Rozdział piąty.

Gabriel Lyndon w dzieciństwie czytał wiele bajek, w których rycerze walczyli ze smokami, zarazą i własnymi teściowymi, żeby na końcu otrzymać dłoń księżniczki i pół królestwa (lub odwrotnie, jeśli bajkę opowiadała jego matka, która miała skłonność do kuchennego sherry). Kiedy dorósł – nadal wierzył w to, co wyczytał kilkanaście lat temu i w tajemnicy przed wszystkimi poszukiwał własnej smutnej królewny do uratowania przed złym smokiem. Oczywiście domyślał się, że jeśli sam nie podoła misji znalezienia odpowiedniej niewiasty, to matka mu pomoże. Wolał jednak wziąć sprawę w swoje ręce – głównie dlatego, że w ciągu ostatnich kilku lat matka rzadko wychodziła z domu, chyba że na jakieś eleganckie podwieczorki u innych pań z podobnego środowiska i z – jak dowiedział się z nieoficjalnych źródeł – podobnymi problemami z alkoholem. Nie żeby kiedykolwiek zaakceptował fakt, że jego matka ma takowy problem, a skąd. Choć, i przyznawał to z niechęcią, proszenie skrzata, by pilnował, żeby nie opuszczała domu, kiedy wypije więcej, albo pomaganie jej w dotarciu do łóżka było nieco krępujące, a co dopiero gdyby dowiedział się o tym ktoś z jego znajomych. Gabriel już raz musiał zdusić takie plotki w zarodku – kolega, który chciał je rozpowszechniać, wylądował na kilka dni w skrzydle szpitalnym i to chyba oduczyło go takiego zachowania. W każdym razie nigdy więcej nie wypowiadał się o Lyndonach, a przynajmniej nie w towarzystwie Gabriela ani ludzi, którzy mogliby go poinformować o wszystkim.
Oczywiście cała ta sytuacja trochę Gabriela martwiła. W końcu jak miał znaleźć własną, osobistą królewnę i uratować ją przed smokiem, skoro od razu po przekroczeniu progu jego domu spotkałaby następnego smoka? Nie żeby często tak myślał o swojej matce, zwykle starał się przymykać oczy na jej słabostkę, ale jednak czasem, w chwilach słabości, które zdarzają się nawet najmężniejszym rycerzom i Gryfonom… W takich właśnie chwilach żałował, że nie może porozmawiać z ojcem. Jego śmierć wydawała się Gabrielowi katalizatorem wszystkich nieszczęść – od tego czasu stan matki się pogarszał, a cały dom znajdował się na jego głowie. To znaczy na głowie skrzata, któremu Gabriel musiał powierzyć opiekę nad matką, która każdego dnia opróżniała przynajmniej jedną butelkę jakiegoś trunku. Oczywiście bywały dni, kiedy sama mogła się sobą zająć, ale zdarzały się dość rzadko – zbyt rzadko jak dla Gabriela. Wolałby, żeby było ich więcej, zwłaszcza że pijana matka często go przerażała. Szczególnie kiedy znajdował ją w kuchni i wnosił po schodach do sypialni, a ona zaczynała płakać i przepraszać go za coś, co zrobili razem z ojcem dawno, dawno temu. Jako że sytuacja powtarzała się kilkakrotnie, Gabriel uznał, że to nie jakieś majaki – że matka naprawdę czegoś żałuje. Tuż przed powrotem do Hogwartu znalazł w biurku ojca kilka listów świadczących o tym, że rodzice kilkanaście lat temu, w szczęśliwych czasach pełnych rycerzy i smoków, rozmawiali z jakąś rodziną o jego – Gabriela – planowanych zaręczynach. Zaręczynach! Nic dziwnego, że matka czuła się winna. Niestety, nie udało mu się dowiedzieć niczego więcej, bo do jego wyjazdu matka nie wytrzeźwiała na tyle, by mógł z nią porozmawiać na tak ważny temat. Wiedział jednak, że kiedy zda już owutemy i wróci do domu, dowie się wszystkiego.
