03. (Nie) zapomnij o mnie

Noc.
Już się kiedyś zastanawiałam, dlaczego najbardziej czarne myśli dopadają mnie właśnie w nocy. Dziś jednak wiem dobrze, że to nie pora jest kluczowa. Dziś coś innego doprowadziło mnie na skraj rozpaczy. K t o ś inny… Naprawdę nie spodziewałam się tego po ośmiu latach małżeństwa. Zawsze nam się układało, ale gdzieś w tej jego rozczochranej głowie zrodził się ten idiotyczny pomysł. Dlaczego on zawsze musi szukać dziury w całym? Dlaczego przez to czuję się, jakbym mu nie wystarczała? Jakbym była tylko zastępczym środkiem? Kiedy mi o tym powiedział, pierwszą reakcją, całkiem zresztą słuszną, była myśl, że się znudził. Naszym zwyczajnym, bezproblemowym życiem, seksem, wreszcie mną, że ciągle pragnie więcej i więcej, a ja nie mogę mu tego dać… Co innego może pomyśleć żona, której mąż oznajmia, że chce ją wymazać sobie z pamięci? I to z jakiego powodu! Żeby się przekonać, czy znów się w niej zakocha. Nie jestem przekonana, że to może się udać…
Odgarniam rozczochrane włosy i nalewam sobie kolejną szklankę bourbona, bo inaczej czuję, że zaraz stracę zmysły. Chociaż… może lepiej byłoby teraz niczego nie czuć. Gilbert się wściekł. Wyszedł z domu, nie zgodziłam się na ten absurd – dlaczego w ogóle miałabym? Naprawdę tego ode mnie oczekiwał? Wyszedł z domu tak, jak stał, nie wiem, dokąd poszedł, kiedy wróci i c z y w ogóle w najbliższym czasie wróci. Jakiś głos w głowie podpowiada mi, że i tak to zrobi. Pójdzie do swojej szefowej i każe jej przeprowadzić na sobie ten cholerny eksperyment. Zupełnie mnie pominie przy podejmowaniu decyzji, przecież wyszedł, zlekceważył mnie, a ja stałam mu na drodze do tego planu, czyżby w ogóle nie liczył się z moim zdaniem? Dlaczego na królika doświadczalnego musi wybierać siebie? Czy nie będzie mu żal, kiedy straci wspomnienie każdego gestu, każdego pocałunku, każdego słowa? Och, Gilbercie, dlaczego nie potrafię cię uszczęśliwić? Czy musisz mnie ranić, żeby czuć, że żyjesz? Czy zawsze ktoś musi cierpieć?
Jest jeszcze ta problematyczna kwestia dziecka, którego oboje chcemy, a mieć nie możemy. Ludzie już tak są skonstruowani, że pragną zawsze najbardziej tego, czego nie mogą dostać. Sama nie potrafię siebie zrozumieć, bo przecież od początku o tym wiedziałam i na to się zgodziłam. Nie pragnęłam być matką, bałam się, że będę taka jak moja, że nie będę potrafiła go kochać, ale… Powiedziałam mu bardzo wyraźnie, dziś pierwszy raz pożałowałam, że to niemożliwe. Teraz, kiedy już to powiedzieliśmy, nie wiem, czy kiedykolwiek uda nam się wypełnić tę pustkę. To zawsze będzie wisieć gdzieś między nami, o ile w ogóle on wróci. O ile będzie wiedział, kim jestem. O ile będzie pamiętał, że tego pragnął. Nie mogę znieść myśli, że mogłoby tak się stać, nie chcę się przyznać przed sobą, że jestem przekonana, że to się właśnie dzieje. Bardzo dokładnie wyobrażałam sobie jak stoi przed swoją szefową i czaruje każdym słowem, by osiągnąć swój cel. Poczułam w środku rozdzierającą rozpacz.
Zostawił mnie.
