Rozdział dwunasty.

            Bernard MacIver zajrzał do biblioteki z nadzieją, że znajdzie tam Sigrid, ale odczuł ogromny zawód, kiedy zorientował się, że jej tam nie ma. Właściwie nie był pewny, czemu sądził, że ją tam znajdzie. Ostatnio bywała tam tak rzadko, że zaczął się zastanawiać, czy pamięta jeszcze, gdzie znajduje się hogwarcka biblioteka i jak się z niej korzysta. Miał nadzieję, że tak, bo nie chciał, żeby dostała z owutemów gorsze oceny niżby mogła dostać – tylko dlatego, że za dużo czasu spędzała z tym okropnym Ślizgonem. Musiał ją jak najszybciej znaleźć i przemówić jej do rozsądku. Zaraz, teraz, natychmiast.
Oczywiście przemyślał dokładnie całą rozmowę z Lyndonem i uznał, że póki co najlepszym rozwiązaniem będzie zaszczepienie w Sigrid ziarna niepewności – w końcu wcale jej nie oszuka, kiedy powie, że Burke nie jest jej narzeczonym. Pozwoli Lyndonowi ją przekonywać, a kiedy będzie miał pewność, że odetnie się od znajomości ze Ślizgonem i zacznie się skłaniać ku Gryfonowi – wyjawi jej, że Gabriel też ją oszukał. Zdawał sobie sprawę, że to może złamać jej serce, ale czyż miał inne wyjście? Robił to wszystko dla jej dobra. Poza tym kiedy Sigrid już się przekona, że i Burke, i Lyndon ją oszukiwali, on będzie czekał z otwartymi ramionami. Rzecz jasna, pozostanie mu jeszcze jeden przeciwnik – najgroźniejszy, bo nieznany jeszcze, ale miał nadzieję, że i z jego szponów jakoś uratuje Sigrid. Najlepiej nie plamiąc przy tym jej honoru.
Uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie jej radość. W końcu musiała teraz czuć się strasznie stłamszona i ograniczona przez tylu niewiele wartych mężczyzn. Podobała mu się myśl o tym, że ją uratuje. Nie chciał być rycerzem na białym koniu, który na ślepo szarżuje na smoki – ta rola przypadała Gabrielowi. Nie interesowała go też rola smoka – wszak w tej opowieści były aż dwa: Torvald i nieznany jeszcze narzeczony. Nie, całkowicie odpowiadała mu rola giermka, który ostatecznie wygrywa rękę królewny. Pół królestwa też go nie interesowało. Nie musiał mieć lśniącej zbroi, nie musiał być na pierwszym planie – wystarczyła mu świadomość, że kiedy to wszystko już się skończy, to on wygra tę grę.
Zajrzał jeszcze do Wielkiej Sali, ale i tam Sigrid nie było. Zastanawiał się, czy powinien zacząć się martwić – nie widział jej na kolacji. Mógł zrozumieć, że zrezygnowała z tak częstych wizyt w bibliotece, ale jej nowe, niezdrowe nawyki żywieniowe zaczęły go martwić. Na pewno ten drań, Burke, postanowił ją w jakiś sposób zmienić i biedna Sigrid musiała zrezygnować z kolacji.
Potrząsnął głową. Nie, to brzmiało za bardzo jak jeden z idiotycznych pomysłów Gabriela. Najwyraźniej spędził z nim za dużo czasu i jego dziwny sposób bycia udzielił się Bernardowi. Przecież to absolutnie idiotyczne. Znał Sigrid tyle lat i wiedział, że była dobrze wychowaną, rozsądną dziewczyną, na pewno nie zgodziłaby się na coś takiego. Na pewno nie zgodziłaby się też na inne rzeczy, o które i on, i Gabriel się martwili – choć żaden nie powiedział tego na głos. Burke mógł próbować ją zdeprawować, ile mu się żywnie podobało, ale MacIver był pewny, że nic mu z tego nie wyjdzie. Miała swoje zasady, a poza tym bała się zawieść oczekiwana rodziny – nie zrobiłaby nic, co mogłoby wywołać skandal. Nie chciałaby żadnego skandalu. Ba, nie chciałaby, żeby mówili o niej na salonach, nawet gdyby prawili jej same komplementy.
