trzy.

Maj zielenił się wokół nich i zielenił się w nich; rozkwitał pąkami na okolicznych drzewach, piękniał, stroił się w swoje najlepsze szaty, ale to mu nie wystarczało, to było za mało, musiał sięgnąć i po nich dwóch, a potem i po całą resztę, i na nowo rozkwitnąć w ludziach nadzieją. Pierwsze dni tej prawdziwej wiosny były piękne swoją zuchwałością, swoim słońcem, swoim przekonaniem o własnej wspaniałości – a temu przecież nie można się było przeciwstawić. Wszyscy żyli więc jakimś szczęściem niepojętym, jakimś szczęściem urojonym, bo nawet jeśli świat się dla nich kończył, to narkotyczny, zieleniejący maj pozwalał im tego nie zauważać.
Regulus przeżywał ostatnie szczęśliwe dni swojego życia. Jeszcze nie wiedział, że umrze, jeszcze szalona myśl przeciwstawienia się nie urodziła się w jego głowie. I chociaż z każdym dniem był jej coraz bliższy, chociaż ona pchała się na świat, tłukąc podbrzusze jego świadomości malutkimi piąstkami, kopiąc je z bezwzględną potrzebą zadawania bólu malutkimi stópkami, Regulus tak naprawdę nigdy wcześniej nie był równie daleki śmierci. Wszystko w nim wyło z miłości do istnienia. To maj, właśnie maj, dziki, nieokiełznany, ale też zniewalający swoim urokiem. To maj mu na to pozwolił.
Chociaż nigdy sam by się do tego nie przyznał, jednym z powodów jego radości był brak Barty’ego. Maj żył quidditchem, a Barty żył wszystkim, co quidditchem nie było; dlatego każdy okres intensywnych treningów był dla Regulusa właśnie taką chwilą wytchnienia, oazą spokoju w świecie pełnym niestabilności i ciągłej potrzeby akceptacji. Ostatnio nawet bardziej niż zwykle – bo przecież ilekroć patrzył na Barty’ego, ilekroć z nim rozmawiał, ilekroć słyszał jego kroki w oddali, przypominał sobie o tym, o czym tak bardzo chciał przecież zapomnieć, i ogarniało go nagłe poczucie beznadziei tak silnej, że nawet maj na chwilę tracił nad nim władzę.
Dobrze było znów być wolnym i oddychać powietrzem, a nie niechcianą obietnicą, od której nie można było uciec. Leżeć na płycie boiska i czuć pod palcami wilgotną od rosy trawę, bo przed ostatnim meczem w sezonie treningi zaczynały się wraz ze wschodem słońca. Z przymkniętymi oczami wdychać zapach natury, świata, poranka, wszystkiego, co nie jest wyrzutem sumienia. Być samym ze sobą, pomimo przechwałek Octaviana, które niby gdzieś tam istniały, gdzieś tam stawały się prawdziwe, ale nie mogły dotrzeć do Regulusa, nie w tych rzadkich chwilach absolutnego oczyszczenia.
Noce też bywały przyjemne; w maju Regulus prawie nie sypiał, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało, skoro mógł pobyć sam na sam własną istotą, pozbawiony nie tylko balastu Barty’ego, lecz także własnych, niepokojących myśli. Czasem zdarzało się, że Eugene, zawsze pierwsza, zawsze przed czasem, znajdowała Regulusa wtulonego z ufnością w sportową szatę, ułożonego gdzieś pomiędzy trzecim a siódmym rzędem trybun i, wzruszona jego dziecięcą przecież twarzą, jego dziecięcą przecież ufnością śpiącego, składała na jego policzku matczyny niemal pocałunek, starając się go nie zbudzić, podarować mu odrobinę więcej samotności, odrobinę więcej nieświadomości. Takie małe, piękne chwile, tym był maj dla Regulusa.
Moglibyśmy się zastanowić, co w tym czasie robił Barty; moglibyśmy pogrążyć się w jego otchłaniach odrzucenia, w wyrzucie, że i Regulus, i Eugene go opuścili, i skazali na zadawanie się z zamkowymi nieistotnościami. Moglibyśmy, ale jaki byłby tego sens? Jeszcze będziemy mieli dość czasu na to, by żyć w głowie opuszczonego Bartemiusza, jeszcze zadusimy się jego cierpieniem.
Regulus był już prawie u końca swej drogi.
To prawda, że Barty sięgał właśnie po władzę i potęgę. To prawda, że z punktu widzenia opowiadającego historię to, co działo się z Regulusem w tych ostatnich chwilach jego błogości, jest nudne i niegodne niczyjej uwagi. Ale o ile bardziej wartościowa niż stutysięczne marzenie burzyciela porządku świata była trawa pod jego palcami! Barty mógł burzyć, co tylko chciał. Gonił przecież jedynie za chimerą, za cieniem tego, czego nigdy nie będzie. Regulus wraz z zapachem poranka wdychał istotę istnienia.
