04. Migracje

Nie wiem, co się dzieje wokół mnie. Czy ktoś mi pomoże? Nie, przecież zostałam całkiem sama, muszę jakoś zorganizować sobie życie na nowo. Nie mogę znieść tego domu – takiego pustego, będącego symbolem kłamstwa. Iluzji rodziny, która być może nigdy nie istniała. Od dawna to wiedziałam, a przynajmniej przeczuwałam, dlaczego więc wciąż się tym tak przejmowałam? Może dlatego, że teraz nie mam niczego – poza jakimiś oszczędnościami u Gringotta jestem totalnie spłukana. Nie mam pieniędzy na studia, nie mam pieniędzy na życie, nie mam przyjaciół, nie mam rodziny… Och, no tak, jest rodzina matki w Rosji, ale oni nigdy się mną nie interesowali, zachowywali się tak, jakby mnie nie było, liczyła się tylko ona. J a nikogo nie obchodzę, wiec nikt nie pomoże mi choćby w znalezieniu pracy. Jak mam teraz stanąć na nogi? I tak nie wytrzymam dłużej w tym kraju, chcę stąd uciec jak najdalej, tam, gdzie nikogo nie będzie interesowała moja historia. Gdzieś, gdzie będę anonimowa, gdzie start od zera nie będzie dla mnie życiową porażką. Skoro tutaj już tak sromotnie przegrałam, równie dobrze mogę zacząć gdziekolwiek.
Czułam się przybita, przegrana. Siedziałam całymi dniami w domu przy pianinie, wypalając przy tym papierosa za papierosem – egzystowałam. Nie miałam żadnego planu awaryjnego, nic nie przychodziło mi do głowy poza ucieczką w nieznane. Kiedy wreszcie odważyłam się wyjść z domu, pierwsze kroki skierowałam na Pokątną. Starałam się nie patrzeć na ludzi, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, kto zna mnie z Hogwartu, bo może słyszał już plotki, w końcu tak szybko się roznoszą w tak niewielkiej społeczności; szłam prosto do Gringotta z jasnym celem – opróżnienie swojej skrytki i zamiana całości na funty. I tak tu nie zostanę, jestem już spakowana, wsiądę w pierwszy lepszy samolot i zobaczę, gdzie mnie poniesie, mam nadzieję, że na drugi koniec świata. Dom wynajmę – już prawie wszystko załatwiłam z pośrednikiem – przynajmniej będę miała z tego jakieś pieniądze, żeby się utrzymać chociaż na początku. Cały czas głowę miałam gdzieś daleko, zupełnie nie zwracałam uwagi na otoczenie, potykałam się o nierówny bruk, ślizgałam na błyszczącej posadzce banku, wychodząc nawet spadłam ze schodów, obijając sobie boleśnie kolana. Doprawdy, czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Nie chcąc ryzykować kolejnych wypadków, znalazłam jakiś zaciszny zaułek wprost idealny do teleportacji. Sprawdziłam dokładnie, czy w tym roztargnieniu nie zapomniałam czegoś, na przykład własnej głowy albo różdżki i upewniwszy się, że wszystko mam, okręciłam się wokół własnej osi, żeby się deportować, ale… nic się nie wydarzyło. Nie traciłam zimnej krwi, bo przecież mogłam niedostatecznie się skupić, spróbowałam więc jeszcze raz, niestety, z równie marnym skutkiem. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy, myśląc gorączkowo. Czy to możliwe, żebym straciła moc? Nie, nie, nie, to się nie dzieje, to mi się śni, zaraz się obudzę we własnym łóżku. Nie ma jeszcze powodu do paniki. Drżącymi dłońmi wyjęłam z torebki różdżkę.
Lumos – szepnęłam, ale różdżka nie rozbłysła światłem.
Oblałam się zimnym potem. Słyszałam o takich przypadkach – w wyniku silnych emocji zanikają moce, ale nie sądziłam, że to mogłoby przydarzyć się mnie. Wzięłam kilka głębszych wdechów. Czy naprawdę aż tak na mnie wpłynęła sytuacja z matką i Mattem? I jeszcze to aresztowanie ojca… Nie potrzebowałam więcej problemów, ale życie jeszcze musiało rzucić mnie na kolana, i kopać, kiedy leżałam; zrezygnowana postanowiłam więc wrócić do domu mugolskim metrem.
