Rozdział dziesiąty.

Johan Gamp był niezwykle podekscytowany. Od pewnego czasu jego życie stało się naprawdę ekscytujące – głównie za sprawą Torvalda Burke’a, który nie tylko zauważył jego istnienie, ale zaczął z nim rozmawiać. Johan wierzył, że miejsce w drużynie miał w kieszeni – w końcu jego nowy przyjaciel będzie musiał się za nim wstawić. Bo tak, uważał Torvalda za przyjaciela. Starszy Ślizgon natomiast nie protestował, co sprawiło, że wybujała wyobraźnia Johana podpowiadała mu, jak wspaniała przyszłość go czekała. Jego idol mężem Sigrid! To by było coś, naprawdę. Oczywiście Burke nie powiedział ani słowa na ten temat, ale Johan rozumiał, że to temat, który podpadał pod kategorię „sprawy dorosłych” i nie powinien go poruszać. Jednak kiedy patrzył na swoją siostrę, domyślał się, że coś musi być na rzeczy. Do tego jeszcze troska Torvalda o to, by był przedstawiany w listach do rodziców w jak najlepszym świetle… Tak, to wszystko musiało się jakoś łączyć.
Oczywiście przeglądanie listów przez Burke’a oznaczało, że Johan miał więcej pracy – musiał potem nanosić poprawki, usuwać wskazane fragmenty lub zastępować je innymi, a przy okazji walczyć z ortografią, z którą Torvald radził sobie niewiele lepiej od niego. Gamp jednak nie narzekał, nawet jeśli musiał poświęcić trochę więcej czasu na te obowiązki teraz, to był pewien, że w przyszłości mu się to zwróci.
O ile, rzecz jasna, wszystko pójdzie po jego myśli. Musiał przyznać, że nabrał pewnych wątpliwości, kiedy otrzymał dość długi list od matki. Na ogół nie odpowiadała na jego doniesienia lub pisała zdawkowe potwierdzenie, że list dotarł. Tym razem jednak odpisała i Johana przeszywał starach na samą myśl, co może zawierać pergamin pokryty niewielkimi literkami z powykręcanymi na wszystkie strony ogonkami i całkiem zbędnymi pętelkami. Pismo matki było tak samo wystudiowane i sztuczne jak ona sama i być może to także wzbudzało w Johanie pewien niepokój: nigdy nie wiedział, czego spodziewać się po matce, więc skąd miał wiedzieć, czego spodziewać się po liście od niej?
Wiedział, że nie może odkładać przeczytania go w nieskończoność; nie powinien też prosić nikogo, by zrobił to za niego. Zresztą – kogo mógłby poprosić? Sigrid, która nie powinna wiedzieć o niczym? Jednego z kolegów, którzy od razu by go wyśmiali? Torvalda, który nie wiadomo jak by zareagował? Jasne, Johan i tak będzie musiał mu opowiedzieć o treści listu od matki, ale nie był pewny, czy chce przyznawać się przed swoim idolem, że boi się sprawdzić, co napisała jego własna rodzicielka. Strach ten był całkowicie irracjonalny, jako że pani Gamp nie mogła przecież napisać o niczym tak koszmarnym, by Johan powinien się tego bać, ale sam fakt, że poświęciła czas na napisanie czegokolwiek…
Johan westchnął ciężko i otworzył list. Głęboko wierzył, że szybkie zrywanie plastrów sprawia, że odczuwa się mniejszy ból, więc być może szybkie przeczytanie listu będzie mniej straszne niż powolne przyglądanie się każdej literce.
Pospiesznie przebiegł wzrokiem cały tekst i odetchnął z ulgą. Nikt nie umarł, a matka nie domagała się głowy Torvalda na srebrnej tacy. Nie było żadnego poważnego niebezpieczeństwa. Może poza… Johan zamrugał, jakby nie był pewien, czy dobrze przeczytał. Matka nakazywała mu dopilnować, by Sigrid odpisała na list, który dostała kilka dni temu. List ten, choć niepodpisany imieniem i nazwiskiem, został wysłany przez jej narzeczonego i kategorycznie wymagał odpowiedzi – w przeciwnym razie mogło dojść do jakichś nieporozumień, a przecież ona, pani Gamp, nie mogła do tego dopuścić. Dlatego właśnie Johan miał dopilnować, by jego siostra jak najszybciej odpisała. Jej list mógł zostać przesłany do domu, pani Gamp zapewniała, że z radością przekaże go adresatowi.
