Rozdział ósmy.

Torvald Burke zawsze uważał, że nie ma takiego człowieka, z którym nie da się w ten czy inny sposób dojść do porozumienia; niektórzy po prostu mieli problem z ustaleniem, czego chcą w zamian za jakąś przysługę, ale i z takimi sobie radził. Czasami kosztowało go to trochę czasu i cierpliwości, ale jak długo to on odnosił korzyści – mógł z tym żyć. Nie odpowiadała mu jednak sytuacja, w której miał u innych dług wdzięczności, więc starał się go jak najszybciej spłacać, oczywiście w taki sposób, by znów odnieść jakieś korzyści. Dlatego właśnie zadbał o to, by Sigrid zobaczyła, jak schodzi z boiska do quidditcha w towarzystwie kilku jedenastolatków i jej brata. Obiecał im, że będą mogli „potrenować”, jeśli odrobią za niego szlaban w Izbie Pamięci; uznał też, że przyprowadzenie Johana nie tylko zmniejszy jego dług wobec młodego Gampa, ale sprawi, że Sigrid zobaczy go w jeszcze lepszym świetle. A na takim spojrzeniu mu zależało, jeśli chciał ją przekonać, że to on jest jej narzeczonym.
Można by się zastanawiać, czemu uważał to za tak ważne, nie ma jednak pewności, że byłby w stanie podać odpowiedź inną od tej, którą podałby, gdyby zapytać go o większość jego działań. Eksperyment. Torvaldowe zamiłowanie do eksperymentów było wręcz niepokojące. Zwykle powtarzał sobie, że zrezygnuje z nich, jeśli sprawy zabrną za daleko dla jego własnego dobra, ale póki co nigdy nie musiał się wycofywać. Lubił myśleć, że to dzięki niezwykłemu talentowi do opracowywania strategii, ale doskonale wiedział, że talent ten do niczego by się nie przydał, gdyby nie naiwność czy głupota innych.
Czy sądził, że Sigrid jest naiwna? O tak, oczywiście. Gdyby nie była, czy zgodziłaby się udzielać mu korepetycji? Początkowo mogła być nieco sceptyczna co do jego zamiarów, ale był przekonany, że nastąpiła zmiana. Można by rzec, że wręcz znaczące ocieplenie kontaktów. Torvald nie planował na tym poprzestać, ale cieszył się, że wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Nawet jeśli pojawienie się Lyndona mogło spowolnić cały eksperyment, wszystko zabrnęło już za daleko, żeby cofnąć się do punktu zero. Żadnego powrotu do oschłej kujonki, lodowej księżniczki, królewny z drewna, czy innych mało pochlebnych epitetów, których używał, gdy myślał o Sigrid w początkowej fazie ich znajomości.
Czy sądził, że Sigrid jest głupia? Nie, gdzieżby śmiał. Z pokorą akceptował jej wyższość intelektualną i z uśmiechem czającym się w kącikach ust obserwował jej naiwność, kiedy chodziło o sprawy niezwiązane z nauką. Niechętnie to przyznawał, ale lubił słuchać, jak mówiła o planach na przyszłość; z takim zapałem i radością, jakby wcale do niej nie docierało, że nie ma szans ich zrealizować, że już za parę miesięcy będzie żoną jakiegoś nudziarza, który najpewniej każe jej siedzieć w domu lub bywać u wybranych przed niego znajomych i dopilnuje, żeby szybko urodziła mu potomka. Torvald świetnie wiedział, że nie o takim życiu marzyła panna Gamp, nie w takim życiu mogłaby się odnaleźć, ale zdawał sobie też sprawę, że nie miała na swoją sytuację wpływu. Decyzja została podjęta za jej plecami i mogła ją tylko zaakceptować. Oczywiście, mogła się też zbuntować, ale wątpił, czy zdobyłaby się na to. Błysk w oczach, który pojawiał się, kiedy mówiła o eliksirach uzdrawiających, to za mało, by tak radykalnie zmienić życie. To po prostu jeszcze jedno marzenie, które będzie mogła schować na dno szafy i co jakiś czas nad nim zapłakać, wyobrażając sobie, jak wspaniałe byłoby jej życie, gdyby jednak się zbuntowała. Jednak nawet wtedy, kiedy będzie już wiedziała, że zmarnowała swoją szansę, nie będzie w stanie się zbuntować. Po prostu będzie trwała w milczeniu przy mężu, którym z każdym dniem będzie bardziej pogardzać; będzie trwała, szarzała, więdła i upodabniała się do reszty arystokratek. Burke potrafił sobie wyobrazić ją za dziesięć czy piętnaście lat – z pierwszymi zmarszczkami i z brakiem jakiegokolwiek błysku w oczach, popijającą herbatkę z dwustuletniego serwisu przywiezionego skądś przez kuzyna trzeciego stopnia czyjej praprababki. Oczyma wyobraźni widział kilkoro dzieci, które będą tak samo nieszczęśliwe jak ona, oraz zdradzającego ją na prawo i lewo męża.
