Rozdział osiemnasty.

Sigrid Gamp siedziała w Wielkiej Sali i z wyrazem najwyższego znudzenia grzebała widelcem w czymś, co znajdowało się na jej talerzu. Nie była pewna, co to było. Od jakiegoś czasu – mogła dokładnie określić, od jakiego, ale nigdy nie przyznała tego na głos – nie była pewna, co je, jeśli w ogóle pamiętała o posiłkach. Większość czasu spędzała w bibliotece i przypadkowy obserwator mógłby przysiąc, że była to ta sama panna Gamp, która jeszcze w grudniu spędzała tam niemal każdy wieczór. Sigrid jednak miała pełną świadomość tego, ile zmieniło się w ciągu kilku miesięcy. Zwykle przypominała sobie o tym w czasie długich, bezsennych nocy, kiedy to analizowała każde wypowiedziane czy usłyszane słowo, opracowywała plany na przyszłość i próbowała zaplanować swoje dalsze życie. Nikt jej nie poinformował, że plany układane w środku nocy rzadko są udane. Nikt jej nie poinformował o wielu rzeczach, ale dopiero teraz docierało do niej, co naprawdę oznacza powiedzenie, że wiedza to potęga. Do tej pory żyła w przeświadczeniu, że chodzi o poznanie zawartości jak największej ilości ksiąg, o przyswojenie informacji i stworzenie w głowie ogromnej bazy danych; teraz uświadomiła sobie, że byłaby o wiele szczęśliwsza, gdyby w porę wymieniła połowę tej wiedzy na informacje na temat jej własnego życia.
W pewnym oddaleniu od niej siedziała grupa szóstorocznych Krukonek. Jedna z nich opowiadała jakąś zabawną historię, a pozostałe śmiały się w głos. Jednej nawet zawartość widelca spadła na szatę, co tylko zwiększyło ogólną wesołość. Sigrid rzuciła im obojętne spojrzenie i ponownie wbiła wzrok we własny talerz. Nie wiedziała, czy powinna cieszyć się wizją nadchodzących owutemów, które pozwolą jej opuścić Hogwart, czy raczej martwić się tym, co czeka ją później.
Kilka dni pod odejściu Torvalda, kiedy Johan wyjaśnił jej już wszystko, a ona wylała stosowną ilość łez, podjęła decyzję, by napisać zarówno do rodziców, jak i do Oswalda, którego co prawda nie poznała, ale wszystko, czego dowiedziała się na jego temat, nie zachęcało jej do nawiązania bliższego kontaktu. Chciała tylko wytłumaczyć mu, że Alyssa nie była nią. Listowna odpowiedź, jaką otrzymała, była tak prostacka, że od razu wylądowała w kominku.
List od rodziców prawdopodobnie także powinien tam wylądować, ale tak się nie stało. Poinformowała ich bowiem, że chce zerwać zaręczyny. Przedstawiła zmodyfikowaną wersję wydarzeń w Hogsmeade, zgodnie z którą pojawienie się Alyssy było złośliwym żartem, którego ofiarą miała paść panna Gamp. Nie wdawała się w szczegóły, ale stanowczo podkreśliła, że nie chce być żoną człowieka, który zachowuje się w tak niemoralny i nieobyczajny sposób. Miała pełną świadomość, że nie powinna wypominać komukolwiek nieobyczajności, ponieważ jej związek z Torvaldem niewątpliwie zostałby potępiony przez społeczeństwo, gdyby tylko ktoś się o nim dowiedział; była jednak pewna, że nie chce mieć z Oswaldem Löwenheimem nic wspólnego, a wykorzystanie tej sytuacji wydawało jej się najłatwiejszym rozwiązaniem. Może jednak czegoś się od Burke’a i pozostałych mężczyzn, którzy chcieli sterować jej życiem nauczyła. Nie była z siebie dumna, ale poczuła się lepiej, jakby właśnie zdejmowała z pleców olbrzymi ciężar, o którym nie wiedziała, że go nosi.
Odpowiedź pani Gamp była pełna wyrzutów i oskarżeń o bezsensowne marzenia o ognistym romansie, a także o egoistyczne przedkładanie własnych pragnień nad interes całej rodziny, o niedocenianie poświęcenia, jakbym było zaaranżowanie całego tego układu. Sigrid spodziewała się podobnej reakcji, ale nie oznaczało to, że słowa matki jej nie zabolały. Niemniej jednak nie spaliła tego listu, a jedynie schowała na dno kufra. Może uważała, że krzywdząca ocena jej poczynań była pewnego rodzaju karą za to, że nie chciała się podporządkować? Łamanie zasad nikomu nie powinno uchodzić na sucho, prawda?