Następnego dnia sytuacja nie uległa poprawie. Nie miałam nawet z kim o tym porozmawiać, w normalnych okolicznościach po prostu napisałabym do Matta, ale teraz duma mi na to nie pozwalała. Nie chciałam się przyznawać do porażki, na pewno nie przed nim – przyjaciółek nie miałam; Lena-dziwaczka, zawsze w duecie z Mattem, a teraz samotna bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Patrzyłam bezradnie na spakowaną walizkę, jakby miała mi powiedzieć, co powinnam dalej robić – tylko jedna, tylko tyle było mi potrzeba, nic więcej, nie miałam zwierząt ani niczego, co trzymałoby mnie w Anglii choćby jeden dzień dłużej. Nie wiedziałam jeszcze, jak poradzę sobie bez magii, przecież to ważna część mnie… Z drugiej jednak strony – dlaczego mam się przez to definiować? Potrafię o siebie zadbać nawet bez tego.
Wybrałam w ciemno samolot do Tokio. Lot był długi i meczący, a bilet drogi, niewiele mi zostało na wynajęcie jakiegoś pokoiku w podrzędnym motelu. Staruszek w recepcji wydawał się miły, chociaż jedna życzliwa mi osoba w całym tym bałaganie, jakim stało się moje życie. Nocą, kiedy nie mogłam zasnąć z powodu różnicy czasu, dopadły mnie ponure myśli. Co ja tu robię? Może podjęłam zbyt pochopną decyzję? Nie znałam języka, obyczajów, żadnych ludzi… Tokio wydało mi się bardzo anonimowe – wielkie miasto, tłumy ludzi zmierzających w sobie tylko znanym kierunku, a wszystko wyglądało jak dobrze nakręcona maszyna, jakby kierowała tym jakaś niewidzialna siła. Może tu nie pasowałam, ale teraz nie pasowałam nigdzie, bezdomna sierota włócząca się gdzieś po świecie. Pozbawiona magii obywatelka niczego. Na co ja właściwie liczyłam, przyjeżdżając tu? Że będzie mi łatwiej? Że jakoś zapomnę? Nie da się o tym zapomnieć, przez to czułam się jeszcze bardziej samotna, w dodatku samotna w obcym kraju i bez możliwości czarowania, jak jakaś istota drugiej kategorii – tego nauczono mnie w Slytherinie, zbyt trudno zmienić nawyki, zmienić poglądy, które wpajano mi przez całe życie.
Wyjrzałam przez okno, dzielnica nie należała do spokojnych, nie, nie było mnie stać na taką. Może trochę kusiłam los, a może było mi wszystko jedno? Złapałam torebkę i prawie wybiegłam na ulicę, by zaczerpnąć powietrza, bo dusiłam się sama w ciasnym pokoiku. Nie wiedziałam, w którą stronę iść, ale chciałam tylko iść bez żadnego celu, zobaczyć, dokąd dojdę. Mijałam studentów wracających z imprez, grupki znajomych szczebioczących wesoło między sobą… Która w ogóle była godzina? Pierwsza? Może druga? Nie obchodziło mnie to. Fascynowało mnie miasto, które zdawało się tętnić, żyć własnym życiem, życiem, które zaczynało się dopiero po zmroku. Obserwowałam ludzi – tak barwnych, tak odmiennych od sztywnych Anglików, do których byłam przyzwyczajona… Znów moje myśli odpłynęły gdzieś daleko poza tę ulicę, którą szłam. Nagle poczułam, że na kogoś wpadłam, straciłam równowagę i upadłam na chodnik. Zaklęłam głośno i podniosłam głowę, żeby zwymyślać – zupełnie niesłusznie – mojego oprawcę, który okazał się jasnowłosą Japonką na oko w moim wieku. Wyciągnęła do mnie rękę, trajkocząc coś po japońsku, nie zrozumiałam oczywiście ani słowa, mogłam jedynie przeprosić ją w moim ojczystym języku. Jej ciemne skośne oczy zabłysły.
– Turystka? – zapytała po angielsku.
Osłupiałam. Nie spodziewałam się, że będzie potrafiła coś powiedzieć.
– Znasz angielski? – zapytałam z nadzieją, zamiast zwyczajnie odejść w swoją stronę, przecież to mogła być jakaś wariatka.
Odgarnęła na plecy swoje rozjaśnione włosy i speszyła się nieco.