Przewidywał to wszystko, a jednak nie powiedział ani słowa – i nie miał zamiaru. Nie chciał zasiewać w jej głowie niebezpiecznych ziaren buntu, bo mogłoby się to obrócić przeciwko niemu. Gdyby uwierzyła, że chce być jej rycerzem na białym koniu i uratować od takiego losu… Absolutnie nie do przyjęcia. Jeśli chciała rycerza, mogła się zwrócić do Lyndona.
Dlatego właśnie Torvald zwykle patrzył na błysk entuzjazmu i radości w jej oczach, uważnie jej słuchał i milczał. Nie miał zamiaru psuć czegoś, co działało bez zarzutu; zwłaszcza, że nie miał pojęcia, co lepszego miałby jej zaoferować. Przecież nie miał zamiaru się z nią żenić ani nic takiego. Wiedział, że gdyby był porządnym facetem, to dałby jej to do zrozumienia wyraźniej, ale, cóż, nigdy nie twierdził, że jest porządnym facetem.
W końcu porządni faceci nie zarabiają tyle złota, ile jemu udało się zarobić. No i porządni faceci sami szorują puchary w Izbie Pamięci, jeśli dostaną taki właśnie szlaban. Dlatego właśnie Burke uznał, że zalety płynące z bycia porządnym facetem są nieporównywalnie mniejsze od tych płynących z postawy wręcz odwrotnej.
Właśnie to spowodowało, że w niedzielne popołudnie schodził z boiska z tłumem podekscytowanych dzieciaków plączących mu się pod nogami. Poczekał chwilę, a gdy Sigrid zbliżyła się na tyle, by móc słyszeć jego słowa, powiedział wspomnianemu tłumowi, że wszyscy świetnie się spisali, ale powinni iść do szatni, zanim się przeziębią. Rozważał nawet poklepanie któregoś po głowie, ale uznał, że to będzie przesada i nawet panna Gamp, którą podejrzewał o skrywanie duszy romantyczki, się zorientuje.
– To naprawdę miłe, że poświęcasz im swój czas – powiedziała, kiedy młodzi Ślizgoni ruszyli w kierunku szatni. Odczekała, aż zamkną się za nimi drzwi, i cmoknęła Torvalda w policzek, żeby pokazać, jak podziwia jego oddanie drużynie. W końcu ilu graczy zdobyłoby się na kilkugodzinny trening z pierwszorocznymi, którzy marzyli o tym, że w przyszłym roku dołączą do drużyny? Burke tymczasem zrezygnował z powtórek z transmutacji tylko po to, żeby dać im kilka dobrych rad. Do tego był dla nich taki miły, na pewno któregoś dnia świetnie sprawdzi się w roli ojca.
Nie miała pojęcia, że Torvald nie planował bycia ojcem – wychowanie i utrzymanie dziecka kosztowałoby go za dużo złota i czasu, nie wspominając nawet o tym, że prawdopodobnie matka owego potomka oczekiwałaby wierności, uczciwości, szacunku albo drogich prezentów. Dlatego właśnie posiadanie dziecka było – w opinii Burke’a – dobre dla arystokratów, którzy zajmują pewne miejsce na salonach, mają pewną ilość złota, które czeka na nich u Gringotta, oraz małżonkę skorą do przymknięcia oczu na pewne wybryki w zamian za jakiś diament czy dwa. Sam Torvald nie tylko nie był takim arystokratą, ale też wątpił, by kiedykolwiek się nim stał. Dlatego z kwestii rozmnażania interesowało go tylko zapobieganie nieplanowanemu przedłużaniu gatunku.
– W końcu im obiecałem – mruknął, przeczesując włosy dłonią, a potem oplatając ją wokół talii Sigrid i przyciągając dziewczynę do siebie. Liczył na coś więcej niż cmoknięcie w policzek i nie miał zamiaru opuszczać boiska, póki tego nie dostanie.
