Rozdział dziewiąty.

            Gabriel Lyndon z przyzwyczajenia złapał się za nos, kiedy tylko zobaczył przechodzącego korytarzem Torvalda Burke’a. Minęli się bez słowa, ale nie znaczyło to, że Gryfon nie czuł do niego urazy. Od nieszczęsnej bójki minęło już tyle czasu, że powinien o niej zapomnieć, ale zarówno wspomnienie złamanego nosa, jak i rozmowa z Bernardem MacIverem sprawiały, że Lyndon nie mógł sobie na to pozwolić. Do tego jeszcze matka w końcu odpisała na jego list. Nie spodziewał się, że doczeka odpowiedzi – wydawało mu się, że będzie musiał ją sam znaleźć wśród papierzysk w burku ojca. Tymczasem matka napisała, że owszem, jest zaręczony (choć wyraziła przekonanie, że umowa ta może już być nieaktualna, jako że od wielu lat nie utrzymuje kontaktu z rodzicami dziewczyny), ale bynajmniej nie z Sigrid Gamp. Nazwisko, które podała, brzmiało tak obco, że nie był pewien, czy kiedykolwiek je słyszał. Nie był też pewien, czy chce o tym mówić Bernardowi, z którym rozmawiał wcześniej na ten temat i którego obiecał od razu poinformować, gdy tylko dostanie odpowiedź. Bernard chciał mu pomóc zbliżyć się do Sigrid i z niezwykłym entuzjazmem zapewniał, że chętnie pobawi się w swatkę.
Gdyby poznał treść listu – entuzjazm ten niewątpliwie by znikł.
Lyndon postanowił, że zachowa treść listu w tajemnicy, nie da go Bernardowi do przeczytania, a tylko przedstawi własną, streszczoną jego wersję. Taką, która nie wykluczałaby możliwości, że Sigrid jest jego narzeczoną, a jednak nie mówiła niczego wprost – w końcu Gabriel nie był jakimś zakłamanym Ślizgonem. Mógł naginać prawdę, ale przecież nie okłamałby kogoś, kto chce mu pomóc. Nawet dla tak szczytnego celu, jakim było ratowanie księżniczki (cudzej księżniczki, poprawił się w myślach) ze szponów złego smoka.
Przyspieszył kroku, świadom, że był już nieco spóźniony – MacIver czekał na niego przy szklarni od dobrego kwadransa, ale Gabriel nie mógł się zdobyć na to, by pojawić się na spotkaniu bez odpowiedniej wersji wydarzeń. A opracowanie wiarygodnego kłamstwa nie było wcale takie proste.
Kiedy w końcu zjawił się w umówionym miejscu, Bernard rzucił mu pytające spojrzenie. Gabriel wzruszył ramionami i wymamrotał jakieś zdawkowe usprawiedliwienie, które tak naprawdę nie było potrzebne – wiedział, że Krukon czytał jakąś książkę i wcale nie czekał na niego tak niecierpliwie, jak mogłoby się wydawać. Gabriel nie był pewien, co właściwie powinien myśleć o MacIverze – początkowo wydawało mu się oczywiste, że nie chodzi mu nic innego jak tylko o udzielenie pomocy, jednak czasami, kiedy patrzył na niego kątem oka, miał wrażenie, że Krukon przygląda mu się ze źle skrywaną niechęcią. Jednak skąd mogłaby się ona brać? Przecież to nie Gabriel chciał z nim współpracować, inicjatywa wyszła od Bernarda. Czemu miałby coś takiego proponować, jeśli wcale nie był zainteresowany pomaganiem Gryfonowi?
– Dostałem list – powiedział Gabriel, mając nadzieję, że to go wyrwie z ponurych rozmyślań o motywach, jakie kierują Bernardem.
