Rozdział drugi.

Bernard MacIver rozglądał się wokół i chociaż robił to od zaledwie paru minut, już bolała go szyja i kręciło mu się w głowie, ale musiał obserwować otoczenie, po prostu musiał. Próbował przy tym kontrolować przyspieszony oddech i nie zachowywać się jak królik czekający na atak lisa. Bernard MacIver bowiem nie miał najmniejszego nawet powodu, żeby spodziewać się jakiegokolwiek ataku. Siedział właśnie w hogwarckiej bibliotece, miejscu całkowicie bezpiecznym i wolnym od ewentualnych napastników. Zresztą, zdenerwowanie Bernarda nie było wcale spowodowane zagrożeniem życia, choć miał poczucie, że najbliższe minuty mogą mieć znaczący wpływ na dalszy przebieg jego egzystencji.
Dlatego też Bernard MacIver ze zniecierpliwieniem poprawiał ułożenie pergaminów, zdmuchiwał niewidzialne pyłki, które mogły opaść na leżące na stoliku książki, i co chwilę podnosił pióro, które nieustannie wypadało mu z rąk. Zdawał sobie sprawę, jak dziwne było jego zachowanie, ale nie potrafił się opanować. Wiedział, że Sigrid mogła się zjawić w każdej chwili i chciał być na to przygotowany.
Tak się złożyło bowiem, że serce Bernarda od pewnego czasu miało brzydki zwyczaj przyspieszania rytmu, ilekroć tylko w pobliżu zjawiała się panna Gamp. Początkowo próbował to ignorować, ale kiedy w jego snach zaczęła gościć uśmiechnięta Sigrid proponująca mu wspólne wyjście do Hogsmeade – zdecydował się działać. Nie wierzył w prorocze sny i domyślał się, że nigdy się nie doczeka na takie zaproszenie, w związku z czym jeśli faktycznie mają się wspólnie napić herbaty w jakimś przytulnym lokaliku, to on musi być stroną zapraszającą. I właśnie dziś, tego mroźnego styczniowego dnia, zebrał się na odwagę.
Tyle tylko, że Sigrid nie przychodziła.
Przez chwilę zastanawiał się, czy w czasie świąt wydarzyło się coś, co sprawiło, że zmieniła zdanie i nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Nie mógłby jej winić – Bernard wiedział, że choć ma świetne wyniki w nauce, to pod względem wyglądu ląduje gdzieś na końcu listy. Nie poświęcał swemu wyglądowi wiele czasu, ale wiedział, co jego koleżanki uznają za atrakcyjne; i zdecydowanie nie zaliczała się do tego szopa rudawych włosów, która w żaden znany ludziom (i czarodziejom) sposób nie chciała się poddać jakiejkolwiek stylizacji, w związku z czym Bernard zawsze wyglądał, jakby właśnie wstał z łóżka. A na domiar złego nosił jeszcze okulary. W jego opinii czyniło go raczej niegodnym uwagi dziewczyny w rodzaju Sigrid Gamp i najpewniej zrezygnowałby z prób zaprzyjaźnienia się z nią, gdyby nie te dołeczki w jej policzkach, które pojawiały się, gdy była naprawdę rozbawiona. Albo kilka piegów na nosie. Albo…
Bernard cicho westchnął. Sigrid wydawała mu się niezwykle urocza – nie śliczna jak z obrazka, ale urocza. Niezwykle mu to odpowiadało, ponieważ nigdy nie wierzył w wierność i uczciwość prawdziwych piękności ani w ich inteligencję. Sigrid była inteligentna i urocza. I nadal się spóźniała.
Kiedy w końcu weszła do biblioteki, wyglądała, jakby nie spała wiele poprzedniej nocy i Bernard od razu poczuł, jak budzi się w nim instynkt opiekuńczy. Odsunął dla niej krzesło i, kiedy już usiadła, uśmiechnął się pokrzepiająco.
– Coś się stało? – zapytał szeptem; w końcu byli w bibliotece, nie powinni rozmawiać.
