02. Katastrofa po włosku

Raz, dwa, trzy… Oddychaj, Lena. Oddychaj spokojnie. Nie mogę zaczerpnąć powietrza, czuję się, jakbym była pod wodą i nie potrafiła wypłynąć na powierzchnię. Rozglądam się wokół, ale nic nie widzę, tylko niewyraźne, mętne cienie niemożliwe do rozpoznania. Słyszę jakieś głosy, ale są przytłumione, niezrozumiałe… Wreszcie zdaję sobie sprawę, że nikogo tu nie ma, jestem tu sama, a te głosy i obrazy istnieją tylko w mojej głowie. Bardzo powili dociera do mnie to, co się stało, a kiedy sobie to uświadamiam…
Czuję, że zaraz oszaleję.
Siedziałam w swojej sypialni w moim rodzinnym domu w Londynie. Rodzinnym… Zaśmiałam się histerycznie. Moja rodzina właśnie przestała istnieć. Próbowałam to zrozumieć, jakoś sobie to poukładać w głowie, ale zwyczajnie nie potrafiłam. Nie czułam się jeszcze przygotowana na mierzenie się z problemem takiego kalibru, ledwie tydzień temu po raz ostatni opuściłam progi Hogwartu. Cała ta sytuacja wyglądała, jakby moja matka tylko czekała aż skończę szkołę, by uciec od własnego życia, którego tak bardzo nienawidziła, by uwolnić się od wszystkich krępujących ją zobowiązań – mnie i mojego ojca. Jakbyśmy przez całe życie stanowili dla niej niewygodną przeszkodę, powstrzymującą ją od rozwinięcia skrzydeł. Zaśmiałam się gorzko.
Co za głupota!
Dom był zupełnie pusty, cichy, wydawał mi się teraz taki obcy, nie mogłam znieść przebywania w nim. Zeszłam do salonu i czułym gestem pogładziłam pianino – nadal miało odsłonięte klawisze tak, jak zostawił je ojciec. Czułam się opuszczona i oszukana, jeszcze nie do końca mogłam uwierzyć w to, co się stało, miałam raczej wrażenie, że ktoś wyrwał mnie z mojego życia i wkleił do jakiegoś równoległego świata, w którym nie mam nikogo. Nie mam matki, nie mam ojca, nie mam już przyjaciela i muszę jakoś sobie poradzić sama. Podeszłam do stojącej przy ścianie komody, wyjęłam z szuflady papier do nut, jakiś ołówek i usiadłam przy instrumencie. To mi pomoże jakoś ułożyć to sobie w głowie albo przynajmniej nie myśleć przez chwilę, inaczej stracę zmysły i zamkną mnie w Świętym Mungu. Może tak by było lepiej? Może tak by było łatwiej? Nie musiałabym się zastanawiać, co mam właściwie zrobić ze swoim życiem, jak sobie poradzić w sytuacji, kiedy nie mam właściwie niczego. A zawsze myślałam, że po ukończeniu szkoły pójdę na jakieś studia alchemiczne, zostanę Mistrzynią Eliksirów, ale najwyraźniej życie potrafi wszystkie plany najbardziej boleśnie zweryfikować.
Usiadłam przy pianinie i zagrałam na rozgrzewkę dobrze znaną mi melodię. Uderzałam wściekle w klawisze, ale radosny utwór zupełnie mi dziś nie leżał, co było zupełnie zrozumiałe jeśli pomyśleć o wydarzeniach ostatniego tygodnia.