W tym przypływie człowieczeństwa, niespodziewanym przecież, a więc i trudnym do odrzucenia, próbował nawet odnaleźć w Perse coś więcej niż szmacianą lalkę. Maj obudził w nim fałszywą nadzieję, że może uda się ich uratować, że może mogliby być… Regulus, który niezwykły był przecież brać wszystko za dobrą monetę, dał się omamić tą wizją szczęśliwej przyszłości, tym przekonaniem, że może na świecie istnieje miłość, że może na świecie istnieje świat inny od świata jego matki; swoją nagłą ślepotę uznał więc za otwarcie od dawna zamkniętych oczu. Biedna, naiwna dusza, gdyby chociaż postanowił nie konfrontować tego przypuszczenia z rzeczywistością! Gdyby tylko maj nie uczynił z niego takiego głupca!
Perse nie zieleniła się.
Tamtego poranka leżała koło niego i chociaż też miała mokrą od rosy trawę pod swoimi palcami, wcale jej nie czuła. Trudno było powiedzieć, co działo się w jej głowie, głowie człowieka, który przecież niczego nigdy nie poczuł i nie doświadczył. Przyszła tam nie po to, by zachłysnąć się majem, by dać sobie szansę na odrobinę szczęścia; nie, przyszła tam dlatego, że Regulus jej kazał, dlatego, że patrzył na nią inaczej, dziwniej, a to zwykle oznaczało kłopoty.
Przyszła tam dlatego, że się bała; bała nie tego, że ominie ją początek jej nowego życia, ale tego, że to życie może naprawdę się rozpocząć, może nabrać kształtu, może wreszcie zastąpić pustkę, którą była, cierpieniem, cierpieniem i wyrzutem, bo tylko to według niej mógł wnieść do świata Regulus Arcturus Black.
Usta Regulusa desperacko poszukujące odrobiny ciepła na jej obojętnym, zimnym ciele były o wiele bezpieczniejsze niż usta Regulusa, który, urażony jej odmową, planował krwawą zemstę. Tak właśnie go sobie wyobrażała: te wściekłe, zaciśnięte usta i zmarszczone brwi, chociaż przecież nigdy nie dał jej powodu, by tak nisko go ceniła. Ale znała takich jak on, i ona, i jej matka, i matka jej matki, i ta znajomość z takimi jak on płynęła w jej żyłach razem z jej krwią i krwią wszystkich jej matek, i wszystkich kobiet, którymi przecież była, pośrednio, oczywiście, i których nauki prowadziły ją za rękę bez względu na okoliczności.
– Ładnie pachniesz – Regulus wymruczał do jej ucha, ale to przecież nie ona pachniała; to trawa, maj, rosa, nadzieja. Perse sama w sobie była przecież martwa i to w ten najgorszy sposób, martwa jeszcze za życia, a więc nie tylko pozbawiona woli i mocy, lecz także rozkładu, jakby chociaż nie mogła już iść do przodu, nie mogła też zrobić kroku w tył, nic już nie mogła, i nikt jej już nie chciał, nawet nie śmierć.
Niespotykaną siłą woli, a raczej nie-woli, nie zrzuciła go jeszcze z siebie i nie odsunęła go od swojej szyi, chociaż całe jej ciało, wszystkie mięśnie, kości, cała skóra napięta była do granic możliwości i gotowa, by rozpaść się, nawet nie pęknąć, a rozpaść się na milion kawałeczków.
Porcelana nigdy nie kruszy się tylko odrobinę.
– Dziękuję .
Jej głos zabrzmiał słabo, nieistotnie, pośród hałasu, jakim był maj i majowy poranek. Równie dobrze mogłoby go przecież nie być, a może i nie było, może Perse chciała, musiała być uprzejma, właściwa, posłuszna, ale gdzieś po drodze zgubiła się w znaczeniu i nigdy nie dotarła do celu. Nie miało to najmniejszego znaczenia, bo Regulus przecież nie szukał jej uprzejmości; ta dawno zaczęła go już dławić nudą. On szukał znaczenia.
Jedyne znaczenie, które Perse jeszcze znała, zamykało się w czubkach jej palców, ostatkiem sił zaciskających się na trawie i na rosie, lekko, coraz lżej, bo i to znaczenie jej uciekało, nawet to. Nie chciała go. Znaczenia, Regulusa, poranka, nie chciała niczego; chciała tylko zamknąć oczy i myśleć o lepszych czasach, których przecież też nigdy nie było, i zapomnieć nie tylko o tym, co się już wydarzyło, lecz także o tym, co miało się wydarzyć, zapomnieć na zapas, a nie trzymać się znaczenia, które zostało jej przypisane bez jej woli.
