Rozdział pierwszy.

Sigrid Gamp, siedemnastolatka o wiecznie zmierzwionych włosach i nieco szalonym uśmiechu, stała przed lustrem. Nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego – w końcu każdemu zdarzało się czasami ulec własnej próżności i patrzeć na siebie dłużej, niż wymagałyby tego codzienne czynności, które miały sprawiać, że inni będą na człowieka patrzeć mniej krytycznym okiem – gdyby nie fakt, że stała przed nim od dobrych trzech kwadransów. Nie powodował nią zachwyt nad własną urodą (zdawała sobie sprawę, że nie była piękna, a tylko ludzie piękni byli upoważnieni do tego rodzaju zachwytów; albo ludzie głupi, ale Sigrid nie należała ani do tych, ani do tych), a raczej dyskomfort spowodowany niemożnością zrozumienia. Jak przystało na wychowankę Domu Kruka – nie znosiła czegoś nie rozumieć, a teraz właśnie znajdowała się w takiej sytuacji. Nie miała pojęcia, jak wyplątać się z kabały, w której obecnie się znajdowała; i to – dodajmy – nie z własnej winy.
Od dziecka wiedziała, że pewnego dnia (w jej wyobraźni zawsze był to ponury, styczniowy wieczór) rodzice przyprowadzą do domu jakiegoś młodego człowieka, z którym jest zaręczona. Nie wiedziała ani jak się nazywa, ani jak wygląda, ale wyobrażała go sobie jako niewysokiego, całkiem niepozornego czarodzieja – takiego, który najchętniej nie wystawiałby nosa za drzwi biblioteki. Takiego, który podszedłby do całej sprawy racjonalnie i zgodziłby się na przełożenie ślubu lub jego całkowite odwołanie, jeśli się nie polubią. Bo – Sigrid nie miała co do tego wątpliwości – nikt nie chciałby przecież brać ślubu z kimś, kogo nawet nie lubi!
Nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia; była równie sceptyczna co do miłości od któregokolwiek z późniejszych wejrzeń, choć zdawała sobie sprawę, że to wpływ matki, a nie jej własnego racjonalnego, krukońskiego umysłu. Tego samego, który podpowiadał jej, że zawieranie małżeństwa z kimś, kogo się nie zna, to koszmarny pomysł, chyba najgorszy, na jaki do tej pory wpadła jej matka – a miała już wiele kiepskich pomysłów, które zwykle kończyły się narzekaniem zarówno samej pomysłodawczyni, jak i reszty rodziny. Nie miała jednak do matki o to pretensji, już nie. O ile początkowo irytowało ją niemal wszystko, co robiła pani Gamp, o tyle teraz, kiedy przestała patrzeć na świat oczami dziecka i wierzyć, że wszystko jest białe albo czarne, rozumiała, że jej matka nie potrafiła być inna – można ją było jedynie zaakceptować taką, jaką jest, albo ignorować. Sigrid zdecydowała się na akceptację, jako że nie wyobrażała sobie życia bez matki; nawet jeśli zdarzały się momenty, w których to ona czuła się rodzicem. Mimo wszystko jednak matka była postacią na tyle barwną, że Sigrid nie chciała pozbywać się jej ze swojego życia, choć oznaczało to, że czasami znajdowała się w sytuacjach, których za wszelką cenę wolałaby uniknąć, gdyby wybór należał do niej. Do takich sytuacji mogłaby zaliczyć świąteczną wizytę u państwa Nott.
Albo tę całą sprawę z małżeństwem.
