01.

Na pierwszy rzut oka panny Dawson różniły się całkowicie. Wiele osób, gdyby nie wiedziało, że to siostry, wcale by się tego nie domyśliło. Helena miała ciemne włosy i piwne oczy, a jej sylwetka swoimi kształtami przykuwała męski wzrok, tymczasem Charlene była blondynką o oczach barwy czekolady. Jej figury raczej nie dało się nazwać kobiecą, chyba że miało się na myśli zbyt szczupłe biodra i wystające obojczyki. Ten brak podobieństwa do siostry wcale Charlie nie przeszkadzał, w ciągu sześciu lat nauki Helena zdążyła bowiem utracić w jej oczach zaszczytne miano autorytetu. Dlatego, choć w dzieciństwie były niemal nierozłączne, teraz Charlene cieszyła się, że nie musiała spędzać czasu ze starszą siostrą.
Tego grudniowego popołudnia Helena zrobiła coś, czego zaprzestała w okolicach swojego trzeciego roku w Hogwarcie, jednak poczuła, że nie miała innego wyjścia. Podniosła drżącą rękę i zapukała do drzwi dormitorium dziewcząt z szóstego roku, a kiedy usłyszała dźwięczne proszę, weszła do środka i  zalała się łzami.
Charlie – przykryta żółtym kocem z wyszytym w rogu godłem Hufflepuffu – siedziała na szerokim parapecie otwartego na oścież okna. Na widok siostry niechętnie zgasiła niedopalonego papierosa i pozbyła się go zaklęciem. Założyła za ucho niesforny kosmyk blond włosów i westchnęła – rozmowy z Heleną nie należały do jej ulubionych rozrywek.
― Co się stało? ― zapytała zmęczonym głosem, po czym odrzuciła koc na łóżko, zeskoczyła zgrabnie z parapetu i usiadła na kufrze.
Helena wyglądała wręcz koszmarnie – łzy rozmazały jej makijaż, dlatego teraz po policzkach płynęły jej dwie ciemne strużki, nos miała zaczerwieniony od ciągłego wydmuchiwania w chusteczkę, a włosy, zazwyczaj ułożone w ładne loki, były rozczochrane i lekko wilgotne przy twarzy. Stłumiła jednak w sobie kolejny szloch, by przemówić.
― Ale nie będziesz ze mnie się śmiać?
Charlie przewróciła oczami. Jej siostra zawsze robiła wielką aferę z byle czego, ale nigdy jeszcze nie przyszła z problemem do niej. Helena dobrze wiedziała, że blondynka miała dość tego, że nieustannie musiała jej matkować. Teraz jednak młodsza panna Dawson była zaciekawiona, dlatego gestem zachęciła brunetkę, by kontynuowała.
― Bo Syriusz…
― Merlinie, znowu ten Syriusz! ― zdenerwowała się Charlie. Mogła się domyślić, że znów chodziło o niego. ― Nie dość się nagadałaś o nim latem?
― N-nie o to chodzi! ― zawyła Helena, co tak zaskoczyło jej siostrę, że otworzyła szeroko usta i oczy ze zdziwienia. ― On mnie oszukał! Mówił, że będziemy zawsze razem, a ja mu wierzyłam! Ale dzisiaj zobaczyłam, że na piątym piętrze całował się z Mary MacDonaaaaaaald!
Charlene wpatrywała się uparcie w siostrę i nie wiedziała, co zrobić. Dlaczego właściwie przyszła do niej, a nie do jednej ze swoich przyjaciółek?
― Och, Leno ― zaczęła protekcjonalnym głosem, podeszła do okna i otworzyła je szeroko. ― Przecież wiedziałaś, jaki on jest.
Helena otarła łzy rękawem szkolnej szaty, co spowodowało, że teraz całe policzki miała usmarowane tuszem do rzęs.
― Daj mi papierosa ― powiedziała władczo, widząc, że blondynka wyciąga paczkę ze skrytki w podstawce naftowej lampy ustawionej na szafce nocnej. ― Pewnie, że wiedziałam ― kontynuowała, nieporadnie próbując podpalić papierosa różdżką ― ale myślałam, że dla mnie się zmieni… ― przerwała i zakrztusiła się dymem, który właśnie wciągnęła do płuc.