Sigrid pokiwała głową i wyjaśniła, że nie jest w najlepszej formie i byłaby wdzięczna, gdyby tego dnia zrezygnowali z powtórek do owutemów. Dodała też, że ma pewien problem i liczy, że Bernard pomoże jej go rozwiązać.
Jak można się domyślać, Bernard poczuł, jakby z miejsca urósł przynajmniej o stopę: ktoś – i to nie byle kto! – prosił go o radę. Jest komuś potrzebny. Co więcej, Sigrid ufa mu na tyle, by dzielić się z nim swoimi problemami. Naprawdę, to dobrze wróżyło tej wspólnej herbatce w Hogsmeade.
Dlatego też nie opierał się długo, gdy zaproponowała, żeby przeszli się po zamku. Wolałby co prawda spacer po błoniach, ale rozumiał, że śnieżny początek stycznia nie był najlepszą porą na tego typu przedsięwzięcia. W końcu przed owutemami każda chwila się liczyła, więc poświęcanie nawet jednego dnia na leczenie przeziębienia mogłoby się okazać tragiczne w skutkach.
Przechodzili właśnie jakimś pustym korytarzem na piątym piętrze, kiedy Sigrid się zatrzymała i spojrzała na kolegę poważne. Bernardowe serce zabiło szybciej – czyżby właśnie się miało okazać, że Sigrid sama chciała go zaprosić na herbatę?
– Nie wiem, co mam robić – zaczęła. W opinii Bernarda nie był to najlepszy początek rozmowy, w której chciało się zaprosić kogoś na wycieczkę, której zwieńczeniem miałoby być wypicie kilku filiżanek cudownego płynu. Ale w końcu co Bernard wiedział o takich rozmowach?
Spróbował powiedzieć coś pokrzepiającego, co sprawiłoby, że poczułaby się lepiej i wyjaśniła, co wzburzyło ją do tego stopnia, że nie mogła się skupić na transmutacji. Niezwykle go zastanawiało, co takiego mogło to być – do tej pory Sigrid nigdy nie opuszczała ich codziennych powtórek, nigdy nie odpuszczała sobie i nigdy, przenigdy nie pozwalała żadnym problemom odciągnąć się od pracy; wiedział, że chciała zostać uzdrowicielką, a ten zawód wymagał sporej wiedzy.
– Jestem zaręczona – wykrztusiła w końcu.
Bernard spojrzał na nią pytająco. Oczywiście, wspominała coś o tym, że rodzice chcieli ją zmusić do zawarcia zaaranżowanego małżeństwa, ale zawsze to bagatelizowała i wyjaśniała, że nic takiego się nie wydarzy, jeśli sama się na to nie zgodzi. Jej postawa była zupełnie inna od tej, którą prezentowała teraz. Nie miał pojęcia, co takiego zaszło w czasie świąt. Czyżby poznała swojego przyszłego męża? Na tę myśl Bernard poczuł się całkiem przegrany – jeszcze nie wiedział, z kim ewentualnie przyszłoby mu konkurować, ale rozumiał, że nie miał wiele do zaoferowania: oczywiście, był inteligentny i oczytany (tak mówili o nim nauczyciele), ale to za mało, żeby zostać włączonym do arystokracji. Świetnie o tym wiedział i gdyby nie promieniująca od Sigrid aura smutku, najpewniej udałby, że informacja to nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.
– Dowiedziałaś się już z kim? – zapytał, świadom, że rodzice Sigrid wcześniej dokładali wszelkich starań, by pozostało to dla niej tajemnicą.
– To właśnie najgorsze – odpowiedziała.
Ton jej głosu wskazywał na to, że poniosła całkowitą porażkę i nie miała siły walczyć dalej. Że skapitulowała i pogodziła się z myślą o dzieleniu życia i domu z kimś, o kim nie wiedziała praktycznie nic. Chyba że czegoś się dowiedziała i nagle ta perspektywa przestała ją aż tak przerażać… albo zaczęła jeszcze bardziej.
