Rozdział jedenasty.

Torvald Burke pogwizdywał wesoło. Nie tylko właśnie wysłał młodego Gampa po rośliny, które miał zamiar sprzedać za parę ładnych galeonów, lecz także udało mu się wygospodarować więcej czasu, który mógł spędzić z Sigrid. Tym razem jednak nie miał zamiaru powtarzać nudnych formuł z zaklęć ani przypominać sobie tajników transmutacji; nie, tym razem chciał popchnąć swój eksperyment dalej – o całe lata świetlne naprzód. A przynajmniej z punktu widzenia Sigrid będą to lata świetlne.
Oczywiście wiedział, że panna Gamp, jak przystało na szanującą się arystokratkę, nie wiedziała wiele o relacjach damsko-męskich. Podejrzewał, że czytała jakieś romanse, które znajdował w niemal wszystkich sypialniach, które kiedykolwiek odwiedził – sypialni tych nie było jednak zbyt dużo, więc mógł to być zwykły zbieg okoliczności. Torvaldowi coś jednak podpowiadało, że wcale nie; że romanse i arystokratki pasowały do siebie jak quidditch i miotły albo jak piwo kremowe i piątkowy wieczór. Nie miał jednak pojęcia, co je tak pociągało w tych książkach. Może kiczowate okładki? Zauważył, że wszystkie były kolorowe i przedstawiały (niewątpliwie upiększonych za pomocą magii) ludzi splątanych w mniej lub bardziej czułym uścisku. Ewentualnie w tle mógł pojawić się koń (biały), zamek (biały), księżyc (białosrebrny), śnieg (biały) lub ukwiecona łąka (nie biała). O, albo zachodzące słońce. Nie miał pojęcia, czemu ktokolwiek chciałby pozować na takim tle (współczuł zwłaszcza koniom – w końcu nikt nie pytał ich o zdanie). Ani, co gorsza, jak coś takiego mogło się komukolwiek podobać. A jednak arystokratki – tego był pewien – wzdychały do zniewieściałych mugoli (w końcu jaki czarodziej by się zgodził, by jego twarz wykorzystano do takich celów?), którzy trzymali w ramionach piękne kobiety. Co gorsza, Torvaldowe oczy widziały zarówno okładki, na których widniało zdjęcie modeli, jak i takie, które przyozdabiał rysunek. I o ile mógł jeszcze zrozumieć, czemu arystokratki wzdychały do zdjęcia, o tyle wzdychanie do rysunku pozostawało dla niego niezgłębioną tajemnicą.
Wstyd się przyznać – i niewątpliwie Burke nigdy by tego nie zrobił – ale raz, upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, sięgnął po taką książkę. Miała zaskakująco głupi tytuł, tak głupi, że aż trudno było uwierzyć, że komuś zapłacono za napisanie czegoś takiego. „Anioł z wrzosowiska”. Doprawdy! Tytułowym aniołem miała zapewne być jasnowłosa dziewczyna ubrana w zwiewną, białą suknię z mnóstwem koronek, która szczerzyła zęby z okładki. Chociaż z równym powodzeniem obejmujący ją szatyn miał równie kobiece rysy twarzy, więc Torvald nie mógł być pewien, komu przypisana była wspomniana anielskość. Z nieznanych sobie przyczyn poczuł, że musi się dowiedzieć. Absolutnie i stanowczo musi, od tego zależy jego dalsze życie.
Zachcianka ta mogła mieć związek z faktem, że akurat skończył dość nieprzyjemne zlecenie i potrzebował czegoś, co odciąży jego umysł; co sprawi, że nie będzie myślał o niczym ważnym, i co przykryje niedawne wspomnienia wygodną kołdrą nowych wspomnień. Taka książka, którą zresztą znalazł na ulicy, wydawała się świetnym wyjściem.