Odszedł i już nie wróci. Musiałam wreszcie powiedzieć to na głos, chociaż bardzo tego nie chciałam, bo w chwili, kiedy to powiem… To się stanie bardziej realne, bardziej prawdziwe, a ten jeden, jedyny raz wolałabym się łudzić. Zacisnęłam mocno palce na szklance z drinkiem, aż kłykcie mi pobielały – nie znałam innego eliksiru, który teraz by mi przyniósł ulgę – i wychyliłam na raz całą jej zawartość. Bourbon trochę pomagał, dzięki temu mogłam być w tym mieszkaniu, gdzie wszystko przypominało mi o nim, gdzie nawet powietrze pachniało jak on. Zaśmiałam się gorzko, kiedy przypomniałam sobie, jak wiele lat temu powiedziałam mu, że jego skóra ma zapach czekolady. Teraz każde wspomnienie bolało, czułam się jakby ktoś wyrwał część mnie. Odstawiłam szklankę na podłogę, wstałam, podeszłam do stolika w rogu salonu i drżącymi palcami wyjęłam papierosa, wsadziłam do ust i podpaliłam. To zadziwiające, jak wspomnienia wracają w chwilach rozpaczy, ciągle jeszcze pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz. Od razu wiedziałam, że to ktoś, obok kogo po prostu nie mogę przejść obojętnie, bo wtedy straciłabym coś bardzo ważnego. Uśmiechnęłam się pod nosem. Przecież nawet nie byłam wtedy zainteresowana związkiem. Uciekłam od tego półżycia, które prowadziłam w Japonii, żeby zostać alchemiczką, a nieoczekiwanie spotkałam przyszłego męża. Najważniejszą dla mnie kwestią była jego reakcja na wiadomość o mojej pracy, a skoro nie uciekł z krzykiem albo, co gorsza, nie wyzwał mnie od najgorszych kurew, istniała jakaś szansa, choć wtedy sama nie wiedziałam na co. Podświadomie go kokietowałam, flirtowałam z nim, choć przecież wiedziałam, że kogoś ma i już samo to powinno być dla mnie ostrzeżeniem. Nie mogłam jednak nic na to poradzić, to było silniejsze ode mnie. Zaciągnęłam się głęboko i strzepnęłam popiół do popielniczki. Urywek kolejnej reminiscencji ukłuł mnie dotkliwie – jeszcze kilka dni temu upominałam go, żeby nie strzepywał popiołu do filiżanki po kawie, zaraz potem pieprzył mnie jak szalony na kuchennym stole.
Nie było takiego miejsca, które stanowiłoby dla nas przeszkodę.
Stanęłam przy przeszklonej ścianie i zapatrzyłam się na Nowy Jork, który właściwie nigdy nie jest pogrążony we śnie. Nie przypuszczałam, że będę mieszkać w Stanach, pamiętałam jednak całkiem wyraźnie, jak podczas podróży poślubnej zapytał mnie, czy mi się tu podoba. Nie wiedziałam wtedy, że myślał o przeniesieniu się tu na stałe. Właściwie miejsce było mi obojętne, najważniejsze, że miałam jego. Mara miała rację, kiedy powiedziała, że jestem daleko od domu. Może nawet trochę tęskniłam za Londynem, ale tym z czasów, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, a ojciec uczył mnie grać na pianinie “O Holy Night”, z czasów, kiedy wydawało mi się, że mam szczęśliwą rodzinę. Przeszłam wolnym krokiem wzdłuż okna do fortepianu i przejechałam palcami po obudowie. Usiadłam, uniosłam pokrywę klawiatury i zagrałam na próbę jakąś prostą melodię. Od razu w głowie miałam obraz z dnia, kiedy Gilbert i ja pierwszy raz razem graliśmy, to było jeszcze na studiach, tamto pianino nie było nastrojone, ale i tak bawiliśmy się świetnie. Zagrałam tę samą piosenkę, odtwarzając w myślach jak posuwał mnie wtedy na klawiaturze.
Czy jeszcze kiedyś będzie nam dane to powtórzyć? Boję się, autentycznie się boję, że nie, że straciłam wszystko na zawsze, że straciłam jego… Ta myśl mnie paraliżowała, bo przez całe nasze małżeństwo gdzieś w głębi czułam obawę, że to wszystko jest zbyt piękne, zbyt szczęśliwe. Że kiedy się obudzę, będę znów w małej kawalerce Kumiko w Shibuya.