Charlie uśmiechnęła się na widok siostry z papierosem w dłoni.
― Powinnam chyba… ― Lena znów zakasłała. ― Jak to ty mówisz? Przywyknąć?
― Tak ― potwierdziła Charlene. ― Ale nie rozumiem, czego właściwie ode mnie chcesz?
W oczach Heleny zabłysły złowrogie iskierki.
― Chcę się na nim zemścić ― wyznała. ― Pomożesz mi?
A kiedy Charlie, całkowicie zaskoczona, pokiwała głową, Lena uśmiechnęła się, zniszczyła różdżką niedopałek papierosa i opuściła dormitorium Puchonek z szóstego roku.

***

Popołudnie ciągnęło się niemiłosiernie. Charlie siedziała w pokoju wspólnym Puchonów w zrelaksowanej pozie w fotelu przy okrągłym oknie i obserwowała dwójkę swoich przyjaciół, którzy wspólnie odrabiali pracę domową na historię magii. Sama już dawno miała ją skończoną – ten przedmiot był jej konikiem. Teraz jej myśli zaprzątała zupełnie inna sprawa. Charlie poprawiła nerwowo szeroką, czarną wstążkę, którą wplatała w jasne włosy, jakby była opaską i westchnęła. W jaki sposób ma pomóc Helenie? Wiedziała, że siostra oczekiwała jakiegoś spektakularnego przedstawienia, które upokorzyłoby Syriusza Blacka w taki sposób, by już nigdy nie zapomniał, kim była. Charlene nie miała jednak żadnego pomysłu i nie wiedziała, jak w ogóle powinna się do tego zabrać. Z pewnością potrzebowała planu, dobrego planu.
Rozejrzała się po salonie w poszukiwaniu inspiracji, jednak nieliczni obecni co do jednego mieli nosy utkwione w podręcznikach lub wodzili nimi po pergaminach, poprawiając błędy w wypracowaniach. Puchonów cechował perfekcjonizm, każda kropka musiała być idealna, w końcu tak się napracowali, a nie każdy miał wrodzoną mądrość, jak uczniowie z Ravenclawu. Charlene westchnęła zrezygnowana i jej wzrok powędrował znów ku przyjaciołom. Ciemnowłosy i ciemnooki Nicholas Humphrey cierpliwie tłumaczył Celii Stone, że powinna koniecznie dopisać jeszcze jeden akapit do swojego eseju. Cienie, które tworzyło miękkie światło pochodni odrobinę wyostrzyły jego łagodne rysy twarzy, nadając mu większej surowości. Celia odrzuciła na plecy brązowy, ciasno spleciony warkocz przewiązany na końcu żółtą kokardką i zmarszczyła swój mały nosek w niezadowoleniu. Jej zielone oczy nieznacznie pociemniały – nie uśmiechało jej się wertowanie kolejnych tomów przyniesionych z biblioteki przez Humphreya, by spróbować wycisnąć z nich jeszcze więcej na tak niepotrzebny, jak uważała, temat. Spojrzała znacząco na Charlie w nadziei, że blondynka zgodzi się jej pomóc. Pech chciał, że Nick to zauważył.
― Pani prefekt chce iść na łatwiznę? ― zapytał, poprawnie odczytując chęci szatynki. ― Ona ci nie da odpisać.
― Wcale nie chciałam… ― oburzyła się Celia, ale chłopak natychmiast jej przerwał.
― Oczywiście, że chciałaś. Skup się, przecież jesteś mądrą dziewczyną.
Celia delikatnie spąsowiała i przymrużyła oczy, a Charlie zauważyła piękny cień, jaki rzuciły na policzek rzęsy przyjaciółki. Ręka momentalnie zaczęła ją świerzbić do szkicowania. Opanowała jednak wyrobiony przez tyle lat lekcji rysunku odruch i wyprostowała się w fotelu. Przez chwilę biła się z myślami, jednak stwierdziła, że sama nic nie wskóra – musiała zwrócić się z prośbą o jakąkolwiek pomoc. Wiedziała, że Celia nie będzie zachwycona, w grę prawdopodobnie wchodziło łamanie szkolnego regulaminu, który szatynka potrafiła cytować na wyrywki o każdej porze dnia i nocy.
