Rozdział szósty.

Torvald Burke był niezwykle z siebie zadowolony – nie żeby samozadowolenie było mu obce, a skądże. Tym razem jednak miał szczególne powody do radości: nie tylko Slytherin miał duże szanse na wygranie Pucharu Quidditcha, lecz także powtórki do owutemów przebiegały niezwykle gładko. Lepiej nawet, nie tylko uzupełniał swoją wiedzę z tak niewdzięcznych przedmiotów jak transmutacja czy zaklęcia, ale do tego zacieśniał więzy z Sigrid Gamp. Początkowo chciał po prostu sprowokować ją do jakichś ludzkich zachowań, pozbawić maski chłodu, za którą się chowała, ilekroć usiłował się zbliżyć, ale potem zaczął go bawić jej rumieniec, jej zaskoczenie, gdy pozwalał sobie na więcej, otaczające ją niemal namacalne poczucie winy.
Nie, Torvald nigdy nie mówił, że jest grzecznym chłopczykiem i że nie będzie dokuczał koleżankom. Wiedział tylko, że po jakimś czasie powtórki do owutemów – choć nadal ważne – zeszły na drugi plan, a jego głównym celem stało się kontynuowanie tej dziwnej gry, którą zapoczątkował. Nie wiedział, kiedy Sigrid się złamie i cała gra się skończy obrażoną miną i trzaśnięciem drzwi, ale był gotów zaryzykować; poza tym był przekonany, że nawet gdyby popadł w chwilową niełaskę, mógłby się w ten czy inny sposób ją udobruchać. Nie chodziło nawet o to, że koniecznie chciał ją uwieść, choć nie wykluczał i tego. Nie, Torvalda bardziej interesowało sprawdzanie, jak daleko może nagiąć jej zasady, przekroczyć granice dobrego wychowania – i sprawdzić, jak ona na to zareaguje. Czuł się, jakby właśnie opracowywał recepturę całkiem nowego eliksiru i wiedział, że niezależnie od tego, ile kociołków zniszczy, rezultat powinien być tego wart. Jedynym minusem tego porównania było to, że nie wiedział, który dokładnie moment uzna za koniec doświadczenia, triumf absolutny. Początkowo zakładał, że będzie to moment, w którym pocałuje Sigrid, a ona nie odskoczy. Kiedy tak się stało, uznał, że zatriumfuje, kiedy Sigrid sama go pocałuje. Ale i to się wydarzyło, a jego zamiast poczucia wygranej przepełniał jakiś niedosyt.
Usiłował tłumaczyć sobie, że to przez jej pochodzenie: była panienką z tak zwanego dobrego domu, a jednak nie zachowywała się jak te wszystkie rozkapryszone arystokratki, które tylko czekały na odpowiednią okazję, żeby złamać wszystkie reguły, których demonstracyjnie przestrzegały pod bacznym okiem matki czy ojca. Sigrid naprawdę w te zasady wierzyła i naprawdę chciała ich przestrzegać, nawet jeśli nie było przy niej nikogo, kto mógłby donieść o czymkolwiek jej rodzicom (siebie, rzecz jasna, nie liczył – niby co by mu z tego przyszło?). Widział, jak bardzo się starała go odpychać i był szczerze zdziwiony, kiedy po raz pierwszy przyjęła jego pocałunek bez większych oporów. Oczywiście przedstawił to w odpowiednim świetle i zapewnił, że chce jej w ten sposób podziękować, ale nie mógł uwierzyć, że to ją przekonało. Świetnie zdawał sobie sprawę, jak idiotyczne były jego argumenty, ale równie dobrze wiedział, że Sigrid by się nie zgodziła, gdyby nie podał żadnych. Szybko zrozumiał, że chciała się zgodzić i potrzebowała jedynie wymówki, którą z najwyższą przyjemnością jej dostarczył. Wiedział, że jej się podobał, więc jedyne, co jej przeszkadzało w przekształceniu ich znajomości w coś ciekawszego niż relacja korepetytor–douczany, to wpojone jej zasady. Które, jak się okazywało, nie były tak nienaruszalne, jak by chciała – wystarczyła odrobina kiepskich argumentów, uśmiech, odpowiednie spojrzenie… Tyle, że później pojawiały się te irytujące wyrzuty sumienia, które widział w jej oczach. Oczywiście nie było to coś, co wpędzałoby go w bezsenność, ale nie odpowiadała mu myśl, że pewnego dnia może przegrać z czymś tak dziwnym jak wyrzuty sumienia. Sam miewał je na tyle rzadko, że nigdy nie zrozumiał, do czego właściwie służą i dlaczego niektórzy z takim upodobaniem je u siebie (lub u innych, choć to akurat mógł zrozumieć) wywołują. Kiedy tylko je po raz pierwszy zauważył, zaczął się obawiać, że Sigrid jest jedną z tych trzymanych pod kloszem panienek, które całe życie spędzają na zamartwianiu się problemem głodu na świecie i następstwami wojen, które już dawno zakończono. Nigdy takich dziewcząt nie spotkał, ale nie mógł wykluczać ich istnienia, skoro tyle się o nich nasłuchał od rodziców, którzy głęboko wierzyli, że większość prawdziwych arystokratek taka była. Torvald wiedział, że jest inaczej, a ich przekonanie brało się z tego, że za często przebywali w salonach, a za rzadko w kuchniach.
