisements

11 thoughts on “Kości zostały rzucone: rozdział trzeci”

    1. edgar jako zbuntowany chłopiec z dobrego domu ma pewien potencjał jako śmierciożerca, ale w mordowaniu mugoli mogłoby mu przeszkadzać dobre, puchońskie serce. no i na pewno nie podobałoby mu się, że ktoś mówi mu, co ma robić.

      Like

  1. nie jestem w żadnym teamie, ale podoba mi się ta koncepcja trójkąta. ładnie wypadła konfrontacja slytherinu z hufflepuffem. to dość smutne, że raelyn nie zna innych sposobów niż stary dobry szantaż, zdecydowanie nikt jej niczego nie dał z czystej uprzejmości i nawet jak była niewidzialna, musiała sobie radzić po ślizgońsku. edgar mnie zaskoczył, nie spodziewałam się takiego dynamizmu. chyba nie tyle go shipuję, co się z nim identyfikuję xd

    Like

    1. jego nadzwyczajny dynamizm ma źródło w tym, że za punkt honoru postawiłam sobie odejście od stereotypu natchnionego, flegmatycznego poety. zresztą ten trójkąt nigdy by się inaczej nie zawiązał z kimś mniej bezpośrednim, chodziliby tylko wokół siebie bez końca.

      Like

  2. Ja chybe jednak #teamedgar, chociaz ciagle sie nie moge zdecydowac. Ale mam slabosc do panow dobrych w eliksirach.
    Ps. Reese jest strasznym meskim narzadem.
    Napisalabym inaczej, ale sie boje, ze mnie wordpress zbanuje xd

    Like

  3. co za edgar. najpierw ją wywala, przeklina na nią i obraża, a potem się dziwi, że zamiast prośby słyszy groźbę!
    #teampowstawaniegwiazd

    Like

  4. spodziewałam się, że edgar będzie innym człowiekiem. podobało mi się, że się myliłam – konstrukcja postaci wygląda super, ale chyba chwilowo jestem team lestrange. z uwagą będę obserwować rozwój trójkąta, może zmienię jeszcze zdanie xd [prawdopodobnie po pierwszej Bardzo Podłej Rzeczy, którą lestrange zrobi]

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s