― Wczoraj przyszła do mnie Helena ― zaczęła pozornie lekkim głosem, jednak jej przyjaciele natychmiast wyczuli ukryte drugie dno. ― Płakała.
― Szminka jej się skończyła? ― zapytał Nick i uśmiechnął się pod nosem.
Celia spojrzała na niego karcąco.
― Chciała pomocy ― oznajmiła panna Dawson i założyła niesforny blond kosmyk za ucho.
― Jakiej pomocy? ― drążył Humphrey.
― Cóż, z tego, co wywnioskowałam, chce się zemścić. Na Syriuszu Blacku.
Tak, jak się spodziewała, jej przyjaciele momentalnie zamarli.
― I przyszła z tym do ciebie? ― wyjąkała z trudem Celia i odłożyła pergamin z niedokończonym wypracowaniem, który wciąż ściskała, na pobliski hebanowy stoliczek. ― Jak niby ty masz jej pomóc?
― Nie wiem ― powiedziała Charlie i wstała. Podeszła powoli do okna i oparła się o szeroki, zaokrąglony parapet wyłożony wysłużonymi już żółtymi poduszkami. ― Wydaje mi się, że chodzi o jakieś epickie upokorzenie. ― Spojrzała znacząco na Celię i po krótkiej chwili przeniosła wzrok czekoladowych oczu na przyjaciela. Znali się praktycznie od kołyski, miała nadzieję, że pomoże jej wymyślić jakiś plan.
Panna Stone drgnęła i jej twarz wykrzywił delikatny grymas. Dobrze zrozumiała, o co tak naprawdę chodziło blondynce.
Nicholas tymczasem obserwował uważnie swoje kolana, bojąc się podnieść głowę. Znał możliwości Charlie. Wiedział, że już dawno temu przestała przejmować się regulaminem szkolnym, a jedyne, co powstrzymywało ją od wypowiedzenia wprost tego, o czym myślała, to siedząca przy nich Celia. Celia, która w tej chwili dygotała z podenerwowania.
― Chcesz się zgodzić?! ― wykrzyknęła panna Stone. Była szczerze zdziwiona, że przyjaciółka w ogóle rozważała możliwość wyświadczenia przysługi siostrze, która ignorowała ją praktycznie od trzeciej klasy. I jeszcze pewnie złamie przez to regulamin!
― Celio ― zaczęła spokojnie Charlene ― ja się już zgodziłam.
Celia zamrugała szybko z niedowierzaniem. Sekundę później już zbierała swoje rzeczy i wrzucała je z odrobinę zbyt dużą siłą do torby.
― Świetnie ― oznajmiła wstając. ― Ja nie będę w tym brać udziału.
Po tych słowach, nie oglądając się za siebie, podążyła do drzwi na korytarz prowadzący do dormitoriów dziewcząt.
Dawson i Humphrey jeszcze przez chwilę wpatrywali się w milczeniu w przejście do sypialni, wreszcie z transu pierwsza wyrwała się dziewczyna. Potrząsnęła głową i usiadła na parapecie, o który wcześniej się opierała.
― To jak, Humphrey, pomożesz mi?
Nick wahał się tylko przez moment, ale potaknął. Wiedział, że Celia będzie wściekła, że znów pozwolił sobą dyrygować, że przedłożył Charlie nad przyzwoitość, że kolejny raz poparł chory plan blondynki. W tej chwili jednak zupełnie się tym nie przejmował. Tak bywało zawsze – kiedy tylko Charlie wychodziła z jakąś dziwaczną inicjatywą, on rzucał wszystko, czym się w danej chwili zajmował i pomagał jej przemienić myśl w czyn. Nie wiedział dlaczego, po prostu tak już to funkcjonowało między nimi, byli dla siebie niczym rodzeństwo. Wychowywali się po sąsiedzku, prawie płot w płot, oboje półkrwi, a jej ojciec i jego matka w Hogwarcie również należeli razem do Hufflepuffu. Czasem czuli jakąś dziwną więź łączącą ich ze sobą – myśleli nawet podobnie, a Celia często się śmiała, że zachowują się jak stare dobre małżeństwo. Chyba właśnie dlatego, no i może dla buzującej w krwiobiegu adrenaliny zawsze zgadzał się na szaleństwa panny Dawson.
― Mam nawet pewien pomysł ― powiedział powoli, przenosząc wzrok z drzwi do damskich dormitoriów na przyjaciółkę.