Do tego czasu mógł szukać swojej księżniczki i jej smoka.
Na początku lutego zwrócił uwagę na dziewczynę o niezwykle smutnych oczach, która musiała zmagać się ze swoim smokiem w zielono-srebrnym krawacie. Obserwował tę dziwna dwójkę przez prawie dwa tygodnie i utwierdzał się w przekonaniu, że Krukonka nie jest zadowolona z ich układu – ilekroć w jej pobliżu pojawiał się Ślizgon (a działo się to regularnie, po każdym obiedzie), jej oczy stawały się jeszcze smutniejsze. Tak smutne, że Gabriel gotowy był natychmiast tam podejść i odegnać tego smoka wysysającego radość z jej duszy. Tak, Gabriel wiedział, że ma skłonności do dramatyzowania. Dlatego jeszcze tego nie zrobił. Był jednak dość uparty i zwykle widział to, co chciał widzieć, więc jego uwadze umknął fakt, że w trzecim tygodniu lutego coś się zmieniło i dziewczyna zaczęła lekko się uśmiechać na widok Ślizgona, a w jej oczach pojawiały się iskierki radości. Gabriel nie chciał tego widzieć – potrzebował smutnej księżniczki, którą mógłby uratować, dla której byłby wspaniałym rycerzem w lśniącej zbroi, dla której byłby całym światem. Nie wiedział wiele o tej Krukonce, ale ze wszystkich znanych mu dziewczyn, to właśnie ona najlepiej nadawała się do roli jego księżniczki.
Dlatego też postanowił ją uratować. Tak, jak zrobiłby to na jego miejscu każdy szanujący się rycerz.
Zorientował się, że jego księżniczka i jej smok codziennie gdzieś znikają i – bez większego trudu – odkrył gdzie. Chodzili do jednej z pustych sal. Gabriel wolał nawet nie myśleć, w jakim celu, choć umysł podsuwał mu najstraszniejsze rodzaje tortur, jakim poddawane były księżniczki; co prawda wątpił, by zajmowała się oddzielaniem maku od popiołu, ale nie miał wątpliwości, że chodziło o coś równie okropnego.
Kiedy już zakradł się do tej sali, najpierw przyłożył ucho do dziurki od klucza. Miał nadzieję, że pomieszczenie nie zostało wyciszone – i się nie pomylił. Wyraźnie słyszał głosy, choć nie mógł rozróżnić poszczególnych słów. Dla pewności odczekał kilka minut, ale kiedy zorientował się, że Ślizgon rzuca jakieś nieznane mu zaklęcie, postanowił, że czas interweniować – w końcu mógł krzywdzić Krukonkę, czyż nie?
Gabriel, jak przystało na Gryfona, naparł na drzwi, które z łatwością ustąpiły – były bowiem zamknięte tylko na klamkę, o czym niewątpliwie by się przekonał, gdyby swe próby dostania się do środka zaczął od najprostszych metod. Widok, który zastał, wstrząsnął nim do szpiku kości. Oto jego księżniczka – Sigrid, poprawił się w myślach; mógł ją nazywać w dowolny sposób w swojej głowie, ale za chwilę miał się do niej odezwać i nie chciał narazić się na niezrozumienie – siedziała na kolanach tego okropnego Burke’a i uśmiechała się, jakby była… zadowolona. Gabriel nic z tego nie rozumiał. Potem jednak Burke pochylił głowę i chwycił jej usta swoimi. Gabriel musiał odwrócić wzrok; zastanawiał się, czy powinien im przerwać, czy też poczekać, aż sami zauważą jego obecność. Może w ogóle powinien się wycofać, w końcu Sigrid nie wyglądała – przynajmniej na pierwszy rzut oka! – jakby potrzebowała jego pomocy. Kiedy jednak przypomniał sobie te jej smutne oczy…
Poczuł, że coś łaskocze go w nogę i spojrzał w dół. Tuż koło jego butów stało pięć czy sześć niewielkich zwierzątek o jasnopopielatym futerku, bystrych, czarnych oczkach i długich ogonach. Nie miał pojęcia, czym były, ale nie przypominał sobie, żeby profesor Kettleburn wspominał o nich na opiece nad magicznymi stworzeniami. Musiały być czymś innym. Skąd jednak się wzięły w Hogwarcie? Nachylił się, żeby sprawdzić, czy zwierzątka są prawdziwe, ale one wydały z siebie zbiorowy pisk, po czym zaczęły uciekać, jedna po drugiej wpadając na ścianę i zmieniając się w widelce.