Sigrid miała wystarczająco dużo zdrowego rozsądku, by nie dać się wtłoczyć w rolę takiej właśnie stroskanej problemami świata arystokratki. Wiedział o tym i dlatego właśnie chciał jej się pomóc wydostać z innych ról narzuconych jej przez tę klasę społeczną. Czyż nie był czarujący? Istny rycerz w lśniącej zbroi.
Na tę myśl Torvald zacisnął zęby. Przypomniał mu się ten zidiociały Gryfon, który kilka dni temu przeszkodził mu w wydostawaniu Sigrid z takiej właśnie roli. (Wolał nie myśleć, z czego jeszcze mógłby ją wydostać, bo zdawał sobie sprawę, że droga do tego jeszcze daleka). I, tak całkiem przy okazji, zniszczył efekty zaklęcia transmutacyjnego, z którego Torvald był strasznie dumny. Od zawsze wiedział, że Gryfoni nie mieli żadnego wyczucia czasu, a większość z nich nie posiadała też ani jednej szarej komórki, ale ten pozujący na rycerza Lyndon był kwintesencją najgorszych cech Gryfonów. I zniszczył jego surykatki.
Pewnych rzeczy nie można wybaczyć.
Torvald postanowił z nim porozmawiać – najpierw w tradycyjny sposób, a gdyby Lyndon miał problemy ze zrozumieniem tego, co się do niego mówi, brał pod uwagę przetłumaczenie mu tego ręcznie. Wybierał się właśnie na poszukiwania (i miał nadzieję, że zdoła porozmawiać z Gryfonem, zanim ten zamąci Sigrid w głowie), kiedy drogę zaszedł mu Johan Gamp. Torvald usiłował go ominąć, dając mu do zrozumienia, że się spieszy i nie ma zamiaru tłumaczyć komuś tak mało istotnemu, dokąd się tak spieszy, ale Johan znów zaszedł mu drogę.
– Ty i moja siostra… o co w tym chodzi? – zapytał Johan, najwyraźniej odrobinę przestraszony swoją bezpośredniością. W końcu zabierał czas swojemu idolowi, z którym zwykle nie miał śmiałości rozmawiać. A teraz nie tylko odważył się odezwać, ale jeszcze zapytał go o swoją siostrę, taki nudny temat!
Burke uniósł brew i wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu.
– Nie wspominała, że ma w zamku przyzwoitkę – powiedział, patrząc na Johana uważnie. Chciał się zorientować, o co dzieciakowi mogło chodzić, i możliwie najszybciej się go pozbyć, w końcu miał do znalezienia pewnego Gryfona.
– Nie jestem jej przyzwoitką! – krzyknął młody Gamp, a policzki aż mu poróżowiały ze wstydu. Świetnie wiedział, jak to wszystko wyglądałoby z punktu widzenia Torvalda, gdyby tylko się dowiedział. Na pewno nie podobałoby mu się, że rodzice są informowani niemal o każdym kroku Sigrid i że już wkrótce będą musieli dowiedzieć się także o obecności Burke’a w jej życiu. Do tej pory o tym nie napisał ze względu na sympatię, jaką odczuwał do Torvalda, ale ta znajomość trwała zbyt długo, by rodzice mogli ją ignorować.
