Kości zostały rzucone: rozdział drugi

Każdego dnia budziła się w ciemnościach tak gęstych, że słońce równie dobrze mogło w ogóle nie wzejść; w chłodzie podziemi tak przenikliwym, że dławił nawet ogień w kominku; w rzeczywistości tak jałowej, że każdy kolejny oddech wydawał się marnotrawstwem. Kiedy zjawiała się na śniadaniu, noc z wolna ustępowała dopiero szaremu porankowi i w świetle wysoko zawieszonych na niebie świec z trudem odczytywała swoje drobne, niewyraźne pismo, usiłując jeszcze powtórzyć materiał na poranne zajęcia, zawsze bez skutku, bo w końcu zjawiali się kolejni uczniowie, zaczynały się rozmowy, narastał szczęk sztućców, tłukła się jakąś szklanka – a potem zlatywały się sowy.
Reagowała nerwowo na każde muśnięcie skrzydłem, zaciskała odruchowo powieki, gdy tylko poczuła pęd powietrza na twarzy i zasłaniała uszy dłońmi, żeby nie oszaleć od tego oślepiającego zgiełku, który trwał zaledwie parę sekund, ale jakby całą wieczność – a potem nagle dało się słyszeć jedynie szelest papieru i wszystkie serca zgromadzone w Wielkiej Sali przyspieszały w obawie, ale i w nadziei, że jeśli wydarzyło się coś potwornego, to dotknęło to kogoś innego, kogokolwiek, choćby najlepszego przyjaciela siedzącego tuż obok, byle nie ich samych; a jednocześnie z każdym kolejnym wydaniem Proroka wszelka potworność powszedniała coraz bardziej i strach przed nią też powszedniał.
Raelyn nie mogłoby to obchodzić mniej. Nie interesowały jej ideologiczne przepychanki, ich uczestnicy, racje którejkolwiek ze stron ani przypadkowe ofiary. Spodziewała się przeczytać pewnego dnia, że jej ojca aresztowano za przekazywanie poufnych informacji i działanie na szkodę Ministerstwa Magii, ale nie wstrzymywała oddechu w oczekiwaniu na to wydarzenie, tak mało ekscytujące i niewiele znaczące, że relacja na marne pięćset znaków mogłaby znaleźć się w okolicach dziesiątej, dwunastej strony, tuż przed wiadomościami gospodarczymi – w jej życiu i tak niczego by to nie zmieniło.
Dzwon obwieszczający rozpoczęcie zajęć za każdym razem na moment ją paraliżował; jego przeraźliwe bicie rozchodziło się w powietrzu, w nieskończoność odbijając od ścian i sklepień pustych jeszcze korytarzy, aż wydawało się, że rozbrzmiewa nie jeden, a tuzin dzwonów w różnych częściach zamku. Niektórzy podrywali się histerycznie tuż po pierwszym uderzeniu, reszta potrzebowała trzech, czasem czterech kolejnych, żeby się otrząsnąć; w końcu jednak korytarze wypełniały się, a przerwane rozmowy ożywały na nowo, choć już nie wszystkie i nie dla wszystkich.
Dobre dni oznaczały, że zaczynała od zielarstwa, z dala od tego całego jazgotu, gorsze – od obrony przed czarną magią z Lestrange’em i jego świtą lub eliksirów, na których Bones w każdej chwili mógł wysadzić swój kociołek, i te dni stawały się łatwiejsze dopiero popołudniami wraz z sennymi wykładami profesora Binnsa i Runami dla zaawansowanych. Wieczorami ćwiczyła zwykle zaklęcia w pustej klasie na trzecim piętrze, żeby na kolejnych zajęciach uniknąć wyrazu rozczarowania na twarzy profesora Flitwicka albo spędzała długie godziny w bibliotece, pisząc wypracowania lub tylko kartkując od niechcenia przypadkowe księgi. Do dormitorium, które dzieliła jedynie z Alecto Carrow, wracała dopiero wraz z nastaniem ciszy nocnej i zwykle mijały się bez słowa w pokoju wspólnym, w którym Ślizgoni z jej roku jako najstarsi zajmowali miejsca najbliżej kominka, bez końca rozprawiając o wszystkim, o czym nie mieli pojęcia i na co nie mieli najmniejszego wpływu – jeśli tylko Lestrange był w nastroju, żeby tego słuchać.
Nigdy nie należała do ich kręgu. Na pierwszym roku przylgnęła instynktownie do bliźniaków Carrow, ale przestali ją tolerować, gdy tylko jej brat ukończył szkołę; nie pamiętała, żeby Lestrange kiedykolwiek się do niej odezwał, Yaxley miał w zwyczaju przypadkiem oblewać ją jakimś płynem, jeśli tylko znalazła się w jego pobliżu, a Travers przypominał sobie o niej jedynie wtedy, gdy potrzebował notatek z historii magii albo miał na zajęciach pracować w duecie z Amycusem. Nie pamiętała już nawet, jak to się zaczęło – czy traktowali ją tak odkąd tylko usiedli przy tym samym stole po Ceremonii Przydziału, czy dopiero z czasem zrobiła coś, czego nie powinna albo nie zrobiła czegoś, co zrobić powinna. Może traktowali ją w ten sposób tylko dlatego, że mogli; że im na to pozwalała – ale czy wraz z nadejściem ostatniego roku wciąż miało to jeszcze jakieś znaczenie? Nawet Alecto znudziło się w końcu dręczenie jej, choć czasem czuła na sobie jeszcze jej wzrok i spodziewała się znaleźć węże w swojej pościeli; reszta była zbyt pochłonięta przygotowaniami do egzaminów, żeby poświęcić jej chociaż jedną myśl, na której zresztą nie mogło zależeć jej mniej.
