Pod znakiem borsuka: Trudne początków początki

Florence Jezebel Yaxley patrzyła w lustro, a lustro patrzyło w nią.
W powietrzu wyczuć można było jakieś napięcie, tak jakby nie ścierała się tu z sama sobą szesnastoletnia dziewczynka, a dwie armie, gotowe nie tylko do ataku, ale też i do rozboju, i gwałtu. A wszystko rozchodziło się o perfekcję, a raczej jej brak i niemożność jej osiągnięcia. Widzicie, Florence uzależniona była od perfekcji, a raczej jej braku w samej sobie i lustro było jej narkotykiem, ecstasy na jej samoudręczenie.
A przecież nie było z nią tak źle. Wysoka, szczupła, z twarzy też w miarę… przyjemna, nawet w swoich własnych, krytycznych oczach nie była porażką. Była przyzwoita. Taka właśnie, na miarę swoim możliwości, niespecjalna, ładna ale bez przesady, urocza ale bez błysku w oczach, z biodrami, na które się spojrzy, ale zaraz się o nich zapomni.
Ze złością zrzuciła z siebie buty na obcasach, bo przez sekundę wydawało jej się, że znowu urosła i to o całe dwa cale. Od czasu, gdy w trzeciej klasie dobiła pięciu stóp i ośmiu cali, w kółko wpadała w te wzrostową paranoję, przekonana, że chociaż w jej wieku dziewczyny wprawdzie już nie rosną, to Phil Bardsley dolewa jej do herbaty SzkieleWzro. Ale i brak butów w niczym nie pomógł i tylko tak głupio stała, bosa, przed tym lustrem, a Florence zza tafli przewracała na nią oczami.
Że tez musiało jej się trafić lustro z takim parszywym charakterem.
– Spokojnie – wyszeptała zdecydowanie nerwowo. – Musisz być spokojna.
Prawą dłonią przejechała po spódnicy, poprawiając jakiś niefortunny plis i spojrzała w lustro jeszcze raz, biorąc przy tym wielki, olbrzymi łyk powietrza. Nie wiedziała, co mogłaby jeszcze zrobić. Może poprawić francuski warkocz? W zasadzie mogłaby przecież, ta wstążka, którą wybrała, zlewała się praktycznie z kolorem jej włosów, tak blond, że prawie białych, a przecież miało być ją widać, tak? W ogóle jakiś krzywy był ten warkocz i na pewno…
– Florence! – Głos jej ojca ledwo przebił się do niej przez liczne drzwi i ściany, które oddzielały ją od salonu.
– Już, zaraz!
Nie było więc czasu na poprawianie warkocza. Szkoda. Z poprawionym warkoczem na pewno byłoby lepiej. A tak… A tak czasu zostało jej dość tylko na wyprostowanie plakietki prefekta, którą zdążyła już przyczepić do swojego swetra. Chociaż od listu z Hogwartu, w którym przyznano jej to stanowisko, minął już ponad rok, Florence wciąż nie mogła uwierzyć w swoje szczęście; w końcu nie była ani najpilniejszą, ani najmądrzejszą, ani nawet w zasadzie najgrzeczniejszą uczennicą na swoim roku. Czym zasłużyła sobie na ten zaszczyt?
Potem jeszcze tylko krótki rajd do szafy w poszukiwaniu płaskich butów i porzuconej tam wcześniej torebki, i mogła wychodzić. Jednak stojąc już w drzwiach swojego pokoju, przypomniała sobie o najważniejszym – i musiała zawrócić. Pięć sekund siedzenia na łóżku później (na wszelki wypadek) i znowu stała przed lustrem, patrząc na siebie poważnym wzrokiem:
– To będzie twój rok, Flossie. – Chociaż nie wyglądała jakby w to wierzyła. – To będzie rok, w którym Remus Lupin w końcu zaprosi cię na herbatę.
Próbowała się do siebie uśmiechnąć, ale niewiele z tego wyszło; chociaż zapewne Florence w lustrze i tak uśmiechała się o wiele bardziej przekonująco od niej samej.
– Florence!
– Już przecież schodzę!
I faktycznie – schodziła. Prawie. Strzepnęła jeszcze z ramienia jakiś niewidzialny pyłek, ściągnęła mocniej wstążkę na włosach i wybiegła z pokoju, tym pospiechem niwecząc cały trud, jaki włożyła w doprowadzenie siebie do porządku. Zwolniła dopiero w połowie wielkich schodów prowadzących do foyer ich domu; pewnie zleciała by z nich w takim tempie, przy tej niebezpiecznej kombinacji śliskich podeszew i drogich marmurów, ale na szczęście przed połamanymi żebrami uratowała ją mina jej ojca.
Lista rzeczy, które pochwalał Corban Yaxley nie była specjalnie długa, a już na pewno nie znajdowało się na niej bieganie po schodach. Ojciec Florence mógł pół życia spędzić zarzekając się, że nie chce żyć tak, jak wymagała od tego jego pozycja i nazwisko – ale kiedy chodziło o niepotrzebne konwenanse, cóż, tych nie dało się tak po prostu wypielić. Flossię miała z tym łatwiej, wychowano ja wszakże w dość przy… przyjemnej? atmosferze, jeżeli faktycznie cokolwiek przyjemnego może się dziać w domach z marmurowymi schodami; ale dla Corbana nie było już ratunku.
– Nie musisz aż tak się śpieszyć – zauważył szorstko, mierżąc ją spojrzeniem cala jej drogę w dół. – Pociąg z pewnością na ciebie zaczeka.
– Bardzo jesteś zabawny.
– Nie żartuję. Maszyniści też jakoś zarabiają.
Gdy stanęli ze sobą wreszcie twarzą w twarz – a raczej nosem w szyję – nikt nie mógł mieć już wątpliwości, że oto rozmawiają ze sobą ojciec z córką. Wprawdzie Florence miała na tyle szczęścia, że rysy twarzy odziedziczyła po swojej o wiele delikatniejszej matce, jednak wszystko inne – od mimiki przez kolorystykę aż do samego sposobu, w jaki nerwowo przygryzali wargi – wszystko inne dzielili ze sobą sprawiedliwie.
– Nie wiem, czy ktoś ci o tym powiedział, tato – Florence zaczęła tym samym szorstkim tonem – ale lokomotywa jest zaczarowana i żaden maszynista nie jest jej do niczego potrzebny. Wiem to z bardzo zaufanego źródła. Sinead jest uzależniona od Historii Hogwartu.
Corban uśmiechnął się półgębkiem i wygładził jej włosy. Najwidoczniej ta obsesja perfekcyjności bądź jej braku tez była dziedziczna.
– A wiesz też, że nie musisz nosić mundurka poza Hogwartem?
– W przedziale prefektów nigdy nie ma się gdzie przebrać.
Nie było. Chyba że komuś nie przeszkadzało przebieranie się w męskim towarzystwie… a Florence miała z tym pewien problem. Nie, żeby była wstydliwa. Nie była wstydliwa. Wcale. Ani odrobinę. Może trochę. Po prostu nie lubiła ludziom świecić bielizną, ile by na nią nie wydała.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że zapomniała o czymś bardzo ważnym. Corban przyglądał jej się niespecjalnie cierpliwie; czekanie też nie było jego specjalnością.