Zacisnęłam oczy i siłą skupiłam myśli na wspomnieniu z innego dnia, dzień ten był raczej chłodny, ale francuski ogródek naszej uczelni miał własny mikroklimat – siedziałam na ławce z odsłoniętymi ramionami i dekoltem, wygrzewałam się w słońcu. Wtedy przyszedł Gilbert z całym swoim sprzętem do malowania, kiedy mnie zobaczył, od razu rozstawił sztalugę obok i zaczął rysować. Lubiłam myśleć, że uwielbiał, kiedy mu pozowałam, ale właściwie nigdy nie dowiedziałam się, czy to prawda. Tego dnia dostałam pierwszą wiadomość od mojego ojca odkąd zaczął odsiadywać swój wyrok, tak bardzo ucieszyłam się, że wreszcie go zobaczę, że byłam ślepa na wszystko inne. Pamiętam, że poszłam do ogródka szukać ziół do eliksirów, ale klimat zrobił się tam tak przyjemny, że przysiadłam na ławce i zaczęłam w głowie komponować piosenkę. Taką właśnie zobaczył mnie Gilbert. Nie minęła godzina, a już pieprzyliśmy się w najlepsze.
Nie potrafię wytłumaczyć tej dzikiej żądzy, która mnie ogarnia za każdym razem, kiedy na niego patrzę, kiedy wdycham zapach jego skóry, kiedy czuję na sobie jego dotyk…
Tak, teraz jest tylko jedno wspomnienie, które kołacze mi się w głowie, jednocześnie mnie ciesząc i rozdzierając serce na pół – noc przed naszym ślubem. Nigdy wcześniej, ale też już nigdy potem nie kochaliśmy się z takim uczuciem, powoli, tak zmysłowo… Zapłakałam głośno i zamknęłam z trzaskiem klawiaturę fortepianu. Czułam, jak po mięśniach rozlewa się bezradna złość, że nie mogę nic zrobić, by go powstrzymać, by było tak, jak wcześniej. Widocznie powiedzieć, że go kocham nade wszystko, co kiedykolwiek w życiu miałam to dla niego za mało. Może wcale nie jestem miłością jego życia? Nie, wiem, że to niesprawiedliwe tak myśleć, nie mogę wybiec za nim dlatego, że wiem, jak bardzo chce być niezależny, ale… Właśnie, zawsze jest jakieś a l e… Człowiek zawsze chce więcej i więcej aż w końcu przekroczy granicę. Czuję, że Gilbert właśnie ją przekracza. Sam. Beze mnie. Kiedy już wszystko zapomni, nie będzie odwrotu. Mówił, że będzie tą samą osobą, ale jak mnie znajdzie, skoro nawet nie będzie wiedział, kim jestem ani gdzie szukać? Ba, nawet nie będzie wiedział, że i s t n i e j e ktoś, kogo powinien szukać. Ten eksperyment nie ma szans powodzenia, nie w tej materii. Znów czułam bolesne ukłucie w sercu na myśl, że przeszedłby obok mnie obojętnie, nie zatrzymując nawet wzroku na dłużej, nie wiedząc, że tyle nas przecież łączyło, że tyle lat spędziliśmy razem.
Najgorsza chyba jest świadomość, że ja przecież będę pamiętać.