Czyli prawdziwemu narzeczonemu Sigrid. Johan rzecz jasna wiedział, że to nie Torvald jest jego przyszłym szwagrem, ale liczył na to, że jednak w jakiś sposób się to zmieni. Teraz jednak, kiedy trzymał w rękach list od matki, ogarnęły go wątpliwości. Prawdziwy narzeczony istniał – i czekał na odpowiedź! Co miał w takiej sytuacji zrobić, co powiedzieć Burke’owi? Do tego miał wrażenie, że list matki wręcz krzyczy „szybciej, szybciej”. Nie było czasu, naprawdę nie było, i Johan poczuł, że się dusi. Od początku nie chciał się mieszać w ten dziwny układ między Sigrid a panią Gamp, nie chciał szpiegować siostry i pisać listów, w których opisywał jej poczynania, ale matka go przekonała przy pomocy odpowiednich argumentów. Przez jakiś czas nawet nieźle się bawił, ale teraz poczuł, że nawet otrzymana od matki ilość złota nie rekompensuje mu stresu związanego z pisaniem tych listów.
W końcu uznał, że może zrobić tylko jedną rzecz – zwróci się o pomoc do swojego idola. Torvald tyle czasu spędzał z Sigrid, że niewątpliwie wiedział, jak zareagowała na ten list i co on, Johan, powinien zrobić, żeby nie stracić szansy na bycie szwagrem Burke’a.
Odnalazł go na boisku do quidditcha i z pewną ulgą zauważył, że Sigrid nie było w okolicy. Wiedział, że czasami przychodziła na treningi, żeby posiedzieć na trybunach i jednym okiem czytać księgę, a drugim – obserwować poczynania Torvalda. Johan w pełni ją rozumiał, bo sam niezwykle rzadko przepuszczał treningi; uwielbiał obserwować, jak wszyscy poruszają się nie miotłach, zapamiętywać ich ulubione zagrywki i wyobrażać sobie, że już we wrześniu będzie latał razem z nimi.
Burke popatrzył na niego wyczekująco, gdy tylko zmęczony biegiem Johan wysapał, że ma do niego ważną sprawę. Nie miał pojęcia, o co mogło chodzić, ale tego dnia wyjątkowo się spieszył. Był wtorek, a to znaczyło, że Sigrid już skończyła zajęcia i powinna na niego czekać w umówionej sali.
– Dostałem list – powiedział, całkiem nieświadomy, że niecałą godzinę później te same słowa padną z ust pewnego Gryfona, który spotkał się przy pewnej szklarni z pewnym Krukonem.
– Też mi się to zdarza. I? – odpowiedział Burke, ani na chwilę nie zatrzymując się w drodze do szatni. Co mogło być na tyle ważnego, by rezygnował z planów na to popołudnie?
– Chodzi o to, że matka odpisała. Podobno ten narzeczony Sigrid, no wiesz, prawdziwy narzeczony, napisał do niej!
Torvald zatrzymał się tak gwałtowanie, że młody Gamp aż się z nim zderzył. Oczywiście wiedział, że Sigrid dostała taki list, ale udało mu się przejąć kontrolę nad całą sytuacją. Miał nadzieję, że wspomniany narzeczony – kimkolwiek był – działał bez porozumienia z rodziną Sigrid i nie przyzna się nikomu do tego, że nie otrzymał odpowiedzi. W końcu nie świadczyło to najlepiej zarówno o dziewczynie, która nie odpisała, jak i – a może przede wszystkim – o nim: widać napisał tak nudny list, że nikomu nawet nie chciało się na niego odpowiadać. Jeśli jednak matka Sigrid wiedziała, to wszystko wyglądało nieco inaczej.
– I co w związku z tym? – zapytał z pozornym spokojem Burke.
– Matka chce, żeby mu odpisała, muszę jej odesłać odpowiedź – wyjaśnił Johan, patrząc smętnie na swojego idola. Był pewien, że Torvald nie będzie z tego powodu zadowolony, ba, sam nie był zadowolony, więc jak mógłby się spodziewać, że ktoś, komu taki list krzyżuje wszystkie plany, będzie? Dlatego właśnie zdziwił się, kiedy Burke się uśmiechnął.