Florence otworzyła usta, ale ostatecznie się nie odezwała.
– Twój kot – Corban nie wytrzymał. Zwykle pozwoliłby jej na te chwile absolutnego roztargnienia, ale mieli wyjść z domu jakieś pół godziny temu.
Uśmiechnęła się z zażenowaniem i stanęła na palcach, by pocałować ojca w policzek.
– Zaraz wracam ­– powiedziała szybko i ruszyła z powrotem w stronę schodów. – Luna!
***
Niby Lily przyzwyczaiła się już do tego, że jest czarownicą – ale peron 9 i ¾ co roku robił na niej równie silne wrażenie. Po wakacjach spędzonych ze swoją mugolską rodziną zapominała, jak wspaniała i… trudna do pojęcia potrafi być magia. Mogła każdą wolną chwilę spędzać przeglądając księgi z zaklęciami, ale to po prostu nie było to samo.
Z lekko otwartymi ustami przyglądała się czarownicom i czarodziejom odprowadzających na pociąg swoje dzieci, zapomniawszy, że w Londynie powinni ubierać się po mugolsku, nie w pełne szaty wyjściowe. Kufry latały na prawo i lewo naokoło niej, szukając swoich właścicieli, którzy ledwo pod koniec zeszłego semestru pojęli zaklęcie lokalizujące. Sowy huczały, przestraszone tłumem, hałasem i światłem, no i jeszcze kotami, które czaiły się na nie zza nóg swoich właścicieli, ciekawe tego, że taka kolacja została im podstawiona pod mokry, różowy nosek. Różdżki…
– Lily, wyglądasz, jakby cię ktoś kociołkiem w łeb strzelił i uszkodził ci dobry kawał mózgu. – Usłyszała za plecami znajomy, ukochany głos.
Jolene Hudges! W Hogwarcie nie było drugiej osoby, na której widok mogłaby ucieszyć się bardziej. Była jej przyjaciółką, powierniczką, ratowniczką, zbawicielką, wszystkim. Świat Lily zaczynał się i kończył na naleśnikach, które razem kradły ze stołówki i wyciągały dopiero wtedy, gdy wszyscy poszli już spać, a one we dwie, w swoich puchatych piżamkach mogły być wreszcie same w Lily łóżku i rozmawiać o wszystkim i niczym.
Czasami Lily zastanawiała się, jak w ogóle przetrwała pierwsze tygodnie Hogwartu bez Jolene. Z początku nie bardzo mogły się ze sobą dogadać; Lily większość czasu spędzała z Severusem i… Ale o Severusie nie było po co wspominać. Na Severusa przyjdzie jeszcze czas.
– Wcale tak nie wyglądam! – Uznała za swój obowiązek zaznaczyć. – Sama wyglądasz, jakbyś wpadła do kociołka wodnego trolla! Co ci się stało?
Faktycznie, zwykle przecież dość praktyczne i życiowo uporządkowane, te sto czterdzieści funtów (i, zdaniem Jolene, co najmniej o czterdzieści za dużo) teraz upaćkane było jakąś trudna do zidentyfikowania mazią. Bo chociaż wyglądało na to, że jej przyjaciółka zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zmyć ją ze swojej skóry i włosów, to najwyraźniej wszystko okazało się niewystarczające.
– Barry dostał na urodziny swoją pierwszą różdżkę, a Ted przekonał go, że zna zaklęcie zmieniające owsiankę w budyń czekoladowy.
Lily westchnęła ciężko. Dzieciństwo w rodzinie czarodziei brzmiało dla niej jak marzenie; i chociaż bardzo kochała swoich rodziców (a nawet Petunię, czasami), dałaby wszystko, by dorwać się do Czasozmieniacza i Zamienic się miejscami z jakimś innym niczego nieświadomym rudzielcem, tak, by to ona mogła dziecięca różdżką niszczyć życie swojego starszego rodzeństwa.
Nie mogła się już doczekać swoich siedemnastych urodzin. Teraz tylko w Hogwarcie miała pozwolenie na czary; czy to nie było niesprawiedliwe? Przecież była odpowiedzialna. Dobrze wychowana. Nikomu i niczemu nie zrobiłaby krzywdy.
Nawet Petunii.
Czasami.
– Ziemia do Lily. – Z zamyślenia po raz drugi już wyrwał ja glos Jolene. – Tak się gapisz, jakbyś nigdy nie widziała latającego kufra.
– Wcale nie…
– A może to jakiś chłopak, co? Wypatrzyłaś jakiegoś przystojniaka?
Jolene stanęła na palcach – ale ze jej kości rosły raczej wszech niż wzwyż od samego dzieciństwa, nawet na tych palcach ledwo sięgała Lily do ramienia. Szanse na to, że wypatrzy kogokolwiek w tłumie, były zerowe.
Tyle, ze los, jak to los, bywa złośliwy; i swoja złośliwością lubi się popisywać w najmniej korzystnych momentach.
– Elijah Prewett na ciebie patrzy!
Z trudem powstrzymała odruch odwrócenia się w kierunku, który niesubtelnie wymachując rekami, wskazywała Jolene. Elijah Prewett. Jasne. Mogła już bardziej uwierzyć w to, że stal i patrzył na nią książę Karol, który nie dość, ze nigdy nie zetknął się z dziewczynka jej pokroju na odległość krótsza niż przewidywana przepisami bezpieczeństwa i korowodem policji,  to w dodatku nawet nie był czarodziejem i nijak nie dostałby się na peron.
Nie, żeby chciała, żeby patrzył na nią książę Karol. Książę nie książę, ale te uszy!
– Elijah Prewett na mnie nie patrzy, Jolene – powiedziała surowo. – Elijah Prewett nie wie nawet, że istnieję.
– Wszyscy wiedzą, że istniejesz, Lily. Rogacz się o to postarał.
A jednak mimowolnie się odwróciła; to był taki odruch duszenia, gryzienia, bicia, rzucania czymkolwiek we wszystkich ludzi, którzy przypominali jej o istnieniu Jamesa Pottera i tej jego wielkiej miłości. Ile razy można powiedzieć jednemu chłopakowi, że nie jest się zainteresowanym? No ile? Właśnie. I to zamierzała jakoś wytłumaczyć Jolene – siłowo lub słownie – gdy jej oczy, JEJ oczy spotkały się z oczami Elijaha Prewetta.
Na chwilę odebrało jej dech w piersiach; nie często bowiem zdarza się, że człowiek, którego nazwisko wypisuje się koło swojego dzień w dzień na okładkach wszystkich zeszytów, mimo dorosłego wieku lat piętnastu, cały rok, nagle jednak zdecyduje się na swojego prześladowcę spojrzeć. I chociaż szybko dotarło do niej, że było to raczej spojrzenie przypadkowe, tak, na pewno, to czuła się tak, jakby wygrała los na największej loterii świata.
***
Szminka Glendy Kendrick zostawiła na jej policzku pełny, różowy ślad – ale do tego była już przyzwyczajona. Do wytulania i rozczochrywania też. Ale czy to wszystko musiało się dziać tuż przed tym, jak zobaczy ją Remus? Nie mogły z tym poczekać do Hogwartu?
