Prolog

To dobrze, cieszę się, że to dziewczynka. I mam nadzieję, że będzie głupia – to najlepsza rzecz dla kobiety na tym świecie: być pięknym głuptaskiem.
 F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby

Nie wiadomo, czy takie właśnie słowa padły z ust pani Gamp, kiedy tylko zobaczyła swoją córeczkę, ale gdy kilka lat później rozmawiała o niej z kimkolwiek – wyrażała podobną opinię. Problem polegał jednak na tym, że dziewczynka nie była szczególnie ładna i, co gorsza, wydawała się całkiem inteligentna. Pani Gamp zupełnie nie rozumiała, w kogo mogła się wdać mała Sigrid, i doprowadzało ją to do szału – ilekroć dłużej przyglądała się dziewczynce, odkrywała, że coś z nią było nie tak: a to miała za niskie czoło, a to zbyt szeroko rozstawione oczy, zbyt odstające uszy… Można by wymieniać godzinami, jako że pani Gamp za każdym razem zauważała inną cechę i rzadko zwracała na nią uwagę powtórnie, utwierdziwszy się już w przekonaniu, że jej córka miała prawdziwego pecha i skupiły się w niej praktycznie wszystkie cechy, które zostały wniesione do szlachetnego rodu Gampów (i równie szlachetnego rodu Bergfalków, z którego sama się wywodziła) przez osoby, których za nic w świecie nie zaprosiłaby do domu, a gdyby – nie daj Melinie! – same doń weszły, przyjęłaby je w kuchni. A i to tylko, gdyby miała dobry humor.
Trzeba w tym miejscu powiedzieć dwa słowa na temat pani Gamp, która od dzieciństwa przygotowywana była do roli salonowej laleczki i nigdy nie poświęciła za wiele czasu na zastanawianie się, czy to naprawdę szczyt jej możliwości. Odpowiadało jej to – od przyjęcia do przyjęcia, od herbatki do herbatki, tu sztuczny uśmiech, tam trzepot rzęs. Na co tu narzekać? Z biegiem lat coraz częściej zostawiała swoją różdżkę w domu, bo – jak twierdziła – była damą, a damy nie rzucają zaklęć na prawo i lewo. Tak naprawdę pani Gamp nigdy nie była zbyt zdolna i najzwyczajniej w świecie bała się, że gdyby przyszło co do czego, nie udałoby jej się rzucić odpowiedniego zaklęcia. Oczywiście, usuwanie plam czy zaklęcia kosmetyczne miała opanowane do perfekcji, ale na samą myśl o tym, że musiałaby odpierać atak albo zajmować się domem, jeżyły jej się włosy na karku. Od tego miała męża i skrzaty (w tej właśnie kolejności).
Posiadanie męża wydawało się pani Gamp najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem i patrzyła z góry na wszystkie kobiety, które ukończyły dwudziesty piąty rok życia i pozostawały pannami. (Najchętniej patrzyłaby tak nawet na te, które miały dwadzieścia lat, ale rozumiała, że powinna być kobietą postępową). Sama wzięła ślub jeszcze przed dziewiętnastymi urodzinami i niezwykle ją cieszyło, że pod podziękowaniami za życzenia mogła podpisywać się już Gamp, a nie Bergfalk. Panieńskie nazwisko wydawało jej się zbyt przejściowe, coś jak podwieczorek przynoszony jej przez skrzaty, kiedy ona oczekiwała na kolację. W momencie, gdy po raz pierwszy pomyślała o sobie jako o pani Gamp (to znaczy pierwszy raz po ślubie, wcześniej wielokrotnie już tak o sobie myślała, ale nie miało to znaczenia, skoro w oczach innych nadal pozostawała panną Bergfalk), poczuła się kobietą spełnioną.
Czy kochała swojego męża? Oczywiście, że nie! W końcu pani Gamp była twardo stąpającą po ziemi kobietą i wiedziała, że miłość istnieje tylko w bajkach. To był kolejny powód, dla którego patrzyła na innych z góry – była przekonana, że nikt, kto wierzy w miłość (albo – jeszcze gorzej – w miłość od pierwszego wejrzenia) nie może być wartościową osobą. Uważała, że jej mąż jest dość sympatycznym człowiekiem, z którym miło jest czasami porozmawiać, byle nie za często, bo jeszcze się sobą znudzą. Wiedziała, że ją zdradzał – wiedział o tym każdy w środowisku – ale nie wydawało jej się to niczym dziwnym, w końcu sama też nie należała do wiernych żon. (Tak, na nie też patrzyła z góry i uważała, że są wierne tylko dlatego, że nie potrafią zainteresować sobą mężczyzny).