Bernard nie znał się specjalnie na salonowych pogaduszkach, ale potrafił docenić, że Sigrid nie interesuje zabieganie o względy innych arystokratów, nie szuka podziwu. Wydawało mu się, że – podobnie jak w jego przypadku – chodzi jej tylko o realizację marzeń, o podjęcie pracy, w której by się realizowała, i założenie szczęśliwej rodziny. W końcu czego więcej można pragnąć? Oczywiście, na pewno Lyndon i Burke by się nie zgodzili – obaj wyglądali jak ludzie z nieodpowiednio zaplanowaną przyszłością. Dlatego właśnie na końcu to on, Bernard, dostanie dziewczynę.
Zniechęcony bezowocnymi poszukiwaniami, wrócił do pokoju wspólnego i postanowił poczekać na Sigrid siedząc w wygodnym fotelu z książką w ręku. W końcu było już dość późno, na pewno właśnie kończyła douczanie Burke’a i już niedługo wróci do pokoju wspólnego Krukonów, gdzie będzie mogła odpocząć. I porozmawiać z nim, to jasne.
Zajął fotel, z którego widać było zarówno wejście do pokoju wspólnego, jak i wejście do dormitorium dziewcząt – nie było możliwości, żeby Sigrid przemknęła się koło niego niezauważona. Dla pewności co kilka stron podnosił głowę znad książki i zerkał na wielki zegar stojący w kącie, a także rozglądał się wokół, jakby spodziewał się, że któryś z pozostałych uczniów nagle krzyknie „Nadchodzi Sigrid Gamp, patrzcie!” i zza sofy wyskoczy cały tłum osób chcących z nią porozmawiać.
Wskazówki zegara powoli się przesuwały, aż w końcu wskazały godzinę, która sprawiła, że włos zjeżył się na głowie Bernarda. Za pięć minut miała zapaść cisza nocna, a Sigrid nadal nie wróciła. Nie miał pojęcia, co ją zatrzymywało, ale oczyma wyobraźni widział przez chwilę jej zwłoki w jednej z hogwarckich łazienek i stojącego nad nimi Burke’a. Szybko jednak uznał, że to niedorzeczne – jakie korzyści odniósłby Burke, gdyby zabił jedyną osobę, której zależy na jego ocenach z owutemów? Idiotyzm, naprawdę. Skąd mu to w ogóle przyszło do głowy. Za dużo czasu spędzał z Lyndonem, zdecydowanie.
W końcu wybiła dwudziesta druga, a Bernard zrozumiał, że coś się stało. Nie, nie sądził, żeby Sigrid była martwa lub nawet w jakikolwiek sposób ranna. Nie chodziło o żadną zmianę fizyczną. Zmiana ta zaszła w jej psychice i sprawiła, że Sigrid, jaką znał przez te wszystkie lata, najwyraźniej przestała istnieć. Jego Sigrid nigdy, przenigdy nie pozwoliłaby, żeby ktoś ją zobaczył poza pokojem wspólnym po zapadnięciu ciszy nocnej. W końcu mogłaby dostać za to szlaban – a jeszcze nigdy nie dostała żadnego. Na pewno nie chciała tego zmieniać teraz, kiedy tylko kilka miesięcy dzieliło ich od ukończenia szkoły.
W pokoju wspólnym nie było już niemal nikogo – większość uczniów wolała położyć się wcześniej spać albo porozmawiać z przyjaciółmi w zaciszu dormitoriów – więc z łatwością usłyszał kroki. Z nadzieją spojrzał w kierunku osoby, która właśnie się do niego zbliżała. Tak, była to Sigrid, ale nie wyglądała tak jak zwykle – spodziewał się, że po tylu godzinach douczania Burke’a będzie wykończona i prawdopodobnie nie będzie miała siły zamienić z nim więcej niż trzech zdań. Tymczasem panna Gamp podeszła do niego żwawym, sprężystym krokiem i uśmiechnęła się szeroko, siadając w fotelu obok.
– Cześć, Bernie – rzuciła, używając zdrobnienia, za którym nie przepadał. Zwykle starała się go nie używać.
Patrzył na nią, jakby nie był pewny, co odpowiedzieć. Chciał z nią porozmawiać o Gabrielu i o całym tym zamieszaniu z poszukiwaniem narzeczonego, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ona też chce o czymś porozmawiać – i być może przy okazji podzielić się z nim jakimiś informacjami, które potem będzie mógł wykorzystać przeciwko Gabrielowi lub Torvaldowi.