Bernard schował księgę i wykonał dłońmi gest, który miał oznaczać, że czeka, aż Gabriel powie coś jeszcze. Lyndona niezwykle irytowało takie zachowanie. Mógł zrozumieć, że Krukon nie był najbardziej rozmowną osobą, jaką kiedykolwiek spotkał, ale naprawdę nic by mu się nie stało, gdyby powiedział chociaż jedno słowo świadczące o tym, że jest zainteresowany tym, co Gabriel ma mu przekazać. Ale nie, ich konwersacje ograniczały się w znacznym stopniu do Gabrielowego mówienia i Bernardowych gestów.
Lyndon westchnął i, uznawszy, że to jednak nie najlepszy moment na uczenie MacIvera manier, po prostu przedstawił mu przygotowaną wcześniej wersję wydarzeń – opowiedział o liście od matki, w którym rzekomo przyznała, że przeszukała wszystkie dostępne dokumenty, ale znalazła tylko kilka starych zapisków, które potwierdzały, że tak, Gabriel był zaręczony, ale nie zawierały informacji o nazwisku rodu, z którego miała pochodzić jego narzeczona. Matka jednak – jak dalej relacjonował Lyndon – była pewna i mogła założyć się o cały ich majątek, że dziewczyna była w tym samym wieku co Gabriel i na pewno była w Hogwarcie. No i była arystokratką. Lyndonowi wydawało się, że to wystarczająco zawęża obręb poszukiwań – ostatecznie ile prawdziwych arystokratek można było jeszcze znaleźć w zamku? Nawet wśród Ślizgonek zdarzały się takie, które pochodziły z rodzin mugolskich. Wydawało mu się, że mógłby zliczyć wszystkie arystokratki na palcach jednaj ręki. Nawet gdyby stracił palec czy dwa.
Bernard popatrzył na niego uważnie. Wiedział, że matka Lyndona nie jest w najlepszym stanie i udzielona przez nią odpowiedź – która mogła wcale nie nadejść, i to brał pod uwagę – mogła być rozczarowująca, ale to, co przedstawił Gabriel, rozczarowało go znacznie bardziej niż brak odpowiedzi. Krukon bowiem, jak przystało na przedstawiciela tego domu, potrafił dodawać dwa do dwóch. Pamiętał doskonale, że Gabriel dawał mu do wglądu list, zanim go wysłał, teraz jednak nie pokazał odpowiedzi. Oczywiście, mógł mieć ku temu inny powód. Dlatego właśnie Bernard zapytał wprost, czy mógłby sam tę odpowiedź przeczytać. Kiedy spotkał się z pospieszną i nieco bełkotliwą odmową, wiedział już, że coś jest nie w porządku.
Gabirel również to wiedział – zdawał sobie sprawę, że odpowiedział za szybko. Nie przygotował się na taki rozwój wydarzeń i nie przećwiczył odpowiedniej kwestii, a pytanie Krukona go zaskoczyło. Spodziewał się, że historyjka, którą przedstawił, będzie w pełni satysfakcjonująca i będą mogli zacząć wspólnie zastanawiać się, która z obecnych na zamku arystokratek jest przyszłą panią Lyndon. Wytypowanie tylko jednej byłoby niemożliwe, więc nie mogli wykluczyć Sigrid, a to z kolei oznaczało, że MacIver pomógłby mu wyrwać ją z objęć Burke’a. Wiedział, że nie powinien się mieszać w jej życie, skoro to nie z nią jest zaręczony (o ile jest zaręczony z kimkolwiek – wiedział, że musi tę sprawę wyjaśnić, gdy tylko wróci do domu), ale nie mógł przestać myśleć o smutku czającym się w jej oczach. Wiedział, że ten Ślizgon nie nadaje się na jej narzeczonego i powinna to w końcu zobaczyć; nawet jeśli nie rzuci się potem w Gabrielowe ramiona, to nie oznacza, że nie powinien jej pomóc.
