na psa urok: 01.

Depresja czaiła się w najczarniejszym kącie, gotowa w każdej chwili zaatakować. W dormitorium zawsze można było wyczuć jej obecność, ale nigdy nie było wiadomo, kto padnie jej ofiarą. Jedna chwila nieuwagi i wszelka radość życia ulatywała jak za sprawą bliskiej obecności dementora. Czasami, kiedy długo obserwowało się panujący w pomieszczenie półmrok, można było dostrzec zielony błysk jej oczu. Częściej – szczególnie, gdy do rozpoczęcia zajęć pozostawało ledwie kilka minut – można było poczuć jej szpony zatapiające się w łydce.
– Ten kot jest niemożliwy, po co go w ogóle przywoziłaś – mruknęła Dainah, podciągając kolana pod brodę i wygodniej siadając na łóżku. Nawet nie planowała stąpać po podłodze, póki ta rozszalała bestia nie została zamknięta w koszyku.
– Po prostu ma problem z aklimatyzacją – wyjaśniła Susannah, właścicielka kota i posiadaczka krwawiącej jeszcze rany, która miała potencjał, by w przyszłości stać się umiarkowanie atrakcyjną blizną.
– Ma problem z agresją – skwitowała Dainah. – Powinnaś z tym iść do skrzydła szpitalnego – dodała, wskazując brodą na ranę koleżanki.
– Lepiej nie, póki Depresja gdzieś tu jest. W końcu zaśnie i wtedy się wymkniemy.
– Nie możemy tak żyć, wyjście z dormitorium nie może być gorsze od spaceru po Zakazanym Lesie o północy. Musisz zapanować nad tym kotem albo trzeba się go będzie pozbyć.
Depresja mieszkała z nimi od września, kiedy to Susannah przywiozła ze sobą wiklinowy koszyk, który pomiaukiwał żałośnie. Wyjaśniła, że skoro ma zostać starą panną – a najpewniej tak będzie, skoro jest już na siódmym roku i jeszcze się z nikim nie całowała – to z równym powodzeniem może się już zacząć zaprzyjaźniać z kotami. Problem w tym, że Depresja, choć obdarzona pięknym, lśniącym futrem i bystrymi, zielonymi oczyma, charakter miała iście diabelski. W ciągu pierwszego miesiąca swojej obecności w zamku zdołała upolować nawet kilka sów, przez co Susannah musiała tłumaczyć się Slughornowi, a także właścicielom padłych ptaków. Od tego czasu Depresja miała zakaz opuszczania ich dormitorium, czego nie znosiła najlepiej. Mimo dzikich instynktów lepiej czuła się wśród innych zwierząt i ludzi, którzy nie byli piątką tych samych Ślizgonek z siódmego roku. Depresja planowała swoją ucieczkę, a każda porażka sprawiała, że tym chętniej zatapiała pazury w łydkach i stopach, które wystawały zza nieprzekraczalnej dla niej bariery łóżka i stąpały po podłodze. Amelia i Cathy starały się jak najrzadziej wracać do dormitorium, rzucając Susannah pełne wyrzutu spojrzenia, Dainah fukała na kota, ilekroć go widziała, a Isla bezskutecznie próbowała Depresję oswoić. W efekcie Susannah została z problemem sama i nie do końca potrafiła znaleźć w sobie siłę, by pozbyć się Depresji. „Jeszcze się nauczy nas akceptować”, mówiła, choć sama nie była pewna, czy w to wierzy.
– Nie, musimy nad tym zapanować – odpowiedziała.
– Musimy się pozbyć tego sierściucha, póki jeszcze mamy jakikolwiek kawałek skóry nienaruszony jego pazurami – burknęła Dainah.
Dainah nie przepadała za zwierzętami, w jej rodzinnym domu nigdy żadne się nie kręciły – i zwykle kwitowała to westchnieniem ulgi, bo zbyt wiele problemów miała z wiecznie nieobecnym ojcem czy z roztrzepaną matką, która zdawała się nie dostrzegać, w jak ponurych czasach przyszło jej żyć. Wszystko, co wiązało się z matką Dainah, wydawało się odrealnione, a ona sama zdawała się żyć we własnym świecie, w którym wokół nie ginęli ludzie mordowani przez śmierciożerców, a takie imiona jak „Dainah” istniały naprawdę. W efekcie dom państwa Pool nie był bezpieczną ostoją, ale miejscem postawionym na głowie, w którym wielu tematów unikano z obawy, że rozmówca czy rozmówczyni ich nie zrozumie w związku z tym, że ma ograniczony kontakt z rzeczywistością. Zwierzęta nijak do tego wszystkiego nie pasowały.
– On tylko potrzebuje miłości – przekonywała Susannah.
Dainah spojrzała sceptycznie, ale nic nie powiedziała. Czasami lepiej było zamilknąć, niż powiedzieć o jedno słowo za dużo – nauczyła się tego już dawno. Było to ważne szczególnie teraz, gdy czasy były niepewne i trudno było określić, kto opowiada się po czyjej stronie. Kwestia kota Susannah była naprawdę błaha w porównaniu z tym, co działo się poza murami dormitorium.
– Jeśli zostaniemy tu, gdzie jesteśmy, Depresja pewnie się w końcu znudzi i rano… – zaczęła Susannah.
– Nie wiem jak ty, ale ja chciałabym dziś zjeść kolację. Najlepiej nie brocząc krwią do samej Wielkiej Sali – fuknęła Dainah, która może i umiała trzymać język za zębami, ale najwyraźniej tylko przez ograniczoną długość czasu. Zwłaszcza jeśli ktoś stawał między nią a jej kolacją.
Susannah westchnęła:
– W porządku. W takim razie ja odwrócę jej uwagę, a ty idź pierwsza.
– Możemy ją po prostu oszołomić – zaproponowała Dainah, boleśnie świadoma, że nigdy nie wygra żadnych konkursów na przyjaciela zwierząt.
– Nie! Po prostu… po prostu musimy przemknąć niezauważone. Gotowa?
Dainah odgarnęła za ucho pasmo jasnych kosmyków, które ciągle opadały jej na czoło, choć nie miały takiego prawa, bo nie nosiła grzywki, odkąd skończyła siedem lat. Jej włosy zdawały się jednak żyć własnym życiem, bo choć proste i pozornie łatwe do ułożenia, zawsze wpadały jej w oczy, do talerza z zupą lub, co gorsza, do kociołka z eliksirem. Przed zajęciami starała się pamiętać o związaniu ich wstążką, ale czasami nawet to nie pomagało.
– Gotowa.
Susannah stanęła na podłodze i ściągnęła na siebie uwagę kota, podczas gdy Dainah otworzyła drzwi i gestem ręki przywołała przyjaciółkę, szybko zamykając za sobą drzwi. Depresja została sama w dormitorium, prychając wściekle pod drzwiami.