Zapaliłam kolejnego papierosa i dolałam sobie bourbona. Naprawdę nie wiedziałam, co więcej mi w tej sytuacji pozostało, chodziłam po całym mieszkaniu otępiała, wreszcie weszłam do garderoby, by zostawić w niej ubranie i mój wzrok spoczął na gładkiej tafli lustra. Jęknęłam głośno – w dolnej jego części widać jeszcze było zaschniętą smugę jego nasienia. To pamiątka po naszej ostatniej zabawie, mieliśmy mało czasu, zaraz zaczynał się spektakl, musieliśmy zwyczajnie oboje zapomnieć o umyciu lustra. Dotknęłam go ostrożnie opuszkami, jakby gładka powierzchnia miała się rozprysnąć pod moimi palcami i obraz naszych czerwonych z podniecenia twarzy stanął mi przed oczami jak najbardziej wyraźnie. Potrząsnęłam głową, żeby wyrzucić to wspomnienie z myśli i po chwili wróciłam do salonu, w ręce trzymając różdżkę. Rozejrzałam się pobieżnie, mój wzrok spoczął na dwóch zawieszonych na ścianie gitarach – jedna należała do mnie, druga do niego, była mu naprawdę bardzo droga, może droższa niż ja? Przyszedł mi do głowy naprawdę podły pomysł, sama nawet nie wiem skąd. Chciałam złapać tę rzecz, która przecież tak wiele dla niego znaczyła i roztrzaskać ją w drobny mak, uderzać nią o podłogę tak długo, aż nie będzie można nigdy więcej jej poskładać. Ostrożnie zdjęłam gitarę z uchwytu i patrzyłam na nią przez chwilę. Wydawało mi się, że jest ciepła w dotyku, zupełnie, jakbym trzymała coś żywego i już wiedziałam, że nie będę w stanie jej zniszczyć. Gdyby Gilbert kiedykolwiek zechciał tu wrócić, chociaż naprawdę w to nie wierzyłam, nie wybaczyłby mi takiej odrażającej zbrodni. Uśmiechnęłam się do siebie, machnęłam krótko różdżką i obok zmaterializowała się kopia gitary mojego męża. Popatrzyłam na obie.
– Hm, naprawdę można się nabrać – mruknęłam do siebie.
Cóż, niewprawne oko nie zauważyłoby różnicy. Pogłaskałam czule oryginał i nie mogąc się powstrzymać zagrałam urywek jakiejś nostalgicznej piosenki, ale tylko poczułam się od tego gorzej. Zaniosłam gitarę do swojego laboratorium i ukryłam w szafce z pustymi fiolkami, tej, do której zaglądałam najrzadziej, żebym nie musiała każdego dnia patrzeć na coś, co tak bardzo wyraźnie mi o nim przypomina. Na coś, w czym żyła jakaś jego cząstka. Zamknęłam starannie drzwi na klucz.
Pół godziny później siedziałam bez ruchu na kanapie. Butelka z bourbonem była prawie pusta, ja z kolei porządnie zamroczona. Czułam mdłości, ale nie na tyle silne, by pobiec do łazienki i zwymiotować nadmiar alkoholu. Uparcie wpatrywałam się w fałszywą gitarę i z każdą sekundą narastała we mnie złość. Między palcami trzymałam dopalającego się już papierosa, na którego zupełnie nie zwracałam uwagi, automatycznie go zutylizowałam i wstałam. Dygotałam na całym ciele, ledwie mogłam utrzymać się w pionie. Chwiejnym krokiem podeszłam do fotela, na którym leżała gitara, wzięłam ją w ręce i niewiele myśląc zaczęłam uderzać nią o podłogę, krzycząc, płacząc… Uderzałam tak długo i mocno, aż nie poczułam wreszcie ulgi; przede mną leżały rozpryśnięte po podłodze szczątki tej nieszczęsnej gitary. Osunęłam się na kolana między cały ten bałagan, schowałam twarz w dłoniach i rozpłakałam się głośno. W tamtej chwili byłam pewna, że nic już nie będzie dobrze.
Kilka następnych dni zlało się w mojej głowie w jakąś nierozpoznawalną masę. Funkcjonowałam jak automat – chodziłam do pracy, bo musiałam, jadłam, kiedy sobie o tym przypomniałam. Piłam ogromne ilości kawy i paliłam niewyobrażalnie dużo papierosów, wszystkie wieczory spędzałam samotnie w restauracji przy kawie i lampce czerwonego wina, licząc, że zobaczę go tam chociażby przelotnie, że rozpoznam w nim tego Gilberta, którego kocham i za którym tak tęsknię, ale jeszcze mi się to nie udało. Kiedy wracałam do domu, zamykałam się w laboratorium nad jakimś eliksirem, byle tylko nie myśleć. Wyglądałam jak cień samej siebie – mimo że fizycznie się nie zmieniłam, nawet nie poznawałam swojego odbicia w lustrze, moje oczy straciły radosny blask. Mało spałam, o ile udawało mi się zasnąć, a rano znów szłam do pracy i zabawa we w miarę normalne funkcjonowanie zaczynała się od nowa.
