Łapy przy sobie: dwa

W sobotę budzik obudził mnie o siódmej. Zwykle moja pobudka trwała bardzo długo. Magiczny budzik w kształcie znicza, który dostałam od brata, był zaczarowany tak, by dzwonił tylko przy moim łóżku. Z tego powodu nie miałam najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu nastawiana go na pół godziny przed planowanym czasem wstania. Miewał on swoje humory – jednego dnia bez gadania pozwalał mi przespać pięć-sześć pięciominutowych drzemek, jedynie podskakując niecierpliwie, a innego odlatywał w przeciwny kąt łóżka, żeby potem zmieniać kierunek za każdym razem, kiedy prawie udało mi się go złapać. Zawsze jednak ograniczał się tylko do przestrzeni wyznaczonej przez granatowe kotary. Oczywiście najlepszym wyjściem było wyrzucenie go poza mój rewir, ale po pierwsze najpierw trzeba go było złapać, a po drugie wtedy obudziłby już nie tylko moje współlokatorki, ale pewnie całą wieżę Ravenclawu.
Wolfe prawdopodobnie uznał, że ten słodki gadżet zapewni mi codzienną dawkę treningu, dzięki której z wiekiem zostanę wspaniałą szukającą; tak się nie stało. W drużynie Krukonów byłam tylko rezerwową i miałam okazję grać w zaledwie dwóch meczach, dwukrotnie na pozycji pałkarza. Nie były to najlepsze występy w moim życiu, a tłuczek nie był moją ulubioną piłką.
Wstałam od razu. Odniosłam wrażenie, że budzik-znicz był tym autentycznie zdziwiony – w sobotę zabawa trwała zwykle najdłużej.
Ogarnęłam się szybko – moja poranna toaleta składała się głównie z mycia zębów, szybkiego czesania i przemycia twarzy wodą, zwykle zaraz po tym następował szybki bieg na śniadanie. Z lekkim smutkiem, który jednak nie zachwiał moją pewnością siebie zauważyłam, że moje brązowe włosy z tendencją do falowania akurat beznadziejnie się ułożyły – wstępne oględziny wykazały, że musiałam spać na lewej stronie przez całą noc. Podkradłam Vicky jakiś specyfik do włosów, który trzymała na szafce nocnej (Vector otworzyła tylko jedno oko i chyba zamierzała podnieść kciuk na znak, że życzy mi powodzenia, ale zdążyła w międzyczasie zasnąć). Sytuacja była opanowana.
Wciągnęłam na siebie mój ulubiony granatowy sweter i dżinsy i energicznie wyskoczyłam z dormitorium, ale gdy byłam już w drzwiach, cofnęłam się po krukoński szalik – w sowiarni niesamowicie wiało nawet latem, więc można sobie wyobrazić, jak sytuacja wyglądała na początku listopada i to o tak nieludzkiej porze.
Zamek był zupełnie opustoszały, po drodze nie spotkałam ani żywej, ani nawet martwej duszy. To sprawiło, że przez chwilę zaczęłam wątpić w ten cały plan, nie chciało mi się wierzyć, że ktokolwiek w całym Hogwarcie był już na nogach. Dla dodania sobie otuchy powtarzałam niezbędne informacje i analizowałam możliwe scenariusze rozmowy, ale intuicja podpowiadała mi, że mogę sobie darować.
Kiedy znalazłam się bliżej sowiarni, zaczęłam żałować, że nie zabrałam ze sobą płaszcza, wiatr śmiało hulał korytarzami. Zaczęłam marzyć o ciepłej kawie. Wpadłam do sowiarni całkiem już pewna, że nikogo tam nie zastanę.
Myliłam się.
Syriusz Black stał, oparty bokiem o szeroki filar pomiędzy dwoma oknami. Najwyraźniej było to jedyne miejsce, w którym był chroniony przed wiatrem na tyle, by móc wypalić fajkę. Kiedy mnie zobaczył, z jakiegoś powodu spanikował i schował papierosa za plecami.
– Cześć – rzuciłam beztrosko, uśmiechając się szeroko. Stanęłam w drzwiach i oparłam dłonie na futrynach. Nie mogłam się powstrzymać, czułam, że jestem w pozycji siły, bo nie dość, że nakryłam go w nieodpowiednim momencie, to na dodatek byłam świadkiem jego zamyślenia i związanego z nim osłabienia refleksu.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się trochę, najwyraźniej sam rozbawiony swoją głupią reakcją. Natychmiast zresztą się poprawił, bo wyciągnął papierosa zza pleców i zaciągnął się.
– Chcesz? – zapytał, wyciągając paczkę z kieszeni i machając nią zachęcająco.
– Nie, dzięki – powiedziałam.
Weszłam do środka i skierowałam się w jego stronę, bo przedtem mogliśmy się dobrze słyszeć tylko pomiędzy gwałtownymi podmuchami wiatru. Czułam, że odmarzają mi uszy.
– Czemu się ukrywasz? – zapytałam. Wyciągnęłam z kieszeni list, na którym umyślnie nie dopisałam jeszcze nazwiska adresata. Szybko okazało się, że miejsce, w którym stał Black było jedynym, w którym wiatr nie wyrywał wszystkiego z rąk. Oparłam kopertę na ścianie, przytrzymując ją dłonią. W tych warunkach atmosferycznych naprawdę trudno było dopisać: „Wolfe Snicket”, ale się udało. Zrobiłam to na wypadek, gdyby Black nie kojarzył, jak się nazywam – nie zniosłabym, gdyby zapytał mnie o nazwisko.
– Od czasu do czasu wpadają tu nauczyciele – odparł, wzruszając ramionami.
– Jeśli to cię powstrzymuje, to twoja reputacja wisi na włosku.
Zaśmiał się krótko.
– Mam więcej szlabanów niż wolnego czasu, trochę odpuszczam – wyjaśnił, dopalając fajkę i wyrzucając peta przez okno.
Black najwyraźniej uznał, że nie ma potrzeby dalszego tłumaczenia i zabrał się za pisanie listu. W tych warunkach był to niemal sport ekstremalny – tylko czekałam, aż wiatr wyrwie mu z rąk pergamin. Sama robiłam wszystko, żeby nie stracić ani listu, ani szalika.