– Trochę. Zgubiłaś się? Dzielnica niebezpieczna.
Och. Chyba wzięła mnie za jakieś naiwne dziewczątko, które odłączyło się przypadkiem od swojej wycieczki.
– Nie zgubiłam. Szukam… Właściwie nie wiem czego. Chyba siebie samej.
Słowa same ze mnie wypłynęły, nie wiedziałam, czemu, przecież nawet nie znałam jej imienia. Czułam jednak, że bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać, a ta dziewczyna… Pewnie rano już o mnie zapomni. Rozejrzała się nerwowo, jakby bała się, że ktoś ją goni.
– Chodź – powiedziała. – Tu niedaleko bar całonocny.
Musiałam wyglądać naprawdę żałośnie, skoro widząc mnie pierwszy raz w życiu nie poszła zwyczajnie w swoją stronę. Uśmiechnęła się trochę pokrzepiająco.
– Kumiko.
Złapałam jej wyciągniętą rękę i odwzajemniłam uśmiech. Nie wiem dlaczego, ale wzbudziła we mnie jakieś… zaufanie? Po prostu czułam, że nie muszę brać nóg za pas.
– Lena.
Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, ze właśnie przez ten idiotyczny upadek poznałam przyjaciółkę, która w dodatku jest czarownicą.

*

Kolejne dni minęły tak szybko, zmieniły się w tydzień, drugi, trzeci… Miałam wrażenie, że gdzieś je zgubiłam. Nadal byłam w obcym kraju, w wielkim mieście, ale już nie tak samotna, choć nadal w pewien sposób wyobcowana. Miałam teraz coś w rodzaju własnego miejsca – to Kumiko przyjęła mnie do siebie, dzięki czemu nie musiałam dłużej wynajmować pokoju w tym obskurnym motelu. Sama do końca nie byłam świadoma, jak to się stało, że z tak kompletnie przypadkowego spotkania, kiedy byłam na samym dnie wyniknie tyle dobrego. Kumiko uczyła mnie japońskiego tak szybko, jak dawała radę, jednocześnie ja pomagałam jej szlifować angielski. Wzięłam też na siebie sporą część obowiązków domowych – robiłam zakupy, sprzątałam, czasem coś udawało mi się ugotować, ale przez większość dni zadowalałyśmy się jakimiś gotowymi daniami. Cały czas starałam się szukać jakiejś pracy, ale dobrze wiedziałam, że dopóki nie opanuję języka, nie mam nawet możliwości marzyć o jakimś przyzwoitym zarobku. Wciąż skrycie liczyłam, że uda mi się znów czarować, skutek jednak okazał się beznadziejny. Im bardziej się starałam, im bardziej byłam zdeterminowana, tym gorzej mi szło. Ledwie dwa razy udało mi się zmusić różdżkę do wyemitowania bladej poświaty, która niestety prawie natychmiast znikła za pierwszym. Za drugim przeszkodziła mi Kumiko wracająca nad ranem z pracy – to wtedy właśnie odkryłyśmy, że obie należymy do tego samego świata.
Nie zadawała mi wielu pytań, chyba widziała, że nie chcę o tym mówić, a tak naprawdę zwyczajnie się wstydziłam. Wstydziłam się tego, że muszę zachowywać się jak mugol, że nie mogę polegać na tym, do czego przywykłam, dlatego wciąż czułam się wybrakowana. Przecież nawet gdybym miała jakieś pieniądze, nie mogłabym robić tego, co sobie zaplanowałam po ukończeniu Hogwartu – jak? Jak bez mocy kształcić się dalej? Przecież w alchemii również potrzebna jest magia. Starałam się poświęcać temu jak najmniej myśli, ale nie potrafiłam, zbyt głęboko to we mnie tkwiło; dopiero później zorientowałam się, że ciągły żal do matki i Matta nie pozwalał mi sięgnąć do mojej mocy. Nie, wtedy jeszcze wybaczenie nie znajdowało się w moim zasięgu, ba, wydawało mi się, że nigdy nie będzie nawet takiej możliwości, że będę tłamsić w sobie tę gorycz już do końca życia. Każdego dnia na nowo rozdrapywałam tę ranę myśląc o tym, że nie mam od nich żadnej wiadomości, rozpamiętując scenę z kuchni, słowa Matta, wściekłość matki, aresztowanie ojca… Wciąż tkwiłam w miejscu.