– Johanowi bardzo na tym treningu zależało, chyba jesteś jego idolem – zaśmiała się, po czym oparła czoło na jego ramieniu. Wiedziała, że powinna zepchnąć rozmowę na inne, tory, ale czuła się tak dobrze i bezpiecznie, że nie chciała psuć tej chwili. Nie rozumiała, czemu Torvald miał na nią taki wpływ, ale przy nim czuła się inaczej; jakby reszta świata na chwilę straciła nimi zainteresowanie, zasady przestały ich dotyczyć i jakby wszystko było możliwe. Nie tylko czuła się bezpieczna, ale miała też wrażenie, że ona sama ma na coś wpływ, że może zmienić swoje życie z tej prostej przyczyny, że Burke znajduje się koło niej. Chciała wierzyć, że on czuje się tak samo i jeśli jej stan można nazwać zakochaniem, to on jest w niej tak samo zakochany, jak ona w nim.
Torvald domyślał się, co chodziło po głowie Sigrid, ale daleki był od takich uczuć, jakimi ona go darzyła. Więcej nawet – zaczynał go niepokoić fakt, że panna Gamp do tego stopnia się do niego przywiązała. Na tym właśnie polegał problem z arystokratkami: przywiązywały się za szybko i za mocno. Dziewczyny pochodzące z mniej znamienitych rodów zwykle rozumiały, jakie są zasady niepisanego układu, który z nimi zawierał. Mugolki na ogół sprawiały nieco więcej kłopotów, ale wiele zależało od środowiska, w jakim się wychowywały; w każdym razie też szybko dawało się dojść z nimi do porozumienia. Natomiast wychowywane pod kloszem arystokratki, zwykle nieświadome cokolwiek rozwiązłego trybu życia rodziców i skrycie wierzące w to, co wyczytały w romansach, były przekonane, że pierwszy chłopak, którego pocałują, będzie też tym, za którego wyjdą za mąż, któremu urodzą dzieci, z którym – inaczej niż ich rodzice – będą żyły długo i szczęśliwie, z którym się w końcu wspólnie zestarzeją i umrą. Najlepiej tego samego dnia. Zimą. Kiedy za oknem będzie padał śnieg, a w kominku wesoło trzaskał ogień. Już takie były te arystokratki i gdyby nie chęć nawiązania znajomości z jak największą ilością rodów arystokratycznych, Burke trzymałby się od nich na dystans. Niestety, jego plan zakładał, że musi się z nimi zapoznać, a kiedy z takiej – niewinnej wszakże – znajomości wynikało bądź mogło wyniknąć coś więcej… Nie będzie się przecież opierał.
Poza tym – była jeszcze kwestia eksperymentu. To wszystko dla dobra nauki.
Także dla dobra nauki pocałował Sigrid; chciał sprawdzić, czy będzie się opierać i protestować. Byli w końcu w miejscu teoretycznie publicznym, więc jeśli chciała dbać o brak plotek, powinna zaprotestować. Zamiast tego, panna Gamp oddała pocałunek.
W końcu zdrowy rozsądek Burke’a zaprotestował. Coś musiało się stać; i to coś takiego, co zmieniło jej podejście do ich znajomości, sprawiło, że przestała się aż tak przejmować tym, że ludzie mogą zacząć plotkować. Mogłaby się tak zacząć zachowywać, gdyby dowiedziała się, że jej narzeczony zerwał zaręczyny, ale to wydawało się równie prawdopodobne jak to, że Puchoni pokonają Ślizgonów w następnym meczu.
Cała sprawa szybko się wyjaśniła, kiedy Sigrid wyciągnęła z kieszeni starannie złożony list i – cała rozpromieniona – powiedziała, że nie musiał do niej pisać, w końcu i tak widzą się codziennie, ale naprawdę wiele to dla niej znaczy, że postanowił w taki sposób dać jej do zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. Po czym przytuliła się do niego, co uniemożliwiło jej dostrzeżenie wyrazu całkowitego osłupienia, jaki przez chwilę malował się na twarzy Torvalda.
Oczywiście wiedział, że to nie on był autorem listu – do głowy by mu nawet nie przyszło, by zdobywać się na tak romantyczny i bezsensowny gest. Nie, prędzej dobrowolnie zrezygnowałby z jedzenia kolacji przez cały tydzień, niż dał jakiejś arystokratce coś, co może trzymać w szkatułce z pamiętnikiem, płatkami róż i zębami mlecznymi. (Nie wiedział, czy arystokratki miały takie szkatułki, ale był sobie to w stanie wyobrazić).
W takim razie kto mógł to zrobić? Tego rodzaju gest od razu skojarzył mu się z Lyndonem – w końcu ten Gryfon od początku psuł mu szyki, a tego rodzaju próba nawiązania kontaktu z Sigrid niewątpliwie byłaby w jego stylu. Z drugiej jednak strony, gdyby faktycznie Lyndon napisał ten list, to najpewniej zawarłby w nim coś dyskredytującego Torvalda, coś, co sprawiłoby, że Sigrid by go spoliczkowała, a nie przytulała się do niego na środku boiska.