– Naprawdę musimy coś z nią zrobić – przypomniała Dainah.
Odpowiedziała jej cisza i echo ich kroków. Lochy były tego dnia wyjątkowo zimne, co zwiastowało, że już niebawem spadnie pierwszy śnieg. Hogwart zawsze był najchłodniejszy na kilka dni przed tym, nim błonia pokryte zostały warstwą białego puchu.
Ślizgonki z pewną ulgą dotarły do Wielkiej Sali, gdzie miejsce chłodu zajęło ciepło parujących potraw i aromaty pyszności, od których uginały się stoły. Można było odczuć rozprężenie, jakie przychodziło w piątki – uczniowie jedli kolację nieco wolniej, bardziej delektując się smakiem i chętniej rozmawiając między sobą na tematy inne niż bieżące wypracowania z transmutacji czy powstania goblinów sprzed tysiąca lat.
Isla pomachała do nich radośnie i wskazała na wolne miejsce na wprost tego, które sama zajmowała.
– Już myślałam, że nie przyjdziecie. Depresja, co? – zapytała, a kilkoro młodszych Ślizgonów rzuciło jej zaniepokojone spojrzenie, jakby obawiali się, że mówi o jakieś chorobie. Albo byli to właściciele zamordowanych sów, poszarpanych szat, skradzionych skarpetek… Depresja miała wielu wrogów.
– Depresja – przytaknęła Dainah. Susannah milczała, zbyt zajęta nakładaniem sobie jedzenia na talerz.
– Jakieś starty? – zapytała zatroskana Isla.
– Ktoś powinien iść pokazać swoją łydkę pani Pomfrey.
– Nic mi nie jest, dajcie spokój – wymamrotała Susannah, choć miała pełne usta. Fala okruchów posypała się na stół, trafiając również we współbiesiadników. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
Isla wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie odgarnęła rudawe kosmyki za ucho i nachyliła się tak, żeby nie słyszał jej możliwie nikt poza przyjaciółkami.
– Cathy zaczęła się umawiać z Puchonem – powiedziała.
– Którym? – Wieszcząca sobie staropanieństwo Susannah była bardzo zainteresowana życiem uczuciowym innych, szczególnie tych, którzy do tej pory przez lwią część czasu wydawali się zbyt zajęci nauką, by myśleć o życiu uczuciowym.
– Pokażę wam, ale bądźcie dyskretne – szepnęła Isla, a chwilę później jak na komendę blondynka i brunetka odwróciły się, by przeczesywać wzrokiem stół Puchonów. – Dyskretne! – przypomniała Isla, wzdychając cicho. – Widzicie tego pryszczatego z odstającymi uszami koło tej dziewczyny czytającej książkę?
– Żartujesz… – mruknęła Susannah.
– Czekaj! Widzisz go? To teraz patrz w lewo, trzy osoby dalej jest ten, o którym mówię.
– Ten ciemnowłosy?
– Tak, ten. Poczekaj, aż się uśmiechnie. Całkiem przystojny – dodała Isla, wbijając spojrzenie w Puchona, który najwyraźniej nie miał imienia.
Dainah nie miała okazji przyjrzeć się wybrankowi serca Cathy, bo jej wzrok umknął w nieco innym kierunku. Kiedy lokalizowała Puchona o odstających uszach, zauważyła, że przy stole Gryfonów trwa ożywiona dyskusja. Syriusz Black szczerzył zęby do Jamesa Pottera, który z poważną miną opowiadał o czymś Peterowi Pettigrew. Wyglądał przy tym trochę jak profesor McGonagall, ale mimo śmiechu, jaki wywoływał, ani na chwilę nie tracił powagi koniecznej przy odgrywaniu tej roli. Syriusz najwyraźniej śmiał się za nich dwóch, choć w którymś momencie nachylił się do Petera i coś mu szepnął. Peter, wcześniej równie ubawiony, nagle nieco stracił rezon i choć dalej się uśmiechał, teraz był to uśmiech niepewny. To z kolei sprawiło, że James wybuchł śmiechem. Syriusz, bardzo z siebie zadowolony, odrzucił włosy nonszalancko opadające mu na czoło.
O tak, to był widok o wiele ciekawszy od wszystkich Puchonów tego świata, choć Dainah naprawdę nie chciała się przyznawać swoim przyjaciółkom do fascynacji Syriuszem. Podobna deklaracja mogłaby paść z ust przynajmniej kilkunastu innych dziewcząt, co zniechęcało Dainah i przekonywało ją, że zauroczenie, którego doświadczała, jest czymś zbyt banalnym, by zaprzątać sobie nim umysł. Mimo to jej wzrok często trafiał na ciemnowłosego Gryfona. Powtarzała sobie wtedy, że nie ma nic złego w patrzeniu, o ile nie obiecuje sobie nic więcej. Wiedziała, że Syriusz jest uroczy i zabawny, towarzyski i odważny, ale miała wrażenie, że nawet gdyby wykonała jakikolwiek gest mający na celu zwrócenie na siebie jego uwagi, skończyłoby się na niczym. Nie chodziło nawet o to, że była Ślizgonką – po prostu miała wrażenie, że Syriusz, w przeciwieństwie do tych wszystkich zauroczonych nim dziewczyn, nie szuka wielkiej miłości. Z drugiej strony – chyba nie rozmawiała z nim dotąd o niczym, co nie było związane z zajęciami, więc kto dał jej prawo oceniać jego życiowe wybory.
– Chodzą razem na zielarstwo. Wspólnie musieli wyhodować jakieś paskudztwo, które nie chciało im rosnąć, więc spotykali się w szklarni codziennie i… – opowiadała Isla. Dainah zdała sobie sprawę, że przestała słuchać tego, co działo się przy jej stole, zbyt zaangażowana w wydarzenia na drugim końcu Wielkiej Sali.
– Brzmi romantycznie – westchnęła Susannah.
– Średnio, nie zaliczyli tego ćwiczenia, bo ta roślina eksplodowała, pokrywając ich oboje takim śmierdzącym śluzem – dodała Isla. – Teraz dostali nową sadzonkę i Sprout uważniej przygląda się ich postępom.
– Dobrze, że zielarstwo mamy już za sobą, co, Dainah?
Dainah miała odpowiedzieć, że porzucenie zielarstwa po sumach było jedną z najlepszych decyzji jej życia, kiedy jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Syriusza. I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że Gryfon posłał jej zawadiacki uśmiech, przez który zapominała, co miała odpowiedzieć.

