Rozdział czwarty.

Torvald Burke uśmiechnął się do swojego odbicia. Najpewniej by jeszcze puścił do niego oczko, ale nie miał już czasu. Po raz kolejny w tym tygodniu musiał się udać do biblioteki, której szczerze nie znosił – nigdy nie potrafił skoncentrować uwagi w takiej ciszy, wieloletnia gra w quidditcha sprawiła, że łatwiej przychodziło mu skupianie się w hałasie. Niestety, Sigrid była nieubłagana i powiedziała, że albo będą się uczyć w bibliotece, albo wcale. Cóż zatem miał począć biedny Torvald, jeśli nie zgodzić się i liczyć na to, że nauka będzie owocna? Póki co nie żałował, że poprosił pannę Gamp o pomoc – w ciągu raptem trzech dni uświadomiła mu, że transmutacja ma sens i tak naprawdę wszystkie zagadnienia jakoś się ze sobą wiążą. (Było to niemalże epokowe odkrycie, bo Torvald żył w przekonaniu, że rozkład materiału wybierany jest w sposób całkowicie przypadkowy). To z kolei pomogło mu zauważyć pewne zależności, które do tej pory skutecznie ignorował.
Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że Torvald nigdy nie był typem naukowca. Nie lubił spędzać długich godzin w bibliotece i czytać opasłych ksiąg dla samej radości poszerzania wiedzy na tematy, które ani trochę go nie interesowały. Niezwykle mu ulżyło, kiedy mógł po piątej klasie zrezygnować z kilku bardziej dokuczliwych przedmiotów i skupić się na tych, które go interesowały lub wydawały mu się przydatne. Bo, wbrew obiegowej opinii, młody Burke nie planował zostać zawodowym graczem w quidditcha, a skądże – zdawał sobie sprawę, że musiałby być naprawdę, naprawdę świetny, jeśli chciał liczyć na przyjęcie do reprezentacji i zarobić stosowną ilość galeonów. Nie miał jednak złudzeń – reprezentacja znajdowała się poza jego zasięgiem, a nie chciał tracić kilku lat na treningi w jakichś podrzędnych drużynach. W związku z tym planował grać w quidditcha jedynie hobbystycznie, a pieniądze czerpać ze sklepu stryja, który zatrudniał go na czas wakacji. Torvald uważał, że to niezły punkt wyjścia, bo po sklepie kręciło się mnóstwo ludzi, którzy potrzebowali innych ludzi, by załatwili za nich tę czy inną drobną robótkę – najczęściej całkiem niewinną, którą pozornie mogliby załatwić sami, a jednak coś ich przed tym powstrzymywało. Torvald wiedział, że nie należy zadawać pytań, a przy tym był skuteczny i odpowiedzialny, więc pod koniec wakacji w jego sakiewce pobrzękiwały nie tylko pieniądze od stryja, ale też te, które zarobił przez wykonywanie drobnych przysług. Dodajmy, że ta druga kwota była znacząco większa. Nie oznaczało to, że Torvald planował zostać chłopcem na posyłki. Problem jednak w tym, że planował po prostu być bogaty – obojętne w jaki sposób. Jeśli bycie chłopcem na posyłki zapewniało mu regularny i obfity dochód, to nie miał zamiaru tak szybko z tym kończyć. Nie kłamał jednak, kiedy mówił Sigrid coś o pracy w Ministerstwie – ta wizja też mu odpowiadała, choć jeszcze nie zdecydował, jaka posada byłaby dla niego odpowiednia. Obawiał się, że bez zdanych owutemów mógłby co najwyżej zamiatać kominki w głównym holu.