Matt i ja przyjaźniliśmy się przez cały okres nauki w Hogwarcie, dlatego nie było dla mnie większym zaskoczeniem, że po zakończeniu ostatniej klasy przyjechał do Londynu bez zapowiedzi – to było całkiem w jego stylu, impulsywność i spontaniczność to jego drugie imiona. Czasem mnie to okropnie denerwowało, robiłam mu o to karczemną awanturę, on się obrażał, ja się wściekałam, ale mijała godzina lub dwie i pod jakimś głupim pretekstem wracaliśmy do porządku dziennego. Do końca szóstej klasy niczego nie podejrzewałam, chociaż słyszałam czasem w dormitorium plotkujące współlokatorki; myślały, że nie zwracam na nie uwagi. Wreszcie Matt się przyznał, że stracił dla mnie głowę, a ja nie mogłam – i nie chciałam – tego w ogóle słuchać, czy chociaż przyjąć do wiadomości. Po co komplikować coś, co dobrze działa? Po co skazywać przyjaźń na zagładę? Nie chciałam niczego zmieniać, on wręcz przeciwnie; nigdy jeszcze nie kłóciliśmy się tak zajadle. Najpierw próbował tłumaczyć, przekonywał, że będzie cudownie, że nie może przestać o mnie myśleć… Mało brakło, żebym wybuchła mu śmiechem prosto w twarz, jak szesnastolatek może wygadywać takie rzeczy? Zupełnie, jakby chciał zaraz paść przede mną na kolana i się oświadczyć! Zwymyślałam go od cholernych romantyków i marzycieli, nie wiedziałam, skąd w nim taka determinacja, nigdy nie przejawiał takich skłonności. Wreszcie już miałam dość tej rozmowy, choć ledwie można było tak ją nazwać, wrzeszczeliśmy na siebie jak opętani, kazałam mu wracać do siebie, bo wtedy też mnie odwiedził w wakacje. Nie odzywałam się ani słowem przez dwa tygodnie, on był nie mniej uparty, trwał zawzięcie przy każdym swoim argumencie, snuł perspektywy wspólnej, cudownej przyszłości we Włoszech, tam mieszka rodzina jego matki, a mnie już mdliło na samą myśl, że mogłabym dać się uwiązać przy mężczyźnie zaraz po szkole tak, jak zrobiła to moja matka, a potem przez całe życie miała pretensje do mnie i ojca. Poza tym, dlaczego tak bardzo chciał mnie do tego przymusić? Przecież dobrze mnie znał, wiedział, że to mnie nie uszczęśliwi.
Potem sytuacja jakoś sama się załagodziła, Matt o tym nie mówił, więc ja byłam zadowolona, myśląc sobie, że mu wreszcie przeszło. Dzięki temu siódma klasa przebiegła jakoś spokojnie, r a z mu się zdarzyło wyskoczyć z pomysłem randki, ale moje spojrzenie wystarczyło, żeby zdusić to w zarodku. Czy byłam przez to złym człowiekiem? Czy pozbawiałam go szansy na szczęście? Nie myślałam o tym w ten sposób, teraz też tak nie uważam, jednak jako dla najbliższego przyjaciela zawsze chciałam dla niego dobrze. A teraz to! Przyjeżdża sobie i znów z tym wyskakuje! Moja matka była wniebowzięta, młody mężczyzna, który docenia urodę córki, przecież na pewno doceni i ją, bo jesteśmy takie podobne. Skakała wokół niego, jakby był co najmniej królową Elżbietą albo cholernym rosyjskim carem. Stroiła się w najlepsze sukienki, chodziła po domu w szpilkach, jak nigdy wcześniej, ciągnęła się za nią stale chmura słodkiego zapachu perfum… Ale Matt był twardy. Przynajmniej tak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka, bo nie wiedziałam, że nadal liczy na szansę z mojej strony. Spacerowaliśmy po którymś parku, już sama teraz nie wiem, którym, zmierzchało, ale wcale nam się nie spieszyło wracać, szliśmy z wolna, delektując się lodami malinowymi. Opowiadałam mu właśnie, że martwię się o ojca, ciągle siedzi w pracy, a kiedy wraca, od razu idzie spać albo siedzi przy pianinie przez pół nocy i gra jakieś awanturnicze melodie. Matt niespecjalnie mnie słuchał, wydawał się nieobecny, jakby pochłaniała go jakaś wielka idea i musiał poświęcić jej dosłownie każdą myśl, ale nie spodziewałam się, że znów wyciągnie ten temat. Wystarczyło jednak, że na mnie spojrzał i już wiedziałam. Zatrzymałam się gwałtownie i lody prawie wypadły mi z rożka, zdążyły jednak poplamić mi sukienkę. Zaklęłam głośno, co od razu zwróciło uwagę jakiejś mijającej nas starszej pani, niespecjalnie się tym przejęłam.
– Nawet nie zaczynaj tematu – powiedziałam ostrzegawczo.
Od razu się zjeżył, nawet końcówki jego jasnych włosów drgnęły.
– O co ci chodzi?
Och, jakby nie wiedział!
– Dobrze wiesz. Myślałam, że ci przeszło.