Byłam dość rozczarowana, że zapadło milczenie, bo podejrzewałam, że już nie uda mi się ożywić tej rozmowy, ale nie chciałam się narzucać.
Zastanawiałam się, dlaczego Black przychodzi tutaj sam i nagle nabrałam wątpliwości, czy to ma jakikolwiek związek z nową pozycją Lily Evans w jego życiu. Wcześniej wyobrażałam sobie, że on i Potter są nierozłączni, jednak teraz przyszło mi do głowy, że gdybym miała spędzać całe dnie i noce z Jamesem Potterem (mówiło się, że Black nawet wprowadził mu się do domu), też wymykałabym się od czasu to czasu, żeby pobyć sam na sam ze swoimi myślami, tak dla higieny psychicznej.
Różnica między Jamesem Potterem i Syriuszem Blackiem była przecież jak między Celestyną Warbeck a wokalistą Hobogoblinów, Stubbym Boardmanem. Obaj byli powszechnie znani i lubiani, ale Potter idealnie trafiał w gust uniwersalny, lubił swój status gwiazdy i do nawiązania z nim więzi wystarczyło pochwalić jego ostatni występ. Black uważał się za buntownika, był zdystansowany, często wyglądał na znudzonego i lubił imprezować, ale tylko w elitarnym towarzystwie swojej kapeli. Mimo głębokich różnic dogadywali się świetnie – uzupełniając się wzajemnie, robili najlepszy spektakl w szkole.
Dość długo wybierałam sowę, zależało mi na tym, żeby rozbawić swojego brata. Wybrałam już jedną, której pióra sterczały pod dziwnymi kątami, jakby całkiem niedawno raziła ją jakaś klątwa i przywiązałam jej do nóżki list, ale kiedy postawiłam ją na parapecie, nie wyglądało, jakby miała gdziekolwiek polecieć. Spojrzała na mnie, jakby niezupełnie rozumiała, czego się od niej oczekuje.
– Do rodziny? – zapytał niewyraźnie Black.
Odwróciłam się w jego stronę. Trzymał w zębach pióro, bo obie ręce potrzebne mu były do zamknięcia listu. Byłam bardzo zdziwiona, że w ogóle się odezwał.
– Do brata – odpowiedziałam. – Możesz go kojarzyć, dwa sezony temu grał z Potterem w quidditcha. A ty?
Black wyglądał, jakby skojarzył Wolfe’a. Był moment, kiedy podejrzewałam brata o wejście w spółkę z młodszymi Gryfonami w celu szmuglowania z Hogsmeade Ognistej i mina Blacka zdawała się potwierdzać te przypuszczenia.
– Do kuzynki – powiedział. Wyraźnie nie zamierzał migać się od odpowiedzi, skoro pierwszy podjął temat.
– Myślałam, że nie odzywasz się do swojej rodziny – zaryzykowałam.
Spojrzał na mnie i miał niezbyt przyjemną minę, jakby jego negatywne uczucia w stosunku do rodziny przelewały się bezpośrednio na mnie. Niespecjalnie go za to winiłam, biorąc pod uwagę reputację familii Blacków i to, co wyprawiał młodszy brat Syriusza. Black wyjął pióro z ust, żeby móc mówić.
– Niektórzy są w porządku – odpowiedział, a potem nieoczekiwanie wyszczerzył zęby: – Ci wydziedziczeni.
Rozbawiło mnie to, chociaż czułam, że nie powinno. Irytacja, która pojawiała się na twarzy Blacka ilekroć wspominano jego rodzinę, wyraźnie pokazywała, że nie miał do tej sprawy aż takiego dystansu, jak sam uważał. Trudno było go za to winić – kiedy podejmował pierwsze decyzje przeciwko swojej rodzinie miał jedenaście lat i raczej żadnej świadomości konsekwencji.
– Ale adoptowałeś się do Potterów, więc… – zaczęłam, próbując go trochę pocieszyć.
Na jego twarzy znów pojawiło się to rozdrażnienie.
– Nie macie o czym gadać w tym Ravenclawie? – przerwał mi.
Wzruszyłam ramionami. Życie z braćmi porozrzucanymi po różnych domach nauczyło mnie, że jeśli w dyskusji nie ma dobrych argumentów, zawsze przychodzi do rzucania się o przynależność.
– Przestań się wściekać – uciszyłam go, sama trochę zirytowana. W tym momencie nie wydawał mi się tak interesujący, jak wcześniej, właściwie rozmowa z nim dążyła wprost do uznania, że jednak Syriusz Black nie jest facetem mojego życia. – Wiem, jak się czujesz.
Wyglądał, jakby chciał mi powiedzieć, jak bardzo się mylę, ale po drodze uznał, że i tak poruszył ze mną zbyt osobisty temat i nie będzie się wywlekać bardziej tylko po to, by udowodnić mi, że ma rację. Pewnie próbował być ponad to.
– Wątpię – powiedział wyniośle.
– Mam dwóch braci, starszego Gryfona i młodszego Puchona – powiedziałam szybko, moja irytacja wzrastała z każdym słowem. W porządku, moja sytuacja rodzinna nie była tak chora jak jego, ale to jeszcze nie oznaczało, że nie znajdowałam w sobie tyle empatii, żeby się porządnie wczuć. – Mieszkam z ich matką, mamy wspólnego ojca. Nasza rodzina to kompletny bałagan, ale wszyscy nieustannie przekonują mnie, że wszystko w porządku i są dla mnie tak słodcy, że nie mam się nawet do czego przyczepić, nawet gdybym bardzo chciała.
Black milczał, ze szczególną zawziętością przywiązując swojej sowie list zaadresowany do Andromedy Tonks. Zrezygnowałam z rozczochranej sowy, która z ulgą powróciła na swoje miejsce na drążku i wybrałam taką, która wyglądała na bardziej ogarniętą.
Black mi nie odpowiedział.
– Idę – oświadczyłam w końcu, chwilę po tym, jak odleciała sowa z moim listem. Odprowadziłam ją jeszcze wzrokiem, martwiąc się, czy nie zniesie jej z kursu. – Widzimy się na zaklęciach.
Dobrze, że wiało tak głośno, bo przypadkiem zabrzmiało prawie jak groźba.
– Na razie, Snicket.