Burke rzucił jakiś zabawny tekst i nagle Johan – chyba po raz pierwszy w życiu – poczuł, w jak obrzydliwej sytuacji się znajduje. Przecież jeśli Torvald się dowie, że napisał o nim coś złego (a dowie się na pewno, zawsze się dowiadywał o tym, o czym chciał wiedzieć), to znikną wszystkie szanse na dostanie się do drużyny quidditcha, nieważne, jak bardzo by się starał. Wszystko, co dotyczyło drużyny, zależało od Burke’a.
Torvald tymczasem usilnie zastanawiał się, czy przypadkiem nie rozmawiał właśnie z główną przyczyną skrępowania Sigrid. Do tej pory ignorował jej brata – w końcu kto by się przejmował młodszym o pięć lat bratem, sam nie zwracał żadnej uwagi na swoje rodzeństwo, z równym powodzeniem mogli nawet nie istnieć. Jeśli jednak John… nie, Johan – tak, na pewno Johan – był kluczem do całej sprawy, to może warto było poświęcić pięć minut i z nim porozmawiać. Zwłaszcza, że jemu najwyraźniej na tej rozmowie zależało.
Z pięciu minut zrobił się kwadrans, który potem ewoluował w pół godziny. W tym czasie Torvald dowiedział się, że młody Gamp faktycznie jest przyzwoitką Sigrid – nie przyznał się wprost, ale wspomniał coś o listach pisanych do rodziców, a Burke wiedział, jak zadawać pytania, żeby zorientować się, na ile szczegółowe są te listy. Nie podobało mu się to ani trochę, zwłaszcza, że Johan niemal przepraszająco wspomniał, że w następnym liście będzie musiał podać jego nazwisko. Nie zamierzał do tego dopuścić, a Gamp sam podał mu na tacy argument, którego mógłby użyć, żeby powstrzymać dzieciaka przed napisaniem czegoś nieodpowiedniego. Nie dalej jak pięć minut później Torvald uśmiechał się z zadowoleniem, kiedy Johan robił wszystko, co mógł, by nie zerwać się w fotela i nie zacząć podskakiwać z radości; kiedy zaczynał tę rozmowę, liczył się z tym, że może stracić wszelkie szanse na dostanie się do drużyny, że Burke uzna go za niegodnego – na pewno nie spodziewał się, że zaproponowane mu zostaną dodatkowe treningi i, jeśli spisze się na nich dobrze, obietnica wstawienia się za nim u tego, kto zostanie kapitanem w przyszłym roku. Johan nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Nie wiedział oczywiście, że Torvald nie miał zamiaru prowadzić tych treningów osobiście, a wstawiennictwo miało ograniczyć się do wspomnienia, że taki a taki będzie brał udział w naborze; nic innego nie obiecywał i nie miał wpływu na to, co działo się w głowie Gampa, choć bardzo mu odpowiadało, że dzieciak liczył na tak wiele. Oznaczało to, że będzie bardziej skory do współpracy. Nie pomylił się, Johan nie tylko obiecał nie wspominać o Torvaldzie rodzicom, lecz także zgodził się, by Burke czytał każdy list i – gdyby było to konieczne – sugerował poprawki.
– To rzadkie, żeby w dzisiejszych czasach rodzice aż tak interesowali się losem swoich dzieci – rzucił Torvald, kiedy Johan przestał zapewniać go, jak wielką radość sprawią mu te obiecane treningi.
– Nie, oni nie interesują się naszym losem – prychnął Gamp. – Chodzi o to, że Sigrid nie może wplątać się w żaden ten, no… skandal obyczajowy. – Wyglądał, jakby był wyjątkowo dumy z tego, że zapamiętał tak trudny termin.
Burke tymczasem poczuł, że rozmowa toczy się w coraz ciekawszym kierunku. A więc to jej rodzice bali się skandalu, nie sama Sigrid. Dlatego wystarczały jej tak kiepskie argumenty, po prostu usiłowała się zbuntować. Prawdopodobnie wczorajszy wieczór, kiedy zgodziła się go pocałować, jeśli za pierwszym razem uda mu się wyjątkowo skomplikowane zaklęcie, był z jej strony najsilniejszym do tej pory przejawem buntu. (Torvald był zresztą z tej zagrywki wyjątkowo dumny – przećwiczył to zaklęcie kilkakrotnie w dormitorium i nie miał wątpliwości, że mu się uda, zdziwiło go tylko, że Sigrid tak łatwo przystała na ten układ).