Sigrid nadal nie była pewna, jak matce udało się przekonać ojca, żeby się na to zgodził. Pan Gamp należał do ludzi spokojnych, którzy żyli we własnym świecie. Zdarzało się, że całymi dniami nie wychodził ze swojego gabinetu; Sigrid zawsze się wtedy zastanawiała, czy w ogóle jest w domu, w końcu z równym powodzeniem mógł się teleportować do dowolnie wybranego miejsca i zajmować się czymś znacznie ciekawszym. Nie brał czynnego udziału w wychowaniu córki, ale – i za to Sigrid była mu wdzięczna – przyglądał się wszystkiemu, co robiła jego żona, i kiedy zdecydowanie przesadzała, chrząkał znacząco i posyłał jej jedno z tych spojrzeń. Spojrzenia w ogóle odgrywały dużą rolę w komunikowaniu się państwa Gamp – zupełnie, jakby opracowali własny język, którego nikt spoza rodziny nie był w stanie zrozumieć.
Jednakże to nie za pomocą spojrzeń odbyła się rozmowa, która teraz tak dręczyła Sigrid.
Pod koniec ferii świątecznych matka wezwała ją do salonu i oświadczyła, że musi przypomnieć jej o czymś, o czym Sigrid nie powinna zapominać nawet na chwilę. Tak, matka była dobra w dramatycznych przemowach i jedna z nich najpewniej zaraz by nastąpiła, gdyby nie chrząknięcie ojca, który siedział na fotelu w kącie i wyglądał, jakby wprost nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł wrócić do gabinetu. Najwyraźniej został ściągnięty do salonu siłą perswazji swojej małżonki.
Sigrid utkwiła spojrzenie w matce. Wiedziała, że to nie ojciec zwołał to zebranie i że nie mogło ono dotyczyć niczego istotnego dla całej rodziny – gdyby tak było, jej młodszy brat, Johan, też zostałby zaproszony. Ale nie, siedzieli we trójkę. Czy raczej we dwójkę, bo pani Gamp chodziła po całym salonie, straszliwie przy tym gestykulując.
– Zdajesz sobie sprawę – zaczęła, kiedy już upewniła się, że wszyscy czekają z niecierpliwością na jej słowa – że jesteś zaręczona, prawda?
Sigrid potwierdziła. Wiedziała o tym od piątego roku życia, a matka dokładała starań, żeby jej o tym przypominać przed każdym kontaktem z przedstawicielami płci brzydszej, którzy nie należeli do rodziny. Nie żeby takich kontaktów było wiele – pani Gamp nadal starała się nie zabierać córki na część herbatek dla arystokratów, co Sigrid całkowicie odpowiadało.
– Wiesz też, że zadbaliśmy z ojcem o to, żebyś po ślubie stała się częścią niezwykle szanowanego rodu – ciągnęła matka, a Sigrid pokiwała głową.
Słyszała to od lat, ale nigdy nie dowiedziała się, o jaki ród chodzi. Początkowo ją to dręczyło i próbowała naciskać rodziców, żeby jej powiedzieli, ale matka stanowczo odmawiała, tłumacząc się „dreszczem niezwykłej ekscytacji”, jaki niewątpliwie przeszyje Sigrid, kiedy po raz pierwszy zobaczy swojego narzeczonego. Pytanie ojca również nie przynosiło efektów – przyznał jedynie, że kiedy ostatni raz widział swojego przyszłego zięcia, ten akurat niechcący podpalił serwetkę, w którą odziany był przechodzący obok skrzat domowy. I to cudzą różdżką, bo był za młody, by posiadać własną.
– Zdajesz sobie też sprawę, że pokładamy w tobie wielkie nadzieje, w końcu twoje małżeństwo z tym młodym człowiekiem zacieśni więzy między dwoma wielkimi rodami – dodała pani Gamp, a z jej tonu wynikało, że wspomniane więzy obecnie nie były wystarczająco ciasne.
Sigrid wiedziała, że matka bardziej troszczy się o swoją pozycję społeczną niż o jej szczęście. Miała na to już dostatecznie dużo dowodów. Wielokrotnie zastanawiała się nawet, czy szczęście jednostki ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie, ale – wbrew temu, co zdawała się sugerować jej matka – wierzyła, że tak. Dlatego właśnie liczyła, że jej przyszły mąż będzie sympatycznym człowiekiem i spokojnie ze sobą porozmawiają, zanim podejmą decyzje, których oboje mogliby potem żałować.