Gabriel podrapał się po ciemnej czuprynie. Domyślił się, że to jakaś wymyślna sztuczka, ale nie miał pojęcia jaka. Nigdy nie był orłem z transmutacji – na sumach dostał Z, co nie pozwoliło mu na dalsze uczestnictwo w zajęciach.
– Lyndon!
Gabriel odwrócił się w stronę, z której dobiegło warknięcie. Zauważył czerwoną jak piwonia Sigrid i wstającego z krzesła Burke’a. Wycelowana w niego różdżka nie świadczyła o pokojowych zamiarach i Gabriel z radością wyciągnął własną różdżkę. A więc walka ze smokiem miała zacząć się od razu!
– Masz pięć sekund, żeby wyjaśnić, co tu robisz, a potem się stąd wynieść, zanim pożałujesz, że w ogóle przekroczyłeś próg tego zamku.
Tak, Torvald zdecydowanie nie był w nastroju na żarty.
Gabriel nie był pewny, czy powinien się tak cieszyć na myśl o tej walce, bo Ślizgon był od niego wyższy o dobre dwa czy trzy cale; pocieszał się jednak, że prawdziwe smoki zawsze były większe od rycerzy. I zawsze przegrywały.
– To raczej ja powinienem zapytać, co wy tu robicie – odpowiedział, starając się przyjrzeć twarzy Sigrid i upewnić się, że nie stało jej się nic złego. Ona jednak stała twarzą do ściany i udawała, że zbiera widelce, które jeszcze parę minut temu były tymi śmiesznymi zwierzątkami.
– Cztery – syknął Burke, a koniec jego różdżki zaczął się jarzyć, jakby jeszcze dobitniej podkreślając jego złość.
– Nie myśl, że się przestraszę – oświadczył Gabriel, choć w duchu musiał przyznać, że w oczach Ślizgona było coś, czego powinien się bać każdy zdrowy psychicznie człowiek. – Chciałem sprawdzić, czy nic się nie stało Sigrid.
Torvald ze zdziwieniem uniósł brew, a panna Gamp drgnęła, jednak dalej się nie odwróciła. Gabrielowi przemknęło przez myśl, że mogła być na niego zła. W sumie nigdy ze sobą nie rozmawiali, więc jego pojawienie się tutaj mogło być uznane za dość nieoczekiwane. Wiedział jednak, że gdyby miał okazję wyjaśnić jej, jak wstrząsnął nim smutek kryjący się w jej oczach, na pewno by go zrozumiała.
– Jak zapewne widziałeś, nic. To nadal niewiele wyjaśnia, a czas płynie.
Sigrid skończyła już zbierać widelce, ale to sprawiło, że jeszcze bardziej przypominała pomnik. Gabriel miał wrażenie, że wstrzymała nawet oddech i zrobiło mu się przykro. Wiedział, że Burke był niemal neandertalczykiem, ale żeby aż tak się go bała? Całe szczęście, że przybył w porę.
– Opuść różdżkę, Burke, a nikomu nie stanie się krzywda – powiedział najbardziej bohaterskim tonem, na jaki mógł się zdobyć. Wierzył, że rycerze w bajkach mówili dokładnie takim samym tonem.