– Aż tak się troszczą o dobre imię rodziny? – zapytał z udawanym podziwem. Znał świetnie takie rodziny: dużo napuszonego gadania o przeszłości i zgnilizna pod warstwą wystudiowanych gestów i uśmiechów.
– Ta-ak, to ważne, skoro Sigrid jest zaręczona – potwierdził Johan, bawiąc się piórem.
Nie patrzył Torvaldowi w oczy, więc nie mógł zauważyć, że przez chwilę pojawiła się w nich prawdziwa wściekłość. Była zaręczona? I nic nie powiedziała? Czy to możliwe, że była jednak jedną z tych zakłamanych arystokratek, że to, co do tej pory uznawał za nieporadne gesty buntu, było tylko grą mającą na celu… co właściwie? Nieznacznie pokręcił głową. Nie, rumieniec i poczucie winy były prawdziwe, musiało chodzić o coś innego.
– Naprawdę? I któż jest tym szczęśliwcem? – Musiał to wiedzieć, bez tego jego pozycja w grze mogłaby być zagrożona; nie mógł też narażać się komuś, komu nie powinien się narażać, a uwodzenie przyszłej żony z całą pewnością liczyło się jako narażanie.
– Nie wiem – odparł Johan, wstając z fotela. Nudziła go rozmowa o Sigrid, ale nie chciał ot tak odchodzić, w końcu rozmawiał ze swoim idolem. – Ona też nie wie – dodał.
Torvald pokiwał głową i sam również wstał z fotela, co oznaczało, że uznaje rozmowę za zakończoną. Miał sporo do przemyślenia – wcześniej nie brał pod uwagę, że Sigrid może być zaręczona. Oczywiście, nie wiązał z nią wielkich planów, ale mimo wszystko nie podobało mu się, że któregoś dnia jej narzeczony może walnąć go jakąś klątwą. O ile ten narzeczony w ogóle o czymkolwiek wiedział – w końcu jeśli Sigrid nie znała jego nazwiska, to z jakiej racji on miałby mieć przewagę? To tylko sprawiedliwe. Tyle tylko, że arystokracja rzadko kiedy uważała sprawiedliwość za istotną, częściej pozwalając, by różnego rodzaju gierki i zależności rodowe czy indywidualne pozwalały komuś zyskać przewagę nad innymi. Jeśli ten tajemniczy narzeczony Sigrid wykorzystał jakąś przysługę, którą ktoś był mu winien, i poznał jej nazwisko? Czy chciałby nawiązać z nią kontakt przed oficjalnym spotkaniem zaaranżowanym przez obydwa rody? Burke nie miał wątpliwości – gdyby był na jego miejscu, zrobiłby wszystko, żeby zebrać możliwie najwięcej informacji o dziewczynie, by w razie czego zdążyć jeszcze z całej sprawy wybrnąć z twarzą. Oczywiście zebranie takich informacji mogłoby być trudne, gdyby wspomniany narzeczony ukończył już Hogwart. Jasne, mógłby znaleźć sobie własnego małego szpiega, który pisałby listy podobne do tych posyłanych przez Johana państwu Gamp, ale ile informacji da się w ten sposób zebrać i nie wzbudzić zbyt dużego zainteresowania? Jeśli jednak nie ukończył jeszcze Hogwartu i sam mógł zbierać informacje? Zatajenie jego tożsamości miałoby wtedy sens – Sigrid mogła go nawet znać, ale nie wiedzieć, że to on któregoś dnia podaruje jej pierścionek. Jeśli jednak on wiedział…
Torvald zacisnął pięści. Ten Gryfon Lyndon. Śledził ich, wydawało się, że przeszkadza mu, że nakrył ich w takich a nie innych okolicznościach, a do tego chciał porozmawiać z Sigrid na osobności. Być może chciał jej wyjawić, że to jego pierścionek będzie nosiła za jakiś czas. Lyndonowie nie byli już tak szanowani jak jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu, ale Burke domyślał się, że układ między rodami został zawarty, kiedy Sigrid była jeszcze dzieckiem. Czemu nie miałby to być układ z Lyndonami? Wtedy podobno mówiło się o nich we wszystkich salonach: złoto regularnie zasilało ich konto u Gringotta dzięki geniuszowi ojca Gabriela (Torvald nie pamiętał, w czym ów geniusz rzekomo się objawiał, ale po spotkaniu z Gryfonem wątpił, czy ktokolwiek w jego rodzinie mógł być uznany za geniusza), a pani Lyndon zachwycała wszystkich urodą. Oczywiście później zdarzył się ten tragiczny wypadek, złoto przestało wpływać do skrytki, a raczej z niej wypływać dość wartkim nurtem sherry czy whisky, o ile plotki, które Burke słyszał, miały jakikolwiek związek z prawdą. Lyndonowie byli towarzysko przegrani, nie powinni w ogóle się pojawiać na herbatkach i rautach, a jednak matka Gabriela zachowała niewielkie grono przyjaciółek, które nadal odwiedzała. Nie mógł stwierdzić, czy do tego grona należała pani Gamp – zbyt mało o niej wiedział i zaczynał żałować, że nie słuchał Sigrid częściej. Być może próbowała mu kiedyś opowiedzieć coś o swojej rodzinie, a on puścił to mimo uszu, zbyt zajęty przywoływaniem do porządku swoich hormonów.