– Nie zdajesz sobie natomiast sprawy – kontynuowała ponuro pani Gamp – jak źle widziane są twoje kontakty z innymi młodzieńcami. Gdyby informacje o nich trafiły do nieodpowiednich uszu, mogłoby to nawet doprowadzić do zerwania zaręczyn!
Gdyby Sigrid miała odrobinę więcej odwagi i odrobinę mniej szacunku dla matki, najpewniej by prychnęła. Nawet nie dlatego, że matka najwyraźniej zdawała się sugerować, że zerwanie zaręczyn byłoby dla niej strasznym ciosem (choć, warto zauważyć, Sigrid zdawała sobie sprawę, że jest to niezwykle źle widziane w towarzystwie, na którego opinii tak zależy jej matce), ale raczej ze względu na „kontakty z innymi młodzieńcami”. Sigrid nie miała pojęcia, co jej matka uznawała za kontakty będące podstawą do zerwania zaręczyn, ale większość jej kontaktów towarzyskich – zarówno z płcią piękną, jak i brzydką – ograniczała się do niezobowiązujących pogaduszek o bieżącym materiale prezentowanym na zajęciach czy o pogodzie, a w szczególnych sytuacjach, kiedy te tematy zostały wyczerpane, o książkach niezwiązanych z zajęciami. Rozmowy te nigdy nie były przesadnie długie, a Sigrid, pamiętając o nakazach matki, zwykle starała się unikać pogaduszek w cztery oczy, bo takie zawsze mogły prowadzić do powstania plotek; niezależnie, czy rozpuściłby je rozmówca, czy przypadkowy obserwator.
W każdym razie Sigrid nie prychnęła. Spojrzała jedynie na matkę, bez słów prosząc o bardziej szczegółowe informacje. Nie rozumiała, co skłoniło ją do przeprowadzenia tej dyskusji, ale domyślała się, że ktoś musiał jej coś powiedzieć.
– Johan wspominał, że okropnie dużo czasu spędzasz z jakimś rudzielcem – wyjaśniła pani Gamp, wykonując jedną ze swych dramatycznych póz. Tę, która wymaga oparcia wierzchu lewej dłoni na czole. Tę, która miała oznaczać, że omawiany temat jest dla niej tak nieprzyjemny, że najchętniej by zemdlała, gdyby nie szacunek dla rozmówcy i nieprzeparta chęć usłyszenia jego odpowiedzi.
Pan Gamp cicho westchnął. Najpewniej już o wszystkim słyszał i zgodził się być obecny przy tej rozmowie tylko po to, żeby przypodobać się żonie.
Sigrid natomiast coraz bardziej miała ochotę prychnąć. Wiedziała, że jej braciszek donosił matce o wszystkim, co działo się w zamku, ale nie sądziła, że tyle uwagi poświęca jej osobie. Zwłaszcza, że niemal go nie widywała – Johan trafił do Slytherinu i większość czasu spędzał z nowymi znajomymi. I to bynajmniej nie w bibliotece, a raczej na boisku quidditcha. Sigrid wiedziała, że jej brat chciał zostać ścigającym, ale w czasie naboru powiedziano mu otwarcie, że jest za młody; od tego czasu robił wszystko, żeby pozostali zawodnicy go zapamiętali i w czasie kolejnego naboru pamiętali o tym, jak wiele robił dla drużyny. W każdym razie nie miała pojęcia, kiedy znajdował czas, żeby ją szpiegować i jeszcze donosić o tym matce.