– Czyżby się rozpadało? – zapytał, decydując się na najbardziej neutralne pytanie. W końcu czy rozmowa o pogodzie nie była najbardziej neutralną rozmową, jaką można prowadzić?
Najwyraźniej jednak się mylił, bo Sigrid nerwowo przygładziła włosy. Nie były mokre jak po deszczu, wyglądały raczej, jakby bardzo starała się je zwilżyć i ułożyć, ale użyła za dużo wody. Nie miał pojęcia, co mogło sprawić, że odczuła potrzebę poprawiania sobie fryzury w taki sposób i o takiej porze.
– Nie, chyba nie – odpowiedziała w końcu, na chwilę zapominając o szerokim uśmiechu, który jednak szybko powrócił na jej usta. – Pogoda jest świetna. Wszystko jest świetnie – dodała.
Bernard przełknął głośno ślinę. Co, na różdżkę Merlina, się wydarzyło? Nie miał pojęcia, ale coraz mniej mu się ta sytuacja podobała. Nie dlatego, że nie chciał widzieć Sigrid takiej szczęśliwej, ale wiedział, że coś było nie tak.
Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał odczytać jej myśli. Panna Gamp tylko się do niego uśmiechała, jakby liczyła, że jej uśmiech okaże się zaraźliwy i Bernard sam się uśmiechnie. Cieszył się, że Sigrid jest w takim dobrym nastroju, ale gryzło go, że on nigdy nie był w stanie wywołać na jej ustach tak szerokiego uśmiechu. Może jeśli Burke był w stanie tego dokonać, to…
Nie, nie, Burke był Ślizgonem, a im nigdy nie należy ufać, zwłaszcza nie w tak ważnej sprawie jak zapewnienie szczęścia Sigrid. Cokolwiek się stało, musiało być przypadkiem. Może zresztą to wcale nie miało związku z samym Torvaldem, może chodziło o jego postępy w nauce.
Bernard świetnie wiedział, że właśnie próbował oszukiwać samego siebie. Coś się stało i to miało związek ze Ślizgonem. Nie wiedział, czy tylko się pocałowali, czy – Merlinie, broń! – zaszło między nimi coś więcej, ale miał ochotę skrzywić się na samą myśl. Musiał działać szybko, inaczej cały plan spali na panewce. Prawdopodobnie już teraz było za późno na delikatne podejście.
– W domu też wszystko świetnie? Dawno nie mówiłaś nic o listach – zagadnął, mając nadzieję, że nie zabrzmiało to, jakby miał do niej pretensje. W końcu to była jej decyzja, komu będzie opowiadać o listach od matki. To nic, że przez kilka lat opowiadała o nich tylko jemu, to nic. Wcale go to nie zabolało.
– Wszystko w porządku, Bernie, nie musisz się martwić. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a w jej oczach dalej można było dostrzec iskierki prawdziwego szczęścia.
MacIver naprawdę starał się nie skrzywić. Zawsze wydawało mu się, że będzie cieszył się szczęściem Sigrid, w końcu byli przyjaciółmi, ale teraz… Trudno mu było na nią patrzeć, a jednocześnie zastanawiać się, co takiego zrobił ten drań. Byłoby prościej, gdyby przez niego płakała – nie chciał widzieć jej łez, ale mógłby sobie poradzić z płaczącą Sigrid. Nie miał pojęcia, jak postępować ze szczęśliwą Sigrid.
– Nadal nie wiesz, kto jest tym tajemniczym narzeczonym? – zapytał, zanim zdążył się powstrzymać. To nie było najlepsze pytanie, jakie mógł zadać.
Kiedy uśmiech panny Gamp przestał być tak szczery i szeroki, zdał sobie sprawę, że o to właśnie mu chodziło. Świadomie lub nieświadomie – to nieistotne – chciał zmazać ten uśmiech, który wywołał ktoś inny. Chciał sprowadzić ją na ziemię, chciał jej pokazać, jaki ten świat jest obrzydliwy i jak wszyscy – poza nim – chcą ją wykorzystać. Chciał ją chronić i chciał, żeby następnym razem uśmiechała się tak z jego powodu.
– Nawiązaliśmy kontakt – powiedziała zdawkowo, wstając z fotela. – Wybacz, jestem strasznie zmęczona, pójdę się już położyć.