Kilka tygodni po moim przybyciu do Tokio zaczęłam się zastanawiać, gdzie właściwie pracuje Kumiko. Nie była może jakaś specjalnie tajemnicza, ale tak się złożyło, że nigdy nie zapytałam jej o to wprost, a ona najwyraźniej nie czuła potrzeby, żeby mnie o tym informować. Zakładałam, że jest kelnerką, pewnie gdzieś na nocną zmianę, bo wychodziła wieczorem i wracała rankiem bardzo zmęczona. Och, jak ja się myliłam! Nie mogłam uwierzyć w prawdę nawet wtedy, kiedy zobaczyłam ją na własne oczy i wtedy zrozumiałam, dlaczego wcześniej o niczym mi nie powiedziała. Zupełnie przypadkiem wybrałam się na wieczorny spacer, udało mi się już poznać okolicę na tyle, że wiedziałam, że się nie zgubię i w razie niebezpieczeństwa szybko ucieknę. Czy byłam zamyślona, czy po prostu postanowiłam wybrać inną ścieżkę niż zazwyczaj? Po tylu latach zatarło mi się to w pamięci, wiem jedynie, że znalazłam się na ulicy, na której młode kobiety zarabiały swoim ciałem i momentalnie stanęłam jak wryta, gdyż ujrzałam wśród nich Kumiko. Kumiko, do której kleił się mężczyzna. Kumiko, która uśmiechała się do niego lubieżnie. Kumiko ubraną w strój, który więcej odsłaniał niż zakrywał. Mężczyzna klepnął ją w pośladek, usłyszałam jej śmiech, trochę sztuczny, bo czyż mogło jej to sprawić przyjemność? Po chwili oddalili się w głąb ulicy i zniknęli w taksówce, a ja wciąż tam stałam i patrzyłam w kierunku, w którym odjechali. Czy Kumiko mnie dostrzegła? Czy musiała to robić? Może ktoś ją zmusił, szantażował… Moje myśli pędziły setki mil na godzinę, wydawało mi się, że jestem w zupełnie innym miejscu i może dlatego nie zauważyłam mężczyzny, który zatrzymał się w niewielkiej odległości ode mnie. Dopiero jego głos wyrwał mnie z zamyślenia.
– Ile za godzinę? – zapytał po japońsku, a ja prawie podskoczyłam.
Przeniosłam na niego wzrok. Był bardziej zadbany, niż ten, z którym pojechała Kumiko, miał na sobie garnitur, choć bez krawata, górne guziki koszuli były nonszalancko rozpięte – średnia klasa? Wyglądał na oko na trzydzieści lat, może trzydzieści kilka, w szoku nie zwróciłam nawet uwagi czy był choćby przystojny.
– Przepraszam? Ja tu nie pracuję – odpowiedziałam po japońsku, po czym dodałam po angielsku: – Jestem turystką, zwyczajnie zabłądziłam.
Japończyk zmierzył mnie wzrokiem i pokręcił głową, chyba był niezadowolony.
– Szkoda – odezwał się płynnie w moim języku. – Mogłabyś sporo dostać.
Nie odpowiedziałam mu nic więcej, wolałam czym prędzej się oddalić. Nie rozumiałam do końca, co tu się wydarzyło – ten mężczyzna właśnie zaproponował mi pieniądze za seks. W pierwszej chwili poczułam wzburzenie i przyspieszyłam kroku. Czy ja wyglądam na prostytutkę? Nie jest tak, że nigdy w życiu tego nie robiłam, ale przecież nie byłam specjalnie rozwiązła. Po chwili jednak stwierdziłam, że myślę stereotypem. Nie każda przecież wygląda tak, jak ja sobie to wyobrażam. Jestem zwyczajnie zbulwersowana, bo dopiero co zobaczyłam swoją koleżankę jako jedną z nich. A może to tylko jednorazowy wyskok? Muszę po prostu z nią porozmawiać, tak, ona mi przecież wszystko wytłumaczy, to na pewno był tylko koszmarny zbieg okoliczności.