W ten oto sposób Burke spędził dwa wieczory z nosem w książce, zaśmiewając się do rozpuku. Nie uważał się za znawcę literatury – wręcz przeciwnie, rzadko miał okazję czytać coś dla przyjemności – ale wiedział, że czytał coś, co na miano literatury nawet nie zasługiwało. Zrozumiał też lepiej, dlaczego tyle arystokratek było w ten czy inny sposób nim zainteresowanych. Nie miał co prawda (Merlinie, uchowaj!) zmierzwionych wiatrem włosów, rozpiętej koszuli, opiętych spodni ani szabli u boku, nie umiał też jeździć konno, ale w ich oczach musiał w jakiś sposób pasować do tej samej kategorii co bohater książki. Tajemniczy młodzian, którego rodzice nigdy nie zaakceptowaliby jako zięcia, mroczny i skryty, który wymaga oswojenia i którego mogła odmienić tylko miłość właściwej kobiety. Torvald poczuł, że zaczął płakać ze śmiechu. Mógł założyć się o wszystko, co posiadał (choć wówczas wiele tego nie było), że większość tych dziewczyn w to wierzyła i że chciały wymknąć się z domu o północy i pojechać konno na wrzosowisko, patrzeć na księżyc i jeść maliny czy inne owoce. I, rzecz jasna, że były przekonane, że Burke lub ktoś jemu podobny byłby zainteresowany spędzaniem czasu w taki właśnie czas, a następnie dostarczeniem ukochanej do domu w stanie nienaruszonym.
Torvald musiał przyznać, że dawno nie słyszał (ani nie czytał) większej bzdury. Nie miał pojęcia, czemu ktokolwiek dobrowolnie by się tak wysilał, by potem co najwyżej pocałować dziewczynę w dłoń i obiecać, że napisze do niej list. Jeśli miałby to być taki list, jakie pisywał bohater „Anioła z wrzosowiska”, to Burke wolałby zjeść wiadro dżdżownic – byłoby to łatwiejsze i mniej krzywdziłoby jego męską dumę.
Niemniej jednak książka ta zapadła Torvaldowi w pamięć i stała się dość istotną wskazówką ułatwiającą kontakt z arystokratkami. Wiedział, że nawet jeśli nie zaoferuje im przejażdżki na białym koniu w stronę zachodzącego słońca, to i tak może sprawić, że będą patrzyły na niego jak na głównego bohatera jednego z tych romansów – przy czym siebie obsadzą w roli głównej bohaterki i niezwłocznie zaczną planować biały ślub (te bardziej niewinne) lub od razu noc poślubną (te mniej niewinne). Pozostawało tylko mieć nadzieję, że w wyobraźni nie używały epitetów zaczerpniętych z tego rodzaju książek – Burke nie mógł powstrzymać śmiechu, kiedy czytał o drżących narządach czy rozpalonych, drapieżnych spojrzeniach. A to tylko czubek góry lodowej!
W każdym razie nie miał wątpliwości, że jego Sigrid też czytywała tego rodzaju książki i nawet jeśli nie spodziewała się, że pokona dla niej smoka i uwolni ją z wieży, to pewnego romantyzmu jednak oczekiwała. Torvald nigdy nie był specjalnie romantyczny, a przeczytana przez niego książka utwierdziła go w przekonaniu, że bycie romantycznym często sprowadzało się do mentalnej kastracji. Tym razem jednak wiedział, że powinien spróbować wykrzesać z siebie coś więcej niż przyniesienie przywiędniętego tulipana.
Postanowił przetransmutować coś w tulipan. I to niezwiędły!
Nie żeby spodziewał się, że taki drobny gest sprawi, że Sigrid się na niego rzuci, a skąd – musiałaby być idiotką, żeby tak zrobić, a Torvald miał mimo wszystko dobre zdanie o jej inteligencji. Wiedział jednak, że bez kwiatka się nie obędzie. To musiało mieć jakiś głęboki, egzystencjalny sens, którego nigdy nie zgłębił i nic nie świadczyło o tym, by kiedykolwiek zgłębił. Po prostu dziewczyna, która otrzymała kwiatek, reaguje na różne rzeczy inaczej niż taka, która kwiatka nie otrzymała. Rozważał nawet sprawdzenie, czy reakcje różnią się w zależności od otrzymanej rośliny, ale jakoś nie czuł się gotowy, by dawać komukolwiek róże – lektura tego romansu upewniła go w przekonaniu, że wręczanie róży to niemal podpisanie cyrografu, jeśli obdarowana dziewczyna czuła się choć w jednej czwartej tak jak bohaterka „Anioła z wrzosowiska”.
Spodziewał się, że Sigrid już na niego czeka – zawsze była przesadnie punktualna, choć przestała już na niego patrzeć potępiająco, kiedy się spóźniał. Nadal robił to specjalnie, ale spóźnienia te były coraz mniejsze. Zupełnie jakby… nie, to niemożliwe, żeby na niego wpłynęła w jakikolwiek sposób. Przecież on był eksperymentatorem – obiekt eksperymentu absolutnie nie mógł mieć na niego żadnego wpływu.