Kiedy jednak myślał o wszystkim, coraz więcej elementów układanki do siebie pasowało. Gabriel Lyndon nie był zwykłym odmóżdżonym Gryfonem. Był czymś więcej – odmóżdżonym Gryfonem, który znalazł swoją przyszłą żonę w dość kompromitującej sytuacji z nim, Torvaldem Burke’em, człowiekiem, którego nazwisko miało stać się marką, a do tego potrzebował przynajmniej odrobiny zaufania ze strony arystokracji. Jasne, Lyndon nie należał obecnie do salonowych pupilków, ale ślub z panną Gamp mógłby to zmienić. A wtedy on, Torvald, znalazłby się w dość kłopotliwej sytuacji.
Tę sytuację należało wyjaśnić i to jak najszybciej. A jedynych odpowiedzi mógł mu udzielić Gabriel Lyndon, który krążył gdzieś po zamku i prawdopodobnie czekał na okazję, żeby porozmawiać z Sigrid i zamącić jej w głowie; nie, gorzej, on nie chciał zamącić jej w głowie, na pewno w przypływie gryfońskiej uczciwości chciał jej wszystko wyjaśnić, co najprawdopodobniej oznaczałoby koniec Torvaldowej gry. Gdyby jednak znalazł Lyndona wcześniej i dowiedział się wszystkiego, czego może się dowiedzieć, zyskałby przewagę w tej grze. Poza tym zawsze istniała – choć niewielka – szansa, że Lyndon wcale nie jest jej narzeczonym, że po prostu znalazł się z całkiem innego i – w opinii Torvalda – irracjonalnego powodu w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Wtedy niemal wszystkie karty znajdowałyby się w jego, Burke’a, rękach i mógłby je rozdawać tak, jak mu się podobało. Zaczął sobie wyobrażać reakcję Sigrid, gdyby niezobowiązująco zasugerował, że być może to właśnie on jest jej narzeczonym. Czy schowałaby swoje zasady głęboko do kufra, gdyby była przekonana, że i tak będą razem? Warto byłoby to sprawdzić; oczywiście bez przesady, nie miał zamiaru uwodzić jej pod fałszywym pretekstem, to by było niesmaczne i mogłoby mu narobić wrogów, gdyby wieść rozeszła się po odpowiednich kręgach. Chodziło jedynie o eksperyment.
Torvald uśmiechnął się do siebie, czekała go naprawdę interesująca pogawędka z Lyndonem. I kiedy nazywał to pogawędką – miał na myśli typową, mugolską bójkę bez użycia różdżek. Oczywiście obojętne, co Lyndon mu powie, będzie musiał wyjaśnić wszystko Sigrid, ale nie wątpił, że jest w stanie podać argumenty, w które ona uwierzy bez mrugnięcia okiem. A Gryfonowi się należało, narzeczony czy nie.
Z tym właśnie postanowieniem Burke przemierzał korytarze zamku. Nie wiedzieć czemu, czuł się o wiele lepiej, niż kiedy godzinę temu wychodził z dormitorium, choć zasadniczy cel jego wyprawy nie zmienił się. Po prostu wiedział więcej o grze, w której brał udział, i znajdował się coraz bliżej odpowiedzi, o których nawet nie wiedział, że ich szuka. A do tego miał pretekst, żeby nie tylko sprowokować jakiegoś Gryfona, ale też spróbować uwieść uroczą dziewczynę, dzięki której zda owutemy. Jakże mógłby się nie uśmiechać?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s