Wierzył też, że Burke go posłucha, a potem Sigrid rzuci mu się na szyję i zostawią Ślizgona samego, żeby dalej bawił się zmienianiem sztućców w zwierzęta futerkowe. Gabriel nie wiedział, co pociągającego było w tym rodzaju magii – uważał, że jeśli którykolwiek z przedmiotów nauczanych w Hogwarcie można nazwać oszustwem, to była to transmutacja. Łamanie wszystkich możliwych praw i reguł, niezgodne z niczym, co można wyczytać w mugolskich książkach (które Gabriel z lubością czytał – nie tylko baśnie, ale i beletrystykę czy podręczniki do mugolskiej fizyki czy chemii). Oczywiście nie spodziewał się, by taki nieokrzesaniec jak Burke o tym wiedział i czuł się winny z powodu łamania jakichś praw. Prawdopodobnie nie interesowało go nawet, czy łamie regulamin szkoły. Gabriel był pewny, że tak się dzieje, choć nie mógł mieć pewności, bo nie pamiętał całości regulaminu.
Torvald miał coś odpowiedzieć, ale na jego ramieniu wylądowała dłoń Sigrid, która w końcu zdecydowała się odwrócić i włączyć do rozmowy. Nadal była straszliwie zarumieniona, a jej głos nieco drżał.
– Spokojnie – powiedziała, kiedy Burke posłał jej pytające spojrzenie. Potem zwróciła się do Gryfona: – Gabriel, tak? Posłuchaj, nie wiem, co tutaj robisz i czemu uznałeś, że mogło mi się coś stać, ale nie musiałeś. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy i zapewniam, że jeśli chciałeś odnowić kontakt ze mną, to mogłeś to zrobić w Wielkiej Sali. Właśnie – zarumieniła się jeszcze bardziej – ćwiczyliśmy trudne zaklęcie i…
– I wolelibyśmy, żeby nikt nam nie przeszkadzał – dokończył Torvald. Sigrid posłała mu spojrzenie, które miało oznaczać, że wyraził się niegrzecznie i powinna mu coś na ten temat powiedzieć, gdyby nie zwerbalizował tego, co ona sama chciała przekazać.
Gabriel popatrzył to na jedno, to na drugie i starał się wymyśleć dobry argument, który usprawiedliwiałby jego obecność w tej sali. Wątpił, czy gdyby wyjaśnił pannie Gamp, że teoretycznie może być jego księżniczką, to spotkałby się ze zrozumieniem. Wnosząc z wyrazu twarzy Burke’a – prędzej spotkałby się z jego pięścią.
Odchrząknął, żeby pomóc sobie zebrać myśli, po czym utkwił spojrzenie w Sigrid, skutecznie ignorując stojącego koło niej Ślizgona (co nie było wcale zadaniem łatwym), i powiedział najbardziej uprzejmym tonem, jakiego używał jedynie w stosunku do arystokratycznych znajomych matki, jeśli akurat ich cotygodniowa herbatka odbywała się w salonie Lyndonów i Gabriel musiał przez chwilę uczestniczyć w rozmowie:
– W takim razie przepraszam za najście. Porozmawiamy innym razem, dobrze, Sigrid? W bardziej sprzyjających okolicznościach, kiedy nikt nie będzie nam przeszkadzał?
Torvald warknął coś pod nosem, co mogłoby rozbawić Gabriela, gdyby nie irytowała go niezręczność całej tej sytuacji. W porządku, poniosła go wyobraźnia. Bardzo go poniosła. Ale to jeszcze nie powód, żeby teraz miał cierpieć i odczuwać taki dyskomfort, prawda? Każdemu zdarzało się zrobić coś, czego nie powinien robić (a sądząc po minie Sigrid, sama zrobiła coś, czego robić absolutnie nie powinna i właśnie miała szczerą ochotę zapaść się pod ziemię).
Panna Gamp skinęła lekko głową, po czym znów odwróciła się do ściany, żeby nie widzieć, jak Torvald pomaga Gabrielowi wyjść z sali. Nie słyszała, co syknął mu do ucha i, prawdę mówiąc, nie chciała słyszeć. W tej chwili istotnie chciała zapaść się pod ziemię – i to tak bardzo, że prawie żałowała tego, co się wydarzyło przed pojawieniem się Gabriela. Oczywiście była niezwykle dumna, że Torvaldowi udało się to zaklęcie i że utrzymał kontrolę nie tylko nad jedną, ale nad kilkoma surykatkami. Pracowali nad tym już jakiś czas i uważała, że taki sukces należało uczcić, a w związku ze zmianą w ich wzajemnych relacjach, jaka nastąpiła jakiś czas temu… Czuła się zagubiona i obiecała sobie, że przy najbliższej okazji porozmawia z Bernardem, który nadal był jej najlepszym przyjacielem.