Ta momentalnie się rozpromieniła. Kiedy tylko dotarły do niej jego słowa, prawie usłyszała fanfary i zobaczyła światło nadziei bijące od niego. Jej uwaga skupiała się teraz tylko i wyłącznie na słowach Nicholasa, jednak jakaś część jej artystycznego mózgu już analizowała jego postać i przestrzeń go otaczającą pod kątem rysunku – miękkie światło znajdującego się nieopodal kominka otulające jego sylwetkę i prześlizgujące się po twarzy, iskry w ciemnobrązowych oczach, które tak trudno byłoby oddać na papierze, cienie, które co sekundę się zmieniały, kiedy żywo gestykulował, wyraźną bryłę, jaką tworzył jego tors i jasne, kanarkowożółte tło kanapy, na której siedział.
― No dobrze ― odezwała się wreszcie. ― Ale czy ty znasz bliżej kogoś z Gryffindoru?

***

Późnym wieczorem, kiedy w dormitorium dziewcząt z szóstego roku nie było słychać odgłosów innych, niż miarowe oddechy śpiących współlokatorek, Charlie leżała z otwartymi szeroko oczami i rozmyślała nad swoim planem. Powinna podejść do tego naprawdę poważnie, Syriusz Black to z pewnością nie pierwszy lepszy Gryfon – nie dość, że to gracz quidditcha, łamacz hogwarckich serduszek, to jeszcze jeden z czterech osławionych rozrabiaków. Nie mogła tak po prostu pójść na żywioł, każdy szczegół musiała perfekcyjnie dopracować, a wcześniej przemyśleć. O nie, na pewno nie zlekceważyłaby takiego przeciwnika, przecież oznaczałoby to klęskę. Wiedziała, jak ważne było rozpoznanie, które planowała przeprowadzić z Nickiem tuż po świątecznej przerwie. Ponieważ oboje mieli o Gryfonie raczej ogólną wiedzę, musieli dowiedzieć się więcej od kogoś z jego domu. Nie zdecydowali jeszcze, kto by to mógł być, na pewno jakieś skrzywdzone – jak Helena – dziewczątko.
Charlie miała całą przerwę świąteczną, by wyciągnąć od siostry więcej szczegółów, które pozwoliłyby jej działać sprawnie. Zastanawiała się, czy Helena w ogóle cokolwiek jej powie, przecież już chodziła po szkole przygaszona i nie rozprawiała tyle o urodzie, jak to miała wcześniej w zwyczaju. Charlene jeszcze nigdy nie widziała siostry w takim stanie, wręcz nie mogła uwierzyć, że jeden incydent tak znacząco na nią wpłynął – zawsze była niezwykle pogodna i uganiała się za Syriuszem, jakby był celem jej życia.
Za oknem jakaś sowa zaczęła pohukiwać. Charlie ziewnęła i przewróciła się na prawy bok, przesuwając nieznacznie swoją śpiącą w najlepsze kotkę. Zegar na szafce nocnej obok łóżka wskazywał godzinę pierwszą trzydzieści, na co dziewczyna zareagowała bezgłośnym jęknięciem. Przytuliła głowę do poduszki i wdychając przyjemny zapach zwierzęcego futerka odpłynęła w sen.
Następnego ranka przy śniadaniu wydawało się, że między trójką przyjaciół z Hufflepuffu atmosfera nie zmieniła się od rozmowy przeprowadzonej wczorajszego popołudnia. Wprawny obserwator mógł jednak zauważyć, że choć Celia odzywała się zarówno do Charlie, jak i do Nicholasa, to jej wypowiedzi były raczej zdawkowe i nic nieznaczące, a ton głosu chłodny. Panna Dawson, zamiast zajadać leżącą na talerzu przed nią grzankę z serem, pochylała się nad opartym o blat stołu szkicownikiem i pieczołowicie wykańczała rysunek. Na policzkach wykwitły jej dorodne rumieńce i podnosiła głowę tylko po to, by wpatrywać się w ustalony wcześniej punkt – stół Gryffindoru. Rysowanie zawsze pomagało jej się wczuć w osobowość swojego modela, którym aktualnie był czarnowłosy chłopak nonszalancko rozparty na ławce. Charlie bacznie obserwowała każdy jego ruch, każdy cień, przemykający po jego twarzy. Widziała w jego postawie jakiś wrodzony luz z nutą lekceważenia, kiedy rozluźnił węzeł szkarłatnego krawatu w złote paseczki i rozsyłał na prawo i lewo szeroki uśmiech.