– Nadal nie wiem – dodała gwoli wyjaśnienia, a później z jej oczu popłynęły łzy.
Bernard jeszcze nigdy nie widział, żeby płakała, i w pierwszej chwili nie był pewien, co ma zrobić – i co może zrobić, skoro najwyraźniej jego przyjaciółka nie była już jego – ale później instynkt zwyciężył i objął ją ramieniem, pozwalając jej pochlipywać w swoją szatę. Niepewnie położył rękę na jej plecach i pogłaskał ją lekko, jakby była kotem, a nie człowiekiem. Wiedział, że nie powinien tego robić, że gdyby kierował się zdrowym rozsądkiem, to ograniczyłby ich kontakty do wspólnej nauki i nie pozwoliłby się zbliżyć na tyle, by mogła płakać w jakąkolwiek część jego garderoby. Tyle tylko, że zdrowy rozsądek go opuszczał, ilekroć tylko Sigrid pojawiała się w promieniu kilku stóp.
– Dziękuję, Bernie – powiedziała cicho, gdy większość łez wsiąkła już w czarny materiał, którym osłonięte było jego lewe ramię. Szybko przetarła twarz rękawem własnej szaty i spróbowała się uśmiechnąć.
– Co się wydarzyło? – zapytał, nagle niepewny, jak się wobec niej powinien zachowywać. Czy ten płacz coś zmienił? Czy to, że jeszcze kwadrans wcześniej chciał ją zaprosić do Hogsmeade mogło coś zmienić? Nie wiedział. Nie miał wiele doświadczenia w tych sprawach, a już na pewno nigdy nie usiłował umówić się z cudzą dziewczyną, a Sigrid najwyraźniej teraz już zaliczała się do tej kategorii.
Panna Gamp westchnęła i oparła się o parapet. Była zdziwiona, że jeszcze nikt ich nie mijał, choć może po prostu inni uczniowie mieli ciekawsze rzeczy do roboty. Najpewniej wesoło rozmawiali w pokojach wspólnych, pilnie pisali wypracowania albo czekali na kolację. Nikt – przynajmniej tak się wydało Sigrid – nie przeżywał dramatów, nikt nie musiał podejmować trudnych decyzji. Wiedziała, że to niemożliwe, ale w tym momencie jej zdrowy rozsądek był stłamszony przez falę smutku.
– Jeszcze w tym roku odbędzie się ślub – szepnęła, jakby w obawie, że przez wypowiedzenie tych słów głośniej staną się bardziej realne. – Najpóźniej pół roku po tym, jak ukończę Hogwart. Nie zdążę ukończyć żadnych kursów.
Patrzyła na niego, jakby miała nadzieję, że zrozumie powagę sytuacji, że się przejmie i nagle wymyśli coś, co jej samej nie przyszło wcześniej do głowy. Coś godnego księcia na białym koniu, który zaproponuje jej ratunek i wspólnie odjadą w zachodzące słońce. Nie liczyła na to, że jej księciem zostanie Bernard – prawdę mówiąc nie była pewna, czy jakikolwiek książę jest jej potrzebny – ale doceniłaby każdy pomysł, który przynajmniej pozornie ma szansę się udać.
Bernard też na nią patrzył; rozumiał powagę sytuacji, rozumiał, że Sigrid nie ma wielkiego pola manewru. Rozumiał też, że nawet gdyby teraz zdobył się na jakiś idiotyczny, bohaterski gest, to niczego by w ten sposób nie osiągnął. Nie pomógłby jej, nie przybliżył ani o krok do znalezienia wyjścia z sytuacji. Do licha, był Krukonem, a nie byle Gryfonem, który za wszelką cenę stara się udowodnić coś sobie i światu. Był Krukonem i podejmował przemyślane decyzje, nawet jeśli jego zdrowy rozsądek przyćmiewała sympatia, jaką czuł do Sigrid.