Nie, żeby nie tęskniła za swoja najlepsza przyjaciółką. Po prostu miała w życiu priorytety.
– Strasznie się przypaliłaś na tej Majorce – zauważyła Flossie, starając się wyrównać pogniecione w uścisku ubrania. – Wiesz, gdybyś była mugolem, mogłabyś od tego dostać… kraba? Chyba. Wypisałam się z mugoloznastwa, i tak nigdy nie miałam do tego pamięci.
– Co to krab? – nieśmiało spytała Dawn.
Dawn Somers była tak cicha i przezroczysta, że w zasadzie trudno było w ogóle zauważyć jej obecność. Florence ciągle zdarzało się o niej zapominać i zostawiać ją w rożnych miejscach jak opuszczonego, dziecięcego misia. Zresztą, sama Dawn byla takim uroczym misiem pysiem, porównanie samo cisnęło się na usta.
Teraz tez zdziwiona była jej nagłym pojawieniem się, chociaż przecież Puchonka rozmawiała z nią jeszcze zanim Glenda podeszła do nich na peronie.
– Taka choroba. Śmiertelna. Od słońca.
Florence za wszelką cenę chciała brzmieć profesjonalnie;  od czasu, kiedy odkryła, że cudem zwanym Remusem zdała suma z transmutacji na tyle dobrze, że teraz mogła kontynuować wszystkie wybrane przez siebie przedmioty, próbowała zacząć wczuwać się w rolę Poważnej Uzdrowicielki. A że twarz miała niespecjalnie skazana współczuciem, wychodziło jej to nad wyraz dobrze.
Gdyby jeszcze tylko poinformowanie o tym jej ojca wyszło jej równie dobrze, wtedy… Ale przecież postanowiła, że zmierzy się z tym w święta. Przerwy świąteczne wydawały się lepszym momentem na załatwianie takich spraw. Każdy moment, który nie był teraz, był odpowiedni.
– Mugoloznastwo to była taka straszna strata czasu – Glenda zamruczała tym swoim niskim głosem prawdziwej femme fatale i przewróciła oczami. – Cieszę się, że nie będziesz mnie już tam ciągać.
– Nie pojawiłaś się tam ani razu – zauważyła Florence.
– Widzisz? Tyle marudzenia na nic.
Florence pokręciła głową, zrezygnowana. Nie było siły we wszechświecie, która mogłaby zmusić Glendę do zrobienia czegoś, czego ona nie chciała – bo niby dlaczego miałaby zgadzać się na jakiekolwiek życiowe kompromisy? Była śliczna jak obrazek, śmigała na miotle jak marzenie i w gwiazdach zapisane było, że któregoś dnia wyjdzie za bardzo bogatego człowieka. Tak przynajmniej powiedziała jej matce wróżbitka, u której była tuż przed jej narodzinami; a że Kendrickowie nigdy nie skąpili złota na to, co najważniejsze, była to wróżbitka naprawdę dobrej jakości.
– Wcale nie…
– To co, Dawn, zgaduje, ze twoje wakacje tez były udane? – przerwała jej Glenda.
Dawn. Oczywiście. Florence nie mogła uwierzyć w to, że zapomniała o niej dwa razy w przeciągu paru minut. Z każdym rokiem miała z tym coraz większy problem. Jakby Dawn kurczyła się w praniu coraz bardziej i bardziej, i któregoś dnia miała już tylko pozostać pyłkiem na czyimś kołnierzyku.
Spojrzała w jej kierunku. Faktycznie, wciąż tam stała. Nie była pewna, czy jak odwróci głowę, będzie pamiętała, jak Dawn wygląda, ale teraz niewątpliwie była małą, rudą dziewczyną z bardzo piegowatym nosem, lekką nadwagą i parą przekrzywionych okularów. Jak stereotypowo. Może zbyt stereotypowo? Mimowolnie Florence zaczęła zastanawiać się, czy gdyby Dawn była metamorfomagiem, w ogóle by to zauważyła. Chyba nie.
– Bardzo – To była cala odpowiedz Dawn, z cichym B i odrobinę głośniejsza reszta.
Dlaczego w ogóle się z nią przyjaźniły? Zapomniały powiedzieć jej, że nie są zainteresowane?
– Brzmi, jakbyś miała nam strasznie dużo do powiedzenia. – Florence wymusiła na sobie przyjacielski uśmiech. Jeśli kobry bywają przyjacielskie, oczywiście.  – Ale będziemy musiały nadgonić już na uczcie. Obowiązki prefekta wzywają.
Schyliła się, by podnieść kufer i klatkę z bardzo niezadowoloną ze swojego stanu kotką; gdy się wyprostowała, przywitały ją równie niezadowolone oczy Glendy.
– No co?
– Znowu nie jedziesz z nami?
– Daj spokój, cały przedział i tak będzie wypchany. – Wzięła głęboki oddech. – Wy dwie, Phil, Elijah, a jak on to pewnie Octavian z Sinead… Siedzielibyśmy w ścisku.
– Nie widzę mojej przyjaciółki cały miesiąc…
– Który spędziłaś na Majorce.
Gdyby oczy Glendy mogły zabijać; ale na szczęście nie mogły i skończyło się tylko na krótkim, acz piorunującym spojrzeniu.
– Nie widzę cie cały miesiąc, a ty wolisz spędzać czas z tymi nudziarzami?
Florence, tym razem dziwnie świadoma obecności Dawn, próbowała zasygnalizować to najpierw niewerbalnie – drobnym mruganiem oczami i wywijaniem nimi na prawo i lewo w nadziei, że może jakimś cudem Glenda zrozumie, o co jej chodziło. Glenda nie zrozumiała. Jedyne, co jej pozostało to niemal niemo wyrzucić z siebie:
– Remus.
Na cale szczęście nie musiała się powtarzać; nie tylko dlatego, że obawiała się Dawn, o nie, czuła, że z Dawn wszystkie sekrety są bezpieczniejsze niż w Gringotcie. Po prostu wiedziała, że sam zainteresowany kręcił się już po peronie. Wcześniej w tłumie mignął jej jego profil – czy Remus nie miał po prostu idealnego nosa? Nie mogła tak ryzykować.
– Każdy facet na całym świecie byłby szczęśliwy mając takie cudo u siebie przy boku. – Florence bardzo w to wątpiła, ale postanowiła nie przerywać. – A ty musiałaś sobie wybrać takiego sztywniejszego od kija mojej miotły?
– Może trochę ciszej?
– Po prostu uważam, że marnujesz swój czas.
Przez chwilę nie odpowiedziała; nie przyjmowała do wiadomości, że mogłaby się mylić. Ostatnie kilka miesięcy zeszłego roku, w trakcie których Remusa widywała codziennie, bo przygotowywał ją do suma z transmutacji, były najlepszymi miesiącami jej życia. Tak świetnie się dogadywali! Przedmiot, który zawsze traktowała jak znienawidzoną wyższą konieczność nagle stal się tym, na który wręcz czekała – i kiedy sumy w końcu nadeszły i nie musiała się już nim zajmować, w zasadzie zaczęła za nim tęsknic. Te ostatnie dwa miesiące bez Remusa strasznie jej się dłużyły i już nie mogła się doczekać tego, jak znowu usiądzie kolo niego w klasie McGonagall.
Wiec nie, nie marnowała swojego czasu.
Z Glenda nie dało się jednak dyskutować; wyprostowała się wiec tylko i powiedziała:
– Zobaczymy się później.
Nie chciała odchodzić taka zdenerwowana, dlatego tez uśmiechnęła się jeszcze lekko do Dawn i dodała:
– Milej podroży.
Wiedziała, że jej podroż będzie po prostu idealna.
***
Spóźnili się. Jak zawsze. James mógłby spytać samego siebie, czy kiedykolwiek dotarli gdzieś razem na czas, ale byłoby to pytanie wyjątkowo retoryczne, a on przecież nawet sam do końca nie wiedział, czym pytanie retoryczne jest. Powinien spędzać więcej czasu z Lunatykiem. I by się czegoś nauczył, i może pojawiłby się gdzieś na czas.
Z Syriuszem było jak było.
W szczególności teraz, gdy całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Niby zarzekał się, że wszystko z nim w absolutnym porządku, że przecież właśnie tego chciał całe swoje życie, że to jego decyzja – ale utrata rodziny, jaka by ona nie była, odcisnęła na nim jakieś piętno. Całe lato spędzili w Dolinie Godryka, próbując zapomnieć o tym, że świat jako taki w ogóle istnieje, ale przecież wakacje musiały się kiedyś skończyć, nie? A zderzenia z rzeczywistością nie należą przecież do przyjemnych.
– Nie ociągaj się, Rogaty, bo nam odjedzie! – Na ten przykład, trzeba było od nowa przyzwyczaić się, że Syriusz marudzi jak stara baba. Czasami miał ochotę powiedzieć mu, że z tym grymasem na pysku zaczyna przypominać swoja matkę, ale to byłby cios poniżej pasa. – No rusz się!
Ruszali się w zasadzie oboje. Na złamanie karku biegli w stronę przejścia na Peron 9 i ¾, przepychając się przez tłum mugoli, którzy najwyraźniej ślepi byli na kufry i klatkę z sowa, jakie ze sobą targali. Szybciej już nie dało rady. Mogliby się teleportować, jasne, ale bez pozwolenia pod koniec dnia wylądowali by raczej w Ministerstwie niż w Hogwarcie.
– To nie ja uparłem się, żeby jechać tym cholernym motorem!
Syriusz przystanął tak gwałtownie, że przez pierwsze kilkadziesiąt sekund James nawet nie zauważył, że staruszki taranuje już tylko jeden zestaw kufrów. Z nieświadomości wyrwało go dopiero szorstkie:
– Nie nazywaj Amabel cholernym motorem!
James odwrócił się i nieomal potknął się o własne nogi; był skonfundowany. Nie za bardzo wiedział, czy ma być zły, płakać, śmiać się, rzucać w tego idiotę butami… Nigdy wcześniej nie uczestniczył w tak absurdalnej sytuacji. Naprawdę mieli spóźnić się na pociąg przez taka bzdurę?
– Dałeś temu złomowi imię? – wyrzucił tylko z siebie, na więcej nie było go stać.
– I jeszcze złom, co? Źle cie dzisiaj przewiozła? Dziewczyna lata jak marzenie, wiadomo, trochę jeszcze turkocze jej w silniku, ale jak na jej wiek to przecież…
Przerwało mu bicie zegara. Najpierw pierwsze, nieśmiałe, zalotne. Takie słodkie: spójrzcie, no co tu ja tutaj. Rozchodzące się po ciele przyjemnym dreszczem, powoli, byle nie za szybko, przecież jeszcze mamy czas, będzie następna okazja, czy musimy wszystko tak od razu psuć?
Potem drugie i trzecie, już śmielsze, już rozochocone powodzeniem poprzednim. Takie w sam raz na to, by zawtórował mu skrzek sroki, tyle że na dworcach kolejowych nie żyją żadne sroki, ledwo mieszczą się tu gołębie, tyle ich tu jest, gołąb na gołębiu. A gołębie nie skrzeczą, co najwyżej gruchotają i to nie w rytmie, a na widok kanapek, bajgli, pasztecików, nawet frytek, byle pełnoglutenowych i ukradzionych komuś prosto z papierka.
Czwarte bicie zegara zaświeciło w oczach Jamesa najniebezpieczniejszym z błysków – błyskiem paniki, szybko odbitym i w oczach Syriusza. Małe trybiki w ich główkach pracowały na pełnych obrotach w rytmie tego bicia, ale dopiero to piąte, pełne, grzmiące sztormem i burza, wyrwało ich z tego stanu osłupienia, tego stanu niewierzenia własnym oczom.
I zanim mogło rozbrzmieć cudowne szóste bicie zegara, chłopcy zerwali się do biegu, powrócili do tratowania staruszek, którym na nic torebki i parasole obronne, nawet nie przepraszając nikogo po drodze, bo każde przeprosiny to dodatkowa sekunda, a im sekundy skończyły się jakieś pól godziny temu. Koło zegara, pod którym się kłócili, została tylko jedna, porzucona gazeta, jeden Prorok Codzienny, takie maleństwo, a ilu mugoli wyśle na czyszczenie pamięci!
Ale czy nawet najpiękniejsze siedem bić zegara mogło ich jeszcze uratować?
***
Przez te dwa miesiące, kiedy się nie widzieli, kiedy nie wymienili ani jednego listu i ani jednego zdjęcia, Florence zapomniała już prawie, jakie wrażenie wywoływał na niej sam widok Remusa Lupina. Z pamięci całkowicie wyleciało jej i wzmocnione bicie serca, i ciepło rozlewające się po całym jej ciele, a nawet i ucisk w żołądku, którego nie mogły wyjaśnić jej żadne podręczniki magomedycyny. Nie musiał nawet patrzeć w jej kierunku ani uśmiechać się, nic z tych rzeczy; wystarczyło, że był, nawet nie na wyciągnięcie dłoni, i Flossie traciła jakąkolwiek kontrolę nad sobą.
Tak jest teraz, gdy zobaczyła go na końcu korytarza, wychodzącego z przedziału dla prefektów. Sam Remus nie miał szansy jej zauważyć, dzielił ich bowiem prawdziwy tłum jedno- i drugorocznych, ale przecież ona nie mogła go przegapić. Z wrażenia aż przystanęła; co w zasadzie nie było najmądrzejszym rozwiązaniem ­– jakiś mały człowieczek wpadł na nią z rozpędu i to z takim rozmachem, że klatka, w której trzymała swoją kotkę wypadła jej z ręki.
– Szlag­ – warknęła do siebie i już była gotowa odejmować punkty i straszyć szlabanami, gdyby nie to, że Luna, korzystając z tej wyśmienitej okazji, wybiegła z klatki, a dzieciak, który na nią wpadł, schował się w przedziale, gdy odwróciła się za swoim kotem.
Nic nie szło zgodnie z jej planem. Luna kocim zwyczajem rozmyła się w tłumie i ślad po niej zaginął; nie było sensu rzucać się w szaleńczy pościg, jeszcze nie teraz, trzeba było odczekać aż ułoży się gdzieś do snu, leniwa bestia, i dopiero wtedy uderzyć. Jedyne, co Florence pozostało to wziąć się w garść, poprawić przekrzywioną zderzeniem spódnicę i wrócić do patrzenia na Remusa.
Remusa, który znajdował się o wiele bliżej niej niż to zapamiętała.