Może zatem ten jej przyjaciel, MacIver? Wyglądał na kogoś, kto lubi pisać listy. Ale znów – gdyby to on był autorem listu, na pewno dołożyłby wszelkich starań, by przedstawić Ślizgona w jak najgorszym świetle. Co więcej, Sigrid świetnie znała jego charakter pisma i od razu by się zorientowała.
Pozostawała tylko jedna opcja – to znaczy jeśli pominąć mało realistyczną możliwość, że Sigrid ma jeszcze jakiegoś tajemniczego wielbiciela – list został napisany przez prawdziwego narzeczonego. Kimkolwiek ten narzeczony mógł być.
Torvald nie miał wątpliwości, że musi ten list przeczytać, żeby wiedzieć, w jaki sposób zaplanować swoje dalsze poczynania, ale nie był pewien, jak to zrobić. Sigrid, szczebiocąc coś wesoło, przytulała się do niego, mocno ściskając pergamin w dłoni. Mógłby jej go zabrać, ale to wyglądałoby podejrzanie – w końcu ilu ludzi zabiera adresatom list, który sami rzekomo napisali, i go czyta? Niewielu, tego Burke był pewien. Tak niewielu, że prawdopodobnie mieszczą się w granicy błędu statystycznego.
Nie, to wymagało więcej finezji; na którą zresztą nie miał wiele czasu. Wiedział, że nie może pozwolić Sigrid odejść z listem, bo wtedy już nigdy nie uda mu się go zobaczyć, ale jednocześnie im dłużej z nią rozmawiał, tym większe było niebezpieczeństwo, że w jakiś sposób się zdradzi, że pozwoli jej wyczuć, że to nie on jest autorem listu. Miał po swojej stronie jej uczucia, oczywiście, ale choćby nie wiadomo jak chciała w to wierzyć, nie będzie w stanie zagłuszyć głosu zdrowego rozsądku, jeśli Torvald popełni jakiś poważny błąd.
W końcu zaczął słuchać tego, co panna Gamp mówiła. Nawet nie zauważyła, że się wyłączył na chwilę – w najlepsze opowiadała o jakiejś koleżance z dormitorium, której Burke nie znał i poznawać nie chciał. Sigrid wydawało się niezwykle dziwne, że dziewczyna rozważała zerwanie z magicznym światem od razu po egzaminach. W wakacje poznała jakiegoś mugola i marzyła o ślubie. Torvald ledwie powstrzymał prychnięcie. Ślub z mugolem, doprawdy, czy te Krukonki postradały rozum? Wydawać by się mogło, że ludzie o nieprzeciętnej inteligencji nie powinni wierzyć, że obiecywane w bajkach „i żyli długo i szczęśliwie” jest możliwe. Tymczasem jakaś nieznana mu dziewczyna chciała oddać wszystko, na co pracowała przez siedem lat, żeby stać się żoną mugola. Arystokratki i arystokraci to zupełnie inna historia, ich małżeństwa – choć często wiążące się z rzucaniem czegoś, na co się przez lata pracowało – oceniał inaczej. Patrzył na nie trochę jak na umowę zawieraną między jednym biznesmenem a drugim; przy czym drugim biznesmenem była kobieta, a sama umowa nie ograniczała się tylko do spraw związanych z finansami.
Na wszelki wypadek zmienił temat, żeby powstrzymać Sigrid przed planowaniem ich wyimaginowanego ślubu. Nie wiedział, czy list poruszał tę sprawę w jakiś sposób, a jeśli tak, to w jaki. Domyślał się, że ten tajemniczy narzeczony wiedział o pannie Gamp niewiele więcej niż ona o nim, bo w przeciwnym wypadku zapewne inaczej zaaranżowałby tę sprawę. Może znał tylko jej nazwisko i miejsce pobytu? Może nigdy wcześniej jej nie widział? Może nie wiedział o niej nic więcej?
Burke pokręci głową; wszystkiego dowie się, kiedy przeczyta list, a do tego czasu nie powinien się w żaden sposób rozpraszać. Nie powinien wybiegać w przyszłość, jeśli wszystko może runąć jak domek z kart.
Sigrid była znacznie bardziej radosna niż zwykle, rzecz jasna z powodu listu. Rozluźniła się do tego stopnia, że przestała przejmować się plotkami i co chwilę próbowała złapać Torvalda za rękę, czasami tylko – bardziej z przyzwyczajenia niż świadomie – przypominając sobie, że nie powinna tego robić. Nie protestował, bo wiedział, że w jakiś sposób musi sięgnąć do jej kieszeni, żeby wyjąć list, a fakt, że była w tak dobrym nastroju, zwiększał prawdopodobieństwo powodzenia tej misji.