W końcu mrugnął do odbicia (które odmrugnęło, szczerząc do niego w uśmiechu białe zęby) i wyszedł. Był przekonany, że Sigrid już od kilku minut na niego czeka i najpewniej powoli traci cierpliwość. Jeszcze ani razu nie pokazał się punktualnie – i wcale nie dlatego, że jej nie szanował. Początkowo się starał, naprawdę, ale a to ktoś miał do niego jakąś pilną sprawę, a to schody postanowiły zrobić mu kawał; w efekcie kilkakrotnie się spóźnił i musiał stanąć twarzą w twarz ze zirytowaną Sigrid. Oczywiście dziewczyna była zbyt dobrze wychowana, by na niego nakrzyczeć (choć takiej reakcji się właśnie spodziewał – dotąd wszystkie dziewczyny na niego prędzej czy później krzyczały; niektóre krzyczały też przez niego, ale w całkiem innych okolicznościach), jednak jej niezadowolenie było niemal namacalne – widział to w jej oczach i słyszał w jej głosie. I, co tu kryć, podobało mu się to. Szybko zauważył, że Sigrid jest w jego towarzystwie strasznie spięta i postanowił temu zaradzić, sprawić, że straci nad sobą panowanie, obojętne z jakiej przyczyny, po prostu chciał zobaczyć jej ludzką stronę. Póki co panna Gamp – choć sympatyczna i inteligentna – przypominała mu nieco marionetkę sterowaną przez tradycję rodzinną lub żywą reklamę jakiegoś dziewiętnastowiecznego dzieła o sposobach wychowania dziewcząt. Wszystko to sprawiało, że cała Sigrid wydawała mu się nieco egzotyczna i zdarzało mu się patrzeć na nią tak, jak patrzył na wielbłądy, kiedy pierwszy raz się znalazł w mugolskim ZOO – z pewnym zastanowieniem i niedowierzaniem, a nade wszystko zdumieniem. Dlatego właśnie tak ważne wydawało mu się wywołanie u niej jakiejś reakcji: chciał się upewnić, że pod tą maską kryje się człowiek.
Jeśli zaś chodzi o Sigrid – faktycznie, robiła wszystko co w jej mocy, żeby pamiętać o zasadach wpojonych jej przez matkę. Nie tylko dlatego, że miała do czynienia z kimś z tak zwanego dobrego (ale nie arystokratycznego) domu i po prostu powinna umieć się zachować, lecz także – i przede wszystkim – dlatego, że zdawała sobie sprawę, jak niebezpieczny może być Burke. Nie chodziło nawet o to, że ponoć przez całe wakacje kręcił się po podejrzanej okolicy, nie, to był najmniejszy problem. Chodziło raczej o to, jak Torvald wyglądał i jak się zachowywał. Sigrid przeczytała w życiu wystarczająco dużo książek, by wiedzieć, do czego to może doprowadzić. Do skandalu – ni mniej, ni więcej! Dlatego właśnie wolała od samego początku ukrywać się za bezpieczną maską manier i trzymać go na dystans. Momentami wręcz żałowała, że się zgodziła na to douczanie, ale potem przypominała sobie, że Torvald na nią liczył i wierzył, że to właśnie ona jest w stanie nauczyć go zawiłości transmutacji czy zaklęć. To zupełnie nie przypominało układu, jaki wypracowała z Bernardem; tu nie było równości czy czegoś, co z braku innych określeń można by nazwać znużeniem własną wszechwiedzą. Nie, w tym wypadku to ona była mistrzem i nauczycielem, to w jej rękach leżał los owutemów biednego Torvalda i to ona była odpowiedzialna za jego postępy, a jej wiedza w końcu mogła się na coś przydać. Sigrid czuła się naprawdę ważna i potrzebna, a drobny dyskomfort powodowały co najwyżej sposób bycia Torvalda i jego nieustanna chęć skracania dystansu, które nie pomagały jej w trzymaniu się od niego z daleka. Choć wiedziała, że to właśnie powinna zrobić, gdyby była rozsądna i posłuszna matce. Gdyby wiedziała, co dla niej dobre, to trzymałaby się harmonogramu powtórek, który wypracowali wspólnie z Bernardem.
Tyle tylko, że – mimo tych wszystkich przemyśleń – nadal siedziała w bibliotece i starała się nie okazywać, jak bardzo irytuje ją niepunktualność Torvalda. A naprawdę ją irytowała. Nie rozumiała, jaka może być przyczyna tak notorycznego spóźnialstwa; oczywiście poza brakiem szacunku dla czekającego, bo tej ewentualności jakoś nie chciała brać pod uwagę. Była w końcu przekonana, że skoro w tym układzie to ona pełniła rolę nauczyciela, to tym samym przysługiwał jej właściwy tej pozycji szacunek. Nie mogło być inaczej.
