Rozdział trzeci.

Johan Gamp rzadko rozmawiał z siostrą; ba, starał się tego unikać, jak tylko mógł. W końcu miał całe dwanaście lat, niby czego mógłby się od niej dowiedzieć? Posiadł już całą życiową wiedzę, jakiej potrzebował. A przynajmniej tak mu się wydawało, póki nie trafił na człowieka, z którym chciał się zaprzyjaźnić. Nie byłoby w tym nic szczególne dziwnego – w końcu Johan miał już paru kolegów – gdyby nie fakt, że jego przyszły najlepszy przyjaciel zupełnie nie zwracał na niego uwagi. Chyba że chciał, żeby Johan podał mu kafla, to co innego. Trudno to było nazwać wyrazem szczególnej sympatii, ale Johan wiedział, że zaprzyjaźnienie się z kimś z siódmego roku nie będzie należało do zadań prostych. Do tego fakt, że miał do czynienia z gwiazdą quidditcha, jeszcze bardziej wszystko komplikował. Jednak od momentu, w którym po raz pierwszy zobaczył Torvalda Burke’a na miotle, zrozumiał, że kiedyś chce grać tak samo dobrze jak on. I wierzył, że jeśli się zaprzyjaźnią, Burke zdradzi mu sekret swojej świetnej formy.
Tyle tylko, że Burke nie zamierzał Johanowi niczego zdradzać – głównie dlatego, że zwyczajnie go ignorował. Młody Gamp uznał, że ten stan rzeczy wymaga interwencji, a jedyną osobą, na której pomoc mógł liczyć, była Sigrid. Nie wierzył w jej zdolności nawiązywania kontaktów, w końcu sam najlepiej wiedział, jak niewielu miała znajomych, ale liczył na to, że będzie posiadała jakąś wiedzę na temat Torvalda, która ułatwi Johanowi wkupienie się w jego łaski.
Udało mu się znaleźć siostrę w Wielkiej Sali. Siedziała z dala od reszty Krukonów i czytała jakieś opasłe tomiszcze. Johan westchnął, dziękując Merlinowi, że większość uczniów już wyszła – nie chciał, żeby cały Hogwart przysłuchiwał się tej rozmowie, nawet jej fragmentowi. Zwłaszcza, że jego przyszły najlepszy przyjaciel znajdował się wśród obecnych na sali.
Podszedł do Sigrid i bez uprzedzenia zamknął jej książkę. Spojrzała na niego z wyrzutem, ale nic nie powiedziała, po prostu zaczęła szukać strony, na której skończyła lekturę. Johan ponownie zamknął jej księgę i – dla większej pewności – przytrzymał ją, póki Sigrid nie zapytała, o co mu chodzi. Nie była zadowolona, że jej przeszkadza, ale w końcu jego też nie cieszyła perspektywa rozmowy z siostrą. Kiedy jednak poinformował ją, że muszą o czymś porozmawiać, westchnęła i schowała tomiszcze do torby. Johan przez chwilę zastanawiał się, jak jej się ta sztuka udała, ale uznał, że woli nie wiedzieć – damskie torebki wydawały mu się niemal równie przerażające co perspektywa uczenia się historii magii do egzaminów końcowych.
Kiedy oboje wyszli już z Wielkiej Sali i Johan upewnił się, że nie są śledzeni (a w tym celu zaprowadził siostrę do innego skrzydła zamku i znalazł jakiś zapomniany przez ludzi i Merlina korytarz), spojrzał na Sigrid poważnie. Liczył, że to ona zacznie rozmowę, nawet gdyby miała mówić o pogodzie. Niestety, Sigrid milczała i tylko patrzyła na niego z nieopisanym wręcz smutkiem; wiedział, że ma to związek z jej zaręczynami, a także z informacjami, które sumiennie przekazywał matce, odkąd tylko pojawił się w Hogwarcie. Nie czuł się z tego powodu najlepiej, ale też i nie na tyle źle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Robił tylko to, czego od niego oczekiwano, więc jeśli ktokolwiek mógłby być uznany za winnego obecnego stanu psychicznego Sigrid, to tylko państwo Gamp.