Niewiele im z tego patrzenia przyszło. Sigrid wiedziała, że Bernard nie chwyci jej w ramiona i nie zaproponuje, żeby uciekli na kontynent – zresztą, i tak by się nie zgodziła. Bernard z kolei wiedział, że Sigrid nie sprzeciwi się woli rodziców i nie ucieknie, była na to zbyt honorowa – zresztą, nigdy by jej do tego nie namawiał. Wiedzieli, że tak naprawdę to patrzenie na siebie niczego nie zmieni, ale żadne z nich nie wiedziało, gdzie indziej mieliby patrzeć. Sigrid nadal liczyła na cud, a Bernard był przekonany, że gdyby odwrócił wzrok, Sigrid uznałaby to za odmowę pomocy.
– Może… może będziesz mogła je ukończyć – powiedział w końcu Bernard, kiedy poczuł, że cisza stała się nieznośna.
Sigrid pokręciła głową i streściła rozmowę, którą odbyła z matką w święta. W głowie odtwarzała ją tyle razy, że mogłaby teraz zacytować słowo w słowo, ale zależało jej raczej na szybkim przekazaniu informacji. Nie traciła nadziei, że w swoich rozmyślaniach coś pominęła, zapomniała o czymś, jednak teraz, kiedy wszystko opowiadała, powoli tę nadzieję traciła.
– Może jeśli go poznasz i porozmawiacie poważnie, to… – zaczął Bernard.
Panna Gamp pokręciła głową. Jej rodzice wystarczająco podkreślili, jak bardzo liczą, że to małżeństwo dojdzie do skutku; nie chciała sprawić im zawodu, nawet jeśli ani trochę nie zgadzała się z niektórymi ich decyzjami. Od dziecka wiedziała, że nie może się sprzeciwić, że i tak do tego ślubu dojdzie, a jedyne, co może zrobić, to pogodzić się z tym. Mogła sobie marzyć o narzeczonym, który zgodzi się całą sprawę omówić i podjąć racjonalną decyzję po zapoznaniu się z jej punktem widzenia, ale wiedziała, że nawet gdyby nie był skłonny z nią rozmawiać o sytuacji, w której obydwoje się znaleźli, to ślub i tak się odbędzie. Teraz jednak, kiedy myślała o tym, że za parę miesięcy przyjdzie jej zostać czyjąś żoną, cały spokój i pozorna zgoda na taki stan rzeczy znikały. Zamiast nich pojawiał się lęk przed nieznanym i nieuniknionym, którego nie mogły już zwalczyć dziecinne mrzonki o sympatycznym inteligencie, któremu może z czasem będzie na niej zależało i który zgodzi się opóźniać wszystko tylko po to, żeby mogli się poznać.
Spojrzała na Bernarda i, kiedy zorientowała się, że oczy znów zaszły jej łzami, przetarła je rękawem szaty. Tak, oto właśnie stał przed nią sympatyczny inteligent, ktoś, z kim mogła porozmawiać o wszystkim i o niczym, z kim mogła się pośmiać albo pomilczeć. Ktoś, komu mogłoby na niej zależeć i kogo ona mogłaby kiedyś w przyszłości pokochać – o ile miłość w ogóle istnieje, rzecz jasna. Ktoś, kto – w przeciwieństwie do jej własnego, nieznanego sobie jeszcze, ale już znienawidzonego narzeczonego – na pewno nie doprowadziłby jej do łez. Spróbowała się uśmiechnąć, żeby w ten sposób okazać swoją wdzięczność za to, że pozwolił jej się wypłakać, że ją przytulił i po prostu przy niej był.
– Dziękuję – powiedziała w końcu cicho. – Wiem, że moja sytuacja jest trudna i prawdopodobnie jedynym wyjściem jest podporządkowanie się woli rodziców, ale i tak nie czuję się z tym dobrze i naprawdę doceniam, że mnie wysłuchałeś.