Tego wieczoru czułam się gorzej – zgodnie z wypracowanym przeze mnie schematem każdy następny dzień był trudniejszy od poprzedniego. Restauracja nie świeciła pustkami, ale nie można powiedzieć, że była zatłoczona. Moja kawa wystygła, ale nie zauważyłam tego, skupiałam się na notatkach w swoim grubym zeszycie, pewna klientka złożyła dziś osobliwe zamówienie, musiałam wiec dokładnie przeanalizować koszt całego eliksiru i rozłożyć to w czasie – receptura była naprawdę skomplikowana. Prawą ręką założyłam za ucho wymykający się z warkocza kosmyk, a w lewej trzymałam papierosa, zerknęłam na niego i zauważyłam, że popiół zaraz spadnie mi na notes. Chciałam strzepnąć do popielniczki, ale w ciągu spędzonej tu godziny, zdążyłam ją przepełnić. Podniosłam głowę, by zlokalizować kelnera i przywołałam go do siebie skinieniem. Rozejrzałam się pobieżnie po restauracji i wtedy go zobaczyłam. Sama nie wiem, jak powstrzymałam odruch wstania i pobiegnięcia prosto do niego. Siedział przy stoliku nieznacznie ode mnie oddalonym, wyglądał… Jak ktoś zupełnie mi obcy. Nie miał na palcu obrączki i kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu – tylko mnie to utwierdziło w przekonaniu, że jednak to zrobił. Wymazał mnie. Natychmiast zrobiło mi się chłodno i pobladłam na twarzy. Zdałam sobie sprawę, że gdzieś w głębi serca bardzo chciałam wierzyć, że jednak się nie odważy. Że się opamięta, stanie w drzwiach naszego mieszkania i wszystko będzie, jak dawniej. Szybko odwróciłam wzrok, zanim w ogóle spostrzegł, że mu się przyglądam, pewnie wydałoby mu się to dziwne. Zresztą nie wiem, to chyba nie był ten Gilbert, którego znałam, nie ten Gilbert, którego kochałam.
Kelner przyniósł mi świeżą popielniczkę, a ja uśmiechnęłam się do niego blado i zamówiłam sobie lampkę czerwonego caberneta, który przyniesiono mi praktycznie od razu – bywałam tu tak często, że mogłabym pewnie nic nie mówić, a i tak dostałabym swoje zamówienie. Nie wiedziałam, co zrobić. W mojej głowie myśl goniła za myślą, ale żadna nie wydawała mi się właściwa. Czy mogę go zaczepić? Czy powinnam? Czy w ogóle byłby mną zainteresowany? I czy mam prawo narzucać mu się ze swoją obecnością, może chciał zacząć od nowa beze mnie? Kręciłam nerwowo na palcu własną obrączką, czy powinnam ją zdjąć? Nie, czułabym się, jakbym oszukiwała.
Pytania, pytania… i decyzja do podjęcia.
Oblizałam usta i wzięłam głęboki wdech. Cóż więcej miałam do stracenia? Przecież już gorzej nie może być, a gdyby udało mi się… może istniał choć cień szansy, że znów mnie pokocha? Że jednak mnie zauważy, że nie przejdzie obok mnie, jak obok kogoś obcego. Przecież sam mówił, że zmienią się tylko wspomnienia, uczucia gdzieś tam zostały, musiało tak być. Uczepiłam się kurczowo tej myśli, tej nikłej nadziei, że nie wszystko jeszcze stracone.
Nie wiem, czy potrafię. Nie wiem, czy jeszcze pamiętam, jak to się robi, czy wciąż mam w sobie jakiś czar, który go zainteresuje jeszcze jeden raz? Nie dowiem się tego siedząc przy stoliku i patrząc, jak odchodzi w kierunku, którego nie znałam i w którym nie mogłam za nim pójść. Uparcie nie chciałam dać mu odejść – jak mogłabym? Nie mogę się przecież poddać. Upiłam niewielki łyk wina, policzyłam w głowie do dziesięciu i podniosłam się z krzesła.
Zrobię to. Sprawię, że mój mąż zakocha się we mnie drugi raz.

Advertisements
03. (Nie) zapomnij o mnie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s