Musiałam zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu hardo w oczy, jestem przecież niewysoka, a on wręcz przeciwnie – miał posturę koszykarza.
– Przeszło? – prychnął.
Prawie usłyszałam, jak trybiki w mojej głowie wskakują na odpowiednie miejsce. Jak mogłam przez tyle czasu tego nie zauważyć! Czułam się jak kompletna kretynka.
– Ty przecież nie zmieniłaś zdania.
Musiał to wiedzieć i mimo to dalej drążył, już czułam, jak narasta we mnie złość, ale starałam się powstrzymać. Nie będziemy przecież wrzeszczeć na siebie w parku.
– Nie, nie zmieniłam – przyznałam otwarcie.
Nie zamierzałam nic przed nim ukrywać, chciałam raz na zawsze zamknąć ten temat i wybić mu te mrzonki z głowy. Wyraz jego twarzy był napięty, jakby i on walczył ze złością. Przybliżył się, a kiedy się odezwał, głos miał całkiem łagodny.
– Ale mogłabyś.
Aż się zagotowałam w środku. Czy on naprawdę niczego nie rozumie? Ale to nie koniec, bo kontynuował:
– Mogłabyś chociaż spróbować, a nie od razu się nastawiasz negatywnie.
Tego było już za wiele.
– Czyś ty zwariował do reszty? Myślisz, że da się nauczyć kochać?
Już nawet nie o to mi chodziło. Marnował czas i dobrze to wiedział, po co tak się uparł? Bo mu się podobałam? Bo mu było tak wygodnie? A może wziął sobie za punkt honoru rozwścieczyć mnie do granic możliwości? Bo to akurat świetnie mu się udawało.
Jak gdyby nigdy nic podszedł do pobliskiej ławki i usiadł na niej. Obserwował przez moment swoje palce, wreszcie je złączył końcami i patrzył na mnie wnikliwie tymi fiołkowymi oczami. Zawsze mnie zastanawiało, jaka genetyczna mieszanka dała efekt w postaci tak niespotykanego koloru… Nadal stałam, wolałam nie podchodzić bliżej, bo mogłam jeszcze zacząć okładać go pięściami, chociaż z racji moich rozmiarów, nie zrobiłabym mu najmniejszej krzywdy.
– Mamy solidną podstawę. Jesteśmy przyjaciółmi, bylibyśmy zgodnym małżeństwem.
Kiedy to usłyszałam, momentalnie wryło mnie w ziemię. Czy ktoś mu kazał mówić takie rzeczy? Zamrugałam szybko i odgarnęłam wpadające mi do oczu włosy. Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego wyszło z jego ust, cała się spięłam i wykrzywiłam.
– Zgodnym c z y m?
Teraz chyba on był wyprowadzony z równowagi, nerwowo tupał stopą o ziemię.
– Nie udawaj, że się nie domyślałaś. Taka jest kolej rzeczy, tak? – Jego głos był pełen jadu. – Szkoła, potem małżeństwo, jestem na to gotowy, a ty byłabyś dla mnie idealną żoną. Myślisz, że po co tu przyjechałem? Przywiozłem ci cholerny pierścionek, więc przestań się już wściekać, bo oboje wiemy, że i tak go przyjmiesz.
Niespecjalnie panowałam w tej chwili nad swoimi gestami. Zanim się zorientowałam, już stałam tuż przed nim i wymierzyłam mu siarczysty policzek, niech szlag trafi moją impulsywność i jego przesadną pewność siebie! A więc o to mu chodziło. Nie miał zamiaru pytać mnie o zdanie, przyjechał załatwić s p r a w ę. Niedoczekanie.
– Ty skończony idioto – zaczęłam cedzić słowa. – Nie kocham cię i to się nigdy nie zmieni, w tej chwili nawet specjalnie za tobą nie przepadam. Jeśli chcesz spędzić życie z kobietą o nazwisku Mallory, pogadaj z moją matką, na pewno byłaby zachwycona perspektywą ucieczki od nudnego życia, które ma z nami!
Ludzie spacerujący po parku gapili się na nas jak na parę skłóconych kochanków, jakieś kobiety pokazywały nas sobie palcami i kręciły głowami z dezaprobatą. No tak, podwójne standardy, mężczyzna może nie przejmować się zdaniem kobiety, ale kiedy kobieta na to się nie godzi, bo chce od życia czegoś innego, to już jest społecznie nieakceptowalne.