― Czemu nic nie jesz?
Od szkicowania oderwał ją lekko zniecierpliwiony głos Celii, która właśnie zajrzała jej przez ramię – skrzywiła się, ale nie skomentowała tego, co widniało na kartce papieru.
― Nie jestem głodna ― odpowiedziała zdawkowo Charlie i ponownie pochyliła się nad szkicownikiem, jednak czar prysł i nie potrafiła już dojrzeć nic więcej w pozie Syriusza. Znów był tylko jednym z wielu uczniów w Wielkiej Sali. ― Celio, co ciekawego u ciebie w domu? ― zapytała, chcąc odwrócić od siebie uwagę.
― Och ― wyjąkała szatynka. Nie lubiła rozmawiać o trudnej sytuacji w domu. ― Tata wciąż rozgląda się za nowym zleceniem.
Ton jej głosu jednoznacznie wskazywał, że nic więcej na ten temat nie powie, w każdym razie nie teraz. Charlie to szanowała, wiedziała, że kiedy przyjaciółka będzie na to gotowa, sama do niej przyjdzie, dlatego  wzrok utkwiła teraz w Nicholasie. Ten drgnął i wskazał dłonią stół Gryffindoru, wcześniejszy obiekt zainteresowania panny Dawson, która teraz podążyła za jego spojrzeniem. Jej oczom ukazały się dwie Gryfonki z ich roku, jedna z nich – ta o kasztanowych włosach – pocieszała łkającą jej w ramię blondynkę. Charlie w lot pojęła przekaz tego obrazka – oto właśnie znalazła uciśnione dziewczątko, które im pomoże.
― Kto to jest? ― zapytała półgębkiem, kiedy Celia pogrążyła się w lekturze czasopisma Transmutacja współczesna.
― Ta ruda to Lily Evans, Potter się za nią ugania, a ta druga to Mary MacDonald ― odszepnął.
Charlie miała ochotę śpiewać. Nie mogło złożyć się lepiej, przecież Helena mówiła jej o tej MacDonald. Pomimo wcześniej ustalonego planu, chciała wstać i natychmiast pędzić ku dwóm Gryfonkom, jednak Nick przytrzymał jej dłoń, by nie wstała. Posłała mu spojrzenie pełne wyrzutu, ale została przy stole. Zamknęła swój szkicownik i chwyciła zimną już grzankę, połknęła ją na dwa kęsy i popiła sporą ilością soku dyniowego.
― Paskudztwo ― skomentowała z obrzydzeniem.
― Trzeba było jeść, póki ciepłe, a nie zajmować się jakimiś bazgrołami ― odpowiedziała jej Celia znad gazety.
― Weź przywyknij ― rzuciła Charlie i wstała. ― Idziecie na zaklęcia, czy będziecie tu siedzieć, jak te dwa kołki?
Po lekcjach czekało ich już tylko pakowanie kufrów – jutro z samego rana odchodził Ekspres Hogwart-Londyn, a cała trójka zamierzała spędzić Boże Narodzenie w domach. Charlie już nie mogła się doczekać spotkania z najmłodszą latoroślą Dawsonów – czteroletni Miles był oczkiem w jej głowie, dlatego z uśmiechem na ustach wrzucała do kufra wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Nie przejmowała się zupełnie składaniem swetrów czy układaniem książek, jedynie z namaszczeniem ułożyła na wierzchu pudełko z przyborami do rysowania. Rozejrzała się po dormitorium w poszukiwaniu koszyka jej kotki Iris.
― Pod moim łóżkiem ― pokierowała ją Celia.
― Dzięki ― odpowiedziała i schyliła się po zgubę.
Poprawiła niebieski kocyk, którym wyłożony był koszyk i postawiła go na zamkniętym wieku kufra tuż obok przygotowanych na jutro ubrań.
― Wściekasz się? ― zapytała blondynka, udając pochłoniętą czesaniem białego futerka Iris.
Celia zastygła w połowie składania spódniczki od szkolnego mundurka i westchnęła.