Ledwie zdążył jej odpowiedzieć, a już jej nie było. Bernard spojrzał w kierunku grupki innych uczniów, którzy siedzieli spokojnie w swoich fotelach, całkowicie niezainteresowani tym, co właśnie się wydarzyło. O ile coś w ogóle się wydarzyło – może Sigrid naprawdę była zmęczona i chciała się położyć, a on zaczął zamieniać się w podejrzliwego Gryfona z wybujałą fantazją i powinien przestać zastanawiać się nad nieswoim sprawami.
Tyle tylko, że wiedział, że coś się wydarzyło. Nie mógł stwierdzić co, ale wiedział to na pewno. Niepokoiło go też stwierdzenie, że nawiązała kontakt ze swoim narzeczonym – Burke wmówił jej, że to z nim weźmie ślub? A może prawdziwy narzeczony, ten groźny, nieznany przeciwnik, postanowił się nagle ujawnić? A jeśli Lyndon nabrał co do niego podejrzeń i zdążył nafaszerować głowę Sigrid głupotami? Nie, wiedział, że to ostatnie jest niemożliwe. Lyndon mu ufał – może nie do końca, ale czego innego można się spodziewać, wszak i Bernard nie powierzyłby swojego życia w ręce Gryfona.
Wstał z fotela i ruszył w kierunku swojego dormitorium, kiedy usłyszał, o czym rozmawiała grupka szóstoklasistów. Początkowo wydało mu się, że to zwykłe plotki – takie, jakie słyszy się codziennie i do jakich nie przywiązuje się żadnej wagi. Kiedy jednak usłyszał nazwę wyjątkowo złośliwej rośliny i nazwisko „Gamp” w jednym zdaniu, podszedł nieco bliżej. Przeprosił, że przerywa ich rozmowę, ale wyjaśnił, że niechcący usłyszał znajome nazwisko i chciał dowiedzieć się czegoś więcej.
Przez myśl przeszło mu, że być może Sigrid miała jakiś wypadek w czasie powtarzania zielarstwa i była w skrzydle szpitalnym, a jej radosny nastrój był zasługą leków, jakimi nafaszerowała ją pielęgniarka. Zanim jednak zaczął się zastanawiać, gdzie był Burke, kiedy to wszystko się stało, i dlaczego Sigrid nic nie powiedziała – ktoś z szóstoroczniaków wyjaśnił, że chodziło o jej młodszego brata. Ktoś inny dodał, że rozmawiał z kimś, kto pomagał mu dotrzeć do pielęgniarki. Podobno miał zostać w skrzydle szpitalnym do rana.
Bernard podziękował im za informacje i udał się do dormitorium. Zastanawiał się, czy Sigrid wiedziała już o wypadku brata – coś mu mówiło, że nie. Raczej nie poszłaby tak spokojnie spać, gdyby wiedziała, że jej brat leżał w skrzydle szpitalnym. Prawdopodobnie zrobiłaby wszystko, żeby móc tam zostać na noc. No i z całą pewnością powiedziałaby mu o wypadku Johana. Nie uśmiechałaby się też tak szeroko i…
Nie chciał kontynuować tej myśli. Teraz nie było to istotne, i tak nie mógł nic zrobić o takiej godzinie. Za to następnego dnia rano – i to z samego rana, przed śniadaniem nawet – dowie się, co dokładniej przytrafiło się Johanowi.

Skrzydło szpitalne było tak samo białe i przerażające jak zwykle, ale Bernard nie miał czasu roztrząsać własnych wspomnień związanych z tym miejscem. Musiał odwiedzić młodego Gampa i dowiedzieć się wszystkiego o tym wypadku. Wiedział, że Johan próbował zaprzyjaźnić się z Torvaldem – jakże wygodnie by było, gdyby winą za całe to zamieszanie można było obciążyć Burke’a.
Kiedy jednak zbliżył się do drzwi, usłyszał przytłumione głosy. Najciszej, jak tylko się dało, wszedł do środka i zobaczył leżącego na łóżku Johana oraz Torvalda Burke’a, na którego twarzy malowało się szczere zmartwienie. Bernard przez chwilę zastanawiał się, czy może jednak od początku nie oceniał źle Ślizgona, który najwyraźniej troszczył się o brata Sigrid – i to do tego stopnia, by odwiedzać go o tak wczesnej porze.