Johan odchrząknął. Nadal nie był przekonany, czy proszenie Sigrid o pomoc było najlepszy pomysłem – choćby dlatego, że był Ślizgonem, a Ślizgoni, o ile mu wiadomo, nie proszą o pomoc. Przynajmniej póki absolutnie nie muszą tego robić, a on nie musiał. On chciał. Miał tylko nadzieję, że nie było to zbyt sprzeczne z ideałami starego Salazara.
Sigrid nie wyglądała na chętną do współpracy – cały czas milczała. Co gorsza, nie patrzyła na niego z niechęcią czy wyrzutem. Wiedziałby, jak sobie z tym poradzić. Nie, Sigrid patrzyła z całkowitą rezygnacją, jakby wiedziała, że niedługo jej życie się skończy, ale nie miała na to żadnego wpływu. Oczywiście Johan wtedy nie był w stanie odpowiednio zinterpretować jej spojrzenia – jeszcze nie wiedział, jak wygląda ktoś, kto już pożegnał się ze swoim życiem i komu przestało zależeć na przyszłości. Wtedy wiedział tylko, że oczy Sigrid straciły dawny blask i było w tym coś dziwnego, niemal przerażającego. Coś, co sprawiało, że w jakiś pokrętny sposób czuł się odpowiedzialny i miał ochotę zrobić coś, żeby jej pomóc. Nie miał jednak pojęcia, co by to mogło być, więc przeniósł wzrok na ścianę i skupił się na własnych problemach.
– Kojarzysz Torvalda Burke’a, prawda? – zapytał w końcu.
Twarz Sigrid przez chwilę pozostała tą samą maską bez wyrazu i Johan zaczął się zastanawiać, czy w ogóle usłyszała jego pytanie. Potem jednak lekko się skrzywiła i odpowiedziała, że tak, kojarzy go, ale tylko przelotnie, bo Krukoni nie mają wielu zajęć ze Ślizgonami. Jakby sam nie zauważył!
– Ale na pewno z nim kiedyś rozmawiałaś, w końcu znacie się siedem lat – ciągnął Johan, patrząc na nią wyczekująco. Nie miał co do tego pewności, w końcu jego siostra była jedną z najdziwniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznał. Może przez siedem lat ignorowała kogoś tak trudnego do zignorowania jak Torvald?
Sigrid zmarszczyła czoło. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiała z Burke’em, ale nie była pewna. Oczywiście widywała go w Wielkiej Sali czy na korytarzach, czasem nawet wymieniali skinienia głowy – w końcu oboje byli dobrze wychowanymi młodymi ludźmi, którzy albo byli związani z arystokracją, albo bardzo chcieli na takich wyglądać. Nie mieli jednak wielu wspólnych tematów, tak przynajmniej wnioskowała z faktu, że Ślizgon zdecydowanie częściej bywał na boisku quidditcha niż w bibliotece, a taka postawa nie wydawała się Sigrid czymś właściwym. Nie żeby w ogóle nie interesowała się quidditchem – znała zasady gry i chodziła na mecze, ale po prostu nie rozumiała, jak można przedkładać sport nad naukę. I, co najdziwniejsze, zupełnie nie rozumiała, jak Burke’owi udawało się zaliczać wszystkie egzaminy na dobre stopnie; niemal nie bywał w bibliotece, nie uczył się w Wielkiej Sali, a jednak…
– Tak, kiedyś na pewno – odpowiedziała wymijająco. Nie podobało jej się, że Johan wykazywał takie zainteresowanie Burke’em. Nie znała go dobrze, ale wiedziała jedno: jej brat powinien się trzymać od niego z daleka. – Ale słyszałam też coś o tym, że często włóczy się po Nokturnie, chyba nawet pracował w którymś z tamtejszych sklepów. Nie powinieneś spędzać z nim za dużo czasu.
Johan zrobił niezadowoloną minę. Wyglądało na to, że cała ta rozmowa nie miała najmniejszego sensu i najlepiej byłoby ją jak najszybciej zakończyć. I już, już miał to uczynić, kiedy przypomniało mu się o jeszcze jednym problemie – takim, z którym Sigrid na pewno mogła mu pomóc. Ani przez chwilę nie wątpił, że jego siostra należy do tych pilnych uczennic, które przechowują wszystkie stare wypracowania, i liczył, że będzie skora się z nim podzielić, zwłaszcza kiedy się dowie, że termin oddawania wspomnianych wypracowań upłynął tydzień temu. Zaczął przedstawiać swój problem, podkreślając, jak wiele trudu włożył w poszukiwanie materiałów i jak niezwykle żałował, kiedy jego pergamin – w wyniku jakiegoś nieszczęśliwego zbiegu okoliczności – wylądował w kominku. Wiedział, że Sigrid nie wierzy ani w jedno jego słowo, ale i tak da mu swoje stare wypracowanie; już nie raz tak było.