Bernard tymczasem jeszcze raz przyjrzał się skomplikowanej grze w szachy, jaką właśnie rozgrywał w umyśle. Wiedział, że jeśli chce dopiąć swego i zdemaskować Burke’a, będzie musiał współpracować z Lyndonem – gdyby coś poszło nie tak, to gniew Sigrid rozłoży się na nich dwóch. Albo wręcz tylko na Gryfona. MacIver nie chciał zachowywać się tak… ślizgońsko, ale przyjaźń z Sigrid była dla niego ważniejsza. Dla jej dobra, dla dobra całej rozgrywki mógł poddać pionka i udawać, że wierzy Gabrielowi. Właściwie taka sytuacja miała swoje plusy, był niemal pewien, że to nie gadatliwy Gryfon jest tajemniczym narzeczonym panny Gamp. Momentami zastanawiał się, czy ten narzeczony na pewno istnieje, czy nie rozmyślił się, wyjechał lub umarł już lata temu – w końcu nikt o nim nie słyszał nic ponad to, że istnieje. Czy to wszystko mogło być tylko grą państwa Gamp, mającą na celu… co właściwie? Przecież nie przyciągnięcie innego narzeczonego, owszem, zakazany owoc kusił najbardziej, ale przecież poruszali się oni w takich sferach, że wywołanie skandalu – a romans zaręczonej panienki z kimkolwiek byłby skandalem – nie pomogłoby ich wizerunkowi. Czy zatem chodziło o zachowanie Sigrid w czystości? Ale po co, jeśli nie istnieje żaden narzeczony? Nie, jakkolwiek Bernarda cieszyłby brak narzeczonego, był niemal pewien, że on istnieje i tylko czeka, by porwać Sigrid i dać jej wszystko to, czego on, MacIver, nie mógłby jej dać. Poza uczuciami, rzecz jasna. Bernard był pewien, że darzy ją jakimiś ciepłymi uczuciami, choć nie chciał przyglądać im się bliżej; były nieistotne, skoro Sigrid i tak nie mogła się o nich dowiedzieć.
– Powinniśmy w takim razie skupić się na przynajmniej kilku arystokratkach – powiedział w końcu Bernard, przełamując ciszę. – Na pewno nie wiesz o niej nic więcej?
– Na pewno. – Gabriel zamyślił się. Może powinien jednak wymyślić coś, co skierowałoby uwagę McIvera tylko na Sigrid, ale jednocześnie nie wskazywało na nią zbyt bezpośrednio? Oczywiście, nie mógł powiedzieć wprost, że chodzi o nią, to byłoby kłamstwo. Do tego kłamstwo, które bardzo szybko wyszłoby na jaw.
– W takim razie musimy przyjrzeć się pochodzeniu kilkunastu naszych koleżanek – rzucił spokojnie Bernard, przyglądając się uważnie swojemu rozmówcy. Był niemal pewny, że zaraz usłyszy protest.
I nie pomylił się.
Gryfon zaczął szybko wymieniać powody, dla których nie ma powodu brać pod uwagę wszystkich dziewcząt z ich rocznika; o ile niektóre powody miały sens – jak na przykład stwierdzone pochodzenie mugolskie – o tyle innym go brakowało; zwłaszcza argumentowi, którego Gabriel użył, kiedy wymieniał jedną Puchonkę: „jest za brzydka, żeby być moją narzeczoną”. MacIver musiał stłumić śmiech; wiedział, że Lyndon nigdy nie grzeszył inteligencją, ale w czasie tej rozmowy bił samego siebie na głowę. Może powinien rozważyć karierę komika zamiast… Bernard właściwie nie wiedział, jaką drogę chciał obrać w przyszłości jego kolega i nagle poczuł się z tego powodu źle. Oczywiście, ich zasadniczym wspólnym tematem były arystokratyczno-mariażowe knowania, ale nie oznaczało to, że nie powinni traktować się jak cywilizowane istoty ludzkie.
Kiedy jednak Bernard zadał Gabrielowi to jakże palące pytanie, ten popatrzył na niego, jakby Krukonowi właśnie urosła druga głowa.
– O czym ty bredzisz? – zapytał, patrząc na niego ze zdziwieniem. Nie miał pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana tematu, ale miał nadzieję, że nie odpowiadało za nią w żaden sposób jego bredzenie. Niespecjalnie zwracał uwagę na to, co mówił, kiedy tylko zauważył, że Bernard słucha go tylko jednym uchem.