Szłam szybko przed siebie, nie zastanawiając się zbytnio nad kierunkiem, nogi same mnie niosły i po jakimś czasie znalazłam się pod blokiem, w którym mieszkałyśmy. Chciałam jak najszybciej dostać się do mieszkania, bo bałam się myśli, które zaczęły krążyć po mojej głowie z zawrotną prędkością. A gdybym to j a była na miejscu Kumiko? Do tego nie potrzeba zaawansowanej znajomości japońskiego, żadnych kwalifikacji… Wystarczy ładna twarz i zgrabne ciało, a pieniądze same wpadają do kieszeni – to byłoby takie proste. Mogłabym przecież, choć przez krótki czas spróbować, coś odłożyć, przeczekać, aż trafi się coś lepszego… Pokręciłam głową i natychmiast wbiegłam po schodach, nie zatrzymując się, dopóki nie znalazłam się bezpiecznie za drzwiami mieszkania, chciałam jakoś odgrodzić się od tych dziwnych pomysłów, jak w ogóle mogłam coś takiego rozpatrywać? Oddychałam szybko, kucnąwszy na podłodze przy szafce na buty, może byłam w szoku? Nie wiem, ile czasu trwałam w tej pozycji, wreszcie nogi zaczęły mi drętwieć, poszłam więc do pokoju Kumiko i zwinęłam się na jej łóżku, zapadając w płytki sen. Obudziłam się zlana potem i spostrzegłam, że Kumiko stoi nade mną zdziwiona moją obecnością. Śniła mi się moja matka, która wyzywała mnie od małej kurewki, która nic w życiu nie potrafi zrobić, nawet magię straciła. Moja matka mówiąca, że przecież tylko do tego się nadaję, nigdy nie miałam szansy być kimś więcej niż dziwką. Spojrzałam półprzytomnie na Kumiko i przekrzywiłam głowę.
– Pracujesz jako prostytutka? – zapytałam ją dziwnie nonszalanckim tonem.
Nie zdawałam sobie sprawy, że podświadomie podjęłam decyzję, która parę godzin temu napawała mnie takim lękiem.
Kumiko zamrugała zdziwiona, najwyraźniej nie dostrzegła mnie, kiedy odjeżdżała z klientem. Zamiast odpowiedzieć pokiwała nieznacznie głową. Podniosłam się do pozycji siedzącej, żeby lepiej ją widzieć.
– Na pewno masz swoje powody – ciągnęłam. – Nie musisz mi mówić, jeśli nie chcesz.
Na jej twarzy odmalował się wyraz ulgi, nie chciała chyba o tym rozmawiać, a i ja nie byłam gotowa, żeby usłyszeć tę historię, wystarczająco zmagałam się ze swoją własną.
– Widzisz, ja też mam swoje powody. Chciałabym, żebyś mi pomogła, tylko w ten sposób mogę teraz zarabiać.
Jej skośne oczy rozwarły się szeroko, ja sama byłam zaskoczona własnymi słowami.
Kilka dni później po usłyszeniu niezliczonych historii na temat jej profesji oraz człowieka, który tym wszystkim kręcił, Kumiko kazała mi się naszykować. Nie miałam chyba odpowiednich ubrań, parę sukienek, które ledwie się nadawały, wybrałam tę, którą lubiłam najmniej – czerwoną, mocno dopasowaną – i włożyłam ją na siebie. Pozwoliłam Kumiko zakręcić mi włosy, zrobić wyzywający makijaż, wreszcie, kiedy nałożyłam na stopy szpilki, posadziła mnie na krześle.
– Musisz dokładnie wiedzieć, co oznacza praca dla Króliczka, jeśli poważnie chcesz w to wejść – powiedziała starannie po angielsku, stając dokładnie przede mną.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem, a ona odgarnęła na bok włosy i odsłoniła lewą łopatkę. Widniał tam maleńki króliczek, pewnie tatuaż.
– Każda z dziewczyn go ma. Niemożliwe usunąć, nawet z magią.
Napiętnowana już na zawsze? Jest naprawdę malutki, nie będzie go widać, zresztą – kto zorientowałby się, co oznacza niewinny wizerunek króliczka? Bardziej zastanowiło mnie, w jaki sposób mugol mógłby zrobić coś, czego nawet magia nie jest w stanie usunąć, zapytałam więc o to Kumiko.
– Czarodziej-przyjaciel – odpowiedziała krótko. – Jesteś pewna?
Przygryzłam wargę, ale zawzięłam się. Nie było już odwrotu, zacisnę zęby i dam radę. Czy nie tego nauczył mnie Slytherin?
