Rozdział trzynasty.

            Torvald Burke od rana był radośniejszy, niż wypadało człowiekowi jego pokroju. Zgodnie z obiegową opinią – powinien siedzieć w kącie i knuć. Nic z tego, Torvald właśnie doprowadził swój eksperyment do końca i nie czuł najmniejszej nawet potrzeby czegokolwiek knuć. Czuł natomiast nieprzepartą chęć uśmiechnięcia się do kogoś. Trochę go to zdziwiło – oczywiście to, co się stało poprzedniej nocy, odpowiadało za jego dobry humor, ale nie spodziewał się, że jego własna reakcja na całe to zajście – nie, nie zajście, w żadnym wypadku zajście! tak niefortunny dobór słownictwa nieco ostudził jego radość – na cały ten incydent będzie tak widoczna. Ostatecznie – jak często chodził po pokoju wspólnym i starał się nie uśmiechać? Sama myśl o tym, jak obrzydliwie radośnie musiał wyglądać, wprawiała go w osłupienie.
Z doświadczenia wiedział, że sam fizyczny aspekt całego wydarzenia nie wywołałby w nim aż takiej reakcji. Wszystko wskazywało na to – i przyznawał to z pewną niechęcią – że w jego eksperyment jednak zamieszane były jakieś emocje, i to nie tylko ze strony Sigrid. Gdyby się do niej nie przywiązał, gdyby nic do niej nie czuł, nie chciałby się teraz uśmiechać jak ktoś, kto właśnie zdał owutemy. Nie miał pojęcia, kiedy nastąpiła ta zmiana – jeszcze niedawno myślał o pannie Gamp tylko jako o kimś, kto ma na tyle dobre serce, żeby mu pomagać, i jest na tyle naiwny, żeby wierzyć w jego szlachetne intencje. To się nie zmieniło – w jego umyśle Sigrid nadal była tą mądrą, uczynną, dobrą i nieco naiwną dziewczyną. Z tą różnicą, że teraz była jego mądrą, uczynną, dobrą i nieco naiwną dziewczyną. Nie, nie dziewczyną. Jego Sigrid.
Nie miał wątpliwości, że najdalej za kilka tygodni jego oszustwo wyjdzie na jaw, panna Gamp pozna swojego narzeczonego i najpewniej do końca życia będzie pamiętać, jak okropnie zranił ją niejaki Burke. Trudno. Nie miał zamiaru przepraszać za coś, co sprawiło, że czuł się tak dobrze. Właściwie nie miał zamiaru za nic przepraszać – przynajmniej póki co. Planował natomiast trzymać rękę na pulsie i dowiedzieć się jak najwięcej na temat przyszłego męża jego Sigrid. Wiedział, że nie powinien się do tego mieszać; ba, powinien się wycofać już dawno, zrezygnować z tego eksperymentu i trzymać się pierwotnego planu. Sigrid była jego przepustką do zdania owutemów, niczym więcej. Nie powinien był pozwolić jej stać się czymś więcej.
Teraz jednak było już za późno, żadne z nich nie mogło się cofnąć do tego, co było wcześniej. Sytuacja się zmieniła i musiał jak najszybciej nad nią zapanować. Wiedział, że gdyby oddał stery w ręce Sigrid, oboje wyszliby na tym tragicznie. W końcu nie miała pojęcia o tylu sprawach, że nie mogła realnie ocenić konsekwencji swoich czynów. Miała fałszywy obraz sytuacji – który zresztą on sam pomógł jej wyprodukować – i potrzebowała kogoś, kto ją przeprowadzi przez to wszystko. Dlatego właśnie on, Torvald, nie mógł zmienić się w uśmiechniętego idiotę tylko dlatego, że się z nią przespał. Mógł myśleć o niej, co chciał. Mógł w myślach jej się oświadczać albo przyznawać się do wszystkich kłamstw – choć nie zrobiłby ani jednego, ani drugiego. Nie mógł jednak wyłączyć myślenia. Zwłaszcza nie teraz, kiedy musiał mieć oko nie tylko na samą Sigrid i jej przyjaciela, Krukona, lecz także na tajemniczego narzeczonego.