Bernard poczuł, że się rumieni. Już chciał powiedzieć, że nie zrobił nic specjalnego, że gdyby mógł, to powstrzymałby to wszystko albo zdobył dla niej gwiazdkę z nieba, albo… Albo coś równie niedorzecznego. Bernard świetnie wiedział, że nie da się nikomu dostarczyć żadnego ciała niebieskiego, ale doceniał urok tego wyrażenia.
– Możesz na mnie liczyć, Sigrid – odpowiedział w końcu, chociaż zdawał sobie sprawę, jak to brzmi. Zupełnie pozbawione głębi, którą chciał zawrzeć, tak puste i przewidywalne.
Żałował, że się odezwał i że nie miał tyle odwagi, by ją przytulić i powiedzieć, jak mu na niej zależy. Niestety, zupełnie nie leżało to w jego charakterze – był zbyt krukoński na coś takiego; zanim wyciągnąłby ręce, jego zdrowy rozsądek by się wtrącił i nakazał mu się opamiętać. Dlatego właśnie nawet nie próbował ich wyciągać. Po prostu stał, patrzył na nią i próbował utrzymać na ustach uśmiech – i widział, że jej próby przywołania na twarz uśmiechu były równie desperackie i bezowocne.
– Jutro wracamy do transmutacji, prawda? – zapytała w końcu, jakby nie była pewna, czy ich relacje się zmieniły przez tę rozmowę.
Bernard nie mógł się dziwić – sam nie był tego pewien, ale wiedział jedno: jeśli jedyną formą kontaktu, jaki mógł utrzymywać z Sigrid, była wspólna nauka, to w całym zamku nie było niczego i nikogo zdolnego go powstrzymać. Oczywiście pomijając bibliotekarkę, ona byłaby zdolna do wszystkiego.
– Jasne, jasne – zapewnił szybko, po czym potarł brodę. Wiedział, że powinien coś dodać, bo jego odpowiedzi były raczej krótkie i mało pokrzepiające, zupełnie nieakceptowane. – Sigrid, ja…
Ale Sigrid zrobiła coś, czego się absolutnie nie spodziewał. Coś niekrukońskiego. Szybko do niego podeszła i, stanąwszy na palcach, cmoknęła go w policzek. Trwało to może ułamek sekundy i od razu się odsunęła, jakby dotarło do niej, jak niestosowne było to, co właśnie zrobiła, ale uśmiech, który pojawił się na jej ustach, świadczył o tym, że wcale tego nie żałowała.
– Szkoda, że wszystko się tak potoczyło – szepnęła po kilku chwilach, kiedy przestała się uśmiechać, a na jej policzkach zakwitł taki sam rumieniec, jaki oblewał całą twarz Bernarda. – Gdyby nie to wszystko… gdyby to wszystko się nie działo naprawdę, moglibyśmy się wybrać do Hogsmeade na herbatę. Żałuję… po prostu żałuję, Bernie.
I najzwyczajniej w świecie się rozpłakała, a potem pobiegła z powrotem do wieży Ravenclawu. Bernard MacIver poczuł się naprawdę strasznie. Nawet nie dlatego, że uciekła – mógł to zrozumieć, rozmowa stała się zbyt emocjonalna – ale dlatego, że powiedziała o herbacie. Chciał ją wcześniej zaprosić, ale nie wiedział, jak by zareagowała. Teraz, kiedy miał pewność, że przyjęłaby to zaproszenie, poczuł się jeszcze gorzej. Jakby decyzja państwa Gamp zniszczyła nie tylko życie ich córki, lecz także jego. Najchętniej sam by zapłakał, gdyby nie zdrowy rozsądek, który podpowiadał mu, że i tak nie ma na to wpływu, że nie może już nic zrobić, że karty zostały rozdane już dawno, a on jak zawsze miał pecha. Że powinien z góry przewidzieć, że pewne plany są z góry skazane na niepowodzenie, a pewni ludzie nigdy nie wypiją wspólnie herbaty. Nawet jeśli oboje by tego chcieli.

Advertisements
Rozdział drugi.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s