W ciągu kilku kolejnych dni Sigrid robiła wszystko, żeby uniknąć spotkania z Bernardem, choć ten kilka razy próbował zacząć rozmowę. Przynajmniej dwa razy uchwyciła też współczujące spojrzenie Gabriela Lyndona, który zerkał na nią ze stołu Gryfonów. Panna Gamp nie chciała ich towarzystwa ani ich zainteresowania. Zrobili już wystarczająco dużo, powinni zostawić ją w spokoju i pozwolić jej teraz zacząć decydować o swoim życiu – póki jeszcze nie jest za późno. Zdała sobie sprawę, że niewiele brakowało, a znalazłaby się w prawdziwej sytuacji bez wyjścia: gdyby podporządkowała się rodzinie i wyszła za Oswalda, zostałaby kurą domową, stałą bywalczynią salonów i nieszczęśliwą, niespełnioną kobietą, żyjącą z dnia na dzień, ignorującą zdrady męża i różnego rodzaju otaczające ją intrygi. Gdyby nie Torvald, prawdopodobnie nawet by nie zastanowiła się, jak bardzo tego wszystkiego nie chce; gdyby nie pokazał jej, że świat może wyglądać inaczej, przystałaby na to, ponieważ od lat przekonywano ją, że nie ma żadnej alternatywy. Powinna być mu za to wdzięczna, ale nie mogła wybaczyć mu, że ją okłamywał.
Przejmowanie władzy nad własnym życiem było jednak zajęciem pracochłonnym i dlatego panna Gamp odizolowała się od reszty uczniów. To właśnie doprowadziło do obecnej sytuacji: do owutemów pozostał niecały tydzień, a ona siedziała samotnie przy stole, dłubiąc widelcem w czymś, co chyba miało być omletem.
Zaczęła się przelotnie zastanawiać, jak wyglądałoby jej życie, gdyby Torvald nie został usunięty ze szkoły; czy wybaczyłaby mu, że działał za jej plecami? Może do reszty poddałaby się jego czarowi i zdecydowała się na jakiś szalony krok, który teraz wydawał jej się czystą głupotą? Może zgodziłaby się uciec z nim, rujnując swoją reputację i ryzykując, że zostanie porzucona, gdy tylko Burke się nią znudzi? Może wyszłaby za Oswalda i utrzymywałaby romans ze Ślizgonem, żeby zapewnić mu sieć kontaktów wśród arystokracji? W końcu o to mu przecież chodziło; chciał jak najwięcej zarobić, a powszechnie wiadomo, że arystokracja jest najpewniejszym źródłem zysku. Wolała nie zastanawiać się, czy Burke postanowił nawiązać znajomość z nią tylko dlatego, że mogła być dla niego użyteczna. Oczywiście tego typu myśli i tak napływały do jej głowy, szczególnie nocą, kiedy nie mogła spać, a wszystkie plany wydawały się zbudowane na cienkich i chybotliwych nóżkach.
Zdecydowanym ruchem odłożyła widelec, jakby omlet w jakiś sposób ją uraził i sprowokował niechciany potok myśli. Nie mogła pozwolić, żeby teraz dopadł ją smutek, musiała skupić się na egzaminach, na swojej przyszłości. Będzie miała jeszcze wiele, wiele lat na przeżywanie tego słusznego smutku. Teraz jednak musi z niego zrezygnować na rzecz ważniejszych spraw, ale żeby móc się na nich skupić, powinna zacząć się odżywiać. Omlet wyglądał jednak na tyle nieapetycznie, że zadecydowała o wprowadzeniu swojego postanowienia w życie dopiero w porze kolacji.