– Cześć – wyrzuciła z siebie ze zbyt entuzjastycznym uśmiechem.
– Wyglądasz jakbyś potrzebowała pomocy – Wskazał głową na kufer, który wciąż trzymała w ręce. – Mogę?
Nie tracąc głupiego uśmiechu ze swojej twarzy, Florence podała mu kufer – zbyt późno uświadamiając sobie, że przecież był obłożony zaklęciem lekkości i ważył nie wiele więcej niż skrzydełko bahanki. Remus wyglądał na zaskoczonego; ale szybko zmył zdziwienie ze swojej twarzy i wrócił do swojego zwyczajnego, spokojnego stanu.
Flossie uwielbiała ten spokój. Jego przyjaciele – James, Syriusz, a może nawet i Peter – byli uosobieniem chaosu w najczystszej postaci. Remus nigdy nie tracił gruntu pod swoimi nogami. A do tego wyglądał idealnie, taki wysoki i szczupły, z brązowymi włosami lekko opadającymi na brązowe oczy… Florence umiała docenić dobrą koordynację kolorystyczną; w końcu sama była cała stworzona z jasnoszarego puchu i nawet jej niebieskie oczy czasem bladły, by stopić się z całą resztą.
I tylko blizna Remusa na prawym policzku mówiła, że poza tym ideałem opanowania było w nim coś więcej – coś czekającego na to, by to odkryła, by położyła na tym swoje niecierpliwe rączki i dotarła do samego sedna… problemu.
– Gdzie Luna? – nawet nie zająknął się na temat lekkiego kufra.
Florence schyliła się, by podnieść z ziemi klatkę, ale Remus ją ubiegł; i chociaż ku jej rozczarowaniu ich dłonie nie zetknęły się przy tym w sposób wyjątkowo romantyczny albo jakikolwiek inny, udało jej się wymienić z nim niezręczny uśmiech, gdy zderzyli się głowami, i to musiało jej na ten czas wystarczyć.
– Zwinęła się, jak zawsze – odpowiedziała, niezbyt pośpiesznie wyprostowując się. Gdyby to od niej zależało, zostałaby na podłodze pociągu, chociaż zwykle takie miejsca były zbyt niehigieniczne dla jej stylu życia. – Kiedyś wróci.
– Powinnaś była kupić sobie psa, są o wiele lojalniejsze.
Z jakiegoś powodu bardzo go to bawiło; Florence nie rozumiała i nie miała tego nigdy zrozumieć, ale posłusznie uśmiechała się w odpowiedzi, bo i tak nie mogła się tego uśmiechu pozbyć.
– Psy nie znajdują się na liście zwierząt dozwolonych.
– Straszna strata, nie sądzisz?
Nie sądziła; łamanie regulaminu to nie było coś, czym interesowałaby się Florence, w szczególności zaś w imię kępy nikomu do niczego niepotrzebnego futra. Już otworzyła usta, by go o tym poinformować, ale powstrzymała się w ostatniej chwili; Remus nie musiał wiedzieć o tym, że nie lubiła psów, skoro tak bardzo był do nich przywiązany. Takie drobne różnice w dobrym związku zawsze da się jakoś zbalansować.
Ruszyła za nim w stronę przedziału prefektów.
– Jest wiele szkolnych regulacji, nad których zmianą popracowałabym, zanim przyszłoby mi do głowy mieszanie przy liście zwierząt dozwolonych – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu. – Jak choćby nierozsądne pomysły na szlabany, jakie wpadają do głowy niektórym profesorom. Nikt nie sprawuje nad tym żadnej kontroli. Ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej. Czy to nie James z Syriuszem musieli w zeszłym roku pracować z centaurami w Zakazanym Lesie? W Zakazanym Lesie! Za-ka-za-nym. Gdyby ktoś się o tym dowiedział, i oczywiście miał w sobie tyle odwagi, by przeciwstawić się starczym fanaberiom Dumbledore’a, Hogwart dawno by już zamknięto.
Nie planowała wygłaszać żadnych przemów; czasami wychodziły z niej samoistnie, bez jakiegokolwiek pytania o pozwolenie. Dla człowieka, który lubił mieć wszystko pod ścisłą kontrolą, było to dość stresującym przeżyciem. Ale że większość tych słowotoków nachodziła ją w towarzystwie Remusa, jakoś sobie je wybaczała, tłumacząc, że to jego obecność aż tak ją inspiruje.
Remus pokręcił tylko głową i przytrzymał drzwi od przedziału tak, by mogła przez nie przejść pierwsza. W środku, jak zawsze, było pusto. Większość prefektów wolała spędzać podróż do Hogwartu w gronie przyjaciół i tylko nieliczni decydowali się na inne towarzystwo – a to i tak zwykle dopiero po pierwszych parędziesięciu minutach jazdy, gdy nadgonili już wszystkie wakacyjne ploteczki i wyprzytulali się z kim chcieli.
– Może masz rację – odpowiedział jej bez przekonania, wrzucając jej kufer na półkę z bagażem. Florence nie bez przebłysku samozadowolenia zauważyła, że jego znajduje się tylko kilka cali dalej. – Ale jesteś odrobinę zbyt surowa. Chłopakom nic się nie stało, ba, Syriusz wciąż utrzymuje, że była to przygoda jego życia.
– Syriusz nie ma zielonego pojęcia, co jest bezpieczne, a co nie.
– Też się tego czasami obawiam.
Spojrzał na nią znowu i przez moment w jego oczach zobaczyła smutek, którego zupełnie się nie spodziewała. Czy powiedziała coś złego? Przecież Syriuszowi nic nie było, tak? Znała tego bufona od dziecka, jeszcze z czasów, gdy jej ojciec utrzymywał kontakt z tą częścią magicznego świata, a sam Syriusz nie zdecydował, że nienawidzi swojej rodziny. Chłopak był nieśmiertelny. Tylko prawdziwa ignorancja i nieświadomość tego, że jest się wrażliwym na ból, chroniła człowieka w takim stopniu. A on opanował i jedno, i drugie.
– Dasz sobie tutaj radę sama? – Remus wyrwał ją z tych rozważań w samą porę; gotowa była już wygłaszać kolejną przemowę, tym razem może mniej przyjemną, na temat tego, jakim beznadziejnym człowiekiem był Syriusz Black. – Nie chcę cię tutaj tak bez nikogo zostawiać, ale muszę sprawdzić, czy Peter znalazł już Jamesa i całą resztę. Sama wiesz, ma tendencję do gubienia się.
Przez chwilę myślała, że się przesłyszała. Czy to oznaczało, że nie będą spędzać razem podróży do Hogwartu? Ale jak to? Czy nie była wystarczająco dobrym towarzystwem? Myślała, że… Szybko jednak uświadomiła sobie, że to przecież tymczasowe; Remus martwił się o swojego przyjaciela i musiał upewnić się, że wszystko było w absolutnym porządku. Prawda? Na pewno chodziło mu tylko o to.
– Jasne. Mam trochę lektur do nadrobienia.
– Znalazłaś Tajemne i Tajemnicze Tajniki Transmutacji III, tak, jak ci polecałem? – spytał, a gdy kiwnęła głową, dodał: – Świetnie. Zacznij od czwartego rozdziału, wiem, że to niekonwencjonalne, ale sama szybko zrozumiesz, dlaczego.