– Tylko tyle? – zapytał, nieco przyspieszając. Spodziewał się czegoś gorszego; konieczność napisania jednego listu była co najwyżej drobną niedogodnością. Miał w końcu wystarczająco dużo próbek charakteru pisma Sigrid, by sobie z tym poradzić.
Johan poczuł nagle, jakby z jego barków został zdjęty niewyobrażalny ciężar. Jeśli Torvald uznał, że to nie problem, to dlaczego on miałby się martwić? Jego zadaniem było tylko dopilnowanie, by Sigrid odpisała, a jeśli Burke sam tego dopilnuje – tym lepiej. Nie chciał zaprzątać sobie tym głowy, jeśli nie musiał.
– Właściwie tak – wymamrotał Johan, ale kiedy zauważył, że Torvald pytająco uniósł brew, dodał: – Chciała też, żebym dokładniej opisał wszystkich znajomych Sigrid, ale myślę, że sam opis MacIvera i Lyndona by wystarczył, bo…
Burke zatrzymał się przy drzwiach prowadzących do szatni i przyjrzał się Johanowi. Wiedział, że pani Gamp nie chodzi o Bernarda i Gabriela, którym poświęcana była znaczna część każdego listu; nie, musiało chodzić o niego. Tym razem nie przemawiała przez niego próżność, był po prostu pewien, że jego nazwisko, które padało rzadko, ale regularnie, musiało w końcu wzbudzić zainteresowanie arystokratki. Może nawet próbowała się czegoś na jego temat dowiedzieć, ale nawet gdyby tak było, nie usłyszałaby nic konkretnego. Taki natłok ogólników niewątpliwie musiał w końcu zirytować kogoś, kto tak desperacko próbował sprawować pełną kontrolę nad życiem córki. Wiadomo, że trudniej jest walczyć z nieznanym, a Ślizgon był pewny, że o walkę tu właśnie chodziło. W końcu wkraczał na cudze terytorium, a teraz, kiedy najwyraźniej narzeczony panny Gamp się zainteresował jej losem, było to wysoce niewskazane.
– W takim razie opisz ich porządnie, a ja zajmę się jeszcze jednym elementem, który trzeba będzie zawrzeć w tej odpowiedzi – stwierdził, przyglądając się Johanowi. Nie był pewien, czy młody Gamp zdaje sobie sprawę z tego, o co naprawdę chodzi jego matce. Bo przecież nie o ulubiony napój czy preferowany kolor skarpetek.
– Jeszcze jednym? – zdziwił się Johan; wydawało mu się, że matka domaga się takich informacji, które mogłyby pogrążyć osobę, której dotyczyłyby. Przecież to niemożliwe, żeby Burke sam z siebie oferował informacje, które mogłyby mu zaszkodzić.
– Tak, tym najważniejszym. Mną – odpowiedział jednak Torvald, posyłając mu iście hollywoodzki uśmiech, który był równie zachwycający, co sztuczny.
Johanowi to jednak wystarczyło. Był przekonany, że Burke lepiej od niego zna zasady gry, w którą grali z panią Gamp, z tajemniczym narzeczonym Sigrid, a kto wie, może i z samą Sigrid. Nie przeszkadzało mu to specjalnie, wolał podporządkować się Torvaldowi nie tylko ze względu na miejsce w drużynie quidditcha, lecz także – choć do tego nie chciał przyznawać się przed nikim – dlatego, że w ten sposób rezygnował z części odpowiedzialności. Nie musiał się zastanawiać, czy jego listy do matki mogą zniszczyć życie Sigrid, nie musiał filtrować przekazywanych informacji, to nie były już jego decyzje. Oczywiście, początkowo gorliwie informował matkę o wszystkim, ale z czasem zaczął to i owo pomijać, by w końcu znaleźć się w niewygodnej sytuacji. Nie chciał dłużej pisać do matki, nie chciał szpiegować Sigrid – częściowo dlatego, że było to nudne, częściowo zaś dlatego, że w końcu dotarło do niego, że to nie zabawa, że jego słowa mają wpływ na czyjeś życie, wpływ większy niżby chciał. Właśnie w chwili takiego zwątpienia zwierzył się Burke’owi ze wszystkiego, a on obiecał, że pomoże mu z ciężarem, który państwo Gamp złożyli na barkach swego syna.