Małżeństwo państwa Gamp zostało zaplanowane, kiedy sami zainteresowani mieli po kilka lat i nie wiedzieli nawet, jak ważną decyzję podejmują za nich rodzice. Chodziło bowiem nie tylko o związanie ze sobą dwóch rodów, lecz także o wprowadzenie do brytyjskiej arystokracji odrobiny świeżej i – to jasne – czystej krwi. Pani Gamp dowiedziała się o wszystkim tuż przed wyjazdem do szkoły magii i była niezwykle zadowolona. Żadna inna dziewczynka na jej roku nie była jeszcze zaręczona, więc mogła czuć się od nich lepsza.
Bo, niestety, pani Gamp nie mogła funkcjonować bez porównywania się z innymi i bez poczucia, że jest od kogoś lepsza. Zawsze musiał być ktoś gorszy, brzydszy, głupszy, mniej popularny, gorzej ubrany, uboższy… Ktoś, kto nawet nie dorastał jej do pięt i nawet by na niego nie zwróciła uwagi, gdyby nie paląca wręcz konieczność pokazania, że jest od niego lepsza – tak na wypadek gdyby sam tego nie zauważył. Przenosiny do Anglii niezwykle ją ucieszyły, bo wiązała się z nimi konieczność poznania nowych ludzi, od których pod jakimś względem będzie lepsza. A do tego jeszcze perspektywa mieszkania w wielkim domu i posiadania kilku skrzatów domowych… Naprawdę, pani Gamp uważała, że ma naprawdę wielkie szczęście i ilekroć sobie o tym przypomniała, dziękowała odpowiednim instancjom za wszystko, co jej się w życiu przytrafiło.
Gdy tylko zorientowała się, że jest w ciąży – poczuła się jeszcze lepiej. Jakby jej status kobiety spełnionej osiągnął nowy poziom – właśnie udowodniła całemu światu, że jest płodna jak królica. Przez następne miesiące z dumą (ale nie przesadną, w końcu była arystokratką) prezentowała światu coraz bardziej zaokrąglony brzuch. Kiedy w końcu nadeszła wczesna wiosna i pani Gamp urodziła córkę – zrozumiała, że macierzyństwo nie jest dla niej i, choć nigdy by się do tego nie przyznała na głos, wolałaby, żeby skrzaty trzymały jej dziecko jak najdalej od niej. Oczywiście, posiadanie dziecka doskonale wpływało na jej wizerunek, ale perspektywa przebywania z małą Sigrid w jednym pokoju dłużej niż jakieś pół godziny ją przerażała. Nie miała pojęcia, co robi się z takimi małymi dziećmi – oczywiście, karmiła ją i śpiewała kołysanki (kiedy była pewna, że ktoś to widzi lub słyszy), ale poza tym…? Przewijaniem, rzecz jasna, zajmowały się skrzaty i, o ile wiedza pani Gamp była kompletna, na tym kończyły się potrzeby tak małego dziecka.
Nie znaczyło to, że całkiem odcięła się od córki i pozostawiła ją własnemu losowi, a skądże, w końcu to nie było dobrze widziane w towarzystwie. A pani Gamp niezwykle zależało na opinii środowiska, nawet jeśli czuła się lepsza od wszystkich, którzy tę opinię wydawali. Problem jednak tkwił w tym, że Sigrid nijak nie pasowała do jej wyobrażeń. Pani Gamp przygotowała zawczasu mnóstwo dziecięcych ubranek, a wynajęte krawcowe wciąż dostarczały nowych, choć czasy nie sprzyjały rozrzutności. Kiedy jednak skrzaty ubrały marudzącą dziewczynkę w jakąkolwiek sukienkę, okazywało się, że nie była tak idealna. Zarówno sukienka, jak i dziewczynka, co niezwykle bolało panią Gamp. Próbowała już domowych sposobów przerabiania sukienek, próbowała sprowadzać krawcowe, żeby robiły nieustanne przymiarki. Nic z tego, zawsze jakaś falbanka wydawała się źle przyszyta, kokardka przestawała pasować, a kolor – wcześniej zachwycający – fatalnie komponował się z włosami, oczami czy cerą Sigrid. Pani Gamp była przekonana, że wszyscy to widzieli, i starała się ograniczyć kontakt dziewczynki ze środowiskiem – oczywiście nie na tyle, żeby w przyszłości uniemożliwiło jej to znalezienie męża – choć jej własny mąż zapewniał ją, że ich córka była najpiękniejszą dziewczynką, jaką widział. W końcu cóż on wiedział o małych dziewczynkach? Mogła mu się wydawać najpiękniejsza, ale z równym powodzeniem mogło to wynikać z braku materiału porównawczego albo innej męskiej dumy, która na pewno przypominała mu, że Sigrid była jego córką, więc nie mogła nie być piękna.