Uśmiech w końcu zszedł z jej twarzy.
– Dzięki, Remus.
– Zawsze do usług.
***
Patrzył, jak pociąg powoli zaczyna toczyć się w stronę dalekiej Szkocji, zdecydowanie bez niego na pokładzie i nagle cale jego życie stanęło mu przed oczami, jak w jakiejś tandetnej, mugolskiej noweli o umieraniu. Bo czy bez Hogwartu w ogóle miał jakieś życie? Rodzinę, której nigdy nie chciał? Przyjaciół, którzy zajęci będą zdobywaniem tytułów naukowych i całego świata?
Cóż, przynajmniej zostanie mu Rogaty. Z Rogatym zawsze było lepiej niż bez Rogatego; chociaż będzie musiał pamiętać, by stłuc mu mordę za Anabel. I za to, że się spóźnili, a teraz do końca życia będą już sprzedawać gazety, bo nie był za bardzo pewny, co innego mogą robić ludzie, którzy nie skończyli żadnej szkoły.
Może czas będzie złamać różdżkę i zostać mechanikiem? Z jego motorem szło mu nieźle i bez magii, a matkę mogło to w sumie zabić, więc…
– Bardsley do nas macha!
Faktycznie, Bardsley machał, i to dość energicznie. Wystarczyło się trochę skupić na tu i teraz, i trudno go było nie zauważyć. Taki kawal chłopa przecież z niego był, w sam raz na pałkarza, a i z talentem do uderzania tłuczkiem, naprawdę marnował się w tym Hufflepuffie. James kiedyś cos tam wspominał, że chętnie by im go podkupił, ale nawet Remus nie mógł znaleźć w regulaminie Hogwartu kruczka, który by to umożliwiał. A przydałby im się, oczywiście, każdy talent się przydaje, nie?
Na tylnim… balkonie, czy co to tam było, Syriusz nie był do końca pewny, ba, pewny był, że nigdy wcześniej tego nie widział, za Philem Bardsley stal tez Elijah Prewett. Ten nie machał, w końcu Prewettom nie wypada; bo chociaż może i był o wiele bardziej zrelaksowany od swojego brata bliźniaka, to mimo wszystko był szują niegodną niczyjego zaufania. A już na pewno nie zaufania Jamesa, który z uśmiechem na ustach biegł właśnie w jego stronę.
– Puśćcie bagaże, Elijah je wam przelewituje! – Phil krzyczał trochę za głośno jak na to, że i Syriusz, i James dobiegali już do pociągu.
Gdyby byli tu z Remusem, ten przejąłby się stanem swoich idealnie wyprasowanych i złożonych w kostkę koszul; na szczęście żaden z nich nie miał takich problemów i tylko sowa Jamesa wyraziła swoje oburzenie głośnym skrzekiem, gdy jej klatka z hukiem runęła o peron. Chwile później nie było jej jednak o wiele lepiej – chociaż tym razem zderzyła się z odrobinę przyjaźniejsza podłogą pociągu.
James, z pomocą Phila, wskoczył za nią pierwszy; Syriusz ociągał się trochę i o mało co, a pociąg przyśpieszyłby na tyle, że już by go nie dogonił. Ale ostatecznie złapał Phila za rękę i pozwolił się wciągnąć na pokład.
– Na ostatnia chwile dzisiaj, co? – Phil szczerzył do nich zęby. – Kiedyś wpakujecie się w coś, z czego nie da się już wyplątać.
– Nie istnieją rzeczy, z których nie da się wyplątać – James odpowiedział z pewnością, której nigdy nie brakuje młodym, odważnym i głupim. – Co wy tu w ogóle robicie? Elijah chciał jeszcze pomachać do mamusi?
Prewett, który w ogóle nie wyglądał tak, jakby potrzebował jeszcze mamusi, może raczej okładki jakiegoś magazynu, na której niewątpliwie kiedyś się znajdzie, parsknął śmiechem, ale Syriusz nie mógł się pozbyć wrażenia, że James nie rzucałby takimi żarcikami, gdyby wiedział, że właśnie zacienia więzy z człowiekiem, na punkcie którego z miłości szaleje Lily Evans.
***
Minęło pół godziny, a potem godzina, a potem półtorej – i nikt się nie pojawił. Po Remusie nie było ani śladu; tak jak po Lunie, ale jeśli chodziło o jej podróżne nawyki, w tym nie było akurat niczego dziwnego. Inni prefekci też jakoś nie kwapili się, by spędzać czas w swoim przedziale. I tak właśnie, mimo swoich skomplikowanych planów i postanowień, Florence została całkowicie sama.
Siedziała przy oknie z Tajemnymi i Tajemniczymi Tajnikami Transmutacji III na kolanach i próbowała się skupić na rozdziale czwartym, ale jedyne, do czego była zdolna, to czytanie jednej i tej samej linijki tekstu po stokrotność. Nie wiedziała, czy to wina jej niechęci do transmutacji, nastroju, czy może tego, że do końca życia każda zamiana książki w pytona będzie jej się kojarzyć z Remusem. Czuła, że było to jakieś skomplikowane połączenie wszystkich trzech czynników, z niezdrowo wysoką zawartością tego ostatniego.
Świat za szybą nie wyglądał zbyt obiecująco; im dalej na północ tym bardziej padało. Florence zawsze uważała, że Hogwart powinien znajdować się gdzieś w środkowej Anglii, tam, gdzie jest daleko od morza i pada najmniej. Ale nie. Ktoś postawił na Szkocję. To pewnie Salazar Slytherin liczył na to, że część niegodnych studentów poślizgnie się na śniegu i wpadnie do jeziora. Śnieg. Czemu musieli się uczyć gdzieś, gdzie czasem padał śnieg?
Z niepotrzebnym hukiem zatrzasnęła książkę. Dość tego użalania się za sobą; jeszcze chwila i będzie gotowa napisać wniosek o przeniesienie do brazylijskiej szkoły magii i przy odrobinie pecha będzie pierwszym uczniem, któremu taki wniosek zaakceptują.
Musiała coś ze sobą zrobić. Ale co? Powrót do Puchonów wiązał się z nieuniknionym tygodniem marudzenia Glendy i jej a nie mówiłam. Nie była pewna, czy to w ogóle jakaś alternatywa. Remusa… Remusa nie mogła tak po prostu poszukać, bo wyszłaby na desperatkę.
Może czas było znaleźć Lunę?
To w zasadzie nie był taki zły pomysł; a przynajmniej na tyle motywujący, że ani się obejrzała, a już szła korytarzem, zaglądając jeden po drugim przez szyby innych przedziałów, w nadziei, że los się do niej uśmiechnie i nie będzie musiała szukać jej tam, gdzie Luna zwykle bywała w takich sytuacjach. Naprawdę nie miała na to ochoty. Wolałaby już wrócić do transmutacji i samoudręczenia.
W połowie pociągu gotowa była już się poddać i wrócić do przedziału prefektów przegraną, już odwracała się na pięcie w niezgrabnym pół-piruecie, gdy los w swojej łaskawości jednak zesłał jej zbawienie.