Sigrid tymczasem żałowała, że w ogóle zgodziła się z nim rozmawiać – nie mogła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek rozmowa z Johanem wyszła jej na dobre. Zwykle wszystkie zostawały spisane (podejrzewała, że wcześniej nieco przerobione) i wysłane do rodziców, co nie kończyło się najlepiej. Nawet gdyby rozmawiali o pogodzie, Johan znalazłby coś, o czym powinien poinformować rodziców. Nie chciała jednak odmawiać mu pomocy – sama nie była pewna czemu, w końcu w żaden sposób na nią nie zasłużył. Rozważała nawet, czy nie zacząć stawiać warunków, ale uznała, że rodzice nie byliby zadowoleni, gdyby o tym usłyszeli. A co do tego, że usłyszeliby, nie miała żadnych wątpliwości.
Johan, uśmiechając się szeroko, obiecał siostrze, że jej się odwdzięczy przy pierwszej nadarzającej się okazji i miał zamiar wrócić do Wielkiej Sali, żeby poczekać, aż wypracowanie zostanie mu przyniesione. Nie widział potrzeby przedłużać tej rozmowy – jeszcze ktoś by zauważył, że rozmawia z Sigrid. Wątpił, żeby jego ślizgońscy koledzy spojrzeli na to przychylnym okiem, w końcu – o czym był święcie przekonany – znał bezcenne sekrety drużyny quidditcha i rozmawianie z kimś z innego domu mogło doprowadzić do ich zdradzenia. Johan oczywiście nigdy by tego nie zrobił, w końcu przekreśliłoby to jego szanse na dostanie się do drużyny, ale pozostali Ślizgoni o tym nie wiedzieli.
– To za jakieś pół godziny? – upewnił się i, kiedy Sigrid skinęła głową, odwrócił się. Spodziewał się, że jego spojrzenie padnie na pusty korytarz, ale tak się nie stało.
Tuż przed nim stał jakiś wysoki osobnik w szacie z godłem Slytherinu. Johan od razu poczuł, że robi mu się gorąco – zaraz zostanie uznany za zdrajcę. Niepewnie spojrzał wyżej i aż zrobił krok w tył. Nie mógł wpaść na byle jakiego Ślizgona, o nie, musiał wpaść na Torvalda Burke’a, który teraz patrzył na niego z szyderczym uśmiechem.
– Gamp – rzucił na przywitanie, odgarniając z czoła jasne kosmyki. Johan był pewny, że był to gest niedowierzania, przypominający przecieranie oczu czy szczypanie się w dłoń. Po prostu Torvald był zbyt niesamowity, żeby przecierać oczy albo się szczypać.
Najwyraźniej jednak odgarnięcie włosów spowodowało jakąś zmianę w polu widzenia Torvalda, bo nagle jego szyderczy uśmiech zmienił się w bardziej szczery i, nie poświęcając Johanowi nawet jednego spojrzenia, podszedł do Sigrid.
– I jego czarująca siostra – dodał, jakby od początku planował z nią porozmawiać, a przywitanie się z jej bratem było po prostu drobną uprzejmością. – Miło cię widzieć, Sigrid.
Sigrid odpowiedziała na powitanie, wspomniała coś o pogodzie, a później o wypracowaniu dla Johana i o tym, jak bardzo się spieszy. Nie miała najmniejszej ochoty przedłużać tej rozmowy, zwłaszcza że czekały ją intensywne powtórki z eliksirów, za które powinna się wziąć jak najszybciej, jeśli chciała zdążyć przed powtórkami z zaklęć, na które umówili się z Bernardem po kolacji. Rzuciła kilka słów pożegnania i ruszyła w kierunku wieży Ravenclawu. Szybko jednak zorientowała się, że nie jest sama – tuż za nią szedł bowiem Torvald Burke i pogwizdywał wesoło. Posłała mu potępiające spojrzenie (w końcu w takim miejscu jak Hogwart nie powinno się gwizdać), na które odpowiedział rozbrajającym uśmiechem. Sigrid, podobnie jak wcześniej Johan, poczuła, że robi jej się gorąco, ale z zupełnie, zupełnie innych powodów.