Opacznie odczytał jej brak protestu. Milczenie było przecież jej naturalnym stanem, jedyną formą, jaką przy nim do tej pory przybierała. Z jej szyi Regulus przeniósł się na jej dekolt, ten, o którym zawsze tak marzył Barty, ten zakazany, którego istnienia sam przecież zwykle nie zauważał, zbyt zajęty niezauważaniem Perse jako takiej, by dać mu choć cień szansy. Jego ręce gładziły jej uda, wciąż niepewne, wciąż niezdecydowane, ale im dłużej ona milczała, związując usta niewidzialnym rzemieniem, tym więcej jego rąk było pod jej spódnicą, głodnych czegoś nowego i zakazanego, i może nawet prawdziwego.
Jej oddech nie przyspieszał. Ani pół jęknięcia nie opuściło jej ust, wciąż zamkniętych i obcych, ani nieśmiałego, ani tęsknego, żadnego, nawet najsłabszego. Regulus nie rozumiał, czemu nagle chciał ją usłyszeć, ale chyba tego właśnie szukał i potrzebował, i świadomość, że Perse odmawia mu takiej prozaicznej przecież przyjemności burzyła mu krew w żyłach. Spróbował ją ugryźć, szarpnąć, zacisnąć dłoń na jej śnieżnobiałych udach, ale wciąż odmawiała i wciąż, i wciąż, czemu musiała mu to wszystko tak utrudniać?
Nie wiedział, co robi, skąd miałby wiedzieć, Barty wiedziałby dokładnie, co się z nim działo i jak sobie z tym poradzić, ale on nie wiedział, nie wiedział, a Perse w niczym mu nie pomagała, ta bezużyteczna lalka, jak mógł myśleć, że cokolwiek w niej warte było jego uwagi? Przyciągnął ją do siebie gwałtownie, przywarł do niej tak, jak mężczyzna powinien przywrzeć do kobiety, ale ona nawet nie drgnęła, nie przysunęła się do niego bardziej, nie owinęła go swoimi ramionami i rękami, nic, nie czuł nawet jej wzmocnionego pulsu, nawet tego. Spróbował pocałować jej usta, zwykle takie czerwone i przecież, kurwa, jego, ale jej usta, choć w końcu się otworzyły, choć w końcu mu odpowiedziały, były zimne i powolne, i nawet kiedy z pośpiechu je przegryzł, kiedy pociekła z nich wąska stróżka jej krwi, nawet wtedy nie były żywe.
– Kurwa!
Wyprostował się zbyt gwałtownie, odpychając ją przy tym od siebie zbyt mocno; krew pociekła też po jej policzku, którym przetarła nierówną murawę boiska, pełną małych, maleńkich kamyczków schowanych pomiędzy nieskończoność skroplonej rosą trawy. Perse wciąż nie wydała z siebie ani pół dźwięku, jedną dłoń kładąc jedynie na swojej twarzy, drugą poprawiając spódnicę, której prawie już na sobie nie miała, desperacko, szybko, byle jak, byle było już po wszystkim. Bała się spojrzeć w jego twarz, jeszcze bardziej, niż bała się pięć sekund temu, kiedy cały jej świat, całe jej porcelanowe królestwo drżało w posadach, bo wtedy przecież paradoksalnie była bezpieczniejsza.
W myślach policzyła do sześciu, potem do dwunastu, licząc skrycie, że może ta burza przejdzie bokiem, że może nie uderzy w nią tu i teraz, i bez ucieczki.
Była w błędzie.
– Czy ty mnie kiedyś pokochasz?!
Głos Regulusa przesiąknięty był cały desperacją, której nie mogła zrozumieć, ale nie brzmiał też przecież tak, jak się tego spodziewała. Przez moment nie wiedziała, co ze sobą zrobić, skulona na ziemi, bezbronna, nieposkładana, nie wiedziała, co miałaby powiedzieć, jak miałaby coś powiedzieć jeszcze kiedykolwiek, a co dopiero tu i teraz, i do niego.
Z ociąganiem Perse podniosła się na jednym ramieniu i w końcu spojrzała na niego, przez ułamek sekundy mierząc wzrokiem jego wzrok, stykając się z nim tak, jak przecież nigdy wcześniej i nigdy później. W jego oczach było coś szalonego, coś, co sprawiło, że wróciła do patrzenia w ziemię niemal natychmiast.
– Oczywiście, że cię kocham – wyrzuciła z siebie o wiele bardziej drżącym głosem, niźli by tego chciała.