A jednak nieznacznie przyspieszył. Naprawdę minimalnie. Niemal niezauważalnie.
Sigrid faktycznie czekała na niego w tej samej opuszczonej klasie, w której zwykle się spotykali. Siedziała spokojnie na krześle i wyglądała przez okno, jakby spodziewała się, że chmury zdradzą jej jakiś niezwykle ważny sekret. Co jakiś czas nerwowo zakładała włosy za ucho, choć było jasne, że kilka kosmyków – zbyt krótkich, by na długo dać się zapleść w warkocz – nigdy nie będzie się układało tak, jak powinno. Nie wiedzieć czemu, Torvald zauważył, że słońce, padające na jej włosy, sprawia, że wydają się bardziej kasztanowe, jaśniejsze i bardziej błyszczące. Zanim jednak jego myśli mogły dalej podążać w tym całkowicie niemęskim kierunku, rzucił jakieś zdawkowe przywitanie, które sprawiło, że cała dziwność chwili rozwiała się gdzieś po kątach. Sigrid spojrzała na niego i się uśmiechnęła. Tak zwyczajnie, bez dziwnych promieni słońca w tle i zadumy w oczach. Zwyczajny uśmiech. Komplet zębów, dołeczki w policzkach i oczy, które… Burke miał ochotę sam dać sobie w twarz. Za bardzo się wczuwał. Zdecydowanie za bardzo – i nie miał pojęcia, skąd to się brało, jeszcze nigdy żadna dziewczyna tak na niego nie działała. Tak, zdecydowanie nadszedł czas, żeby przenieść ten eksperyment na wyższy poziom i raz na zawsze pozbyć się tych dziwnych myśli o niej.
– Spóźniłeś się – zauważyła, starając się przybrać srogą minę, choć jej oczy nadal się śmiały.
Torvald się skrzywił. Nie tylko dlatego, że należało to do rytuału związanego z przywitaniem, lecz także dlatego, że zdecydowanie za często zwracał uwagę na jej oczy. Wiedział, że nie skupi się na żadnych zaklęciach, więc najlepiej będzie od razu przejść do rzeczy. Wskazał różdżką jakieś zapomniane pióro i przemienił je w tulipan. Był z siebie niezwykle zadowolony, bo kwiat wyglądał, jakby został świeżo zerwany z ogródka.
Panna Gamp pochwaliła precyzję, z jaką rzucił zaklęcie, a potem szybko się zarumieniła, kiedy Ślizgon wręczył jej tulipan, mówiąc przy tym kilka komplementów i całując w policzek. Krukonka była, rzecz jasna, przyzwyczajona do takich całusów z jego strony, ale kwiatek sprawił, że atmosfera w pomieszczeniu nieco się zmieniła. W ciągu kilku sekund powietrze stało się cięższe, naładowane czymś, czego wcześniej nie było. To samo coś – mroczne i nieznane – zauważyła w oczach Torvalda, kiedy spojrzał na nią, jakby czekając na jej reakcję, próbując zdecydować, co robić dalej. Poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej, ale nie odwróciła wzroku.
Najwyraźniej w jej oczach musiało być coś, co upewniło Ślizgona w jego decyzji, bo chwilę potem poczuła jego usta na swoich. Nie broniła się, ba, pozwoliła sobie nawet na zarzucenie rąk na jego szyję. Naprawdę lubiła to uczucie, które wywoływał w niej Burke.
Torvald tymczasem czuł, że przejął kontrolę nad sytuacją. Wszystko działo się tak, jak przewidywał. Sigrid była zachwycona kwiatkiem, a kiedy ją pocałował – nie protestowała, nawet wtedy, kiedy objął ją w talii. Nawet wtedy, kiedy jedną ręką zaczął gładzić ją po plecach, a druga powędrowała w dół. Nawet wtedy, kiedy delikatnie skierował ją w stronę ściany. Był przekonany, że prędzej czy później panna Gamp przypomni sobie, czego uczyła ją matka, i zaprotestuje, ale najwyraźniej za bardzo jej się to wszystko podobało. Jemu – co tu kryć – też.
W końcu Sigrid jednak oprzytomniała i przerwała pocałunek, dysząc lekko, jakby właśnie wbiegła po schodach. Próbowała się wyrwać z Torvaldowych objęć, co było dość trudne. Musiała stanowczo zażądać uwolnienia, by Ślizgon niechętnie się od niej odsunął na dość niewielką odległość. Wystarczającą, by Sigrid poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej. Starając się patrzeć na jego twarz, zapytała:
– Co to miało znaczyć?