Westchnął. No tak, i jeszcze Johan. Właściwie młody Gamp był całkiem użyteczny – bardziej, niż można się było spodziewać. Nie tylko pomógł Torvaldowi z Sigrid i umożliwił mu ograniczenie jej kontaktu z narzeczonym, lecz także pomagał mu w nielegalnym handlu magicznymi roślinami i innymi substancjami, które w Hogwarcie były całkiem łatwo dostępne, jeśli było się odpowiednio zdeterminowanym i wiedziało się, gdzie szukać. Torvald wiedział i przez jakiś czas był odpowiednio zdeterminowany. Teraz – miał pomocnika. Na ogół nie lubił powierzać ważnych zadań w cudze ręce, ale młody Gamp udowodnił, że jest sobie w stanie poradzić. Burke póki co nie miał powodu, żeby w to nie wierzyć.
Powód taki pojawił się jednak z samego rana i na dobre zmył z Torvaldowej twarzy resztki uśmiechu. Nie zdążył nawet pomyśleć o śniadaniu, kiedy dotarły do niego najświeższe wiadomości – Johan Gamp nie wrócił na noc, podobno był w skrzydle szpitalnym. Burke najchętniej zakląłby siarczyście, ale to oznaczałoby, że wiedział o całej sprawie coś więcej, a nie chciał, żeby cały pokój wspólny dowiedział się na ten temat za wiele. Nie miał pojęcia, co dokładnie się stało i czy nauczyciele już o wszystkim wiedzą. Był przekonany, że Gamp go nie wydał, ale zdawał sobie sprawę, że jeden nierozważny gest może zrobić to samo, co stwierdzenie „Tak, to Torvald Burke mnie tam wysłał, pani profesor”.
W końcu uznał jednak, że jako zatroskany starszy kolega ma prawo odwiedzić Johana. Miał tylko nadzieję, że uda mu się tam dotrzeć przed Sigrid – choć w innych okolicznościach jej widok być może by go ucieszył, to bardzo mu zależało, żeby nic nie wiedziała o umowie, jaką zawarł z jej bratem. Nie wiedział, jak zareagowałaby na te wieści, ale spodziewał się, że nie byłaby zadowolona. Zwłaszcza, gdyby Johan dodał coś o listach. Nie, zdecydowanie musiał iść tam jak najszybciej i sprawdzić, czy Gamp nie znajduje się pod wpływem jakichś eliksirów, które zmącą jego umysł.
Kiedy dotarł do skrzydła szpitalnego, odkrył, że stan Johana był lepszy, niż się spodziewał, i najpóźniej następnego dnia rano chłopak miał zostać wypuszczony. Młody Gamp był strasznie przejęty i ciągle powtarzał, że musi opowiedzieć Torvaldowi o czymś ważnym, ale dla Burke’a priorytetem były rośliny, które właśnie powinien wysyłać. Zanim jednak Johan cokolwiek powiedział, w skrzydle szpitalnym zjawił się przyjaciel Sigrid, ten MacIver. Torvald nie miał pojęcia, po co właściwie przyszedł, skoro nie zabrał ze sobą panny Gamp. Co oznaczało, że najprawdopodobniej nadal o niczym nie wiedziała. Torvaldowi bardzo to odpowiadało. Uznał, że jeśli będzie miał trochę szczęścia (a ostatnio mu ono dopisywało), zdąży zabrać rośliny ze szklarni i porozmawiać z Sigrid jeszcze przed jej pierwszymi zajęciami. W ten sposób przedstawi jej właściwą wersję zdarzeń i pokaże, jak mu zależ… Nie, po prostu przedstawi jej właściwą wersję zdarzeń.
MacIver szybko wyszedł, ale Torvald nie miał wątpliwości, że Krukon będzie chciał coś podsłuchać. Wyciszył drzwi, a potem dokładnie wypytał Johana o wszystko, co wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Dowiedział się nie tylko, gdzie Gamp ukrył rośliny (co go ucieszyło – młody Ślizgon nie tracił zimnej krwi), lecz także (co ucieszyło go jeszcze bardziej) usłyszał wszystkie soczyste szczegóły dotyczące rozmowy MacIvera z Lyndonem. Pochwalił Johana i przypomniał mu wersję zdarzeń, którą wcześniej opracowali. I wyszedł; zapowiadał się naprawdę pracowity poranek.