W połowie października sama była już tak przytłoczona nauką, że czuła nieustanne mdłości i zaczęła opuszczać kolacje, żeby móc spędzić więcej czasu w bibliotece. Najwięcej wysiłku kosztowały ją eliksiry, z których została dopuszczona na zajęcia zaawansowane, choć zdobyła jedynie Zadowalający na sumach i pamiętała wyraźnie, jak niewiarygodnie wściekły był z tego powodu jej brat – jakby jej niewystarczające wyniki z eliksirów i transmutacji oraz spektakularnie oblany egzamin z opieki nad magicznymi stworzeniami były jego osobistą porażką. Nie rozumiała, dlaczego było to dla niego tak ważne i może niepotrzebnie go zlekceważyła, sprowokowała, wyśmiała; uderzył ją wtedy po raz pierwszy, bez namysłu, pod wpływem emocji, jeszcze niepewny, czy może sobie na to pozwolić ani jak zareaguje na to ich ojciec – ale ten, gdy mu o tym powiedziała, zapytał ją tylko, czy nie mogła się bardziej postarać na egzaminie.
Nie mogła.
Reese był już wtedy po śpiewająco zdanych owutemach i rozpoczęciu kariery w Ministerstwie Magii, udało mu się więc namówić Slughorna, żeby dał jego młodszej, nieco mniej zdolnej siostrze szansę na zajęciach zaawansowanych, choć wcale tego nie chciała; McGonagall nie przekonały jednak podobne argumenty, a może tylko wyczytała z jej twarzy strach przed transmutacją zaawansowaną i nie chciała jej dręczyć. Zamiast transmutacji kontynuowała więc historię magii, podchodząc w tym roku do sześciu owutemów, których wcale nie potrzebowała i z których realną szansę na zdobycie Powyżej Oczekiwań miała w najlepszym wypadku z trzech – a jeśli każdą wolną chwilę do czerwca spędzi na ryciu receptur i do tego będzie miała wyjątkowe szczęście przy losowaniu pytań na egzaminie, to może nawet powtórzy swój wynik z eliksirów sprzed dwóch lat.
Może. Tylko po co?
– Hej, Marlow.
Udała, że nie usłyszała jego zaczepki w głuchej ciszy biblioteki, choć zawsze słyszała wszystko wyraźniej, niżby sobie tego życzyła – choćby to, jak Yaxley nachylił się do niego przez stół i syknął cicho, z wyrzutem:
– Co robisz?
Minęła ich bez słowa, ze wzrokiem wbitym w kawałek pergaminu zawierający listę lektur potrzebnych jej do napisania eseju na temat runów ujawniających oszustwa i kłamstwa. Czy nie należałoby obłożyć nimi całego świata?
– Marlow, mówię do ciebie.
Miał miękki, czysty głos, nawykły do tego, że ludzie słuchali go z uwagą i nie przerywali mu nawet wtedy, gdy mówił cicho i bez pośpiechu, starannie dobierając słowa – a jednak w jego tonie było coś niejednoznacznego, jakieś pęknięcie, które nie pozwalało jej ustalić, czy już był rozdrażniony, czy będzie dopiero za moment. Zmusiło ją to do zatrzymania się i po sekundzie wahania odwróciła się na pięcie, obejmując mocniej ramionami Sylabariusz Spellmana, jakby zawarty w nim alfabetyczny spis runów ochronnych mógł ją ustrzec przed nieco sennym uśmiechem Rabastana Lestrange’a.
– Chciałem się tylko przywitać – rzucił pogodnie, tonem tak swobodnym, jakby było to coś zwyczajnego, a przecież w ciągu sześciu lat nie wypowiedział do niej literalnie ani jednego słowa; zrobił pauzę, czekając na jej odpowiedź, ale minęła sekunda, dwie, potem trzy i Raelyn się nie odezwała. – Może z nami usiądziesz?
Yaxley z Traversem spojrzeli na niego jednocześnie w taki sposób, jakby postradał zmysły. Lestrange udawał jednak, że nie zauważył ich histerycznej reakcji; mrugnął leniwie i ułożył się wygodniej na krześle, ani na moment nie odwracając od niej wzroku, i tylko jego uśmiech stał się nieco bardziej bezczelny.
