Rozdział czternasty.

Gabriel Lyndon usłyszał o wszystkim, co wydarzyło się w szklarni, dopiero w czasie obiadu. Nie dlatego, że w Hogwarcie był zły przepływ informacji – po prostu Gabriel zaspał na śniadanie, spóźnił się na pierwsze zajęcia, a później nie rozmawiał z nikim aż do obiadu, bo każdą wolną chwilę spędzał na przepisywaniu wypracowania z astronomii, które miał oddać tego samego dnia. Dopiero kiedy je skończył i zjadł już solidną porcję jakiegoś mięsiwa, zainteresował się najświeższymi plotkami. Dowiedział się co niego o nowej strategii Puchonów, którą przygotowywali na mecz quidditcha, usłyszał parę świńskich komentarzy na temat jednej z koleżanek, obiło mu się też o uszy coś o jakimś Ślizgonie w skrzydle szpitalnym. Początkowo nie zareagował – w końcu Ślizgoni zawsze proszą się o kłopoty, czemu tu się dziwić – ale kiedy w rozmowie padło znajomo brzmiące nazwisko, zaczął słuchać uważniej.
Nie minął nawet kwadrans, nim Gabriel wyszedł z Wielkiej Sali. Miał w głowie straszliwy mętlik. Nie znał wielu szczegółów całego wypadku, ale wszyscy zgadzali się, że młody Gamp miał wypadek w szklarni. Gabriel aż za dobrze był świadomy, że to mogła być ta sama szklarnia, obok której rozmawiał z Bernardem. I naprawdę, naprawdę nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby brat Sigrid słyszał całą ich rozmowę.
Musiał znaleźć Bernarda. MacIver będzie wiedział, co robić – w końcu był mózgiem całej operacji, miał pomóc Gabrielowi zdobyć dziewczynę, ocalić ją przed tym okropnym Ślizgonem. Teraz, kiedy na scenie zrobiło się tłoczniej i trzeba było liczyć się też z bratem Sigrid, plan mógł nie wypalić. Zresztą – czy ich plan był na tyle dobry, by mógł wypalić? Gabriel spędził poprzednią noc wyobrażając sobie, co może się stać, jeśli ich plan się powiedzie. W każdym scenariuszu Sigrid była mu wdzięczna za ratunek. W każdym scenariuszu pokonywał Burke’a. W każdym scenariuszu panna Gamp miała stać się panią Lyndon. I w każdym scenariuszu zjawiał się w końcu jej prawdziwy narzeczony – zawsze na białym rumaku, zawsze z perłowobiałym uśmiechem, zawsze z workiem galeonów – żeby zabrać ją daleko i od Gabriela, i od Burke’a, i od wszystkiego, co do tej pory znała. Koło pierwszej w nocy zaczął się zastanawiać, czy nie jest to najlepsze rozwiązanie. Poczekać na zjawianie się narzeczonego. Nie pchać się tam, gdzie nie można nic zrobić.
Ale te oczy, te smutne oczy, jak mógł zapomnieć o jej smutnych oczach? Jak mógł pozwolić, by dalej były smutne, by dzień w dzień smutniały jeszcze bardziej? Nie spodziewał się, by od razu poweselały na jego widok – w końcu Sigrid nawet go nie znała. Kojarzyła go z widzenia, kilka razy powiedzieli sobie cześć, ale nic więcej. Nie, Gabriel nie miał wątpliwości, że nie rzuciłaby mu się na szyję, ale gdyby mieli czas – więcej czasu – zobaczyłaby wszystkie jego dobre strony i mogłaby nauczyć się go kochać. Problem w tym, że nie mieli czasu. Żadne z nich. Był kwiecień, co oznaczało, że szkoła miała się niedługo skończyć, a każde z nich miało wyruszyć swoją drogą; Sigrid miała zostać bogatą żoną arystokraty, a on miał zająć się czymkolwiek, co pozwoliłoby mu utrzymać i siebie, i matkę. Nie był księciem z bajki – czuł się nim mniej i mniej, im bardziej myślał o Sigrid. Nie mógł dać jej tego, na co niewątpliwie zasługiwała, i jedyne, co mogło go powstrzymać przed całkowitym porzuceniem planu, była świadomość, że Burke