Prolog, w którym poznajemy magiczny świat od kuchni

            Wydawać by się mogło, że znalezienie kogoś, kto nie chciałby odkryć w sobie magicznej mocy, jest niemożliwe. W końcu każdy w którymś momencie swojego życia, zwykle wcześniej niż później, próbował przenosić przedmioty siłą woli, teleportować się lub zmienić znienawidzony krupnik w tabliczkę czekolady. Większości się to nie udawało, co nie było szczególnie wielkim zaskoczeniem – rodzice powtarzali im, że magia nie istnieje, więc brak rezultatów był możliwy do przewidzenia. W końcu rodzice mają zawsze rację, prawda?
Ci, którym się udawało, zwykle byli niezmiernie zaskoczeni. Oczywiście kilka lat później, dokładnie w dniu ich jedenastych urodzin (co było niefortunne w przypadku osób urodzonych w sierpniu) otrzymywali list, w którym ktoś informował ich, że są czarodziejem lub czarownicą (niepotrzebne skreślić) i od września mogą uczęszczać do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Marzenie każdego dziecka, a pewnie i wielu dorosłych!
Oczywiście konieczność wyjazdu do Hogwartu oznaczała, że biedny młody obywatel tudzież młoda obywatelka rezygnuje ze starego, dobrego, państwowego systemu edukacji. Mógł sobie machać różdżką do woli, mógł do upadłego mieszać zawartość kociołka, ale dysponował niemal zerową wiedzą o fizyce, chemii czy – co najgorsze! – literaturze. Żadnemu z dyrektorów Hogwartu to nie przeszkadzało, wszyscy wierzyli w kształcenie specjalistów; wiadomo bowiem, że jak ktoś jest od wszystkiego, to jest od niczego. Dlaczego młodym czarodziejom potrzebna jest wiedza na temat układów równań? Dlaczego mieliby umieć wyjaśniać zjawiska optyczne bardziej skomplikowane od tęczy? Od tego są mugole.
Jasno wynika stąd, że nawet całkiem otwarci, liberalni i popierający integrację czarodzieje nie robili nic, by rzeczoną integrację przyspieszyć. Mugole nie wiedzieli nic o ludności magicznej, a czarodzieje odstawali od reszty społeczeństwa jak niemodna, różowa spódnica z falbanami w sklepie dla satanistów. Mieli problemy z tabliczką mnożenia i z wyczuciem stylu, nie wiedzieli nic o polityce, właściwie strach było z nimi rozmawiać o czymkolwiek innym niż o pogodzie. (A ludzie się dziwią, że to ulubiony temat Brytyjczyków – to po prostu dowodzi, że gdzieś podskórnie mugole wiedzą, że wśród nich znajdują się jacyś odmieńcy, z którymi nie da się rozmawiać na żaden inny temat).
Ot, wykształceni w siedmioletniej szkole magowie powinni grzecznie dołączyć do innych wykształconych magów, którzy już dawno powinni wypełnić rynek pracy. Niewiele się słyszy o magomurarzach czy magośmieciarzach, prawda? Czarodzieje mają tylko pewne określone kierunki rozwoju, zgodne z ich specjalizacją. Mogą szukać zatrudnienia w Ministerstwie, mogą dołączyć do magodrobnychprzedsiębiorców na ulicy Pokątnej lub innej, mniej znanej, a przez to z mniej barbarzyńskimi podatkami gruntowymi (o czym wiedzieli nieliczni, większość po prostu akceptowała, że musi płacić. Nie pytali o procenty, raty ani podstawy prawne, bo o nich nie widzieli – czyż to nie idealne społeczeństwo?), mogą w końcu pławić się w luksusie i korzystać z bogactwa zgromadzonego przez przodków, ewentualnie próbować szczęścia w magicznym przemyśle rozrywkowym lub sporcie. Na tym właściwie kończą się konwencjonalne ścieżki kariery. Oczywiście, potrzebni są też magomedycy, ale jest ich o wiele mniej niż na przykład – nieco mniej potrzebnych – magokurdomowych. Magokurydomowe od zwykłych, mugolskich kur domowych różniły się tylko tym, że używały różdżki do mieszania sosów. Czasami nawet wypowiadały odpowiednie zaklęcie, ale tylko wtedy, kiedy je sobie przypomniały lub nauczyły się go z książki, której z pewnością nie zalecali jako lektury obowiązkowej w Hogwarcie.