Advertisements

14 thoughts on “na psa urok: 01.”

  1. Z kotami tak to juz jest. Nie powiedzialabym, ze to jakis wyjatkowy poziom agresji – cieszylabym sie raczej, ze Depresja nie sika im do butow.
    Czy Dainah bedzie sie uczyla zielarstwa z Syriuszkiem? Brzmi to dosc romantycznie.
    Nie zna zycia, kto nie sypial z Puchoniatkiem #badgerpride !

    Like

    1. żadnego zielarstwa. obawiam się, że korepetycje będą jedynym z popularnych motywów, z których nie skorzystam xd
      poza tym puchoniątko puchoniątku nierówne!

      Like

  2. Wygląda na to, że Puchni to teraz gorący towar, trzeba brać, póki… nie wystygną?
    Łączę się w bólu z Dainah i jej nieistniejącym imieniem, to w końcu taka powszechna przypadłość bohaterek wczesnych ffków, rodzice mieli wtedy fantazję i nazywali swoje dzieci zupełnie nieodpowiedzialnie.

    Like

    1. wystygli Puchoni źle mi się kojarzą, prawie jak martwe kobiety, które są bardziej atrakcyjne od żywych xd
      za imię dainah się wstydzę, jakbym sama była jej matką.

      Like

  3. doskonale rozumiem dainah, też nie lubię agresywnych kotów (wczoraj zostałam zaatakowana przez takiego! traumatyczne przeżycie). chociaż jestem zdania, że osoba, która wymyśliła to imię sama sobie jest winna.
    zawadiacki uśmiech syriusza, to jest coś!

    Like

  4. Och, to skoro nie bedzie wspolnych korepetycji, to moze chociaz szlaban?
    I mysle, ze Depresja zorientowala sie, ze imie Dainah nie istnieje i stadto jej karygodne zachowanie, o!

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s