też jej tego dać nie może. Nieważne, co myślała o całej sprawie sama Sigrid. To oczywiste, że ktoś taki jak Burke nie może zaoferować jej nic poza przepłakanymi nocami. Dlatego właśnie on, Gabriel, musiał coś zrobić. Nie po to, żeby zdobyć dziewczynę – nie, kiedy pierwsze promienie słońca zaczynały wpadać do dormitorium, zdał sobie sprawę, że to nie był najlepszy pomysł. Jego kłamstwo zbyt szybko wyszłoby na jaw i wtedy nie byłby lepszy od Ślizgona. Nie chciał, żeby miała do niego taki sam żal, jaki niewątpliwie będzie miała do Burke’a, kiedy ten już ją porzuci. Czego zatem chciał Gabriel? Nagle poczuł, że wcale nie tak wiele. Wystarczy mu, jeśli powie Sigrid wszystko, co wie – wyjaśni jej, czemu nie powinna zadawać się z tym Ślizgonem i skłoni, żeby poczekała na narzeczonego. I tak nie mogła uciec od małżeństwa, dlaczego zatem miała dodawać sobie cierpienia i do końca życia myśleć o Torvaldzie jako o miłości swojego życia? Wykorzystywał ją, na pewno i oszukiwał, więc nie zasługiwał na żadne ciepłe uczucia. Gabriel postanowił, że jej to wszystko po prostu powie. Wtedy wszystko będzie łatwiejsze. I z tą radosną myślą zasnął, by później przegapić śniadanie i spóźnić się na pierwsze zajęcia.
Gryfon nie był pewny, gdzie powinien szukać MacIvera – trochę zdziwiła go nieobecność Krukona na obiedzie, ale uznał, że mógł zasiedzieć się w bibliotece. (Gabrielowi wydawało się oczywiste, że ktoś taki jak Bernard cały czas siedzi w bibliotece). Rozczarował się, kiedy go tam nie znalazł. Nie wiedział, gdzie indziej go szukać, więc wrócił do Wielkiej Sali. Obiad już się kończył, ale udało mu się dostrzec jakiegoś Krukona, o którym wiedział, że byli razem na roku.
– MacIver? Zniknął gdzieś przed śniadaniem – odpowiedział Krukon spokojnie, jakby zniknięcia kolegów z dormitorium były na porządku dziennym.
Gabriel podziękował mu za informację, choć nie ułatwiała ona poszukiwań. A teraz, kiedy już wiedział, jak chce rozwiązać sytuację z Sigrid, rozmowa z Bernardem stała się dla niego priorytetem – nie chciał, żeby sprawy zabrnęły za daleko, ba, nie chciał nawet, by Sigrid się o czymkolwiek dowiedziała, zanim z nią nie porozmawia. W końcu wystarczyłoby, że powstrzymają Burke’a, panna Gamp nie musiałaby wiedzieć o niczym. Tak byłoby nawet lepiej, w końcu była z pewnością wrażliwą arystokratką i nie należało jej mieszać do brudnych porachunków – a wiedział, że powstrzymywanie Burke’a nie będzie czyste; nazwał to porachunkami tylko dlatego, że brzmiało to lepiej w jego głowie.
Właśnie wtedy – Merlinie, dlaczego? – usłyszał zza roku znajomy głos Sigrid. Zatrzymał się i próbował usłyszeć coś więcej – cokolwiek mówiła, mogło być ważne dla planu, który on i MacIver opracowali… to znaczy opracowują. Gabriel cały czas przypominał sobie, że jego wersja planu musi ulec zmianie.
– … on chciał, naprawdę nie wiem – mówiła tymczasem Sigrid. – Przecież nie zdarzyło się nic złego, oczywiście, Johan miał ten wypadek, ale to się zdarza, nie stało mu się nic poważnego, pielęgniarka mnie o tym zapewniała, więc dlaczego profesor Alderton miał…
– Alderton ma za dużo czasu – stwierdził drugi głos, który Gabriel natychmiast zidentyfikował jako głos Torvalda i w myślach pogratulował sobie wyczucia czasu. – I interesują go sprawy, które nie powinny go interesować. Oczywiście, że nie stało się nic innego, po prostu chciał się upewnić, czy jestem grzecznym, małym Ślizgonem.