– Nie wiem, co dokładnie Johan napisał, ale Bernard MacIver to jeden z najlepszych uczniów na roku. Zaproponował mi, żebyśmy się wspólnie uczyli do owutemów, jest bardzo dobry z transmutacji i zaklęć – powiedziała spokojnie Sigrid. Miała nadzieję, że to przekona jej matkę, że kontakty z Bernardem, jakkolwiek niepożądane, mogą być przydatne. Sama Sigrid nie myślała tymi kategoriami, lubiła Bernarda za to, jaki był, a nie dlatego, że znajomość z nim mogła być użyteczna, ale zdawała sobie sprawę, że jej matka nie popiera takiego podejścia.
– Nie jest twoim narzeczonym – syknęła pani Gamp. Rzadko zdarzało jej się syczeć, uważała, że to mało arystokratyczne, ale w pewnych sytuacjach zniżała się do tak prostackiego sposobu wypowiadania słów.
– Zdaję sobie sprawę, niemniej nie rozumiem, czemu to taki problem. Uczymy się w bibliotece, ewentualnie ćwiczymy zaklęcia w pokoju wspólnym, więc…
Nie miała okazji dokończyć, bo matka podeszła do niej i pochyliła się tak, żeby ich oczy znalazły się na tym samym poziomie. Sigrid z pewnym przerażeniem zauważyła u matki zmarszczki, na które wcześniej nie zwracała uwagi, i zrozumiała, że za paręnaście lat będzie jej dokładną kopią. Pozbawioną własnego zdania kukiełką, która zrobi wszystko, żeby pasować do otoczenia. Starzejącą się, nieszczęśliwą kobietą, do końca życia związaną z kimś, z kim ma niewiele wspólnego, kto nie podziela jej zainteresowań i kto najprawdopodobniej pozbyłby się jej przy pierwszej lepszej okazji, gdyby nie stanowiła ogniwa łączącego go z rodem, z którym chciał utrzymać kontakt. Znudzoną żoną i matką, która nie ma w życiu żadnego ambitniejszego celu, być może dlatego, że nawet nie potrafi go sobie wyznaczyć. Poczuła, jak zimny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Czy naprawdę chciała, żeby tak wyglądała jej przyszłość? Albo raczej – czy mogła zrobić cokolwiek, żeby jej przyszłość tak nie wyglądała?
– Nie obchodzi mnie, gdzie spędzasz z nim czas, Sigrid – ponownie syknęła, jakby nie mogła się zdobyć na wydobycie z siebie normalnego głosu, jakby zachowywała jego pierwotne brzmienie dla tych, którzy byli godni, by je słyszeć, a ona, Sigrid, najwyraźniej parę chwil temu została skreślona z listy osób godnych tego zaszczytu i sprowadzona do poziomu nieomalże skrzata domowego. – Najwyższy czas, żebyś zdała sobie sprawę, że nie jesteś już dzieckiem i nie możesz zadawać się, z kim ci się żywnie podoba. Co wiesz o jego rodzinie? Albo o jego zamiarach? Jesteś zaręczona, Sigrid! Spędzanie czasu z jakimś chłopakiem o wątpliwej reputacji nie jest warte ryzyka!
Sigrid przełknęła ślinę i odchrząknęła. Atmosfera w salonie była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Spojrzała w kierunku fotela, w którym siedział ojciec, ale mebel stał pusty. Oczywiście. Wycofał się do gabinetu, do łatwiejszego życia, a ją zostawił na pastwę tej sterowanej przez towarzystwo kukły, tej harpii. Chyba po raz pierwszy w życiu czuła aż taką niechęć do matki i nie mogła nawet być pewna, co ją złościło bardziej: kłótnia o Bernarda czy perspektywa zostania kopią własnej matki, kopią każdej w nieszczęśliwych kobiet należących do towarzystwa.
– Nie – powiedziała cicho, jakby próbowała, jak to słowo ułoży jej się w ustach, jak będzie smakowało. Najwyraźniej jej się spodobało, bo powtórzyła głośniej: – Nie.
Pani Gamp spojrzała na nią, jakby nie rozumiała, co Sigrid mówi. I, prawdę mówiąc, nie rozumiała. Czy ona się… buntowała?