– Skoro już ci pomagam, to z równym powodzeniem mogę o to zapytać – wyjaśnił spokojnie MacIver. – Jeśli o mnie chodzi, to planuję zostać Niewymownym. Słyszałem co nieco o Departamencie Tajemnic i wydaje mi się, że prowadzone w nim badania są niezwykle interesujące.
Lyndon patrzył na niego, jakby wyrosła mu już nie tylko druga, lecz także trzecia głowa. Nie miał pojęcia, po co mieliby się wymieniać takimi informacjami, skoro nawet za sobą specjalnie nie przepadali.
– Świetnie, stary, naprawdę, ale… – zaczął Gabriel, choć nie bardzo wiedział, co powiedzieć dalej. Chciał jak najszybciej wrócić do przerwanego tematu, dowiedzieć się czegoś o Sigrid albo chociaż zaplanować jakąś akcję ratunkową. Był człowiekiem czynu i takie mówienie o niczym niespecjalnie go interesowało, zwłaszcza, że sam nie miał sprecyzowanych planów na przyszłość, więc rozmowa z MacIverem na temat Ministerstwa Magii, ba, rozmowa na niemal każdy temat, wydawała mu się stratą czasu. Należy przy tym pamiętać, że Gabriel nie był nieuprzejmy, po prostu szanował czas innych; i choć sam lubił mówić, zdawał sobie sprawę, że większość tego typu rozmów prowadziła do nikąd. A oni przecież nie mieli do dyspozycji dużo czasu.
W tym miejscu przed oczyma Lyndona stanęła wizja iście piekielna – oto być może w tym czasie Sigrid jest zmusza do Merlin wie czego przez tego potwora. Szantażowana i zastraszana, to jasne. Zdecydowanie powinni zainterweniować jak najszybciej, więc Bernardowe rozmówki o przyszłości były stanowczo nie na miejscu.
Krukon spojrzał na niego, jakby Gabriel właśnie wiele stracił w jego oczach. Prawda była taka, że od początku Bernardowa opinia o Gryfonie nie była najlepsza, więc i jego zachowanie nie miało na nią większego wpływu. Po prostu nie był w stanie zrozumieć, dlaczego nie może poświęcić ani chwili na cywilizowaną rozmowę. Przecież nawet jeśli przestaną tańczyć wokół całej sprawy jak dwa żurawie w czasie godów, to i tak nie zrobią dziś żadnego konkretnego kroku w kierunku uświadamiania Sigrid, jakie są prawdziwe intencje Torvalda.
Tu właśnie Gabriel i Bernard różnili się najbardziej – choć obaj zgadzali się, że trzeba w jakiś sposób rozdzielić Sigrid i Torvalda, to jednak każdy miał swoją wizję. Bernard, rozmiłowany w szachach i książkach, wolałby podejście przemyślane, zaplanowane, którego ryzyko byłoby dokładnie wyliczone i zminimalizowane. Gabriel, żywiołowy i spontaniczny, najchętniej od razu pobiegłby do zamku, żeby znaleźć Sigrid i wykrzyczeć, że… No właśnie. Nie miał nic konkretnego do wykrzyczenia – dlatego potrzebował Bernarda i jego planu. Planu, który jeszcze nie powstał.
Lyndon pokręcił głową. Powinien zachowywać się inaczej, w końcu to jemu zależało na pomocy MacIvera, który zgodził się tej pomocy udzielić tylko dlatego, że troszczył się o swoją przyjaciółkę. W każdej jednak chwili mógł się wycofać i zostawić Gabriela samego. A na to Gabriel nie chciał pozwolić, głównie dlatego, że naprawdę chciał pomóc pannie Gamp. Szczerze wierzył, że dzięki jego działaniom odnajdzie ona właściwą drogę i szczęście u boku swojego prawdziwego narzeczonego. A do tego czasu on, Gabriel Lyndon, będzie się nią opiekował. W końcu dziewczyna o tak smutnych oczach musi potrzebować opieki.