Z rozmyślań wyrwał ją Torvald, który zdążył już zamknąć drzwi, rozłożyć widelce na stole, a także otoczyć jej talię ramieniem i właśnie oparł brodę na czubku jej głowy, choć wiedział, jak ją to złościło – zdawała sobie sprawę, że jest niska, ale nie oznaczało to, że mógł jej dokuczać. Burke’a natomiast niezwykle to bawiło.
– Już się go pozbyłem – mruknął. – To na czym skończyliśmy?
Sigrid poczuła, że przyspieszył jej puls; wiedziała, że Torvald nie miał na myśli surykatek, choć starał się, żeby tak to zabrzmiało. Rzecz jasna na wypadek, gdyby ona wolała wrócić do bezpiecznego sposobu spędzania czasu, jakim była wspólna nauka. Wiedziała, że powinna być zła – nie na niego, lecz na Gabriela – ale mimo tego uśmiechnęła się. Widelce mogły jeszcze chwilę zaczekać.
Tymczasem Gabriel stał jeszcze chwilę pod drzwiami, masując rękę, w którą uderzył go Ślizgon. Jednak to nie ręka ucierpiała najbardziej, lecz jego ego. Wiedział, że pomylił się w ocenie sytuacji, ale żeby od razu traktować go w taki sposób? Choć z drugiej strony – czego spodziewał się po Ślizgonie? Zwłaszcza takim jak Burke. Tyle o nim słyszał, że spokojnie mógłby napisać na jego temat książkę. Może właśnie to sprawiło, że z góry założył, że w jakiś sposób zmusza taką miłą dziewczynę (bo nie wątpił, że jest miła) jak Sigrid do przebywania w swoim towarzystwie. Nie chciał przyjmować do wiadomości, że mógł się mylić i że Sigrid wcale nie była jego księżniczką, że wcale nie czekała na rycerza. Oczywiście, że czekała, skoro zadawała się z kimś takim jak Burke! To musiała być forma wołania o pomoc, na które on, Gabriel Lyndon, odpowie.
Z tym postanowieniem ruszył w kierunku wieży Gryffindoru, po drodze zastanawiając się, w jakich okolicznościach najlepiej porozmawiać z Sigrid. Nie mieli wspólnie żadnych zajęć poza obroną przed czarną magią, na którą chodził też Burke, więc wątpił, czy przed zajęciami lub po nich uda mu się przeprowadzić spokojną rozmowę. Nie, nie mógł sobie pozwolić na kolejne tak nierozważne zachowanie – teraz musiał pokazać, jak poważny, odpowiedzialny i przyjacielski jest. Był przekonany, że Sigrid, która najwyraźniej nie chciała być ratowana w tradycyjny sposób, doceni takie podejście i, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, zrezygnuje ze spędzania czasu z tym Ślizgonem i zacznie przebywać z nim.
Uśmiechnął się na tę myśl. Uznał, że powinien napisać list do matki i zapytać, z jaką rodziną rozmawiała wraz z ojcem o jego domniemanych zaręczynach. Nie wierzył, by mogła to być rodzina Gampów, ale po tym, co widział dziś, był przekonany, że lepiej sprawdziłby się w roli narzeczonego Sigrid niż ten okropny Burke. Czy ona nie wiedziała, w co się wplątała? Nie słyszała o tych wszystkich plotkach? Nie widziała, jak traktował inne dziewczyny? Nie powinna tracić na niego ani chwili swojego cennego czasu – Burke nie mógł mieć na nią dobrego wpływu. Oczywiście w przeciwieństwie do niego.
Tak, zdecydowanie napisze ten list. Nawet jeśli chodziło o inną rodzinę i cała sprawa jest już dawno nieaktualna, to i tak nie zaszkodzi się dowiedzieć, prawda?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s