Regulus nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał, równie mocno, w co przed ułamkiem chwili nie mogła uwierzyć Perse. Ta wypowiedź wybiła go z rytmu, ale i z szaleństwa; czuł, że cokolwiek przejęło nad nim kontrolę, powoli spływało z jego czoła i z jego barków, i z każdym głębokim oddechem stawał się na powrót słodkim chłopczykiem, za którego miała go jego matka. Choć nie miał tego w zwyczaju, to przeczesał palcami swoje ciemne włosy tak, jak często robił to Barty, czemu znowu myślał o Bartym? Musiał kupić sobie parę sekund, parę dodatkowych oddechów, parę mgnień powiek na odzyskanie kontroli nad ulubioną wersją samego siebie.
– Nie – wychrypiał, gdy wiedział już, że było po wszystkim, że maj umarł w nim na dobre.
Nie odpowiadała; na moment nawet otworzyła usta, by spróbować ponownie z tą swoją śmieszną formułką, którą włożyła jej do głowy jej własna matka, ale nawet Perse musiała wiedzieć, że nadszedł czas, by wspólnie milczeć, by dać sobie szansę na odrobinę samotności mimo wszystko.
Samotność była wszystkim, na co było ich stać.
Regulus wlepił wzrok w niebo, ale tym, czego teraz potrzebował, były gwiazdy i nieskończoność wszechświata, nie onieśmielająca, poranna mieszanka różu z błękitem, tak kusząca i obiecująca tak wiele. Zrozumiał, że wiele nigdy nie miało być jego, że życie, o którym marzył majem, nie było życiem, na które mógł sobie pozwolić, że wszystkie decyzje już zapadły i że nie było odwrotu. Poranne niebo nie mówiło takich historii. Tylko gwiazdy miały w swojej banalności na tyle odwagi, by powiedzieć mu, że umrze już za życia.
– Nie chcę tak – wymamrotał w końcu, a Perse aż podskoczyła na dźwięk jego głosu; prawie zdążyła już zapomnieć o tym, że siedział tuż koło niej, tak na wyciągnięcie ręki, kilka kępek trawy na prawo od miejsca, w którym sama prawie pojęła, jak nieistotna naprawdę była. – Nie tak.
W przypływie jakiejś wcześniej nieznanej ludzkości, jakiegoś człowieczeństwa, którego nikt jej nie nauczył, przez myśl przebrnęło jej, by jakoś go pocieszyć; ale sama wizja zbliżenia się do niego choćby na pół marnego cala przyprawiała ją o mdłości. Nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być go żal, nie rozumiała, czemu nagle zaczęło jej być żal samej siebie, nic z tego nie rozumiała poza tym, że gdyby Regulus Arctus Black zszedł właśnie z tego świata, nie uroniłaby mimo wszystko nawet pół fałszywej łzy, a mimo to przez kilka sekund chyba naprawdę chciała się do niego przytulić.
– Jesteśmy zaręczeni – podkreśliła chyba bardziej dla samej siebie niż dla niego. – Złączono nas na śmierć i życie, na dobre i złe. Tak musi być. To jedyna właściwa droga.
– Ja chcę…
Przerwał i z hukiem o wiele większym, niż wskazywałoby na to jego wątłe ciało, runął po raz ostatni już tego dnia na murawę boiska. Nie potrafił już dłużej utrzymywać się w pionie. Jakakolwiek siła jeszcze niedawno pchała go do przodu, opuściła już ostatnią, najmniejszą nitkę jego mięśni, odeszła, rozpłynęła się w porannej rosie i nie wiedział nawet, czy jeszcze kiedykolwiek powróci.
– Ja chcę czegoś innego. Nie wiem nawet, kurwa, czego, ale czegoś innego. Nie tego, Perse. Nie tak.
Westchnęła lekko, w końcu, z okrutnym opóźnieniem.
– Nie chcesz mnie?
Był jakiś ból w tym pytaniu, ból, który przecież powinien być satysfakcją, bo przecież i ona nie powinna chcieć jego, gdyby w ogóle zdolna była do chcenia i niechcenia, do bycia samą sobą. Był to ból cudzego zawodu i rozczarowania, ból bycia tą, która nie dorosła do niemożliwie wygórowanych wymagań; ból, który wypalał od środka wszystko to, co jeszcze w niej istniało, co jeszcze miało jakiś sens.
Bo jeśli Regulus jej nie chciał, jeśli Regulus ją odrzucił, w małym świecie Perse nie było żadnej alternatywy.
– To nie ma nic wspólnego z tobą. Znaczy… To ma wszystko wspólnego z tobą, ale nie z tobą, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. To nieludzkie. Wszystko, na co się zgodziliśmy, jest nieludzkie. Nieprawdziwe. Nie wolałabyś, by było inaczej? Nie wolałabyś kochać i znaczyć, i być, kim tylko zechcesz?
Jej odpowiedź rozbrzmiała w nim z taką mocną, z taką siłą, że Regulus czuł, jakby usłyszał jej głos po raz pierwszy w życiu:
– Nie.