Widzicie, specjalizacja nie była najlepszym rozwiązaniem. Nikt nie powiedział tego jednak głośno, bo alternatywa jako taka nie istniała. W końcu nikt nie nazwałby powrotu do mugolskich metod działania i mugolskiego stylu życia alternatywą – nie, to było szaleństwo, na które decydowali się nieliczni. Najczęściej mugolaki, które ukończyły jednak te kilka lat szkoły i potrafiły dodać dwa do dwóch. Dzieci z rodzin czarodziejskich, które dorastały do bycia młodymi ludźmi z rodzin czarodziejskich, prawdopodobnie też potrafiły dodać dwa do dwóch, ale nikt nigdy tak zaawansowanej wiedzy od nich nie egzekwował. Miały wiedzieć, ile to jest dwa, miały wiedzieć, ile to jest cztery. Koniec. Skąd miały to wiedzieć i ile naprawdę na temat liczb wiedziały – to ich sprawa. W każdym razie mugolaki, dodawszy dwa do dwóch, czasami porzucały świat magiczny i dokonywały pewnego regresu ewolucyjnego (jak mawiały pewne środowiska, o których nie będziemy tu nawet wspominać; od upadku Voldemorta w ogóle o wielu rzeczach się nie wspomina), to znaczy wracały do swoich korzeni, do tych wszystkich podmiejskich domów, obskurnych mieszkań, do metra i autobusów, do supermarketów i telewizorów. Znajdowały pracę i część z nich wyrzucała różdżkę do kosza lub chowała na dno szuflady z bielizną, bo zgodnie z obiegową opinią nikt do onej nie zaglądał, o ile osoba odpowiedzialna za pranie wywiązywała się ze swoich obowiązków. W przeciwnym razie dno przestawało być dobrym schowkiem.
Mugolaki radziły sobie, bo świat, do którego wracały, był ich własnym światem; tym, w którym przez jedenaście lat musiały żyć, więc czegoś się o nim dowiedziały. Dzieci z rodzin magicznych – nawet tych dumnych, czystokrwistych, w których od pokoleń nie było charłaka, a jeśli nawet się trafił, to pozbywano się go na tyle szybko, by opinia publiczna się nie dowiedziała… W każdym razie dzieci z tych rodów nie miały pojęcia o alternatywie. Kończyły Hogwart i zostawały same ze swoimi marzeniami o karierze aurora (miejsce tysiąc dwieście piętnaste na liście oczekujących na wolną posadę), magomedyka (osiemset trzydzieste drugie) czy nawet sprzedawcy w sklepie z szatami na Pokątnej (jedynie dwustu dwóch chętnych). Być może listy te byłyby krótsze, gdyby nie napływ imigrantów z innych krajów, którzy po upadku Voldemorta postanowili, że wyjazd do ojczyzny Merlina i Dumbledore’a zwiększy ich magiczną moc lub atrakcyjność dla płci przeciwnej, a w najgorszym wypadku sprawi, że w ich sakiewkach znajdzie się więcej złota. Trzeba bowiem w tym miejscu stwierdzić, że społeczność magiczna w innych krajach była zbyt nieliczna, by wykształcić tak piękne struktury czystej biurokracji jak Ministerstwo Magii. Istniały mniejsze lub większe zgromadzenia magów, którzy sami mieli pracę, ale ze względu na to, że pieniędzy zawsze brakowało im na wszystko (nie wiedzieć czemu była to jedna z nielicznych cech wspólnych czarodziejom i mugolom: jedni i drudzy sprawiali, że pieniądze w prawdziwie magiczny sposób znikały gdzieś między jednostką dystrybuującą środki a jednostką, która powinna je otrzymać), nie tworzyli nowych stanowisk. Młodzież mogła albo zwrócić się w kierunku mugoli, albo wyruszyć w poszukiwaniu nowego, lepszego świata. Wiadomo, że młodzież jest optymistyczna i naiwna do granic głupoty, więc uwierzyła, że skoro niejakiemu Kolumbowi (no wiecie, ten żeglarz i fizyk) się udało, to dlaczego im ma się nie udać? Wyruszyli więc w świat, jak drudzy synowie szlachciców, jak