A jednak! Pani Gamp patrzyła z przerażeniem na niesforne, brązowe kosmyki córki, które codziennie były przez dobre pół godziny czesane, a jednak i tak nie chciały się układać; na jej szare – nijakie, orzekła od razu pani Gamp – oczy, które tylko w wyjątkowo sprzyjającym świetle mogłyby uchodzić za niebieskie; na lekko zadarty nosek, który nie przypominał nijak prostego nosa pani Gamp ani orlego nosa jej męża, nie przypominał nawet żadnego z nosów należących do babć, dziadków czy ciotek; na parę piegów, o których pierwszy lepszy człowiek mógłby powiedzieć, że są urocze, ale pani Gamp wiedziała lepiej…
Jej córka była co najwyżej urocza, a i to na swój własny, specyficzny sposób. Nie piękna, nie ładna, po prostu urocza. Pani Gamp nie słyszała jeszcze, żeby w towarzystwie szeptano z podziwem „Widziałaś Taką-A-Taką? Jest taka urocza!”; z szyderstwem czy pogardą owszem, ale z podziwem – nigdy. I o ile póki co jej córka była za mała, żeby środowisko oceniało ją poważnie, o tyle pewnego dnia to się zmieni. I stanie się coś, o czym pani Gamp nawet nie chciała myśleć. Wszyscy znajdą w Sigrid coś, co pozwoli im się czuć od niej lepszymi. Wszyscy bez wyjątku.
Dlatego właśnie nie ustawała w wysiłkach i starała się znaleźć córce przyszłego męża, zanim jej obawy się ziszczą. Aranżowanie małżeństwa nie należało do najłatwiejszych i musiała przygotować masę argumentów, które jej mąż mógł przedstawić rodzicom ewentualnego kandydata, który w czasie tej rozmowy najczęściej budował zamki z drewnianych klocków lub wylewał skrzatom owsiankę na głowę. (Panią Gamp zwykle trochę to przerażało i niemal cieszyła się, że nie ma drugiego dziecka. Nawet jeśli to jeszcze bardziej potwierdziłoby, że jest spełnioną kobietą). W końcu jednak odniosła sukces – układ został zawarty i przypieczętowany kieliszkiem wybornego wina, które pan domu osobiście przyniósł z piwnicy i odkurzał dobre pięć minut, zanim komukolwiek udało się odczytać datę pierwszego zamknięcia butelki.
Tak, pani Gamp mogła odetchnąć z ulgą. Przynajmniej na chwilę, bo jej pociecha szybko nauczyła się czytać i zamiast prosić o nowe, kolorowe sukienki, prosiła o nowe książki. Książki! Kto to widział, żeby panna dobrowolnie siedziała z nosem w książkach. Pani Gamp zaczęła się niepokoić – czy to możliwe, że z jej córką jest coś nie tak? I co powie towarzystwo? Już teraz trudno jej było zachować w tajemnicy, że mała Sigrid wielokrotnie usiłowała zaprzyjaźnić się za skrzatami, więc co będzie, kiedy wszyscy się dowiedzą, że nie interesuje się tym, czym każda dziewczynka w jej wieku interesować się powinna (a raczej: czym interesowała się pani Gamp, kiedy miała tyle lat), i woli się uczyć. I to jeszcze przed otrzymaniem listu z Hogwartu!
Można to było tolerować, uważać za przejściową fascynację czy kaprys bogatej dziewczynki, która nie miała wielu zajęć. Można było to ignorować i powtarzać sobie, że to nie ma znaczenia, bo już wybrano jej narzeczonego i zerwanie zaręczyn z tak błahego – jak powtarzała sobie bez przekonania pani Gamp – powodu byłoby niedorzeczne.
Kiedy jednak Sigrid przysłała swój pierwszy list z Hogwartu, w którym informowała, że została przydzielona do Ravenclawu – pani Gamp poczuła, że opuszczają ją siły życiowe i dwa skrzaty musiały pomóc jej dojść do szezlongu, a później podać kieliszek czegoś mocniejszego.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s