Jakże by się zdenerwowała, gdyby wiedziała, co na ten temat myślał Torvald! Nie chodzi nawet o to, że nie szanował nauczycieli (choć, trzeba przyznać, większości z nich nie szanował – zdawał sobie sprawę, że przewyższają go wiedzą, ale uważał, że to za mało i że bardziej liczy się to, jacy są, kiedy zdejmą już nudą maskę belfra), ale o to, jak on postrzegał cały ten układ. Oczywiście potrzebował Sigrid, bo bez jej pomocy miałby poważne problemy ze zdaniem owutemów, ale nie oznaczało to, że traktował ją śmiertelnie poważnie; tak, doceniał jej wiedzę i chęć pomocy, ale jednocześnie bawiły go niektóre jej poglądy, a już najwięcej radości czerpał z oglądania malującej się na jej twarzy irytacji. Nie bał się, że dziewczyna zerwie ten układ, bo uważał – dość nieskromnie – że on jest jej tak samo potrzebny, jak ona jemu. Może nie z powodów naukowych, ale dlatego, że – nie miał co do tego żadnych wątpliwości – był czymś nowym, nieznanym i odświeżającym. Jej postawa wskazywała na to, że do tej pory miała do czynienia ze sztywniakami pokroju MacIvera, którzy zachowywali się, jakby połknęli kij od szczotki i wierzyli, że eksponowanie tego faktu zapewni im drogę na arystokratyczne salony. (Burke’owie rzadko byli zapraszani na jakiekolwiek salony, co Torvaldowi nie przeszkadzało, już dawno zorientował się, że wszystkie informacje z salonów i tak najprędzej docierają do kuchni i to tam należy węszyć, jeśli chce się czegoś dowiedzieć. No i, co tu kryć, w kuchni było dużo zabawniej niż w dowolnie wybranym salonie wypełnionym bandą sztywniaków dyskutujących o czymś, co nikogo – łącznie z nimi samymi – nie interesuje. Mimo tych przekonań jednak utrzymywał wizerunek osoby zainteresowanej kontaktami z arystokracją). Podejrzewał, że była taka chłodna dlatego, że nie potrafiła być inna. Może i by jej współczuł, gdyby nie sądził, że łatwo można to zmienić. I możliwość zajścia tej zmiany naprawdę go interesowała – rzecz jasna z powodów czysto naukowych. Trzeba w tym miejscu dodać, że Torvalda interesowali ludzie: lubił się im przyglądać, analizować ich zachowania i reakcje, a praca w sklepie zapewniała mu (poza całkiem przyjemną wypłatą) taką możliwość.
W porządku, Torvaldowy układ z Sigrid miał więcej korzyści dla niego niż dla niej, ale i tak był przekonany, że Krukonka go nie zerwie, nie należała do ludzi, którzy cofają dane wcześniej słowo. Tego był pewien.
Zmierzwił sobie włosy i wszedł do biblioteki, w drzwiach mijając Bernarda MacIvera; rudzielec posłał mu spojrzenie, które mogłoby uchodzić za mordercze, gdyby nie fakt, że Bernard należał do tych sztywniaków z kijem od miotły zamiast kręgosłupa, którzy nie posyłają takich spojrzeń, bo nie wypada. Torvald nie wiedział, co takiego Sigrid powiedziała Bernardowi na temat ich małego układu, ale domyślał się, że Krukonowi się to ani trochę nie podobało. Uśmiechnął się do siebie. Gdyby MacIver zdecydował się jakoś na całą tę sytuację zareagować, mogłoby się zrobić całkiem ciekawie.
W końcu zauważył Sigrid siedzącą przy zawalonym książkami stoliku. Stukała palcami w blat, wyraźnie zniecierpliwiona. Torvald uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie zaczęła czytać żadnej księgi ani nie wyszła z biblioteki – po prostu tak siedziała, patrzyła w okno i stukała palcami w blat. Świetny punkt wyjścia.
– Uwierzyłabyś – zaczął, gdy podszedł już na tyle blisko, że Sigrid mogła go usłyszeć – gdybym powiedział, że drogę zatarasowało mi stado gumochłonów i jeden mały centaur?
– Nie – odpowiedziała, patrząc na niego karcąco, a kiedy wzruszył ramionami i nie podał żadnego bardziej racjonalnego wyjaśnienia, zrugała go: – Świetnie wiesz, że nie mamy wiele czasu, a jednak wolisz się spóźniać, zamiast przyłożyć się do pracy!
Torvald starał się wyglądać jak uosobienie poczucia winy, ale szeroki uśmiech niweczył jego starania. Każdego dnia wymyślał coraz głupszą wymówkę i każdego dnia słuchał, jak Sigrid przypominała mu o zbliżających się owutemach – był to ich własny odpowiednik przywitania, na tyle unikalny i interesujący, że żadne z nich nie próbowało go zmieniać. I o ile w przypadku Torvalda było to działanie w pełni świadome, o tyle Sigrid zdawała się nie zwracać na to szczególnej uwagi, po prostu wyrażenie troski o stan jego wiedzy było ważniejsze niż przestrzeganie zasad dobrego wychowania. Oczywiście z nauczycielskiego punktu widzenia.