Advertisements
trzy.

11 thoughts on “trzy.

  1. sylv says:

    uwielbiam sposób, w jaki jest to pisane. głowa regulusa jest w tej notce strasznym miejscem, ale mogę do niego przeniknąć i zrozumieć, co się tam dzieje – przynajmniej na tyle, na ile rozumie lub przeczuwa to sam regulus. SUPER. powinnam przeczytać całość od nowa, ale poczekam kolejny rok czy dwa lata – do epilogu ❤

    Like

  2. lemot says:

    myslalam, ze to bedzie lysia nie czytaj z bartym.
    szkoda mi tej niepotrzebnej straty energii na rewolucje, po co sie rzucasz na nadzieje, reggy, skoro dawno juz napisali, jak skonczysz?

    Like

    1. Lysia says:

      Lysia nie czytaj z Bartym chyba nie będzie, bo mój plan się rozpadł i Reg się rozpadł, i oni też się chyba zaczną rozpadać.

      Like

  3. Kaj says:

    Regulus gilberci! Ależ ja tęskniłam.
    Ciało zawsze broni się przed umieraniem, dopóki nie jest już za późno. Nikt nigdy nie przyjmuje tego ze stoickim spokojem, choćby milion książek tak mówiło, i milion filmów nas przekonywało. Ja lubię, że walczy, że oni wszyscy walczą, bo są w tym choć przez chwilę… żywi.

    Like

    1. Lysia says:

      Żeby on sobie chociaż nie wymyślił takiego głupiego sposobu na próbowanie, ech, a nie, chłopiec sobie wymyślił, że umrze, żeby nic go nie zabiło.

      Like

  4. Alex says:

    Raaany, tak dawno nie czytalam barty’ego, ze kompletnie zapomnialam juz, o czym byl! I owszem, smutno tak byc w glowie regulusa, ale paradoksalnie zawsze sie chcialam tam znalezc. Chyba sie nie zawiodlam. A co do perse… Zdaje sie, ze na moja litosc zasluzyla.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s