Gabriel miał straszną ochotę prychnąć. Naprawdę, nigdy wcześniej nie miał tak szczerej ochoty prychnąć. Prychnięcie wzbierało w nim od palców u nóg, przechodziło przez całe ciało, potęgowane przez każdy mijany organ, i wreszcie dotarło do ust, by tam zamrzeć. Nie zdążyło przez nie ujść – a nie miał wątpliwości, że byłoby to prychnięcie nad prychnięciami, prototypowe i najwspanialsze prychnięcie spośród wszystkich prychnięć, które dane było i będzie kiedykolwiek słyszeć wszystkim, którzy by je faktycznie usłyszeli – bo oto Sigrid odpowiedziała:
– Miałeś szczęście, że tam byłam. Nic nie poprawia wiarygodności Ślizgonów bardziej niż miła Krukonka. – Zaśmiała się.
Burke też się zaśmiał, po czym ich kroki na chwilę umilkły i Lyndon zdał sobie sprawę, że najlepiej będzie, jeśli zniknie, zanim go zobaczą – w końcu i tak dowiedział się czegoś. Wiedział, że Alderton podejrzewał o coś Burke’a. O coś złego. O coś, o czym Sigrid nie miała pojęcia. Ale co to mogło być?
I gdzie podziewał się Bernard?
Gryfon wiele by dał, żeby się tego dowiedzieć, ale w tej chwili musiał uporządkować sobie w głowie, co chce powiedzieć Sigrid. Zaczął się domyślać, że nie uda mu się porozmawiać z MacIverem, zanim będzie musiał porozmawiać z panną Gamp. Był bowiem pewny, że sytuacja jest na tyle poważna, że nie powinien zwlekać ani chwili. Kiedy tylko uda mu się zobaczyć Sigrid samą (w końcu nie chciał, żeby Burke usłyszał choć słowo i znów próbował przestawić mu szczękę) – będzie musiał powiedzieć jej o wszystkim.
Dlatego też Gabriel przez całe popołudnie obserwował Sigrid z daleka i czekał. (Przez chwilę rozważał, czy nie porozmawiać z Aldertonem o Torvaldzie, ale kiedy zauważył, że profesor przygląda mu się uważnie, jakby próbował ocenić, czy to aby nie Gabriel przyczynił się do wyginięcia hafragurków, zrezygnował z tego pomysłu). Okazja nadarzyła się dopiero wieczorem, kiedy Burke wyszedł z Wielkiej Sali i ruszył w bliżej nieznanym kierunku, a Sigrid, dokończywszy kolację, udała się do skrzydła szpitalnego. Przynajmniej miała zamiar się tam udać, bo Lyndon dogonił ją gdzieś w połowie drogi i złapał za rękaw szaty. Krukonka spojrzała na niego pytająco, szybko jednak wyszarpując rękaw.
– Musimy porozmawiać – powiedział poważnym tonem Gabriel.
– Ostatnia nasza rozmowa nie skończyła się najlepiej – odpowiedziała Sigrid. Nie próbowała jednak odejść, co oznaczało, że być może go jednak wysłucha.
– Tym razem nie będzie machania różdżkami – uspokoił ją Gabriel, starając się nie dodać w myślach „o ile nie pojawi się tu Burke”.
Panna Gamp złożyła ręce na piersi i Lyndon domyślił się, że powinien zacząć mówić, jeśli nie chce, żeby jego słuchaczka straciła resztki zainteresowania. Zaczął od naświetlenia swojej sytuacji rodzinnej (choć nie przychodziło mu to łatwo i bardzo starał się pominąć temat obecnego stanu swojej matki, a skupić się na czasach, kiedy ojciec jeszcze żył), a kiedy poczuł się pewniej, wyjaśnił, że przez chwilę wydawało mu się, że być może ona jest jego narzeczoną. Że usłyszał o jej zaręczynach i pomyślał – tak, ośmielił się pomyśleć! – że być może szczęście uśmiechnęło się do niego. Że wydawała mu się niezwykle ciepłą i miłą osobą, która może wiele w życiu osiągnąć. Że chciał ją ocalić przed Torvaldem, jeśli nie miała ochoty z nim przebywać. Że chciał jej dać wszystko – może nawet i gwiazdkę z nieba – ale zdał sobie sprawę, że to nie jego miejsce, nie jego rola i nie jego gwiazdka z nieba mogłaby stać się jej skarbem. I że chciał ją zapewnić, że nie będzie jej prześladował, ale najpierw chce jej powiedzieć o czymś bardzo ważnym.
Sama Sigrid słuchała uważnie, momentami pełna współczucia dla Gabriela, momentami bardzo zła na niego i na cały świat, który sprawiał, że takie rzeczy miały miejsce. Może też zła na swoją rodzinę, że nie powiedzieli jej od razu, kto jest jej narzeczonym – ileż by to ułatwiło! W końcu jednak poklepała Gabriela po ramieniu i wykonała dłonią gest, by mówił dalej.