Wydawało się, że tego dnia coś w niej pękło i Sigrid Gamp podjęła jakąś ważną decyzję. Nie było to prawdą: coś w niej pękło o wiele wcześniej, a decyzję podjęła o wiele później, ale być może tego akurat dnia jedno wydarzenie zostało przeanalizowane i powolutku zaczęło z niego kiełkować drugie, niedojrzałe jeszcze i całkiem zielone, ale już widoczne na horyzoncie. Póki jednak nie osiągnęło postaci dorosłej, Krukonka skupiała się na nauce i o wiele częściej pojawiała się w Wielkiej Sali, nie tylko po to, by odbierać innym apetyt swoim smutkiem. Nie, w tych dniach Sigrid cechowała jakaś ponura determinacja, czająca się gdzieś w opuszczonych kącikach ust czy przekrwionych oczach. Nadal nie sypiała najlepiej, a do tego wertowała księgę za księgą, jakby starała się zrekompensować brak wiedzy o samej sobie wiedzą na temat zaklęć. Nie chciała myśleć o transmutacji, za bardzo kojarzyła jej się z Torvaldem – do tego stopnia, że wybuchła płaczem, kiedy udało jej się przemienić coś w surykatkę. Od tego czasu powtarzała materiał z innych przedmiotów, zostawiając transmutację na koniec.
W całym tym ferworze całkiem zapomniałam o quidditchu, póki któregoś dnia nie usłyszała, że Ślizgoni wygrali Puchar. Zdała sobie wtedy sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, musieli zastąpić kimś Torvalda, ponieważ mecz na pewno odbywał się po tym, jak został wyrzucony, po drugie, nie wiedziała o meczu, ponieważ siedziała w bibliotece, całkiem odcięta od innych ludzi. Być może spędzanie takiej ilości czasu w samotności przyczyniało się do tego, że nie wiedziała także o wielu innych rzeczach. Wobec niemożności poznania zawartości każdej napisanej księgi, zdobywanie wiedzy na temat pozornie mniej istotnych wydarzeń nie wydawało się ani trochę słuszne; w końcu czym jest wiedza o meczu quidditcha wobec ogromu informacji na temat postępu, jaki w przeciągu ostatnich trzystu lat dokonał się w dziedzinie eliksirów podawanych czarodziejom z urazami struktury kostnej? Wiedza o tych eliksirach, choć niewątpliwie fascynująca, nie zbliżała panny Gamp do innych ludzi, a życie w izolacji z kolei mogło doprowadzić do kolejnej sytuacji w rodzaju tej, w której niedawno się znalazła. Czy uniknęłaby tego wszystkiego, gdyby miała wokół siebie więcej ludzi? Pewnie nie całkiem, ale chciała myśleć, że szybciej dowiedziałaby się, że coś działo się za jej plecami. Niewątpliwie jednak teraz, kiedy wszystko się posypało, nie siedziałaby sama, bo osoba, która jeszcze pół roku temu była jej jedynym przyjacielem, zawiodła jej zaufanie. Nie mogła zastąpić Bernarda tak szybko, jak szybko drużyna Slytherinu zastąpiła Torvalda. Zdziwiło ją, jak ta zmiana w składzie drużyny ją zabolała; logiczna część jej umysłu zdawała sobie sprawę, że było to nieuniknione, ale ta druga, mniej logiczna, która wiedziała, ile dla Burke’a znaczyłoby zdobycie Pucharu, czuła się zawiedziona. Powinni jakoś bardziej przejąć się jego odejściem. Wystawienie nowego gracza sprawiało, że niemal niezauważalną stała się luka, jaką w taktyce Ślizgonów spowodowała jego nieobecność. Sigrid miała wrażenie, że powinni to odczuć silniej – najlepiej tak jak ona, kiedy miała odwagę przyznać przed samą sobą, co czuła.
Kilka dni przed owutemami próbowała porozmawiać z Johanem i wypytać go delikatnie o to, czy utrzymuje listowny kontakt z Torvaldem. Sigrid nie była pewna, czy wiedziałaby, co chce napisać w liście do Burke’a, ale czułaby się pewniej, gdyby wiedziała, że ma możliwość skontaktować się z nim; i, przede wszystkim, że on może skontaktować się z nią, gdyby uznał, że tego właśnie chce. Najwyraźniej jeszcze takiej potrzeby nie odczuł, ale nie minęło jeszcze dużo czasu, a on prawdopodobnie zajęty był innymi sprawami. Akurat o to Sigrid nie miała do niego żalu.
– Naprawdę chcesz się z nim kontaktować? – zapytał Johan, kiedy już wyjaśnił jej, że otrzymał jeden list od Burke’a, ale nie znał jego dokładnego miejsca pobytu. Żadne z Gampów nie skomentowało treści listu, Johan nie chciał martwić siostry swoją nielegalną działalnością, a ona nie chciała nic na ten temat wiedzieć. Miała za dużo własnych problemów i wybrała rozwiązanie godne tchórza.
– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Chciałabym wiedzieć, gdzie jest. Tak na wypadek, gdybym miała mu coś do powiedzenia.
Młody Gamp pokiwał głową. Wydawało mu się, że Sigrid i Torvald będą mieli sobie o wiele więcej do wyjaśnienia, ale nie komentował decyzji siostry. Po tym, jak otrzymał wykład na temat bez porozumienia z nią i ingerowania w jej sprawy, trochę bał się jej sprzeciwiać i choćby sugerować, jak powinna się zachowywać. Co więcej, nie był już taki pewny, czy Burke byłby idealnym mężem dla Sigrid. Nadal nie podobało mu się, że wynajął Alyssę, której zachowanie wydawało się wychowanemu pod kloszem Johanowi nieco skandalizujące i całkiem nieprzystające damie.
– Postanowiłaś już, co zrobisz po owutemach? – zapytał, ale nie dlatego, że chciał poinformować matkę. Po prostu był ciekaw, co postanowi jego siostra.
Prawdę mówiąc, Johan przestał pisać listy do matki od razu po tym zamieszaniu z Torvaldem i Oswaldem. Otrzymał od niej dwie wiadomości z zapytaniem, co się dzieje, a kiedy nie odpisał na nie – wyjca. Pani Gamp wykrzyczała, że niepokoi ją ten brak wiadomości, że się martwi i Johan nie powinien dawać jej tylu powodów do zmartwień, bo zawsze był takim grzecznym chłopcem. Grupa starszych Ślizgonów nadal się z niego śmiała, ale młody Gamp starał się ignorować ich docinki. Wiedział, że jego decyzja jest słuszna, nawet jeśli po powrocie do domu przyjdzie mu za nią odpokutować.
– Jeszcze nie – odpowiedziała Sigrid, wzdychając ciężko.
Z każdym dniem czuła, że pozostawało jej coraz mniej czasu na podjęcie decyzji, ale jednocześnie moment ukończenia szkoły do pewnego stopnia paraliżował ją tak bardzo, że nie była w stanie myśleć o niczym, co znajdowało się poza murami zamku. Nie chciała zostawać w Hogwarcie na zawsze, ale jednocześnie nie docierało do niej, że niedługo zostanie uznana za jednostkę dorosłą i zdolną do samodzielnej egzystencji. Nie czuła się zdolna do czegokolwiek, choć wiedziała, że nie ma nikogo, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc.
– Rodzice będą naprawdę wściekli… – zaczął Johan, w pełni świadomy, że tymi słowami ściągnie na siebie gniew siostry.
Sigrid jednak nie wybuchła gniewem, nie miała na to siły. Pokiwała jedynie głową i westchnęła. Reakcja państwa Gamp nadal była dla niej ważnym czynnikiem w procesie podejmowania decyzji, choć zdawała sobie sprawę, że nie powinno tak być. Rodzice chcieli oddać ją komuś, kogo ani ona, ani oni nie znali, tylko dlatego, że jego nazwisko dobrze brzmiało; kazali ją szpiegować, ponieważ jej nie ufali; nie pozwalali jej podjąć wymarzonej pracy. Nie powinna liczyć się z ich zdaniem aż tak, ale starych nawyków nie można pozbyć się tak łatwo.
– Moje życie nie będzie podporządkowane sprawianiu im radości – odpowiedziała w końcu, jakby chciała podzielić się z bratem czymś, co nie było jeszcze planem, ale przynajmniej wytyczało kierunek, w którym Sigrid chce podążać. – Chcę sama decydować o swoim losie.
Johan spojrzał na nią, jakby nie był pewien, co myśleć o tej deklaracji. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie z punku widzenia Sigrid zerwanie kontaktów z rodziną jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale jednocześnie musiał przyznać, że sam by się na to nie zdecydował. Nie wyobrażał sobie tak zwanej dorosłości, ale też i nie musiał – miał jeszcze dużo czasu na zastanawianie się nad tym, czego chce od życia, i w jaki sposób to uzyskać, nie narażając się jednocześnie na gniew państwa Gamp. Sigrid tego czasu nie miała.
– Nie wrócisz zatem do domu? – spytał.