– Dlaczego za mną idziesz? – zapytała w końcu, kiedy po kilku zakrętach nadal znajdował się tuż za nią. Nie miała pojęcia, czego miałby szukać w tej części zamku, ale zdecydowanie nie czuła się w jego towarzystwie komfortowo. Nadal było jej gorąco, w związku z czym postanowiła ograniczyć kontakt wzrokowy ze Ślizgonem do minimum.
Torvald uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy zauważył lekki rumieniec pojawiający się na jej policzkach. Nie był pewien, na co liczył, kiedy zdecydował się za nią iść, ale taka reakcja wydawała mu się obiecująca. Lubił, kiedy ludzie tak na niego reagowali.
– Skąd pomysł, że idę za tobą? Może po prostu mam coś do załatwienia w tej okolicy – rzucił od niechcenia, czochrając przy tym włosy, żeby ściągnąć na siebie spojrzenie panny Gamp. Podziałało, a jej rumieniec się powiększył. – Poza tym, o ile mi wiadomo, wejście do wieży Ravenclawu znajduje się piętro wyżej. W innym skrzydle. To chyba znaczy, że próbowałaś mnie zgubić…
Sigrid zarumieniła się jeszcze bardziej – tym razem nie tylko na policzkach, ale – była tego pewna – też na czole i brodzie. Faktycznie, nie poszła prosto do wieży, bo chciała się upewnić, czy Burke cały czas będzie za nią podążał. Nie wierzyła, że uda jej się go zgubić, po prostu miała nadzieję, że w którymś momencie skręci w inny korytarz. Nic z tego. Nie tylko cały czas szedł za nią, ale teraz jeszcze się przybliżył i, nachyliwszy się dla dodania dramatyzmu, szepnął:
– A może po prostu chciałaś zgubić się tu razem ze mną?
Jej rumieniec obejmował już nie tylko twarz, ale i szyję. I chociaż Sigrid nie miała nic przeciwko takiej bliskości Torvalda – ba, bliskość ta była całkiem miła, jeśli wziąć pod uwagę jego zapach – to jednak szybko się odsunęła na bezpieczną odległość kilku stóp. W końcu byli na korytarzu i w każdej chwili ktoś mógł ich zobaczyć, a ona była zaręczona i nie mogła sobie pozwolić na żadne plotki.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odpowiedziała możliwie chłodno. Oczywiście wiedziała, że na niewiele mógł się zdać jej ton, jeśli Burke widział rumieniec.
Torvald uśmiechnął się jeszcze szerzej, prezentując znaczącą część prostych i niezwykle białych zębów. Jej reakcje podobały mu się jeszcze bardziej. Jakże nudna wydałaby mu się panna Gamp, gdyby nie ten pozorny chłód. Jak każdy sportowiec – lubił wyzwania.
– Na pewno? – zapytał niewinnie, znów się do niej zbliżając.
Sigrid rzuciła mu potępiające spojrzenie i ponownie się odsunęła. Nie rozumiała, co Burke chce osiągnąć, ale wcale nie podobało jej się, że narusza jej przestrzeń osobistą. A przynajmniej nie powinno jej się podobać. Trzymała jednak swoją wyobraźnię w ryzach, nie pozwalając umysłowi produkować wizji zawierających ją samą, dwa kubki herbaty i wspomnianego Ślizgona. W końcu był graczem w quidditcha, na pewno nie interesowały go nowości w dziedzinie eliksirów leczniczych, więc o czym mieliby przy tej herbacie rozmawiać?
– Dlaczego za mną idziesz? – powtórzyła najbardziej stanowczym głosem, na jaki mogła się zdobyć. Nabrała podejrzeń, że Torvald słyszał jej rozmowę z Johanem i liczył, że jeśli będzie się zachowywał wystarczająco nieznośnie, to i jemu Sigrid udostępni jakieś wypracowanie.