– Zdaję sobie sprawę – zapewnił, pochylając się nad nią lekko, żeby sprawdzić, czy się odsunie. – Dlatego właśnie myślałem, że moglibyśmy dziś poćwiczyć nieco praktykę.
Spojrzał na nią wyczekująco. A ona się nie odsunęła.
– Wydaje mi się, że powinniśmy omówić jeszcze kilka ostatnich tematów, w końcu… – zaczęła, nieco zmieszana, bo sama myślała o tym, żeby zająć się transmutacją w praktyce, ale nagle pomysł ten przestał wydawać jej się tak pociągający. Albo wręcz przeciwnie: zaczął aż za bardzo. Perspektywa ćwiczenia zaklęć w pustej sali nie powinna wydawać się tak interesująca… chyba że z nauczycielskiego punktu widzenia.
– Przez ostatnie kilka dni przerobiliśmy cały materiał obowiązujący na egzamin. W porządku, nie poruszyliśmy kwestii tematów, które teraz są omawiane na zajęciach, ale w porównaniu z tym, jaki kawał roboty udało nam się odwalić… – Uśmiechnął się z zadowoleniem. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tyle się uczył, mógłby nawet iść o zakład, że nigdy wcześniej nie siedział z nosem w książkach po dobre dziesięć godzin na dobę. – Jeśli jeszcze jeden dzień będę musiał czytać o formułkach, których nie mogę przetestować, nie wytrzymam i transmutuję którąś z tych ksiąg w wombata. Gamp, przecież wiesz, że nie jestem takim molem książkowym jak ty i wolę machanie różdżką od czytania o tym, co należałoby wiedzieć przed machnięciem.
Sigrid westchnęła. Rozejrzała się jeszcze po bibliotece, jakby liczyła, że nagle przyjdzie jej do głowy argument, dlaczego nie powinna się na to zgadzać i dlaczego lepiej by było, gdyby nie wychodzili z biblioteki. Nie żeby nie miała ochoty wyjść. Oczywiście pamiętała o wszystkim, co matka mówiła na temat plotek i skandalu obyczajowego, ale panna Gamp czuła silną potrzebę buntu. Nie zdawała sobie sprawy, jak chętnie Torvald by jej pomógł w wywołaniu dowolnie wybranego skandalu – gdyby tylko chciała.
Po kilku minutach znaleźli się w końcu w jakiejś sali (Sigrid, zajęta rozglądaniem się wokół w poszukiwaniu ewentualnych ciekawskich, którzy mogliby donieść o wszystkim jej matce, nie zauważyła nawet jakiej) i Torvald z zadowoleniem oparł się o jedną z ławek. Nigdy nie był fanem atmosfery panującej w bibliotece i z ulgą przyjął zmianę miejsca nauki – nawet jeśli była to zmiana tylko chwilowa. Do tego fakt, że Sigrid zgodziła się na tę zmianę, utwierdził go w przekonaniu, że prędzej czy później uda mu się przebić przez tę skorupę dobrego wychowania, dobrych manier i innych dobrych rzeczy. Nie wiedział, czemu aż tak mu na tym zależało – może po prostu wspólna nauka byłaby zbyt nudna, gdyby nie wytyczył sobie drugiego, nieoficjalnego celu?
Sigrid zaczęła przypominać mu podstawowe zasady obowiązujące przy rzucaniu zaklęć transmutujących – zupełnie jakby był jakimś jedenastolatkiem! – a on wykorzystał tę okazję, by móc jej się przyjrzeć nieco uważniej niż zwykle. Co tu kryć, do tej pory myślał o niej przeważnie albo jako o siostrze Johana, albo o arystokratce z kijem zamiast kręgosłupa. Zdarzały mu się momenty, w których zwracał większą uwagę na to, jak słońce padało na jej włosy czy jak błyszczały jej oczy, kiedy mówiła o pracy uzdrowicielki – takie drobiazgi, na które pewnie nie zwróciłby uwagi, gdyby nie wierzył, że mogą pomóc mu wydobyć ją z tej skorupy. Nie zachwycał się jednak jej urodą, bo ani ona nie była na tyle piękna, ani on na tyle romantyczny.