Gabriel zrobił głęboki wdech i opowiedział jej o rozmowach z Bernardem: o tym, jak chcieli rozbić jej związek z Torvaldem, bo obaj byli przekonani, że to nie Burke jest jej narzeczonym, o tym, co planowali zrobić, o tym, co Bernard mówił na temat Burke’a i zagrożenia, jakim może być dla Sigrid. MacIver był bowiem pewny, że prędzej czy później Ślizgon złamie prawo i pociągnie za sobą pannę Gamp; że nie zadowoli się spędzaniem z nią czasu, ale pozbawi ją czci (w tym miejscu i Gabriel, i Sigrid mogli się lekko zarumienić – on, bo musiał mówić o czymś takim i był przekonany, że sam taki domysł rani jej uszy, a ona, bo jego słowa przypomniały jej o całkiem niedawnych wydarzeniach), zrujnuje jej reputację, wykorzysta ją i porzuci, bo tak właśnie robili ludzie jego pokroju.
Sigrid otworzyła usta, żeby zaprotestować – albo się zgodzić, kto wie? Gabriel jednak przerwał jej i stwierdził, że jeśli teraz nie powie tego, co ma do powiedzenia, to nie powie tego nigdy. Wziął głęboki wdech i wyjawił Sigrid, że Bernard dowiedział się o układzie Torvalda i Johana. Nie wiedział, na czym on polegał, ale wiedział, że w zamian za miejsce w drużynie quidditcha Johan zgodził się coś zrobić – coś związanego z Sigrid. Może chodziło o namówienie ją do udzielania Torvaldowi korepetycji, może o coś innego – tego Lyndon nie wiedział, ale dodał, że Bernard wspominał coś o listach. Gabriel nie miał pojęcia, czemu dwóch Ślizgonów miałoby się komunikować między sobą za pomocą listów, ale Bernard był przekonany, że jakieś listy odgrywają w całej sprawie znaczną rolę.
– Doceniam, że mi o tym mówisz – powiedziała Sigrid, kiedy już przekonała się, że Gabriel zamilkł na dobre. – Dziękuję.
Lyndon nie był pewien, czego się spodziewał. Może wielkiego ataku płaczu? Może chciał, żeby rzuciła mu się w ramiona i szukała w nich pocieszenia? Może chciał, żeby wpadła w gniew i postanowiła zerwać kontakt zarówno z Torvaldem, jak i z Bernardem? Może po prostu chciał zobaczyć, co się stanie. W każdym razie zawiódł się. Sigrid stała przed nim jak uosobienie dobroci i wszystkiego, o czym mógł marzyć, a po jej wargach błąkał się lekki uśmiech. Mogłaby wyglądać jak ktoś, kto zupełnie nie przejął się jego słowami, kto o wszystkim wiedział i się ze wszystkim godził, kto kochał świat mimo tylu jawnych niesprawiedliwości i kłamstw. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się, Gabriel zauważył, jak mocno zaciśnięta była jej szczęka, co sprawiało, że lekki uśmiech, który wcześniej tak mu się podobał, teraz wydał mu się przerażającym grymasem.
Zawahał się; nie wiedział, czy powinien już odejść, czy kontynuować rozmowę, która najwyraźniej ją zraniła – jak zresztą mogłaby tego nie zrobić, przecież właśnie powiedział pannie Gamp, że właściwie każdy z jej otoczenia ją okłamywał, że nikomu nie powinna była ufać. Poczuł, że naprawdę jej współczuje i chciałby jakoś ją pocieszyć – w końcu znów była tą biedną, zagubioną dziewczyną o smutnych oczach, którą należy uratować przed ślizgońskim smokiem.
Zanim zorientował się, co robi, objął Sigrid ramieniem i przyciągnął do siebie. Czuł, jak napięte są wszystkie jej mięśnie, domyślał się, że przez jej mózg przebiegają właśnie setki myśli, których nic, co on może zrobić, nie zatrzyma – będą tak biec, i biec, i mnożyć się, i transformować w słuszne i niesłuszne wnioski, przemieniać w decyzje, wzbudzać żal, a wszystko stanie się jeszcze bardziej przytłaczające, splątanie i nielogiczne. Chciał jej pomóc, zatrzymać całą tę machinę, którą puścił w ruch, pokazać jej, że ma kogoś, komu może ufać, kto jej nie okłamie i kto chce jej dobra.