James Potter wyszczerzył się na jej widok i pewnie przeczesałby swoim zwyczajem zbyt długą, czarną grzywkę, która opadała mu na oczy, gdyby nie to, że w rękach trzymał birmańską kotkę, dziwnie spokojną i zadowoloną z tego faktu, trochę wylewającą się poza jego ramiona z nadmiaru karmy wsypywanej codziennie do jej miseczki. Florence mimowolnie odwzajemniła ten uśmiech; bo chociaż zwykle James Potter nie był jej ulubionym towarzystwem, w obecnej sytuacji nie mogła za bardzo wybrzydzać.
I tylko jej serce zakłuło ją króciutko; świadomość, że jeśli jej kotka znalazła Jamesa to znalazła i Remusa, i że to on powinien ją przecież odnosić.
– Znalazłeś Lunę! – Nie mogła powstrzymać okrzyku radości.
James zbliżył się do niej, nie wypuszczając z uścisku kota.
– Twoja? – zapytał. – Wpadłem na nią wychodząc z łazienki. Urocze kocisko. Bardzo podatne na drapanie za uchem.
Kłucie w sercu już nie powróciło. Remus nie wiedział o Lunie. Oczywiście, że nie. Przyniósłby ją sam, gdyby James się z nim skonsultował. Jak mogła pomyśleć inaczej?
– Jest bardzo… nieposłuszna – odpowiedziała mu lekko przepraszającym tonem. Nieposłuszna nawet w połowie nie obejmowało tego, jaka była Luna. Ona żyła po to, by przeciwstawiać się Florence i wszystkiemu, w co wierzyła. – Przepraszam, że sprawiła ci kłopot.
– Kłopot? Co ty. Ty uważaj, żeby ci do mnie nie uciekła, myślę, że połączyła nas miłość aż po grób.
Florence pochyliła się, żeby pogłaskać Lunę po głowie. Ta, niezadowolona, próbowała uderzyć ją łapą – taka z niej była księżniczka.
– Myślę, że ta pozycja jest już zajęta.
– Przez kogo? – James udawał oburzonego. – Jestem gotowy wyzwać go na pojedynek na śmierć i życie. Łotr nie ma ze mną najmniejszych szans.
Przyłożyła dłoń do ust i wyszeptała szeptem wyjątkowo scenicznym:
– Mała ma drobną obsesję na punkcie Evana Rosiera.
Taka była niestety prawda – ilekroć Luna znikała jej z oczu, prędzej czy później Florence znajdowała ją w lochach Slytherinu, podążającą tylko i wyłącznie za Evanem Rosierem. Było coś niepokojąco prześladowczego w tej obsesji, która doprowadzała do śmiechu Rosiera, a samą Flossie do absolutnego szału. Czego by nie dała, by jej kot przyzwyczaił się do człowieka, który nie był socjopatą i koszmarem jej wczesnego dzieciństwa. Czy nie mogła upatrzyć sobie jakiegoś Krukona? Krukoni byli mili. W porównaniu z Evanem Rosierem wszyscy byli mili.
– Żartujesz?
Pokręciła głową; naprawdę chciałaby żartować, ale nic z tego. Jej przeznaczeniem było do końca życia ściągać Lunę z kolan Rosiera – bo Florence, przy swoim wrodzonym talencie do rozdmuchiwania spraw błahych czuła, że nawet po tym, jak obydwoje ukończą naukę w Hogwarcie, Luna jakoś znajdzie swoją drogę prosto w jego ramiona, choćby miała przejść całą Anglię, a nawet całą kulę ziemską.
James złapał kotkę za kark i podniósł ją na wysokość swoich oczu; z perspektywy Florence wyglądało to tak komicznie, zdziwiony kot i James marszczący brwi w fałszywym oburzeniu, że aż mimowolnie zachichotała, chociaż chichot, trzeba to podkreślić, nie leżał w jej naturze.
– Ty obrazo na kocim narodzie, ty zdrajczyni kociego rodzaju! Jak mogłem w ogóle spojrzeć w twoją stronę? Złamałaś mi serce, przebiegła myszojadko!
– Wiesz, James – próbowała brzmieć surowo. – To wciąż jest mój kot.
– Nie boisz się z nią spać w jednym pokoju?
– Nawet w jednym łóżku.
Podał jej kota, rozdziawiając przy tym usta w wyrazie udawanego zdziwienia. Zachichotała ponownie, nie za bardzo zdając sobie z tego sprawę, a on roześmiał się tym razem z nią, i tak stali, idioci, śmiejący się do kota na pustym korytarzu, kota, któremu nie podobały się nowe ręce i który robił wszystko, by się im wyrwać.
– Dzięki – powiedziała w końcu, ściskając przy tym Lunę odrobinę za mocno; ta w samoobronie dziabnęła ją w ramię, co z kolei spowodowało ciche syknięcie Florence, która w odwecie ścisnęła ją jeszcze mocniej. – Naprawdę nie chciałam zaczynać roku od Rosiera.
– To bardziej niż zrozumiałe.
James w końcu przeczesał grzywkę palcami; ten jego nawyk mógł niektórym wydawać się irytujący, ale dla Florence, z jej obsesją klasyfikowania wszystkich i wszystkiego, Jamesa Pottera bez niego po prostu nie było – stanowił o istocie jego istnienia równie mocno, co wiecznie po-tłuczkowe siniaki na jego ramionach czy ten szelmowski błysk w oku, gdy planował coś bardzo bardzo głupiego.
– Może… może jednak ci z nią pomóc? – spytał, patrząc na szarpaninę, która odgrywała się na jego oczach. – Mógłbym ci ją odnieść do przedziału, albo, no nie wiem, nie chciałabyś jechać z nami? Mamy puste miejsce, a Syriuszowi brakuje ochotników do Eksplodującego Durnia.
Wziął ją z zaskoczenia; czy naprawdę miałaby spędzić z nimi podróż do Hogwartu? Dałoby jej to okazję do spędzenia czasu z Remusem, ale czy na pewno była na to gotowa?
– Nie wiem… Nie wiem, czy to dobry pomysł – odpowiedziała po zdecydowanie zbyt długiej pauzie. – Ja i Syriusz tyle godzin razem w jednym miejscu.
Wzruszyła lekko ramionami; rozłożyłaby też ręce, gdyby właśnie nie odgryzała jej ich Luna. James wyglądał na zakłopotanego.
– Racja, zapomniałem. Przepraszam.
– Nie przepraszaj, nie ma za co.
– No ale… – Wziął głęboki oddech. – Przepraszam i tak.
Wbił wzrok w buty. Florence też odwróciła głowę; po raz pierwszy od dawna nie wiedziała ani co ze sobą zrobić, ani co powiedzieć. Czuć się niezręcznie to jedno, ale czuć się niezręcznie i być Jamesem Potterem? Czy on przypadkiem nie był personifikacją wszystkich rodzajów pewności siebie?
– Poradzę sobie – wyrzuciła z siebie w końcu.
– Jesteś pewna? Mógłbym…
– Jestem.
Spojrzeli na siebie równocześnie; i obojgu z nich zrobiło się lżej na sercu, że to drugie też mimowolnie się rumieni, i aż się z tej lekkości do siebie uśmiechnęli. Nawet Luna przestała na chwilę się szarpać, pogodzona z faktem, że czy tego chce, czy nie, będzie musiała wrócić do swojej klatki i spędzić tam co najmniej kilka najbliższych godzin.
– Dzięki, Potter.
– Nie ma za co.