― Nie ― odparła. ― Po prostu nie rozumiem, jak to jest, że za każdym razem musisz pakować się w kłopoty.
Charlie roześmiała się i niechcący pociągnęła zbyt mocno szczotką, czym wywołała oburzenie swojej kotki, która w proteście ułożyła się w naszykowanym do podróży koszyku.
― Jeszcze nie wiesz, co w ogóle mam zamiar zrobić, a już jesteś pewna, że się wpakuję w kłopoty?
Policzki panny Stone delikatnie poróżowiały, ale odwróciła się do przyjaciółki i usiadła na skraju swojego łóżka.
― Charlie. Znamy się ponad pięć lat. Nie chcę być zmuszona wlepić ci szlaban.
― Nie bój się ― odpowiedziała, a widząc, że Iris nie była już zainteresowana pielęgnacją swojej sierści, odłożyła szczotkę na nocny stolik i wpełzła do łóżka.
Nazajutrz pogoda nie sprzyjała wychodzeniu na dwór. Charlie uwielbiała ciepło, jakie miała zapewnione w dormitorium, dlatego niosąc koszyk z Iris, z niewyraźną miną podążyła w kierunku powozów, które zawsze wiozły uczniów na stację do Hogsmeade i z powrotem. Ledwie uszła kilka kroków, a jej buty przemokły, przez co dziwnie plaskały. Kiedy wreszcie znalazła się w pociągu, wygrzebała ze swojej materiałowej torby różdżkę i jednym krótkim zaklęciem osuszyła mokre obuwie oraz spodnie. Rozsiadła się wygodnie na siedzeniu i zaczęła obserwować swoich przyjaciół z zamiarem naszkicowania ich podczas podróży. W swojej grubej teczce z pracami, którą trzymała w tajnej skrytce z boku kufra miała już wiele przedstawiających ich rysunków, jednak każdy różnił się od poprzedniego. Ten, który właśnie tworzył się w jej głowie chciała sporządzić w dwóch podobnych egzemplarzach i ofiarować Celii i Nickowi w prezencie bożonarodzeniowym. Niewiele myśląc wygrzebała pudełeczko z kolekcją ołówków i pędzli, oparła szkicownik o podkulone kolana i ponownie utkwiła wzrok w dwójce przyjaciół. Niespiesznie nanosiła na kartkę siedzenia, kawałek okna, półkę nad nimi – była całkowicie pochłonięta swoim zajęciem. Zanim minęło ćwierć podróży, miała już gotowe tło i sylwetki postaci, dlatego oderwała się na chwilę od rysowania, czym zaskoczyła pogrążonych w rozmowie Celię i Nicka.
― Pokażesz nam? ― zapytała Celia i uśmiechnęła się.
Charlie pokręciła przecząco głową.
― Jeszcze nie skończone.
Jej przyjaciele dobrze wiedzieli, że nigdy nie pokazałaby im czegoś, czego jeszcze nie dopracowała, ale zarówno Celia, jak i Nicholas uwielbiali jej prace. Zawsze chętnie obserwowali, z jaką pasją panna Dawson oddaje się swojemu ukochanemu zajęciu.
― Chyba się zdrzemnę. ― Panna Stone przeciągnęła się i ziewnęła cichutko. Zwinęła się w kłębek na siedzeniu, oparła głowę o ramię Nicholasa i przymknęła oczy, niemal natychmiast odpływając w sen.
Charlene pomyślała sobie, że świetnie się złożyło, gdyż będzie miała okazję pomówić z Humphreyem na temat ich planu. Chwilowo jednak powróciła do szkicowania. Z doświadczenia wiedziała, że najlepiej było rysować Nicka, kiedy spoglądał na Celię – jego oczy niesamowicie wtedy błyszczały, a na twarzy malował się błogi wyraz uwielbienia. Od kiedy chłopak zwierzył się blondynce, że podoba mu się panna Stone, Charlie starała się robić co w jej mocy, żeby im pomóc, jednak na próżno. Nicholas nie dawał się przekonać prośbą ani groźbą, po prostu nie chciał, by Celia wiedziała o kłębiących się w nim uczuciach. Najwidoczniej nie był gotowy na ich ujawnienie.