– Rozumiem, że zaaranżowaliście moje małżeństwo i nie zamierzam wam się przeciwstawiać, ale nie możesz dobierać mi też wszystkich znajomych, decydować o całej mojej przyszłości – powiedziała Sigrid. Głos jej nieco drżał, w końcu nie codziennie przeciwstawiała się matce.
– O jakiej przyszłości ty mówisz, dziecko?
Sigrid spojrzała na matkę ze zdumieniem. Mówiła o tym, że za pół roku skończy Hogwart i będzie mogła zacząć uczęszczać na kursy, które pozwolą jej zostać uzdrowicielką, w końcu zawsze chciała pomagać innym, a zawód ten był na tyle szanowany w społeczeństwie, że rodzice nie mogli zabronić jej go wykonywać dlatego, że źle wpływałby na ich wizerunek. Oczywiście, spodziewała się, że dostanie też pierścionek zaręczynowy, pozna swojego narzeczonego i zaczną się wspólnie zastanawiać, czy byliby dobrym małżeństwem, ale to była na tyle odległa przyszłość, że Sigrid nie poświęcała jej wielu myśli.
Pani Gamp przywołała na usta uśmiech, ale nie ten zwykły, ciepły, którym obdarzała wszystkich, na których opinii jej zależało; nie, ten uśmiech był zimny, jakby cieszyło ją, że zaraz powie coś, co niewątpliwie zrani jej córkę.
– Nie będziesz miała czasu na żadne kursy – oświadczyła. – Najdalej pół roku po ukończeniu Hogwartu weźmiesz ślub i nie wyobrażam sobie, żeby twój przyszły mąż pozwolił ci gdziekolwiek pracować, to zbyt szanowana rodzina, żeby kobiety zajmowały się takimi sprawami. Dlatego, Sigrid, nie możesz utrzymywać kontaktów z tym rudzielcem, nieważne, jak dobre ma stopnie.
Po czym wyprostowała się i wyszła, zostawiając oszołomioną Sigrid samą. Do samego wyjazdu nie odezwała się do niej słowem, nawet kiedy Sigrid chciała się pożegnać. Ojciec gdzieś zniknął, co nikogo nie dziwiło. Za to Johan zrobił coś, czego się nie spodziewała. Poklepał ją po plecach. Tak zwyczajnie – w zamyśle po bratersku. Może wyszłoby to lepiej, gdyby nie fakt, że miał dwanaście lat i nie był specjalnie wysoki, więc to klepanie przypominało raczej próbę zwrócenia na siebie uwagi, a nie gest wsparcia. Sigrid w każdym razie nie narzekała. Właściwie nie czuła za wiele. Wszystkie jej działania były automatyczne, bo mózg był zbyt zajęty przetrawianiem informacji i szukaniem wyjścia.
Dlatego właśnie stanęła przed tym lustrem – chciała się sobie przyjrzeć, jakby miało jej to pomóc ustalić, ile jest warta. Czy może odmówić i ryzykować gniew rodziców? A jeśli tak, to w imię czego? Czy aż tak chce być uzdrowicielką? A może to przez bryłę lodu, która tworzyła się w jej żołądku, ilekroć myślała o zerwaniu kontaktów z Bernardem? Chodziło jej o zwykły bunt? Chciała walczyć o swoją niezależność? Dlaczego teraz?
Oparła czoło o chłodną taflę. Nie miała pojęcia. Wcześniej przyjmowała decyzje rodziców z pokorą, starała się ich nie kwestionować, ale nagle myśl o poślubieniu człowieka, którego nigdy nie spotkała, przestała być akceptowalna. Oswajała się z nią od wielu, wielu lat, wyobrażała sobie ceremonię, układała jadłospis, ale teraz, kiedy to wszystko miałoby się ziścić – była przerażona. I, co gorsza, nie miała nikogo, z kim mogłaby o tym porozmawiać. Była w tym wielkim zamku sama i po raz pierwszy odczuwała to tak dotkliwie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s