– Dobrze. Chodź – pomogła mi wstać i przełożyła przez ramię cienki pasek malutkiej torebki, po chwili jednak obejrzała się na mnie. – Nie przyznawaj, że czarujesz.
Ponownie pokiwałam głową i opuściłyśmy mieszkanie.
W miarę, jak zbliżałyśmy się do dzielnicy, w której znajdowało się coś na kształt biura Króliczka, nogi i ręce coraz bardziej mi się trzęsły. Nie bałam się, nie, po prostu… Czułam, że to ostatnie chwile mojej beztroski, czas pożegnać dawne życie i stać się nową sobą, która potrafi o siebie zadbać nawet w najbardziej niesprzyjających i wrogich warunkach. Zaadaptuj się, Lena, to twoja jedyna szansa, zintegruj się z otoczeniem, to tylko tymczasowe. Traktuj to jak pracę, nadaj sobie pseudonim – tak radziła mi Kumiko, mówiła, żeby zrobić wszystko, by nie identyfikować siebie z osobą, której Króliczek płaci. Wszystko już sobie wczoraj obmyśliłam – zrobię to, nie będę Leną, która przegrała, nie będę Leną, która sobie nie radzi, będę Rose, która umie zadowolić mężczyzn. Rose, która używa różanych perfum zamiast jaśminowych. Rose, która się nie boi, mimo że Lena drży ze strachu.
Niepewnym krokiem weszłyśmy do budynku i zostałyśmy po kilku minutach zaproszone do jego gabinetu. Było to niewielkie pomieszczenie, dość obskurne, ponure, ale czego niby ja się spodziewałam? Promieni słońca, obrazu znad morza czy zwierzątka w kącie? Tu nawet nie było okna, naprzeciw drzwi stało jedynie masywne biurko, a po jego lewej stronie wypełniony barek, stoliczek, kanapa wyglądająca na niewygodną i pasujące fotele z wyświechtaną tapicerką. Jeden nawet miał jakąś tłustą plamę na siedzeniu. Nie chciałam się zbytnio skupiać na tym, co mówiła do niego Kumiko, dlatego zmuszałam się do zastanawiania nad kształtem owej plamy, czy ktoś coś tam wylał? A może to od potu? Nie, wygląda raczej na ślad po jakimś płynie, w powietrzu unosiło się echo zapachu jakiegoś alkoholu, możliwe, że to właśnie był powód. Nagle poczułam się nieswojo – to Króliczek na mnie patrzył. Nie, on mnie o g l ą d a ł jak towar od góry do dołu i z każdej strony. Nie śmiałam nawet drgnąć, nie wiedziałam, co teraz się stanie. Powiedział coś półgębkiem do Kumiko, a ona przyprowadziła jakiegoś goryla stojącego za drzwiami, miał w ręce maszynkę do tatuażu. Króliczek nie kłopotał się, żeby poinformować mnie, że jest zaczarowana, dowiedziałam się tego dopiero później, kilka lat później, kiedy zbierałam informacje po to, żeby go wykończyć. Rzucił mi dziwne spojrzenie, teraz wiem dobrze, że po prostu od samego początku miał na mnie ochotę. Wskazał mi fotel i odezwał się czystą angielszczyzną.
– Usiądź.
Spełniłam polecenie w milczeniu. Pomyślałam sobie, że powinnam się przyzwyczajać do tego, że ktoś wydaje mi jakieś instrukcje.
– Rozluźnij się. To nie będzie bolało. To znak, że od teraz pracujesz dla mnie, rozumiesz?
Pokiwałam głową, nie śmiąc powiedzieć słowa w obawie, że głos mi się załamie. Patrzyłam prosto w jego czarne, skośne oczy – były harde i nieprzeniknione, żadnych emocji, też powinnam się tego nauczyć.
Uśmiechnął się jakoś tak dziwnie, trochę obrzydliwie, bardziej przypominało to grymas.
– Witaj na pokładzie, Lena.
Poklepał mnie po ramieniu i odwrócił się.
– Rose – poprawiłam go. – Pracując jestem Rose.
Ale mimo stworzenia sobie alter ego, mimo tej – jak się okazało – żałosnej próby odcięcia się od rzeczywistości, kiedy goryl usiadł za mną, by wytatuować mi króliczka, słyszałam z tyłu głowy głos. Ociekający słodyczą, obrzydliwie przeciągający sylaby głos, szepczący jedno słowo – dziiiiiiwkaaaaaa.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s