Charlie przekrzywiła nieznacznie głowę, by spojrzeć na przyjaciela pod odrobinę innym kątem. Światło powoli się zmieniało i na jego twarzy utworzyły się nowe cienie i załamania. Przez uchylone okno do przedziału wpadł wiatr i rozwiał mu malowniczo włosy, a Charlene uśmiechnęła się do siebie. Uwielbiała go właśnie w takiej rozczochranej fryzurze, a nie w gładkim uczesaniu, które nosił na co dzień. Po godzinie uznała, że już więcej nie da rady narysować i wykończy portret w domu, skoro Celia nadal spała. Zamknęła więc szkicownik i miękki ołówek w ozdobnym pudełeczku. Był to prezent, który dostała na czternaste urodziny od ojca – piękne pudełko, ręcznie rzeźbione i wypełnione profesjonalnymi akcesoriami, najlepszymi dostępnym na rynku. Zanurzyła dłoń w torbie i wydobyła z niej paczkę papierosów i różdżkę. Jak zawsze, kiedy pozwalała sobie palić w dormitorium, a jej współlokatorki już spały, rzuciła na pannę Stone zaklęcie bąblogłowy. Ta jedynie zmarszczyła delikatnie nosek i drzemała dalej, a Charlie wyciągnęła paczkę w kierunku Nicholasa, który lubił z nią popalać, ale zawsze, kiedy Celia nie widziała. Wzięli po jednym, przypalili sobie płomykiem z różdżki i zaciągnęli dym mocno do płuc.
― Merlinie, to dobre ― powiedział Nick z uśmiechem.
― Wpadaj czasem do sowiarni, wielu uczniów tam pali ― odpowiedziała mu panna Dawson. ― Hej, Nick ― zaczęła niby zdawkowo, a on spojrzał na nią badawczo. ― Jak my przekonamy tę Evans i MacDonald, żeby nam pomogły?
Oczy Nicholasa jeszcze bardziej pociemniały – teraz były już prawie czarne. Zaciągnął się powoli i niespiesznie wypuścił dym z ust zanim udzielił jej odpowiedzi.
― Evans będzie łatwo przekonać. Nienawidzi Pottera i Blacka. Uważa ich za wpatrzonych w siebie bubków. A co do Macdonald… ― Zmarszczył delikatnie brwi, zamyślając się chwilę. ― Cóż, jest zraniona. Wystarczy jej obiecać, że wymierzymy sprawiedliwość, resztę zrobi Evans.
Charlie uśmiechnęła się szeroko. Wszystko na pewno świetnie się ułoży, będą mieli jeszcze kilka dni przed powrotem do szkoły na dopracowanie szczegółów. Poprawiła przytrzymującą włosy opaskę – tym razem błękitną – i strzepnęła elegancko popiół do butelki po soku dyniowym.
― Wiesz, zawsze mnie zastanawiała jedna rzecz ― odezwał się znów Humphrey i utkwił w niej świdrujące spojrzenie. ― Jakim cudem ty szmuglujesz fajki do Hogwartu? Gdzie ty je chowasz, że skrzaty ich nigdy nie znajdują?
Charlie jedynie uśmiechnęła się tajemniczo i wyrzuciła niedopałek za okno pędzącego pociągu.
― To, kochany, jest mój słodki sekrecik.
Nie chciała, żeby zbyt wiele osób wiedziało, że transmutuje paczki w skarpetki, które później chowa w wydrążonej podstawie lampki naftowej stojącej przy jej łóżku w dormitorium.

***

― Mamo, daj już spokój.
Od dwóch godzin Charlie próbowała przekonać swoją mamę, że wyjście na zewnątrz po pierwsze nie groziło zamarznięciem, a po drugie nie potwierdzało braku miłości z jej strony. Blondynka zwyczajnie chciała zobaczyć się ze swoją sąsiadką, która była mugolką, więc nie mogły widywać się w ciągu roku. Mało tego, Cassie Irving nie wiedziała, że jej koleżanka posiadała jakieś nadnaturalne moce, a Charlie wcale nie miała zamiaru wyprowadzać jej z błędu, dlatego te nieliczne chwile podczas świątecznych przerw były dla niej tak bardzo ważne.
Wreszcie Polly Dawson skapitulowała. Poprawiła jasne włosy spięte w ciasny kok, mimo że żaden kosmyk się z niego nie wyśliznął i potarła skronie ze zrezygnowaniem.