Jednym ramieniem nadal przytrzymywał ją przy sobie, z drugie przemieścił tak, by móc ująć jej brodę dłonią. Chciał popatrzeć w jej oczy, naprawdę – sprawdzić, czy dodał do nich smutku, czy może obudziła się w nich determinacja; poszukać w nich ognia słusznego gniewu, który pomógł rozpalić. Ale w jej oczach nie znalazł żadnej z tych rzeczy. Nie dlatego, że były puste. Widział kłębiące się w nich emocje, ale żadna z nich nie była na tyle silna, żeby wygrać z pozostałymi. Sigrid nie podjęła jeszcze decyzji, była zagubiona i dlatego przybrała maskę idealnej arystokratki, której nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Była spięta i zimna, ale myślała. A Gabriel był pewny, że za chwilę, za moment zapłonie w niej ten ogień, który wypali cały smutek i wszystkie myśli o Torvaldzie.
Nawet nie spostrzegł, w którym momencie zdecydował się ją pocałować – w jednej chwili trzymał ją za brodę, szukał złości w jej oczach, a w następnej całował ją i popychał w kierunku ściany. Nie chodziło nawet o uczucie, które do niej żywił, a z obecności którego dopiero teraz zdawał sobie w pełni sprawę. Nie chodziło też o hormony, które szalały w jego ciele. Nie wiedział, o co chodziło, ale przez moment czuł, że jego świat stał się lepszy, pełniejszy. Jakby fakt, że całował pannę Gamp, był zarazem obietnicą lepszego jutra. Może miał cień nadziei, że ten pocałunek przekona ją, żeby zapomniała o wszystkim i spojrzała na niego łaskawszym okiem? Może po prostu chciał ją pocałować, bo był niemal pewien, że Burke już to zrobił? Może…
Sigrid odepchnęła go za szybko – nie zdążył jeszcze znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. Popatrzył na nią z nadzieją, jakby liczył, że miała jakąś epifanię i zaraz powie, żeby nie odchodził, żeby został z nią już na zawsze. Nie była to prawdziwa nadzieja, ale gdyby…!
– To było niedopuszczalne, Gabrielu – powiedziała lodowatym tonem. – Nie waż się do mnie zbliżać. Nie próbuj ze mną rozmawiać. W ogóle nie… Nie dotykaj mnie! – krzyknęła, kiedy wyciągnął rękę w jej kierunku. – Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, więc trzymaj się ode mnie z daleka!
I pobiegła najkrótszą drogą do wieży Krukonów. Gabriel mógł przysiąc, że widział w jej oczach łzy i był na siebie zły. Tak bardzo chciał zobaczyć w nich coś – cokolwiek – że nie przyszło mu do głowy, że rezultat jego działań może mu się nie spodobać. Miał jak najlepsze intencje, oczywiście, ale czasem to nie wystarczało.
Zmartwił go też fakt, że panna Gamp zareagowała aż tak ostro. Tak, nie powinien jej całować, ale… Nie, nie chciał się usprawiedliwiać. Miał tylko nadzieję, że Sigrid przemyśli wszystko, co jej powiedział wcześniej i nie uzna tego za stek kłamstw. Naprawdę dobrze jej życzył. Chciał, żeby była szczęśliwa – nawet jeśli przed chwilą unieszczęśliwił ją tak, jak według jego prognoz miał unieszczęśliwić ją Burke. Czy zatem miał prawo go krytykować? Czy miał prawo w ogóle mieszać się do jej życia?
Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że mógłby porozmawiać o tym z Bernardem, ale szybko odgonił tę myśl. Nie widział Krukona przez cały dzień, a do tego postanowił, że po tym dniu przestanie się mieszać w sprawy panny Gamp. Rozmowa z jej przyjacielem kwalifikowałaby się jako mieszanie, więc powinien się powstrzymać. Musiał się w końcu skupić na sobie i swojej matce, to było teraz ważniejsze. Może kiedyś znajdzie jakąś księżniczkę, ale wiedział już z całą pewnością, że księżniczką tą nie będzie panna Gamp.
Gabriel schował ręce do kieszeni i ruszył w kierunku wieży Gryffindoru. Nie czuł się w pełni przegrany. Prawdę mówiąc, nie czuł się w żaden szczególny sposób. W końcu nie stało się nic wielkiego. Ot, po raz kolejny stado smoków wygrało.

Advertisements
Rozdział czternasty.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s