Bernard też dostrzegał smutek, który czasami pojawiał się w oczach Sigrid, ale nie traktował go aż tak poważnie jak Gabriel. Bardziej niepokoił się, kiedy panna Gamp promieniowała radością – i to taką, której nigdy wcześniej nie widział. Była uśmiechnięta. Przez Burke’a. Bernardowi wydawało się to niepojęte; oczywiście cieszył go dobry nastrój Sigrid, ale coś zimnego chwytało go za gardło, ilekroć myślał o Torvaldzie. Wiedział, że Ślizgon coś knuje i że za tę radość przyjdzie Sigrid jeszcze drogo zapłacić, dlatego powinna jak najszybciej wrócić do wcześniejszego stanu umiarkowanego zadowolenia… i, rzecz jasna, do wieczorów w bibliotece.
Kiedy obaj przemyśleli już swoje pobudki, a Gabriel nie mógł wytrzymać dłuższego siedzenia w ciszy, przeszli do opracowywania planu. MacIver przedstawiał informacje w odpowiednim świetle, Lyndon ochoczo przytakiwał i usilnie starał się z niczym nie zdradzić. Obaj mieli coś do ukrycia i niezwykle zależało im na tym, by nie zwrócić uwagi swojego rozmówcy na pewne nieścisłości, które mógłby dostrzec uważny słuchacz. Jednak obaj za bardzo skupiali się na sobie, by wsłuchać się w słowa rozmówcy. Chcieli dojść do porozumienia i jak najszybciej zacząć działać.
MacIver ostatecznie zgodził się, że należy naciągnąć nieco fakty i pozwolić Sigrid myśleć, że Gabriel jest jej narzeczonym. Musiał też powstrzymać Gryfona, który od razu chciał biec do zamku i zacząć jej szukać, żeby przekazać dobre nowiny. Plan, jak wytłumaczył, wymagał subtelności i trzeba było o pewnych rzeczach nie mówić wprost. Oczywiście, powinni poruszyć ten temat, ale na tyle dyskretnie, by sama mogła do takiego wniosku dojść. Bernard obiecał, że będzie przyglądał się jej procesowi wnioskowania, pod warunkiem, że Gabriel nie będzie próbował na nią w żaden sposób wpłynąć. Kiedy Sigrid będzie gotowa, sama z nim porozmawia.
Gryfon nie był szczególnie zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale doszedł do wniosku, że kiedy już MacIver wykona swoją część zadania i przekona pannę Gamp do rozstania się w Torvaldem, wtedy będzie mógł wkroczyć do akcji i sam się nią zaopiekować.
Krukon tymczasem planował zaszczepić w Sigrid ziarno niepokoju (uzasadnionego, jak sobie powtarzał, w końcu nie mogli wiedzieć, czy jej prawdziwy narzeczony nie znajduje się gdzieś w zamku; jeśli tak, to ktoś powinien dbać o jej wizerunek), ale nie dopuścić do tego, by uwierzyła, że jest zaręczona z Lyndonem. To wystarczy, żeby przestała zadawać się z tym Ślizgonem, a to z kolei w zupełności Bernardowi wystarczało.
Doprecyzowali jeszcze pewne szczegóły, uzgodnili ostateczną wersję i pożegnali się, niespiesznie ruszając w stronę zamku – w takiej odległości, by nikomu nie przyszło do głowy, że ze sobą rozmawiali. W końcu właśnie uknuli sprytny plan, ludzie nie powinni się dowiedzieć, że ze sobą współpracują. Oczywiście obaj mieli zamiar w tym czy innym punkcie nagiąć wspominany plan dla własnej korzyści. Równie jasne wydawało się też, że nawet gdyby zostali zauważeni, to nikt nie podejrzewałby ich o nic, bo ludzie zwyczajnie nie byli zainteresowani romansem, którego nie było. A przynajmniej większość ludzi – ktoś bowiem słyszał część ich rozmowy i nie mógł się doczekać chwili, w której będzie mógł się podzielić zdobytymi informacjami.

Advertisements
Rozdział dziewiąty.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s