Szybko jednak zdał sobie sprawę, że intencje Torvalda nie są wcale tak szlachetne. Zapytał on bowiem Johana, co się stało z „towarem”. Bernard nie miał pojęcia, o jaki towar może chodzić, ale domyślał się, że nie było to nic legalnego – i nic, o czym Burke chciał, by Sigrid wiedziała. Uśmiechnął się pod nosem.
Johan tymczasem musiał go zauważyć, bo wystawił lekko brodę, wskazując nią wejście. Torvald odwrócił się i zobaczył Bernarda. Uniósł lewą brew, jakby pytając Krukona, co tu robi. MacIver miał ochotę prychnąć. Przyszedł tu dlatego, że martwił się o brata przyjaciółki, dlaczego miałby się tłumaczyć? Miał prawo tu być i spróbować dowiedzieć się, o jaki towar Burke pytał. To mogło mieć olbrzymi wpływ na decyzje Sigrid.
– Jak się czujesz, Johan? – zapytał Bernard, ignorując Torvalda, jego uniesioną brew i całą resztę jego przerośniętej osoby.
Gamp spojrzał na niego, jakby nie był pewny, co odpowiedzieć. Rozmawiali ze sobą raptem kilka razy i zwykle dlatego, że w pobliżu była Sigrid, więc nie miał pojęcia, czemu Krukon nagle wydaje się taki przejęty jego stanem zdrowia. Odruchowo spojrzał na Torvalda, który nie wydawał się szczególnie zachwycony wizytą MacIvera.
– Gdzie moja siostra? – zapytał Johan. Uznał, że nie musiał być miły dla kogoś, kogo tak naprawdę nie znał i kogo najwyraźniej nie lubi Burke.
Torvald wykorzystał ten moment, by uśmiechnąć się do Bernarda, jakby właśnie wygrał loterię. Faktycznie, młody Gamp zwrócił uwagę na coś ważnego – po co ten Krukon tu przyszedł, jeśli nie zabrał ze sobą Sigrid? Z tonu Johana wywnioskował, że się nie przyjaźnili, wiec mógł śmiało założyć, że jedynym, co ich łączyło, była Sigrid… której tu nie było. Wyglądało na to, że MacIverowi nie chodziło wcale o stan zdrowia poszkodowanego – w takim wypadku zabrałby jego siostrę – ale o coś innego. Burke wątpił, by Krukon wiedział coś o nielegalnym handlu roślinami, ale nie wykluczał, że mógł coś usłyszeć, kiedy wszedł do pomieszczenia – nie wiadomo, ile czasu minęło, nim Johan go zauważył.
– Właśnie, MacIver, gdzie jest Sigrid? – zapytał, starając się nie dodać wcześniej „moja”. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin sporo się zmieniło, ale nie miał jeszcze czasu tego przemyśleć, więc wolał nie ogłaszać wszem i wobec, że jego plan zakończył się pełnym sukcesem.
– Będzie tu później – odpowiedział spokojnie Bernard, patrząc to na zadowolonego z siebie Burke’a, to na zirytowanego Johana.
Zdał sobie sprawę, że jego wizyta tutaj nie była najlepszym pomysłem, najwyraźniej młody Gamp znalazł się pod wpływem Torvalda. Najwyraźniej cała rodzina miała do niego jakąś niepojętą słabość, z której należało ich wszystkich jak najszybciej wyleczyć. Póki co jednak ważniejsze wydawało mu się zdobycie informacji, o jakim towarze rozmawiali, zanim tu wszedł.
– Chciałem dowiedzieć się tylko, jak czuje się Johan – dodał. – Ale jeśli moja obecność nie jest tu mile widziana, to mogę sobie iść.
Nikt go nie zatrzymywał, ale też nie spodziewał się niczego innego. Nie spodziewał się też, że drzwi zamkną się za nim z trzaskiem (czyżby zaklęcie rzucone zbyt poirytowanym tonem?), a potem zostanie rzucone na nie zaklęcie wyciszające. Najwyraźniej to, o czym rozmawiali wcześniej, było na tyle ważne, że nie mogli ryzykować, że ktoś ich podsłucha. Bernard uśmiechnął się. Wyglądało na to, że będzie musiał cały dzień mieć Burke’a na oku, ale dowie się, o jaki „towar” chodziło. I nie zawaha się tej wiedzy wykorzystać.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s