MacIvera nie było na korytarzu i Burke przez chwilę zastanawiał się, czy Krukon nie pobiegł opowiedzieć o wszystkim Sigrid. Szybko jednak uznał, że tego rodzaju zagranie nie miałoby większego sensu – Bernard lepiej by na tym wyszedł, gdyby udawał, że wcale go tu nie było. Torvald, gdyby był na jego miejscu, wyparłby się wszystkiego.
Było jeszcze zbyt wcześnie na spacery po błoniach, więc Torvald dotarł do szklarni niezauważony. Zastanawiał się, czy śniadanie się już zaczęło. Prawdopodobnie tak, w końcu w skrzydle szpitalnym spędził przynajmniej kwadrans, a jeśli dodać do tego czas spędzony na korytarzach… Miał jednak nadzieję, że uda mu się zdążyć porozmawiać z Sigrid. Chociaż pewnie już usłyszała o wypadku – być może przy stole, być może od MacIvera – i sama szła do skrzydła szpitalnego. Mógłby tam zajrzeć, jeśli nie znajdzie jej w Wielkiej Sali, ale nie chciał chodzić po całym zamku ze sporą ilością roślin, których nie powinien mieć przy sobie. Samo zaglądanie do Wielkiej Sali było pewnego rodzaju ryzykiem, którego nie powinien podejmować. Szybki kurs szklarnia – sowiarnia był tym, czego potrzebował, nie rozpraszające uwagę rozmowy z Sigrid. Nie powinien w ogóle o niej myśleć; najwyraźniej sprawiała, że tracił głowę. Burke nie był głupi, wiedział, że gdyby ktoś wykrył kradzieże w szklarniach, nie skończyłoby się na szlabanie czy utracie punktów – nie, jeśli wziąć pod uwagę, ile roślin zginęło. Nauczyciele na pewno mniej lub bardziej aktywnie szukali winowajcy, więc powinien ograniczyć do minimum czas spędzony z łupem w torbie. Nieważne, co Sigrid sobie pomyśli.
Rośliny leżały dokładnie tam, gdzie poprzedniej nocy zostawił je Johan. Owinięte w coś, co musiało być prześcieradłem, i wciśnięte za inne doniczki. Niemal niezauważalne, jeśli nie wiedziało się, czego szukać. Młody Gamp naprawdę dobrze się spisał. Brakowało raptem jednej rośliny, której zdobycie nie było dla Torvalda trudne. Już miał wychodzić, kiedy usłyszał szelest przy drzwiach. Przykucnął za jedną z dużych i nieszkodliwych roślin, starając się wsłuchać w kroki – miał nadzieję, że nikt nie wejdzie do środka. Może to tylko nauczyciel sprawdzał, czy wszystko w porządku. Może nie wejdzie do środka. Może przejdzie do szklarni obok.
Drzwi jednak otworzyły się szybko i ktoś wszedł do środka. Przez chwilę panowała grobowa cisza i Torvald był przekonany, że ktokolwiek znajdował się w środku, wypatrywał wśród liści i doniczek śladów czegoś lub kogoś, kogo nie powinno być w szklarni. Potem ten ktoś ruszył w kierunku tyłu szklarni. Poruszał się powoli, prawdopodobnie rozglądając się wokół. Być może szukał śladów po wypadku Johana albo tego, co Johan musiał w szklarni zostawić, kiedy biegł do skrzydła szpitalnego.
Burke do tej pory starał się oddychać jak najciszej i jak najpłycej, ale zdawał sobie sprawę, że niedługo to nie wystarczy – kroki skręcą w końcu w lewo i zobaczą dużą grupę donic, a za nimi Ślizgona, który w torbie miał ukrytą paczuszkę z zerwanymi w tej właśnie szklarni roślinami, niezbity dowód na pogwałcenie regulaminu szkoły. Czas na ukrywanie się mijał, zbliżał się czas działania.