Inną sprawą było to, że nie do końca panowałam nad słowami, które wydobywały się z moich ust, jakbym nie miała rozumu, żeby się nad nimi zastanowić.
Matt poderwał się z ławki, zmierzwił włosy.
– Może tak zrobię! – zagrzmiał. – Myślisz, że się nad tym nie zastanawiałem? Twoja matka jest piękną kobietą i w dodatku zawsze dla mnie taką miłą…
O, Slytherinie, ja chyba śnię! Roześmiałam się głośno z bezsilności, naprawdę wyczerpałam już wszystkie pokłady cierpliwości, a jestem mimo wszystko wyrozumiałą osobą.
– Czy ty siebie słyszysz?! Masz osiemnaście lat! Moja matka jest dwa razy od ciebie starsza, w ogóle o czym my dyskutujemy? To moja matka, ma męża, w ogóle rodzinę, nie ośmielisz się, nie masz prawa.
Cisnął z wściekłością lody do śmietnika.
– Tak? To się jeszcze przekonamy!
I oddalił się, w ogóle się za mną nie oglądając.
– Idiota! – zdążyłam jeszcze za nim wrzasnąć i zaraz potem usłyszałam charakterystyczny trzask deportacji.
Co on w ogóle sobie myśli? Jak ś m i e w ogóle dopuszczać do siebie taką możliwość? Moja matka jest głupia, ale nie aż tak. Drżącymi palcami wyciągnęłam z torebki paczkę papierosów, które jej ukradłam, to jedyna używka, na jaką sobie pozwalała w swojej obsesji na punkcie dbania o urodę. Odpaliłam z trudem zapalniczką, w której pewnie kończył się gaz, a może to ja z nerwów nie mogłam się skupić na tym, by utrzymać niewielki płomyk dłużej niż ułamek sekundy? Nerwy były całkowicie na miejscu, każdy na moim miejscu byłby wytrącony z równowagi. Zaciągnęłam się głęboko i od razu poczułam ulgę, nikotyna rozchodząca się po moim ciele dawała mi złudne poczucie, że się uspokajam. Nie czułam wyrzutów sumienia, czułam przede wszystkim złość, że Matt wziął mnie za pewnik i pominął przy całym procesie decyzyjnym. Co mu się w ogóle uroiło? I jeszcze ten tekst o mojej matce!
Do domu wróciłam późno, wolałam włóczyć się bez celu po mieście niż patrzeć na mojego przyjaciela, niż wysłuchiwać jego kolejnych argumentów, bo wydawało mi się, że to jeszcze nie koniec sprawy. Dom było cichy, ciemny – wszyscy na pewno już spali, zaszłam do kuchni i nastawiłam wodę na herbatę. Ojciec jeszcze nie wrócił z pracy, zawsze zostawiał swój neseser na krześle przy stole, które teraz było puste. Martwiło mnie, że tak się przemęcza, wreszcie będzie musiał zwolnić. Zapaliłam kolejnego papierosa, rzuciłam na drzwi zaporę – matka nie znosiła, kiedy paliłam w domu, a już szczególnie w kuchni, sama zawsze wychodziła na taras. Zawsze mnie to w niej irytowało, sztorcowała mnie na każdym kroku, musisz być taka a taka albo nie możesz tego robić, to nie przystoi. Co sama robiła? Całymi dniami siedziała, przeglądała te swoje pisemka o modzie, nie miała żadnych przyjaciółek w Anglii, tylko te rosyjskie arystokratki, do których teleportowała się na każde ich skinienie… Dla mnie nigdy nie miała czasu. No, chyba że chciała mnie krytykować. Zupełnie, jakby to była moja wina, że nie jest już taka młoda, jakbym przez swoje urodzenie zabrała jej urodę… Jakby była o mnie zazdrosna.