– Mógłbyś załatwić dla mnie kilka drobnych spraw, zanim zaczniesz pisać? – zapytał Torvald, wyrywając Johana z zamyślenia. Nie była to prośba niecodzienna, młody Gamp rewanżował się za pomoc przy pisaniu listów różnymi drobnymi przysługami. Nie przeszkadzało mu to szczególnie, i tak wolał w jakiś sposób pomagać Torvaldowi, niż siedzieć z kolegami z rocznika i grać w eksplodującego durnia albo rozmawiać o najnowszym modelu miotły.
Kiedy więc pokiwał głową, Burke wyciągnął z kieszeni nieco pomiętą listę rzeczy, których potrzebował. Johanowi nieco zrzedła mina, kiedy zorientował się, że znów będzie się musiał włamywać do szklarni. Nadal miał siniaki po poprzednim włamaniu – nie miał pojęcia, że pewne gatunki roślin mogą być aż tak agresywne.
– Nie prościej byłoby zamówić sową? – zapytał, choć bez przekonania. Prawdę mówiąc, jeszcze nigdy nie widział, żeby Torvald cokolwiek kupował. Nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że Burke nie ma grosza przy duszy, choć stara się pozować na człowieka interesu. Oczywiście nigdy nie powiedziałby nic o swoich przypuszczeniach.
– Nie, klient musi to mieć na wczoraj – mruknął Torvald, jakby zmęczony rozmową z Johanem. Prawda była taka, że chciał jak najszybciej znaleźć się w zamku, gdzie czekała na niego znacznie ładniejsza połówka rodzeństwa Gampów.
I zniknął w szatni, pozostawiając Johana samego z listą roślin, które miał zdobyć w szklarniach i na obrzeżach Zakazanego Lasu.
Gamp westchnął i ruszył w kierunku pierwszej szklarni; wiedział, że jeśli się pospieszy, to ma szanse jeszcze zdążyć na kolację. Zwłaszcza że tym razem musiał włamać się tylko do dwóch szklarni – gdyby znów musiał odwiedzić trzy, nie miałby szans na żaden posiłek. Oczywiście Johan nie czuł się najlepiej z myślą, że musiał dokonywać włamań. Nawet nie dlatego, że źle się czuł ze świadomością, że okradał szkołę; nie, bardziej bolał go fakt, że musiał to robić osobiście. Zdecydowanie wolałby wysłać po te roślinki jakiegoś skrzata albo zastraszonego pierwszoroczniaka. Nic z tego, Torvald wyraźnie podkreślił, że nikt nie może wiedzieć o tych włamaniach. Zresztą nie nazywał tego włamaniami – czasem mówił o odwiedzinach w szklarni czy spacerach po Zakazanym Lesie, częściej po prostu wymieniał rośliny, które były mu z tych czy innych powodów potrzebne, a zadaniem Johana było domyślenie się, gdzie rosną. Przynajmniej raz w tygodniu Burke pokazywał mu taką listę, dodając, że ma ją spalić albo zjeść, gdy już zdobędzie wszystko, co zostało na niej wyszczególnione. Johan nie protestował, bo włamania sprawiały, że czuł się lepszy od swoich kolegów, czuł się potrzebny, czuł, że zna sekret, którego ujawnienie mogłoby komuś zaszkodzić (nie żeby zdecydował się na ujawnienie czegokolwiek, a skąd), co z kolei sprawiało, że czuł się też potężny. Prawie równy Torvaldowi.
Oczywiście pozostawało jeszcze pytanie, po co Burke’owi były takie ilości różnego rodzaju roślin. Gdy Johan go o to zapytał, usłyszał, że nie wszyscy mają czas lub chęć iść do sklepu, kiedy chcą coś kupić. A potem dodał, że im mniej Gamp wie, tym dla niego lepiej. Zapewnił też, że cały interes jest relatywnie bezpieczny i jeśli Johan chce wiedzieć cokolwiek więcej, będzie musiał bardziej nadstawiać karku. Nie zdecydował się; wystarczyło mu to, co wiedział.