Starając się nie poruszyć ani jednego liścia, wyciągnął różdżkę. Wiedział, że mimo jego starań – rośliny się poruszyły i kroki za chwilę przyspieszą, ruszą w jego kierunku i niechybnie go znajdą. Na jego korzyść działał tylko element zaskoczenia. Oczywiście, ktokolwiek chodził po szklarni (a Torvald był już pewien, że nie był to żaden nauczyciel) prawdopodobnie spodziewał się, że kogoś tu spotka. Nie spodziewał się tylko, że ten ktoś będzie do niego mierzył z różdżki.
Kroki w końcu zbliżyły się wystarczająco i Burke zobaczył czyjeś nogi i skraj szaty. Gdyby podniósł wzrok, mógłby zobaczyć i resztę, ale nie było mu to potrzebne.
Drętwota! – mruknął, mając nadzieję, że nie zostanie rozpoznany po głosie. Nie umiał rzucać zaklęć bezgłośnie.
Trafił, bo usłyszał charakterystyczny dźwięk ciała upadającego na ziemię. Wyszedł spomiędzy doniczek i przyjrzał się temu, kto zmusił go do użycia różdżki i sprawił, że znalazł się w tak niewygodnej sytuacji.
Bernard MacIver. Oczywiście. Musiał za dużo usłyszeć w skrzydle i postanowił sam dowiedzieć się, co jest grane. Torvald mógł być mu wdzięczny za to, że nie poszedł po żadnego nauczyciela – gdyby tak zrobił, Ślizgon by się nie wywinął. Krukon jednak wolał grać samotnego bohatera i nie prosić nikogo o pomoc.
Burke uśmiechnął się, ale nie był to ten sam łobuzerski uśmiech, który sprawiał, że serce Sigrid biło szybciej. Był to uśmiech zimny, wyrachowany – przypominał bardziej ostrzegawcze wyszczerzenie zębów niż okazanie radości. Wyglądało na to, że był to jego szczęśliwy dzień.
Solidnie kopnął oszołomionego Bernarda w brzuch, a potem przeciągnął go w miejsce, w którym rosły rośliny, które zaatakowały Johana. Przy odrobinie szczęścia minie trochę czasu, zanim Krukon się ocknie. Na odchodne kopnął go jeszcze raz, starając się powstrzymać złośliwy uśmiech.
Oczywiście całe zajście w szklarni oznaczało, że Torvald musiał zadbać o swoje alibi – wiedział, że teraz nie może opuścić śniadania, musi pojawić się tam chociaż na chwilę, żeby któryś z nauczycieli go widział. Kiedy jednak przyjrzał się swojemu ubraniu, zaklął. Błoto. Oczywiście, że błoto. Czego innego mógł się spodziewać. Spróbował wyczyścić je zaklęciem i częściowo nawet mu się to udało, ale mógł iść o zakład, że wprawne oko i tak zauważy. Będzie musiał zaryzykować. Na Merlina, chodził po zamku z torbą pełną podejrzanych roślin, czy naprawdę błoto na nogawkach miało tak wielkie znaczenie?
Szczęście jednak dopisało mu i tym razem. W drzwiach Wielkiej Sali wpadł na Sigrid. Niewiele myśląc, pociągnął ją za rękaw i zaprowadził w kierunku mniej uczęszczanego korytarza. Nie wiedział, po co to zrobił. Powinien był tam wejść, zjeść tosta i wmówić wszystkim, że był tam od samego rana. Zamiast tego stał tu z uosobieniem prawości, z panną Gamp, która – gdyby wiedziała o jego umowie z Johanem – być może wydałaby go szybciej, niż zdążyłby powiedzieć „To nie ja”.
– Co się stało? – zapytała Sigrid, patrząc na niego badawczo. Mógłby przysiąc, że próbuje odczytać jego myśli.
– Nic takiego, musiałem się przejść – zapewnił ją możliwie spokojnym głosem. Powinien być w Wielkiej Sali, gdzie wszyscy go zobaczą. Powinien ją zmusić, żeby usunęła błoto z nogawek jednym sprawnym zaklęciem. Powinien natychmiast iść do sowiarni.