Burke tymczasem postanowił zmienić strategię i tym razem zrobił krok w tył. Przywołał też na twarz smutną minę i spojrzał na nią, jakby właśnie go zraniła. Prawda była jednak taka, że podejrzenia Sigrid miały dużo wspólnego z rzeczywistością. Torvald nie chciał jednak tylko jednego wypracowania – te pisał sam albo zlecał to komuś, kto akurat zabiegał o jego uwagę i miał wystarczającą wiedzę – ale o naukę do owutemów. Próbował. Naprawdę próbował się uczyć sam, opuścił nawet jeden trening, żeby wczytać się w podręcznik transmutacji, ale nie mógł, po prostu nie mógł. Pięć stron i zasypiał kamiennym snem sprawiedliwego. Od jakiegoś czasu usiłował znaleźć kogoś, kto pomógłby mu przyswoić najważniejsze informacje, ale najwidoczniej miał za duże wymagania. Żadna z dziewczyn (w końcu nie będzie się uczył z innym facetem) nie była odpowiednio bystra, a te, które były, odmawiały – same bądź za pośrednictwem mniej lub bardziej zdenerwowanego chłopaka. W końcu jednak przypomniało mu się, że ten mały Gamp, który od jakiegoś czasu plątał mu się pod nogami, miał siostrę. Całkiem bystrą i uroczą Krukonkę do tego. Czyż nie był szczęściarzem?
– Wszystkich traktujesz tak oschle? – zapytał, starając się wyglądać na zranionego.
Panna Gamp natychmiast popatrzyła na niego przepraszająco, najwyraźniej pewna, że zareagowała nieodpowiednio i jeszcze – nie daj Merlinie – sprawiła, że zrobiło mu się przykro. Torvaldowi podobało się to niemal tak samo, jak jej pozorna oziębłość. Postanowił zaatakować i z taką samą miną zbitego szczeniaka wytłumaczył, że liczył jedynie na jej pomoc. Wspomniał, że Johan wiele o niej mówił (i liczył, że naprawdę tak było, nie słuchał go uważnie) i podkreślał, jak ambitne ma plany na przyszłość (nie miał pojęcia jakie, ale głęboko wierzył, że każdy Krukon ma ambitne plany, które w większości przypadków nigdy nie wypalą). Uśmiechnął się niepewnie i rozwinął swoją opowieść o tak istotne szczegóły jak własne marzenia o lepszej przyszłości, na którą nie będzie miał szans, jeśli źle zda owutemy lub całkiem je obleje. Był właśnie w trakcie opowiadania jej o tym, jak fascynowała go praca w Ministerstwie, kiedy Sigrid westchnęła i ręką dała mu znak, żeby zamilkł. Co też uczynił – był pewien, że dziewczyna się zgodzi, nawet jeśli większość jego opowieści była zmyślona. Zwłaszcza ten fragment o umierającej babci, która zmusiła go, by przyrzekł, że dostanie przynajmniej P z eliksirów.
Panna Gamp przez chwilę wyglądała, jakby się wahała. Może i faktycznie tak było. Wiedziała, że Torvald przedstawił jej śliczną, zmyśloną historyjkę i powinna była mu przerwać po pierwszych kilku zdaniach. Wiedziała też, że jeśli się zgodzi, to nie będzie mogła spędzać z Bernardem tyle czasu, co do tej pory. Wiedziała też, że rodzice nie byliby zadowoleni, gdyby się dowiedzieli, że poświęca czas kolejnemu chłopakowi – i to takiemu, o którym po Hogwarcie krąży więcej plotek, niż o niej i jej koleżankach z dormitorium razem wziętych. Naprawdę chciała mu odmówić i po prostu wrócić do wieży, jakby cała rozmowa nie miała miejsca.
Tylko że kiedy już miała otworzyć usta, popełniła błąd i wyobraziła sobie tę wspólną naukę. Nie miała wątpliwości co do tego, że chciała spędzić więcej czasu z Torvaldem Burke’em, nawet jeśli jeszcze pół godziny temu radziła własnemu bratu, by trzymał się od niego z daleka. Ale podobno zawsze najtrudniej się stosować do własnych rad.
Westchnęła. I się zgodziła.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s