– Um, to od czego zaczniemy? – zapytała w końcu, kiedy już powiedziała wszystko na temat wyraźnego wymawiania sylab, prawidłowych zgięć nadgarstka i całej reszty bzdur, które Torvald puszczał mimo uszu.
To pytanie również zignorował.
– Dlaczego właściwie zgodziłaś się mi pomagać? – rzucił, uznawszy, że to wystarczająco neutralny temat.
Sigrid popatrzyła na niego, jakby właśnie przyznał, że sypia w piżamie w hipogryfy i szlafmycy w kafle. Nie tylko nie rozumiała, po co o to zapytał (w końcu powinien się cieszyć, że się zgodziła, a nie zastanawiać się, dlaczego to zrobiła), ale – i to było znacznie gorsze – nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Czuła się trochę tak jak wtedy, kiedy szedł za nią przez pół zamku i w końcu właściwie bez wysiłku namówił ją, by udzielała mu korepetycji. Jakby była gliną albo innym materiałem, z którego mugole lepią dowolnie wybrane formy. Ani trochę jej się to nie podobało.
– To nie ma znaczenia. Od czego zaczniemy? – zapytała nieco bardziej stanowczo.
Torvald spodziewał się podobnej odpowiedzi; może nie dokładnie takiej, ale wątpił, czy Sigrid udzieli mu konkretnej odpowiedzi. Mimo to kontynuował:
– Wręcz przeciwnie, to ma wielkie znaczenie. Zmieniłaś plany własnych powtórek i poświęcasz swój czas komuś, kogo wcześniej praktycznie nie znałaś. Czy to takie dziwne, że ciekawi mnie, czemu się zgodziłaś?
Starał się, by w jego głosie pobrzmiewała zarówno nuta zaciekawienia, jak i pewna uraza. W końcu przed chwilą odmówiła mu odpowiedzi, która jak najbardziej mu się należała, miał prawo czuć się urażony. Tak samo, jak miał prawo podejść do niej odrobinę bliżej – ot tak, żeby im się lepiej rozmawiało. W końcu nie było potrzeby, żeby krzyczeli do siebie przez całą długość sali, prawda?
Sigrid instynktownie się odsunęła. Wiedziała, że to się tak skończy (jeszcze nie wiedziała, jak dokładnie, ale miała nadzieję, że czytała jakąś książkę, w której główna bohaterka przeżyła coś podobnego; gdyby tak faktycznie było – mogłaby sobie przypomnieć, jak zareagowała owa bohaterka i zrobić to samo, gdyby nie miała lepszego pomysłu). Zaczęła się gorączkowo zastanawiać, o co mogło chodzić Torvaldowi, bo jej mózg jakoś nie mógł – bądź nie chciał – uwierzyć, że była to li i wyłącznie próba zmniejszenia dystansu i nawiązania przyjacielskiej rozmowy.
– Nie wiem dlaczego – przyznała w końcu, jakby liczyła, że jej odpowiedź sprawi, że to on będzie musiał coś zrobić, by sytuacja przestała być taka dziwna.
Tyle tylko, że zaistniała sytuacja wcale nie wydawała się Torvaldowi dziwna. Wręcz przeciwnie, nawet go bawiła. Widział, że Sigrid nie ma pojęcia, jak się zachować, i nie widział niczego złego w wykorzystaniu tej sytuacji. Zrobił jeszcze jeden krok do przodu – tak, że stał niecałą stopę od niej – i wyczekująco uniósł brew.
Panna Gamp spojrzała na niego możliwie chłodno i zrobiła to, co mogła zrobić arystokratka. Spróbowała przypomnieć mu, że przekracza granice.
– Torvaldzie, odsuń się. Jestem zaręczona i to bynajmniej nie z tobą – stwierdziła, zadowolona, że głos jej nie zadrżał.
Niestety, Torvald nie tylko się nie odsunął, ale wręcz uśmiechnął się do niej bezczelnie.
– I uważasz, że ta informacja powinna mnie zainteresować, bo…? – zapytał, po czym cmoknął ją w prawy policzek, zanim nawet zdążyła pomyśleć o odpowiedzi.
A potem zrobił parę kroków w tył, znów oparł się o ławkę i spojrzał na nią wyczekująco, jakby dziwił się, że Sigrid milczy.
– Możemy zacząć od czegoś prostego, tak na rozgrzewkę – rzucił spokojnie. – Co powiesz na transmutowanie piór w widelce?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s