Burke uniósł brwi, starając się powstrzymać uśmiech. Jej rumieniec był tyleż uroczy, co niepotrzebny. Nie miał nic przeciwko temu, żeby jej spojrzenie powędrowało niżej. W końcu było to częścią jego planu. Poza tym głęboko wierzył, że arystokratki w takich chwilach znajdują jakiś właściwy wszystkim ssakom instynkt, który do tej pory był stłamszony przez wszystkie zasady i wymogi stawiane przed nimi. Póki co się nie zawiódł – arystokratki w końcu patrzyły w dół, co było często równoznaczne z odrzuceniem wpajanych reguł i zgodą na spotkanie z nieznanym.
– A jak sądzisz? – zapytał, przyglądając jej się uważnie i czekając na jakąkolwiek reakcję, która da mu pozwolenie na coś więcej niż stanie obok niej.
Rumieniec Sigrid się pogłębił, co – według Burke’a – mogło oznaczać tylko to, że jej umysł przetworzył dalszy scenariusz, pozwolił jej oswoić się z myślą o tym, co może się stać. Fakt, że jeszcze nie uciekła z sali, świadczył o tym, że podobały jej się obrazy, które niewątpliwie właśnie podsuwał jej mózg. Teraz musiał tylko poczekać na jej reakcję.
I zareagowała. Zrobiła dwa nieśmiałe kroki, po czym znów zarzuciła mu ręce na szyję, przez chwilę oswajając się z tą pozycją i z jego zapachem, zanim uniosła głowę i go pocałowała. Burke, wyjątkowo z siebie zadowolony, ponownie ją objął i przez kilka sekund miał wrażenie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, świat ma sens, owutemy nie są takie straszne, a jego plan się uda. Zanim jednak zdążył zastanowić się, skąd w jego głowie pojawiły się takie myśli, Sigrid odskoczyła jak oparzona, wymamrotała coś, co niewątpliwie miało być przeprosinami, i wybiegła na korytarz.
Torvald przez chwilę patrzył na otwarte drzwi, jakby to wszystko było ich winą. Nie mógł powiedzieć, że nie miał pojęcia, co się stało Sigrid – spodziewał się, że jej hormony przegrały bitwę z dobrym wychowaniem, nawet jeśli początkowo wynik wyglądał inaczej. Westchnął ciężko i ruszył w kierunku korytarza. Miał szczerą nadzieję, że uda mu się odnaleźć pannę Gamp, zanim wpadnie na tłum uczniów wychodzących z kolacji. Prawdę mówiąc, nie był nawet pewny, czy kolacja już się zaczęła, ale uznał, że to całkiem możliwe.
Korytarz na szczęście był pusty, więc Burke mógł zacząć nasłuchiwać. Wiedział, że Sigrid pobiegła w lewo, ale nie miał pojęcia, gdzie dokładniej się kierowała. Kiedy jednak mijał damską łazienkę, postanowił sprawdzić, czy to nie to pomieszczenie wybrała sobie na schronienie. Wydawało mu się to całkiem prawdopodobne – w końcu co daje większe poczucie bezpieczeństwa niż spora kamienna umywalka?
Nie pomylił się, Sigrid stała przy jednej z nich, przemywając twarz wodą. Musiała powtarzać tę czynność któryś raz z kolei, bo część jej włosów była już mokra, a krople wody wsiąkały w ubranie. Torvald pokręcił głową; gdyby nie fakt, że jej ucieczka była dość bezsensowna i gdyby bardziej się nią przejmował, mógłby się zaniepokoić, że się przeziębi. W zaistniałych okolicznościach jednak oparł się jedynie o framugę drzwi i powtórzył słowa panny Gamp:
– Co to miało znaczyć?
Chociaż starał się, żeby zabrzmiały raczej żartobliwie, w jego głosie słyszalna była nuta czegoś nieokreślonego, swoistego połączenia zawodu i nadziei na to, że pogoń za zdobyczą należy do części gry.