Advertisements
Pod znakiem borsuka: Trudne początków początki

13 thoughts on “Pod znakiem borsuka: Trudne początków początki

  1. ett says:

    LOL. Co w tym niby dziwnego, że kot ciągnie do socjopaty? Koty są przecież socjopatami. Ubawiłam się strasznie przy tym nawiązaniu, genialne!
    Ale też podle oszukiwałaś w tym rozdziale ze zmianami perspektywy, nic dziwnego, że tyle słów nabiłaś!

    Like

    1. Lysia says:

      Ja wiem, ty wiesz, i wszyscy wiedza, ze koty kochaja socjopatow, ale Flossie nie wytlumaczysz nic, jak sobie cos wbije do glowy!
      I wcale nie oszukiwalam, uzywalam przywilejow braku pierwszej osoby!!!

      Like

  2. sylv says:

    Florence jest całkiem czarująca i naprawdę współczuję jej konieczności życia z tak opętaną rosierem luną. Glenda – moze przez imię, moze przez sposób bycia, a może z powodu świadomych podobieńst – kojarzy mi się z Glindą z ‘czarnoksiężnika z krainy oz’. Dawn kocham, bo mnie do tego zmusiłaś.
    Kocham też Syriusza i Jamesa, o dziwo niemal po równo, bo choć Syriusz jest Syriuszem, to facetowi, który z takim wdziękiem oddaje złapane koty tez się ciepłe słowo należy.

    Like

  3. kić says:

    dorosły wiek lat piętnastu, to dopiero coś! ah kiedy to bylo, że się próbowało świat przekonać, że jest się dorosłym!
    kocham Twojego remusa. znaczy, kocham każdego remusa, bo jakże by inaczej i doskonale rozumiem obsesję flossie. jak można nie kochać remusa! ❤

    Like

  4. Alex says:

    Och, Luna, czy kiedykolwiek fascynacja Rosierem jej przejdzie? Zasmialam sie przy tym tak, ze ludzie w pociagu zaczeli patrzec na mnie jak na niespelna rozumu.
    Flossie jest rzeczywiscie urocza, a Twoj James bardzo pokrywa sie z moja wizja Jamesa, chyba faktycznie Florence i moja Lily poszlyby na noze.
    I tak, mnie tez Glenda skojarzyla sie z Glinda!

    Like

  5. lemot says:

    flossie powinna wynająć sobie jakiegoś nowego coacha, bo na razie nie wygląda na to, żeby to miał być jej rok! czekam, aż odzyska nieco rozumu i zajmie się jamesem – sorry, nigdy nie byłam team remus xd

    Like

  6. Kaj says:

    Luna! Aż się zaśmiałam na głos, biedna, jest naprawdę skazana na Rosiera, a z drugiej strony realizuje nasze marzenie życia czyli jest kotem. I podobała mi się gra słów z krabem, hihi.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s