Sigrid przyjrzała mu się uważnie, jakby nie do końca mu wierzyła. Torvald nie należał do ludzi, którzy tłumaczą się ze swoich czynów, więc milczał. W końcu panna Gamp westchnęła i wyczyściła zaklęciem jego nogawki. Poprawiła też krawat.
– W porządku, nie musisz mi mówić – westchnęła. – Po prostu to dziwne, że zrezygnowałeś ze śniadania, żeby przejść się po błoniach.
Wyczuł, że chciała dodać „beze mnie”, ale się powstrzymała. Całe szczęście. Nie był dobry w rozmowach takich jak ta, która mogłaby się wywiązać po jej uwadze.
– Dziękuję – powiedział. Był jej wdzięczny i za nogawki, i za to, że nie pytała, i zwłaszcza za to, że nie powiedziała tych dwóch słów, które mogłyby zepsuć ten do tej pory udany dzień. Poczuł też coś dziwnego. Poczuł, że jest jej coś winien. – Nie byłem w nastroju na śniadanie po wizycie u Johana.
Sigrid spojrzała na niego pytająco – najwyraźniej o niczym jeszcze nie wiedziała. Torvald nie pojmował, jak to się stało; czyżby Krukoni byli tak zajęci czytaniem książek, że nie wymieniali się najnowszymi informacjami? Czy Sigrid nie miała żadnych przyjaciół, którzy powiedzieliby jej o czymś tak ważnym? Prawie jej współczuł. Prawie.
– Wczoraj wieczorem Johan miał wypadek. Nie, nie, to nic poważnego – dodał, kiedy zobaczył, jak blednie. – Możemy go odwiedzić – zaoferował, od razu żałując swoich słów. Powinien być w drodze do sowiarni, musi pozbyć się tych roślin, zanim MacIver odzyska przytomność i powie komuś o tym, co się stało.
Panna Gamp spojrzała jednak na niego z wdzięcznością graniczącą niemal z uwielbieniem, przez co się zawahał. Może jednak mógł odprowadzić ją do skrzydła i dopiero pobiec do sowiarni. Miał przy sobie wszystko, czego potrzebował, więc tych kilka minut nie robiło mu różnicy.
Merlinie, co on, do cholery, wyprawiał. Powinien natychmiast wysłać tę sowę. Dlaczego zachowywał się tak irracjonalnie? Potrząsnął głową, jakby w nadziei, że jego myśli się wyklarują.
Zanim się jednak obejrzał, panna Gamp zaprowadziła go do skrzydła, gdzie uścisnęła brata, wypytała, jak się czuje, a potem poszła wypytać pielęgniarkę o szczegóły. Torvald postanowił wykorzystać tę okazję i zapytał Johana, czy ktoś kręcił się po skrzydle po tym, jak z niego wyszedł.
– Nie, żywej duszy – zapewnił Gamp. – Myślałem, że MacIver tu wróci, ale…
– Świetnie – przerwał mu Burke, zerkając w kierunku, z którego miała nadejść Sigrid. Nie chciał, żeby słyszała choćby słowo. – Byłem tu dłużej, MacIvera nie było wcale, jasne? Towar jest bezpieczny.
Johan pokiwał głową. Nie pytał. Domyślał się, że odpowiedzi – nawet, gdyby je uzyskał – nie spodobałyby mu się. Zapytał natomiast, co z listem, który powinien wysłać matce. Torvald miał mu pomóc w przygotowaniu odpowiedzi. Burke zapewnił, że pamięta o wszystkim i przed kolacją przyniesie mu pergamin z odpowiednim tekstem. Johanowi to wystarczyło, zresztą nie mogli kontynuować rozmowy, bo wróciła Sigrid. Raz jeszcze uścisnęła brata, po czym zapytała Torvalda, czy odprowadzi ją do sali zajęciowej. Obiecała, że od razu po zakończeniu tych zajęć wróci do Johana i posiedzi z nim do wieczora – uznała, że rodzina jest ważniejsza od powtarzania materiału, który i tak miała opanowany.