Usłyszałam zgrzyt zamka i natychmiast zgasiłam papierosa. To na pewno ojciec, zobaczy, że siedzę tu sama, pogłaszcze mnie przez moment po głowie, wypije drinka i pójdzie spać. Miałam wrażenie, jakby tracił kontakt z rzeczywistością, jakby pochłaniał go jakiś zajmujący dylemat i nie mógł skupić swojej uwagi na niczym innym. Już niedługo miałam się przekonać, że to prawda, ale nie, nie dziś, dziś miałam stracić coś innego, bo oto do moich uszu doszedł śmiech, śmiech dwóch osób. Nie mógł to być ojciec, nawet gdyby kogoś miał, co naprawdę mnie nie obchodziło, nie przyprowadziłby jej do domu. Nie potrafiłam ruszyć się z miejsca, nie potrafiłam odnaleźć w sobie odwagi potrzebnej, by sprawdzić, co się działo w hallu, ale wcale nie musiałam tego robić, bo po krótkiej chwili o n i wpadli do kuchni. Nie zauważyli mnie, oczywiście, jakby mogli, przecież byli tak zajęci sobą, badając sobie nawzajem językiem migdałki, a ja… Ja po prostu nie wierzyłam w to, co widziałam.
Moja matka całowała się z moim przyjacielem pośrodku naszej kuchni.
W głowie usłyszałam pierwszy trzask – coś bezpowrotnie się rozpadło, wiedziałam to już teraz, kiedy stali sobie beztrosko pośrodku tej cholernej kuchni, urządzonej na niebiesko, wszak to ulubiony kolor matki i – o, ironio! – mój, stali i całowali się, jakby cały świat wokół nich nie istniał. Wydawało mi się to jakimś okrutnym żartem, tak, ktoś na pewno chciał sobie ze mnie zadrwić, utrzeć mi nosa. W porządku, Matt, wygrałeś, udowodniłeś mi, że możesz!
W tej chwili poczułam, że odzyskuję głos, jakby ktoś na powrót pozwolił mi używać mojego języka.
– Co tu się dzieje?
Patrzyłam, jak odrywają się od siebie, speszeni obecnością osoby trzeciej, może lekko zawstydzeni, jak pięciolatek przyłapany na zabawie w błocie w niedzielnym ubraniu. Najpierw zauważyłam to fiołkowe spojrzenie przepełnione triumfem, potem to niebieskie, to, które po niej odziedziczyłam, ale nie widziałam w nim nic znajomego, nic, do czego byłam przyzwyczajona przez te osiemnaście lat z okładem. Moja matka wyglądała na zadowoloną. I to ona pierwsza się odezwała.
– Tylko nie krzycz.
Tylko tyle miała mi do powiedzenia? Żadnego przepraszam? Dlaczego właściwie miałam nie krzyczeć, bo to nie przystoi panience z dobrego domu?
Zamrugałam szybko, nie mogłam oderwać od niej wzroku, ale kiedy się odezwałam, to nie do niej skierowane były moje słowa.
– Jak śmiałeś? Ty… ty…
Wyciągał ręce w obronnym geście, dobrze wiedział, że zbliżam się do niebezpiecznego wybuchu.
– Uspokój się, Lena.
Przeniosłam natychmiast spojrzenie na niego.
– Uspokój? I co jeszcze, może teraz mam mówić do ciebie t a t o?!
Nie mieściło mi się w głowie, że traktują to oboje tak spokojnie. Dobrze, że stałam w pewnym oddaleniu od blatu, bo mogłabym zaraz zacząć rzucać talerzami. Albo, co gorsza, sztućcami i wcale nie z zamiarem trafienia w ścianę.
Moja matka, moja słodka mamusia, która tak bardzo nie przejmowała się własną rodziną, że aż obściskiwała się z nastoletnim przyjacielem swojej również nastoletniej córki, w dodatku na jej oczach, stanęła między mną a Mattem, jakby j e g o chciała chronić przede m n ą. Jakbym to j a zrobiła tę tak obrzydliwą rzecz, że nawet nie przechodziło mi to przez myśl, a co dopiero przez gardło.
– Lena – zaczęła ostrożnie, nie chcąc podjudzać mnie pewnie jeszcze bardziej. Byłam ciekawa, co takiego chciała powiedzieć, dlatego milczałam. – Pomyśl racjonalnie.
Z każdym słowem robiła krok w moją stronę, sprytne, m a m u s i u, ale na każdy jej krok, ja robiłam jeden w tył.
– Każdy przecież ma prawo do szczęścia.
Wszystko w niej w tej chwili napawało mnie obrzydzeniem, jej postawa, jej aparycja, to, że tak bardzo ją przypominałam, jej przesłodzony głos i wreszcie to, z jakim uporem nadal zaciągała rosyjskim akcentem.