Sigrid powoli zakręciła wodę i odwróciła się w jego stronę, ale spojrzenie utkwiła w ścianie, dobrych kilka cali w bok od jego ramienia. Nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć, a na jej twarzy znów zaczął wykwitać rumieniec, z którym najwyraźniej usiłowała walczyć przy pomocy zimnej wody. Nie czuła się najlepiej w tej sytuacji. Wiedziała, dokąd to wszystko zmierza, i nie protestowałaby, gdyby nie tłukące się z tyłu głowy uporczywe myśli, niejasne wątpliwości i poczucie nadchodzącej klęski. Wszystko wyglądało zbyt dobrze, układało się zbyt równo, by mogło być prawdziwe – dlatego właśnie od pewnego czasu budziła się z szybko przemijającym wrażeniem, że coś jest nie tak. Że coś się zaraz wydarzy i zburzy to, co tak długo budowała.
Torvald nie wiedział, co tak naprawdę ją dręczyło. Uznałby raczej, że to wpływ wychowania, a nie żadnych wątpliwości. W końcu starał się robić wszystko, by uniemożliwić Sigrid kontakt z jej prawdziwym narzeczonym, więc wydawało mu się niemożliwym, żeby domyśliła się prawdy. Dlatego też uznał, że jeśli zapewni ją, że decyzja należy do niej, to dziewczyna poczuje się pewniej. Wszystkie się czuły. Jeśli sprawi, że uzna, że to ona podejmuje decyzje – wygra.
Początkowo panna Gamp nie chciała rozmawiać, nie chciała jego zapewnień ani uwagi, jaką jej poświęcał – a przynajmniej tak mówiła, czemu przeczyły jej gesty. Trudno wierzyć bowiem komuś, kto przytula się do osoby, którą prosi o chwilę spokoju na zebranie myśli. Burke milczał w nadziei, że hormony Sigrid same ją przekonają; nie chciał jej do niczego przekonywać wbrew jej woli. To mogłoby zaszkodzić dalszej części eksperymentu, jak sobie powtarzał. Nie był jednak pewny, jak eksperyment ten miałby wyglądać po tym, co zaraz się stanie. Przecież nie wyjawi Sigrid, że nie jest jej prawdziwym narzeczonym. Eksperyment nie miał dalszej racji bytu – w momencie, kiedy panna Gamp się zgodzi, cała gra stanie się niepotrzebna, a sama Krukonka przestanie być tak interesująca.
Póki co jednak Sigrid się nie zdecydowała. Nadal nie spojrzała na Torvalda, choć zawiesiła dłonie na jego szlufkach od paska. Bała się, że jeśli przestanie wdychać jego zapach, to znów ucieknie. Nie chciała uciekać, ale jednocześnie obawiała się tego, na co miała się zgodzić. Nie tylko ze względu na te złe przeczucia, nie – chodziło o zwykły lęk przed tym, o czym nie miało się pojęcia. Musiała jednak przyznać sama przed sobą, że prędzej czy później będzie musiała się zgodzić, a Torvald… to w końcu Torvald. Powinna się zgodzić. W końcu był taki cierpliwy i tak cudnie pachniał, jakże mogłaby mu odmówić.
Nieśmiało i z wahaniem podniosła głowę, jednocześnie mocniej chwytając szlufki, jakby w obawie, że teraz to on ucieknie. Pocałowała go najpierw powoli, potem z większą śmiałością. I tym razem nie zaprotestowała, kiedy poczuła, że się cofa, a jej plecy zderzyły się ze ścianą. Nie zwróciła nawet uwagi na chłód kamienia, który w połączeniu z mokrymi włosami i ubraniem powinien wywołać dreszcze. Było jej jednak ciepło – czuła, że krew krąży w jej żyłach w szaleńczym tempie, a serce bije tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Kiedy Torvald przerwał pocałunek i zapytał, czy jest pewna, że chce kontynuować, nie miała już wątpliwości. Nie obchodziło ją, że znajdują się w szkolnej łazience, do której w każdej chwili ktoś mógł wejść (chociaż wydawało jej się, że w którymś momencie Torvald zamknął drzwi zaklęciem), ani że rodzice byliby nią zawiedzeni, gdyby się o tym dowiedzieli. Nie, to wszystko nagle stało się całkiem małe i nieważne, nie mieściło się na tej nowej, dziwnej planecie, na której się znaleźli. Tak samo nieistotny wkrótce stał się jej sweter, który wypadł poza orbitę ich planety i zginął gdzieś w odległym kosmosie, prawdopodobnie pod umywalką. Koszula Torvalda wylądowała w czarnej dziurze po drugiej stronie pomieszczenia. Nieistotne. Liczyło się tylko to przyciąganie, ciepło promieniujące i niego, i z niej samej. Wszystko inne zostało za drzwiami, na innej planecie.

Advertisements
Rozdział jedenasty.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s