hidalgos, jak bękarty, jak wyrzutkowie z ich własnej ziemi. Zabrali przy tym wszystkie najgorsze nawyki ze swoich ojczyzn, więc angielskie Ministerstwo Magii musiało stworzyć wiele nowych, niezmiernie potrzebnych stanowisk, żeby zająć się tak palącymi sprawami. I tak powstał Wydział Magicznej Imigracji, Wydział Kontroli Tradycji i Zwyczajów, Wydział Ochrony Mniejszości Kulturowych (zwykle dochodziło do rękoczynów między jego pracownikami, a pracownikami Wydziału Kontroli Tradycji i Zwyczajów, który skupiał – cóż, użyjmy tego brzydkiego słowa – magonacjonalistów), Wydział Unifikacji Zaklęć i Receptur, Wydział Współpracy Międzynarodowej, Wydział Handlu Zagranicznego, Wydział Kontroli Przemytu i inne. Zatrudnienie znalazło wielu młodych, obiecujących magów, którzy nie potrafili prawie nic i byli z tego dumni. Równie wielu zatrudnienia nie znalazło, ale niewątpliwie dołożą starań, by stworzyć nowe patologie społeczne, które będą wymagały stworzenia nowych urzędów, które z kolei powinny im przeciwdziałać.
W całym tym rozgardiaszu na dalszy plan schodzili młodzi ludzie z rodzin magicznych, którzy nie mieli pojęcia o mugolach – ba, większość z nich nie chodziła nawet na mugoloznawstwo – ale mimo tego postanowili, że zaryzykują i zwiążą swoją egzystencję z ludem niemagicznym. Po cichu, często w tajemnicy przed rodziną i znajomymi, wyjeżdżali do innego miasta, najczęściej dużego, bo w takim łatwiej się ukryć, choć równie popularne były niewielkie miasteczka na końcu świata, w których czarodzieje po prostu się nie pojawiali. W takich warunkach zaszywali się w wynajętych lub kupionych mieszkaniach i studiowali z uwagą podręczniki, z których uczyli się mugolscy dwunastolatkowie. W ciągu kilku miesięcy starali się uzupełnić braki w wiedzy, jednocześnie ubolewając nad tym, że nikt nie wymyślił, jak uzupełnić braki w wiedzy na temat stosownego zachowania w towarzystwie mugoli. Byli skazani na porażki odzieżowe, na wszelkiego rodzaju faux pas, jakie tylko człowiek może popełnić, ale ostatecznie stawali się częścią społeczności lokalnej. Nie oznacza to, że znajdowali pracę, w końcu na świecie panował kryzys. (Ministerstwo powołało specjalny wydział, który badał przyczyny wspomnianego kryzysu; póki co wszystko wskazywało na to, że zamieszani w to byli poplecznicy Voldemorta. Co ciekawe, rządy wielu krajów powołały podobne instytucje, które również badały przyczyny kryzysu, ale każda z nich przedstawiała inne rezultaty badań: winni byli bankierzy, Żydzi, masoni, geje, papużki faliste, czarne pudle lub nieopodatkowane prostytutki. Czarodzieje, jako że są społecznością pełną ekspertów i nie powinni się mylić, orzekli, że śmierciożercy mogli wcielić się w przedstawicieli każdej z tych grup).
Jednak nie o Ministerstwie będzie tu mowa, nie o mugolakach, nie o imigrantach, a nawet nie o śmierciożercach. Nie, skupimy się na Gwendolyn Ketteridge, która właśnie skończyła Hogwart i nie czuje się ekspertem w żadnej dziedzinie. Do tego gnębią ją poważne problemy egzystencjalne, a herbata zawsze stygnie za szybko. Nie wiedzieć czemu uznała, że problemy te nie podążą za nią, jeśli przeprowadzi się do niewielkiego miasteczka w południowej Anglii. Postanowiła, że kiedy się już tam znajdzie, dołoży wszelkich starań, by stać się częścią szczęśliwego, mugolskiego społeczeństwa, które wynalazło elektryczne podgrzewacze do herbaty, choć Gwen jeszcze o tym nie wie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s