Krukonka przez chwilę milczała, a kiedy złapała się na tym, że nieświadomie próbuje uciec wzrokiem od swojego rozmówcy, zmusiła się, by na niego spojrzeć. Nie chciała błądzić wzrokiem po błoniach, a nawet po ścianach i podłogach. Nie chciała, by było to drogą ucieczki przed niewygodną konwersacją. Jeśli nie miała odwagi rozmawiać z Johanem, jak mogła liczyć na to, że będzie mogła rozmawiać z matką; nie miała wątpliwości, że do takiej rozmowy prędzej czy później dojdzie, a jej inicjatorką bynajmniej nie będzie Sigrid.
Spojrzała na Johana i zadała sobie pytanie, kiedy jej brat zdążył tak dorosnąć. Nie fizycznie – wyglądał bowiem tak samo, jak jeszcze tydzień czy miesiąc temu – ale psychicznie. Zdawała sobie sprawę z tego, jaki układ zawarł z Torvaldem, ale nie sądziła, że to zmieniło jakoś jego postawę. A jednak, Johan nie był tym nieznośnym dzieciakiem, który chciał, żeby oddała mu swoje stare wypracowania i gotów był zrobić wszystko, żeby tylko osiągnąć swój cel przy jak najmniejszym wysiłku, całkiem nie zważając przy tym na innych ludzi. Nie, w nim też się coś zmieniło. Najwyraźniej oboje nauczyli się czegoś od Burke’a.
– Może na chwilę, ale nie sądzę. Wolałabym jak najszybciej wyjechać – powiedziała w końcu, choć pomysł ten nie był jeszcze ostatecznie ukształtowany w jej głowie.
Mogła zabrać wszystkie swoje oszczędności i poszukać jakiegoś lokum w Londynie, ale wtedy prędzej czy później państwo Gamp by ją odnaleźli. Mogła wyjechać też na kontynent – tak, jak to wcześniej rozważała, ale tym razem w jej wyobraźni nie było żadnego mężczyzny, który by ją na to namówił. Mogłaby podróżować, zwiedzić Paryż, Rzym, Budapeszt… Tylko wszystko to kosztowało, a jej zapas galeonów najpewniej szybko by stopniał. Nie była pewna, jaką pracę mogłaby znaleźć; nie wiedziała wiele o mugolach, a nawiązanie kontaktu ze społecznością magiczną oznaczałoby, że rodzice znaleźliby ją raczej prędzej niż później. Niezależnie od tego, jak bardzo nie chciała się z nimi widzieć, zdawała sobie sprawę, że powinna – i to jak najszybciej. Nie liczyła na to, że zrozumieją jej stanowisko i zgodzą się zapłacić za jej kurs uzdrowicielski, ale wiedziała też, że jeśli nie załatwi tego teraz, to będzie rzucało cień na jej dalsze życie.
– Nie możesz ciągle przed nimi uciekać – powiedział Johan, jakby czytał jej w myślach. – Znajdą cię, nawet jeśli zerwiesz zaręczyny z Löwenheimem.
Sigrid całkiem przestała myśleć o Oswaldzie, odkąd otrzymała i spaliła jego list. Nie brała nawet pod uwagę możliwości, że będzie musiała wyjść za niego za mąż. Nie, to rozwiązanie zdecydowanie odpadało. Wywoła skandal – kto wie, może już wywołała. Rodzice mają prawo być wściekli. Nie mogła po prostu pozwolić, by ich gniew stał się ważniejszy od jej wolnej woli, by ich pragnienia przysłoniły jej własne.
– Wiem – odpowiedziała. – Nie chcę uciekać, ale nie chcę też oddawać im kontroli nad swoim życiem.
Przez chwilę wydawało jej się, że Johan ją przytuli, ale nie zrobił tego. Stał obok i kiwał głową, jakby rozważał, czy powinien coś powiedzieć. W końcu uśmiechnął się do niej.
– To dobrze. Poinformuj mnie kiedyś, jak ci się udaje tę kontrolę sprawować. Powodzenia.
A potem odszedł do pokoju wspólnego Ślizognów, pozostawiając Sigrid samą sobie – trochę tak, jak zostawił ją Torvald. Tym razem jednak Krukonka czuła, że ma jakąś kontrolę nad sytuacją, a przyszłość rysuje się w jaśniejszych barwach. Owszem, jej świat runął (jak można to określić dla słusznej porcji dramatyzmu), ale miała zamiar go odbudować. A pierwszym krokiem do tego będzie zdanie owutemów. O drugi krok będzie się martwiła później.

Advertisements
Rozdział osiemnasty.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s