– To dla mnie szansa na szczęśliwe życie.
Tymi słowami wyczerpała moją cierpliwość.
– Zdradziłaś nas. Szczęśliwe życie? Kuguarzyca z młodym Adonisem, komiczne, doprawdy! Jak ty sobie to wyobrażasz? Kim ja dla ciebie jestem?
No kim? Czy krew z jej własnej krwi to było dla niej za mało? Czy spokojne i ułożone życie, dostanie przecież, nigdy niczego jej nie brakowało, ojciec spełniał ślepo każdą jej zachciankę, czy to wszystko nic już nie znaczyło? Tyle lat… po prostu zmarnowanych?
Chyba jednak i ona, moja wiecznie spokojna i ułożona mamusia, dotarła wreszcie do jakiejś granicy. Przewróciła teatralnie oczami, odgarnęła zmierzwione włosy i wwiercała we mnie świdrujące spojrzenie.
– Nie mogę już tu wytrzymać! Nienawidzę Londynu, duszę się tu, nienawidzę twojego ojca, który od dawna nie poświęca mi uwagi! I t y!
Gestykulowała żywo, kto by pomyślał, że arystokratka potrafi być tak niepowściągliwa.
– Ciebie też nienawidzę, kiedy na ciebie patrzę, widzę wszystko to, co mi odebrałaś, czego już nigdy nie będę mieć, a ty tak! I to mnie jeszcze bardziej mierzi! Cholerna ślicznotka, księżniczka tatusia, ale nie, ja jestem lepsza, nadal mam to coś, bo jednak on zainteresował się mną, a tobą się znudził!
Wreszcie umilkła i wycofała się prosto w ramiona Matta, a ja… Cóż, co innego się domyślać, co innego dostać potwierdzenie swoich teorii. Nic dla niej nie znaczyłam i nawet nie czułam w tej chwili żadnego żalu z tego powodu, tylko jakąś dziwną pustkę. Matt patrzył na mnie z politowaniem, ale ja byłam na to zbyt dumna, nie chciałam jego litości, nie chciałam jego współczucia, chciałam, żeby zabrał ze sobą tę wywłokę, którą kiedyś nazywałam matką, i nie pokazywał mi się więcej na oczy.
– Jutro wyjedziemy do Włoch… – zaczął, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
– Nie – powiedziałam martwo. – Wyjedziecie natychmiast. Nie chcę was widzieć, nigdy więcej. Nie wiem, co powiecie ojcu i nie obchodzi mnie to.
Zamilkłam na chwilę i przyglądałam się Mattowi.
– Nie wierzę, że naprawdę mnie kochałeś – powiedziałam i opuściłam kuchnię, zostawiając w ten sposób dawne życie, dawną Lenę, bo przecież nigdy później nie byłam już taka sama.
Gdy wróciłam do kuchni pół godziny później po papierosy, o których zapomniałam, już ich nie było. Zniknęli bez śladu, jakby nigdy ich tu nie było, jakby ktoś wziął gumkę i wymazał ich z mojego życia. Straciłam za jednym razem matkę i jedynego przyjaciela.
Straciłam grunt pod nogami. Straciłam rodzinę, straciłam wiarę w to, że istnieje w życiu coś, o co warto walczyć.
Siedziałam więc teraz przy pianinie, grając jakąś smętną melodię, jedyną, jaka teraz pasowała do tego, jak się czułam. A czułam się pusta i tak miało zostać na długie lata, bo jeszcze tej samej nocy mugolski Wydział Przestępstw Gospodarczych odebrał mi ojca.
– Przepraszam, a panowie do kogo? – zapytałam niezbyt grzecznie, kiedy zobaczyłam na progu dwóch funkcjonariuszy mugolskiej policji. I to w środku nocy!
Ojciec spał, ledwie pół godziny temu wrócił, poklepał mnie po główce tak, jak wcześniej myślałam i poszedł do sypialni. Wieści o swojej żonie przyjął jak plotki o obcej osobie.
Policjanci pokazali mi odznaki.
– Wydział Przestępstw Gospodarczych. Szukamy Franka Mallory. Aresztujemy go pod zarzutem defraudacji.
Zarzut defraudacji, pięcioletni wyrok…
Raz, dwa, trzy… Lena… Jesteś tam?
Całe moje życie legło w gruzach.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s