Zawsze stanowił dla niej pewną niewiadomą – obserwowała go latami i wiedziała o nim rzeczy, których może nawet sam o sobie nie wiedział, a mimo to nie potrafiła znaleźć dla tych danych wspólnego mianownika. Nosił odznakę Prefekta Naczelnego, ale zdawał się o niej nie pamiętać i nigdy nie odjął nikomu choćby punktu; w zeszłym roku został kapitanem drużyny quidditcha tylko po to, żeby nie pojawić się na żadnym treningu; był nierozłączny z Traversem i Yaxleyem, pozwalając orbitować wokół siebie także rodzeństwu Carrow i kilku młodszym Ślizgonom, a przy tym prawie się do nich nie odzywał. Miał tak chimeryczne usposobienie, że nie sposób było powiedzieć o nim cokolwiek, co w następnej sekundzie wciąż byłoby jeszcze prawdziwe. Sprawiał wrażenie rozkojarzonego, ale nic mu nie umykało; odnosił się z lekceważeniem do kwestii istotnych, ale stawał drażliwy z powodu drobiazgów; zadawał pytania, ale sam na żadne nie odpowiadał i nigdy nie można było mieć pewności, czy mówił to, co myślał, czy może coś zupełnie przeciwnego.
A teraz posiadała do tego jeszcze wspomnienie z tamtego wrześniowego poranka na dworcu, którego posiadać przecież nie miała prawa – wspomnienie wyrazu jego twarzy, gdy tak jawnie żebrał o uwagę swojego starszego brata. Czy właśnie tym stawał się Rabastan Lestrange, gdy tylko opuszczał mury zamku – zaledwie chłopcem głodnym aprobaty kogoś, kto mu jej tak po prostu odmawiał? Dotąd nie sądziła, że to w ogóle możliwe – odmówić mu czegokolwiek, gdy wszystko zdawało się należeć do niego jeszcze zanim o to poprosił, jeszcze zanim w ogóle tego zapragnął. Widziała to na własne oczy, a mimo to wciąż nie mogła w to uwierzyć – tak różny był tamten Lestrange od tego, na którego teraz patrzyła. Ale czy któryś z nich był mniej prawdziwy od tego drugiego? Czy którykolwiek z nich był prawdziwy choć trochę?
Spojrzała mu w oczy bez strachu, niemal wyzywająco, ciekawa, czy odgadnie, o czym myślała, ale on wciąż tylko uśmiechał się do niej beztrosko.
– Raczej nie – powiedziała wolno, bardzo wyraźnie. – Mam pracę do napisania.
I zanim zdążył cokolwiek na to odpowiedzieć, zniknęła między regałami, gdzie dogonił ją jedynie śmiech Traversa – tak nieskrępowany, że trwał zaledwie parę sekund, póki nie namierzyła go bibliotekarka i nie wyrzuciła całej trójki za drzwi.
Raelyn uśmiechnęła się do siebie bezwiednie, błądząc wzrokiem po grzbietach książek na półkach; była z siebie bardzo zadowolona. Czy nie dokonała właśnie niemożliwego? Być może rozsądniej byłoby pozwolić mu pobawić się jej kosztem przez moment, licząc na to, że nie zadowoli go łatwa ofiara, ale była już znudzona tą rolą – rolą, którą grała tak dobrze przez całe swoje krótkie życie. Nie miała pojęcia, ile ta odrobina satysfakcji będzie ją kosztowała i czy była warta swojej ceny; może jutro tego pożałuje, ale jeszcze nie teraz, nie dzisiaj – dopiero jutro.
Póki co ta chwila beztroski kosztowała ją jedynie zderzenie z plecami Edgara Bonesa i Sylabariusz Spellmana wypadł jej z rąk.
– Uważaj, jak chodzisz, dziewczyno – zrugał ją bez pardonu, wyciągając się jak kot, żeby dosięgnąć księgę położoną tak wysoko, że Raelyn nie potrafiła nawet odczytać jej tytułu. Prychnęła, podnosząc swoją książkę z posadzki i z uśmiechem kazała mu iść do diabła, na co on w odpowiedzi życzył jej miłego dnia tonem tak napastliwym, że nie mogło być inaczej – musiał być miły.

Advertisements

10 thoughts on “Kości zostały rzucone: rozdział drugi”

  1. jeszcze nie jestem team lestrange. nie jestem też team edgar. jestem team obłożenie-świata-runami-ujawniającymi-oszustwa-i-kłamstwa! o!

    Like

  2. ja tak po cichu składaniam się w stronę #teamlestrange, ale tylko tak cichutko, ciuchutko, bo ja uwielbiam przypadkowe (bądź mniej przypadkowe) wpadanie na siebie w bibliotece. taki piękny początek miłości!

    Like

  3. wiesz, obczaj to, raelyn zaciska nerwowo powieki, gdy czuje pęd powietrza, zasłania uszy dłońmi, żeby nie oszaleć od oślepiającego zgiełku, a dzwony ją paraliżują… dziewczyna ma po prostu kaca-mordercę! daj jej jakiś eliksir odtruwający, może życie nabierze kolorów.
    edgar, dobre wejście!

    Like

    1. totalnie. nie wiem, co ona tam popija na sen, ale powinna zmienić dilera, bo żaden eliksir na to nie pomoże, chociaż może pocałunek prawdziwej (haha) miłości ją uzdrowi!

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s