Advertisements

7 thoughts on “Łapy przy sobie: dwa”

    1. wcale nie miała być klasyczna, w planie była dla niego miła, ale najwyraźniej dziewczyny o imieniu annie nie potrafią inaczej. oczywiście, będą klątwy xd

      Like

  1. och, jak bliski mi jest temat porąbanej rodziny. xd ale widzę, że dobrze annie idzie wyrywanie syriusza, jeszcze parę takich prowokacyjnych uwag i będzie jej!

    Like

  2. zestawienie jamesa i syriusza z tymi celebrytami mnie urzekło – takie proste, a tak wiele mówiące. [#teamsyriusz na zawsze]. i oooch, z syriusza wychodzi poraniona dusza. czy cośtam. ale kupuję tę jego nonszalancję, która przeszłą w irytację. i yay, andromeda została wspomniana. kocham andromedę i zawsze planowałam o niej napisać, ale nigdy mi nie wyszło.

    Like

  3. tak bardzo nastoletnie metody podrywu: najpierw stalking, potem rozgrywanie w głowie różnych scenariuszy, a jak dochodzi do rozmowy, to nagle okazuje się, że nie jest to miłość na całe życie. normalnie aż mi się liceum przypomniało.
    no i różnice między potterem a blackiem bardzo w punkt, przyklaskuję temu.

    Like

  4. wiadomo, że ja się od zawsze w syriuszku kocham, ale jak zobaczyłam go z papierosem, to mi kolana zmiękły. teraz się boję, że w dziesięć rozdziałów annie się nie przekona, że jednak jest mężczyzną jej życia, ale może to nawet dobrze, bo zaraz go wtrącą do pierdla. chłopak sobie nawet życia nie użyje.

    Like

  5. No wiecie co, a ja zebralam zrype za napisanie, ze syriuszek palil.
    Podejrzewam, ze w hogwarcie nie maja tukanow, zeby porzadnie rozbawic braci, taka strata! I tez uwazam celebryckie porownanie za bardzo trafione, chociaz ja tam do jamesa nic nie mam.
    Chyba czas obstawiac kto kogo najpierw wysle do skrzydla szpitalnego.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s