Póki co jednak miał zadanie do wykonania. Potem mógł się zastanawiać, kto przy zdrowych zmysłach był zainteresowany liśćmi mandragory. W takich chwilach Johan był zadowolony, że zielarstwo należało do jego ulubionych przedmiotów – w innym wypadku miałby problem nie tylko z odnalezieniem danej rośliny, lecz także z ustaleniem, co można z niej wyciąć i w jakich ilościach, żeby nie wzbudzić zainteresowania nauczyciela, a także jak dana roślina zareaguje na kontakt z nożem – choć musiał przyznać, że podręczniki często pomijały takie detale jak okładanie napastnika korzeniami czy rzucanie w niego kłączami celem podduszenia.
Miał właśnie przejść z jednej szklarni do drugiej, kiedy usłyszał głosy. Nie miał pojęcia, kto mógłby się znaleźć w tej okolicy, ale spodziewał się, że to nie żadna zakochana para – co prawda był już kwiecień, ale nadal było okropnie zimno. Nagle zaczął żałować, że nie przykładał się nigdy do nauki zaklęcia wyciszającego, niewątpliwie teraz by mu się przydało, mógłby nie zwracać uwagi na to, jak głośno się porusza i jak głośno szeleszczą liście. W obecnej sytuacji – musiał jak najciszej zbliżyć się do źródła głosów i nasłuchiwać, kiedy obaj rozmówcy (był bowiem pewny, że to przedstawiciele płci męskiej) sobie pójdą.
Przez chwilę zaplatał liście jakiejś trawopodobnej rośliny w warkocze, ignorując temat rozmowy, ale w końcu jego uszy wyłapały imię siostry. Zaczął słuchać uważniej, przekonany, że Torvald będzie chciał się dowiedzieć wszystkiego, czego tylko mógł się dowiedzieć. Johan był pewny, że jeden z głosów należał do przyjaciela Sigrid, Bernarda MacIvera, ale drugiego nie mógł rozpoznać. Uznał jednak, że to i tak ważna informacja. Zwłaszcza że Bernard w tej rozmowie wcale nie brzmiał jak przyjaciel Sigrid. Gamp skrzywił się, kiedy zdał sobie sprawę, że Krukon i ten drugi, nieznany mu chłopak planują rozdzielenie Burke’a i Sigrid. Całe szczęście, że on, Johan, był tutaj i wszystko słyszał! Musiał tylko poczekać, aż sobie pójdą, po czym wyjść, wrócić do zamku i znaleźć Torvalda. To było ważniejsze niż zebranie jeszcze kilku roślin.
Nagle Johan poczuł, że coś łaskocze go w dłonie. Spojrzał na nie niepewnie, spodziewając się, że zobaczy tam kilka pająków lub innych owadów. Faktycznie, mógł dostrzec dwa czy trzy owady, które – tu Johan zamknął na chwilę oczy, jakby w nadziei, że kiedy je otworzy, okaże się, że to tylko przywidzenie – piły jego krew. Krew, która płynęła całkiem wartko z ran, których brzegi zrobiły się szmaragdowozielone. Zupełnie jak… Johan z przerażeniem spojrzał w bok. Tak, zupełnie jak liście tej dziwnej trawy, której nazwy nawet nie znał. Czy mogła być trująca? Przecież nie trzymaliby czegoś trującego w szklarni, do której każdy może się włamać, prawda?
Bernard i jego rozmówca pożegnali się i ruszyli w stronę zamku. Johan odetchnął z ulgą i, wkopawszy pojemnik pełen uzbieranych do tej pory liści gdzieś w kąt, ruszył w kierunku wyjścia. Nie miał pojęcia, gdzie położył różdżkę, a pieczenie i swędzenie uniemożliwiały mu koncentrację. Czy trucizna – o ile była jakaś trucizna – krążyła już w jego żyłach?
Z wysiłkiem schował ręce do kieszeni szaty, mając nadzieję, że plamy krwi nie będą widoczne, póki nie znajdzie Torval… pielęgniarki. Czuł, że nie da rady szukać Torvalda w takim stanie. Miał tylko nadzieję, że Burke przyjdzie do skrzydła szpitalnego, jak tylko się o tym wypadku dowie. W końcu Johan miał mu coś do powiedzenia.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s