Burke przystał na jej prośbę – miał nadzieję, że potem uda mu się spokojnie odwiedzić sowiarnię, a następnie wrócić do skrzydła szpitalnego, żeby omówić z Johanem ostateczną wersję listu i ewentualnie poczekać, aż zostanie odnaleziony Bernard MacIver. Sigrid obiecała, że przyjdzie do skrzydła zaraz po zajęciach. I pocałowała go na odchodne. Sama z siebie. Torvald musiał uśmiechnąć się sam do siebie – kto by pomyślał, ile zmieni jeden wieczór.
Jakiś czas później, kiedy wszystko zostało już załatwione, wszystkie ślady nocnego przestępstwa usunięte, a Johan zapewnił, że ma dość towarzystwa i chce spać (Torvald wiedział, że młody Gamp miał zamiar napisać list, którego treść wcześniej dokładnie omówili), Sigrid prowadziła Burke’a do Wielkiej Sali. Upierała się, że skoro opuścił śniadanie, musi zjeść porządny obiad. W tym momencie najwyraźniej szczęście Torvalda miało się skończyć, bo z korytarza obok wyszedł jeden z nauczycieli, profesor Alderton.
– Nie byłeś na śniadaniu, Burke? – zapytał, rzucając mu uważne spojrzenie.
Torvald miał ochotę westchnąć albo rzucić Sigrid karcące spojrzenie. Gdyby milczała albo gdyby jej tu w ogóle nie było, nie musiałby się z niczego tłumaczyć. Wcześniej, kiedy nie spędzał z nią tyle czasu, wszystko było łatwiejsze.
– Nie, profesorze – odpowiedział sucho, czekając na kolejne pytanie. Domyślał się, że MacIver znalazł się już w skrzydle szpitalnym i całe grono pedagogiczne szukało winnego.
– A czemuż to? Apetyt nie dopisywał? – drążył Alderton. Nigdy nie lubił Ślizgonów, a zwłaszcza Ślizgonów, którzy nie szanowali jego przedmiotu.
– Niespecjalnie. Odwiedzałem Johana Gampa w skrzydle szpitalnym.
Burke cały czas patrzył na Aldertona, chociaż wiedział, że powinien przenieść spojrzenie na Sigrid, zorientować się, czy nie chodzi jej po głowie nic głupiego, czy wyraz jej twarzy w żaden sposób nie poddaje w wątpliwość jego historyjki.
– Tak długo, że aż zrezygnował pan ze śniadania?
Ślizon wiedział, że coś było nie tak. To trwało za długo. Nikt, nawet Alderton, nie próbowałby wyciągnąć z niego prawdy, gdyby chodziło o zwykłe oszołomienie kolegi w szklarni. Albo MacIverowi się coś stało, albo wiedział o kradzieżach. Tak czy inaczej, sytuacja nie była wesoła.
Wtedy właśnie Sigrid zrobiła coś, czego się nie spodziewał.
– Torvald był ze mną przez cały czas, profesorze. Bardzo przejęłam się wypadkiem Johana i bałam się, że mogę zemdleć. Torvald dotrzymywał mi towarzystwa – powiedziała.
Nie tylko nie zmniejszyła jego wiarygodności, ale zapewniła mu alibi. Nie miała pojęcia, co faktycznie robił w tym czasie, ale ufała mu na tyle, żeby poprzeć jego wersję zdarzeń. Alderton musiał zrezygnować. Posłał im tylko podejrzliwe spojrzenie i odszedł.
Sigrid spojrzała na Burke’a, jakby nie była pewna, czy dobrze postąpiła. Miał ochotę się uśmiechnąć albo ją pocałować. Nie była pewna! Też coś. Właśnie – przynajmniej na chwilę – uratowała go z rąk Aldertona. Skłamała, żeby wyciągnąć go z kłopotów. Ufała mu. Prawidłowo oceniła sytuację i rozładowała napięcie. Była po jego stronie.
Torvald cmoknął ją w czoło i uśmiechnął się szeroko. Miał ją po swojej stronie – jeszcze bardziej niż do tej pory. Gdyby tylko nie fakt, że ta sytuacja komplikowała niemal tyle samo spraw, ile mogła pomóc rozwiązać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s