Oczywiście Burke kilkakrotnie zastanawiał się, czemu właściwie nie chciał powiedzieć jej prawdy i skończyć tej gry, która prawdopodobnie albo już zabrnęła za daleko, albo niebawem zabrnie. Nie znajdował jednoznaczniej odpowiedzi; do pewnego stopnia chodziło o eksperyment, ale to nie było wszystko. Nie podejrzewał się o jakiekolwiek głębsze uczucia do Sigrid – ba, był przekonany, że nie darzy jej niczym więcej niż cieniem sympatii. Zdawał sobie sprawę, że nie ma szans wejść na salony dzięki niej i że cały ten eksperyment zakończy się całkiem niedługo. A jednak wolał milczeć i pozwolić jej myśleć, że jest kimś zupełnie innym, kimś, kto jest nią szczerze zainteresowany, kimś, kto chciałby napisać do niej taki list.
Kiedy jednak w końcu udało mu się przeczytać te kilka skreślonych w pośpiechu zdań, poczuł się pewniej. Nadawca nie wiedział o niej wiele – pisał same ogólniki, głównie wyrażał nadzieję, że niebawem się zobaczą. Nie składał wielkich obietnic, nie napisał nic o ślubie. Właściwie list nie przypominał tego, co zdaniem Torvalda klasyfikowało się jako list miłosny, a po reakcji Krukonki wnosił, że był to najromantyczniejszy z możliwych listów miłosnych. Jakby na to nie patrzeć, nawiązali pierwszy kontakt. Czy ten arystokrata nie powinien się bardziej wysilić? Choćby na tyle, żeby napisać ten list bardziej elegancko. Albo zawrzeć w nim jakiekolwiek informacje, coś, co mogłoby pomóc Burke’owi dowiedzieć się, kim właściwie jest ten tajemniczy narzeczony.
Tymczasem z krótkiego listu nie wynikało nic poza tym, że jego nadawca lubował się w ładnych, okrągłych zdaniach, które nie niosły niemal żadnej treści. Nie szanował Sigrid – gdyby było inaczej, nie pisałby listu w takim pośpiechu i zadbałby o usunięcie kleksa. I, co najważniejsze, najwyraźniej bał się, że list może wpaść w niepowołane ręce, bo nie podpisał go imieniem i nazwiskiem, co zirytowało Torvalda jeszcze bardziej. Sigrid mimo wszystko zasługiwała na kogoś lepszego – kogoś, kto przynajmniej doceni, z ilu rzeczy dla niego rezygnuje. Nie znał nikogo takiego i nie planował bawić się w swatkę, ale wiedział, że ten arystokrata nie jest dla niej odpowiedni. Wiedział to tak samo dobrze, jak to, że słońce wstaje na wschodzie, a egzamin z transmutacji będzie najtrudniejszym egzaminem w jego życiu. Wiedział też, że nawet jeśli Sigrid dowie się tego wszystkiego, co on wyczytał z listu, nie będzie w stanie niczego zmienić.
Po krótkim wahaniu zdecydował, że zrobi coś, co do tej pory nie przyszło mu nawet do głowy. Weźmie w swoje ręce cudzy los – i weźmie go nie dla zabawy, ale po to, by komuś pomóc. Przekona Sigrid, żeby nie odpisywała na list i będzie grał rolę jej narzeczonego tak długo, jak długo będzie to możliwe, a w tym czasie wymyśli, co zrobić z nadętym arystokratą, który chciał położyć swoje łapska na pannie Gamp.
Torvald był pewien, że właśnie o to chodziło. Sigrid wolała jego, nie miał co do tego wątpliwości; nawet gdyby poznała swojego prawdziwego narzeczonego, to i tak wolałaby jego. A on nie chciał tak szybko się jej pozbywać, do pewnego stopnia podobał mu się sposób, w jaki Sigrid go traktowała, i zapał, z jakim mówiła o czymś, co ją interesowało. Co prawda jeszcze kilka godzin temu zapierał się, że nie będzie się wtrącał w jej życie i pozwoli temu zapałowi się wypalić, pozostawić w jej oczach pustkę, ale teraz robił coś zgoła przeciwnego. Teraz postanowił pomóc swojej Sigrid. Bo tak, Sigrid była jego, a on nie lubił dzielić się swoimi zabawkami z innymi.

Advertisements
Rozdział ósmy.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s