― No już dobrze, leć do tej swojej Cassie!
Charlie uradowana wybiegła z domu. Po chwili już stała na werandzie państwa Irving czekając na przyjaciółkę. Cassie była rok od niej starszą, wysoką chłopczycą o hebanowym odcieniu włosów i błyszczących, fiołkowych oczach. W dzieciństwie spędzały razem niemal każdą wolną chwilę, podczas gdy ich mamy plotkowały przy kawie. Teraz pani Dawson i pani Irving nie miały już tak wielu wspólnych tematów, jak kiedyś, a powodem była ostatnia ciąża matki Charlie. Miles pochłaniał prawie cały jej wolny czas, który niegdyś był przeznaczony dla sąsiadki.
Wreszcie dziewczyna wyszła, odkrzyknąwszy coś jeszcze w głąb domu i obie podążyły w kierunku nadmorskiej promenady. Charlie zawsze doceniała to, że jej rodzina mieszkała w Brighton – uwielbiała morze nawet z jego kaprysami, nienawidziła tylko tych tłumów turystów, którzy zjeżdżali się do miasta latem.
― A może chcesz się przejechać do Londynu? ― zapytała Cassie, kiedy dotarły na miejsce i usiadły na ławeczce obserwując przechodniów.
Charlene niezbyt chciało się siedzieć w pociągu tylko po to, by dostać się do stolicy. Skrzywiła się nieznacznie i założyła nogę na nogę.
― Po co?
Cassie zarumieniła się, co zdziwiło jej towarzyszkę, bo wyglądała jak wstydliwa pensjonarka. Nic nie odpowiedziała, tylko utkwiła wzrok w pobliskiej plaży spowitej lekką mgłą.
― Mogłybyśmy zgarnąć Nicka ― kontynuowała panna Dawson. ― Porzucalibyśmy kamieniami do morza tak jak kiedyś.
Po krótkiej chwili namysłu brunetka przystała na tę propozycję i obie ruszyły znów w kierunku ich ulicy.
― A co u Heleny? ― zapytała Cassie. ― Nie chciała przyjechać na święta do domu?
Charlie nawet się ucieszyła, że przyjaciółka poruszyła ten temat. Chciała, by trochę pomogła jej w konstrukcji wielkiego planu. Oczywiście bez wtajemniczania jej w szczegóły.
― Och, przyjechała. Ukrywa się w swoim pokoju. Przeżywa zawód miłosny ― odpowiedziała i streściła jej w kilku zdaniach prośbę Leny.
Cassie wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia – dobrze znała Helenę i wiedziała, jakie stosunki panowały między siostrami.
― Nie wierzę, że przyszła z tym do ciebie ― zawyrokowała. ― I co on jej takiego zrobił, przecież nigdy nie przejmowała się takimi rzeczami.
Blondynka westchnęła głośno. Właśnie stanęły pod oknem sypialni Nicholasa.
― Nie mam pojęcia. Czuję się trochę, jak jej matka ― powiedziała. ― Ale pomogę jej, trochę rozrywki na pewno nie zaszkodzi ― uśmiechnęła się złowieszczo. Wzięła głęboki wdech i wrzasnęła w kierunku piętra ― HEJ, NICK!
Przy szybie natychmiast ukazała się ciemna czupryna chłopaka. Gdy zobaczył stojące w ogrodzie dziewczęta, rozsunął firanki i otworzył okno.
― Nie wrzeszcz tak ― skarcił przyjaciółkę.
― Chodź, idziemy na plażę ― poinformowała go uradowana panna Dawson.
Nick kiwnął głową i zniknął, a po kilku minutach już stał na werandzie w ciepłym płaszczu i opatulony długim szalikiem.
― No co? ― zapytał widząc spojrzenia obu dziewcząt, które nie były aż tak grubo ubrane. ― Przecież jest grudzień.
W powietrzu rozbrzmiał dźwięczny śmiech blondynki i brunetki.
― Za bardzo się przyzwyczaiłeś do szkockich klimatów ― stwierdziła Charlie. ― Chodź, Cassie nam pomoże zaplanować Wielkie Upokorzenie Syriusza Be.
Nick natychmiast się rozpromienił i we troje podążyli znów w kierunku nadmorskiej promenady.

Advertisements
01.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s