Interludium pierwsze.

Pani Gamp przeżywała katusze. Miotała się po całym pomieszczeniu szumnie nazwanym buduarem i próbowała poukładać sobie wszystko w głowie. Od pewnego czasu listy Johana były coraz bardziej zdawkowe, co mogło świadczyć o tym, że albo Sigrid wzięła sobie do serca ich rozmowę (w co wątpiła, znała ją w końcu wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie może oczekiwać od niej bezgranicznego posłuszeństwa), albo coś powstrzymywało Johana przed opisywaniem tego, co naprawdę działo się w Hogwarcie. Nie spodziewała się, że Sigrid mogła jakoś na niego wpłynąć, więc musiało chodzić o coś innego.
Chwyciła w ręce ostatni list – który czytała już kilkakrotnie, jako że sowa przyniosła go kilka dni temu – i opadła ciężko na krzesło. Czuła, że poniosła porażkę jako arystokratka i jako matka. Tak, dokładnie w tej kolejności. Jej córka spoufalała się z jakimś nawet nie drugorzędnym, a przynajmniej szóstorzędnym pseudoarystokratą, którego nikt zdrowy na umyśle nie wpuściłby dalej niż za próg. Za kogo miał się ten cały MacIver?! Musiał coś zrobić, żeby przekonać Johana do pisania tak ogólnikowych listów – serce matki nigdy się nie myliło, prawda? Z drugiej jednak strony, Johan nie wypowiadał się o nim zbyt przychylnie, ba, z jego listów wynikało, że ten cały MacIver nie robi nic poza przesiadywaniem w bibliotece. Takie zachowanie nie mieściło się pani Gamp w głowie. Oczywiście sama również bywała w kilku bibliotekach, ale rzadko miało to związek z czytaniem książek. Jednak z tego, co wiedziała o bibliotece Hogwartu, wynikało, że tego rodzaju zachowania były tam zakazane, a uczniowie faktycznie mogli się tam jedynie uczyć. Zdecydowanie nie świadczyło to najlepiej o MacIverze. W końcu w tym wieku powinien przejawiać już jakieś inne zainteresowania.
Z drugiej strony – jeśli ich nie przejawiał, to mogła zakładać, że uda jej się dostarczyć Sigrid narzeczonemu w stanie nienaruszonym. W końcu nie czułaby się najlepiej, gdyby przekazywała towar cokolwiek używany. Nie na to się umawiali i była pewna, że chłopak mógłby zerwać zaręczyny, gdyby wydało się, że Gampowie nie dotrzymali swojej części umowy.
Westchnęła i odłożyła list, po czym przez dłuższy czas patrzyła za okno, jakby w nadziei, że przyleci kolejna sowa i przyniesie kolejny list – najlepiej taki zawierający pomyślniejsze informacje. Póki co nie miała nic do przekazania mężowi i obawiała się, że w tym przypadku brak wiadomości to zła wiadomość. Świetnie wiedziała, co może się zdarzyć przez te parę miesięcy i ani trochę jej się to nie podobało. Nie znaczy to, że gdyby stało się najgorsze, to nie byłaby sobie w stanie z tym poradzić. A gdyby nawet nie, to znalazłaby kogoś, kto za odpowiednią ilość złota poradziłby sobie ze wszystkim. Ostatecznie zwróciłaby się do swojej matki, która miała w tych sprawach pewne doświadczenie, w końcu wychowała kilka córek.
Pani Gamp obawiała się jednak reakcji towarzystwa – gdyby ktoś się o czymś dowiedział i doniósł chłopakowi, odwołałby ślub. A do tego nie mogła dopuścić, w końcu była odpowiedzialną matką i musiała zapewnić swojej córce najlepszy możliwy start. Nawet jeśli wspomniana córka robiła wszystko, żeby to utrudnić i nie przejawiała najmniejszego zrozumienia dla dobrych intencji pani Gamp. Chciała się dalej uczyć i pracować! Też coś! Pani Gamp mogłaby zrozumieć takie dziecinne mrzonki, ba, mogłyby jej się nawet wydać zabawne, gdyby nie fakt, że pochodziły z ust siedemnastolatki. W tym wieku powinno się już wiedzieć, czego się chce, a – i tego pani Gamp była pewna – nikt nie chce siedzieć z nosem w książkach przez całe lata, a potem jeszcze dzień w dzień męczyć się z ludźmi, którzy są za głupi, by czarować. Wyobrażała sobie rzesze biedaków, którzy przez przypadek zamienili miejscami ucho i nos albo coś równie idiotycznego. I pomyśleć, że Sigrid chciała się czymś takim zajmować. Dzień w dzień. Doprawdy, co ta dziewczyna miała w głowie, przecież nie tak ją wychowano! Zdaniem pani Gamp każda szanująca się dziewczyna chciała bogato wyjść za mąż i spędzać całe dnie w domu – cudzym bądź własnym – popijając herbatkę i rozmawiając z inną przedstawicielką towarzystwa na temat kogoś, kto akurat nie znajdował się w tym samym pomieszczeniu. W przerwach między herbatkami i plotkami w salonie można przecież odwiedzać gabinety i biblioteki, w których na ogół bywają mężowie – zwykle cudzy – równie znudzeni tym wszystkim i szukający rozrywki. Odpowiednia ilość czasu spędzanego w salonie oraz w innych pomieszczeniach zapewniała interesujący żywot, zdecydowanie lepszy od tego, co zaplanowała dla siebie Sigrid i przed czym pani Gamp chciała ją uchronić.
Zerknęła na zegarek. Do spotkania pozostała godzina, a jej włosy nadal znajdowały się w nieładzie, co było absolutnie niedopuszczalne. Przywołała skrzata, który miał pełnić rolę jej osobistego fryzjera, i kazała mu przynieść szczotkę. Oczywiście mogłaby się tym zająć sama, ale musiała pomyśleć. Nie mogła przecież zajmować się dwiema tak ważnymi rzeczami jednocześnie! Wiedziała, że jeśli do wieczora nie otrzyma następnego listu od Johana, będzie musiała sama do niego napisać i zadać bardziej konkretne pytania. Wolała jeszcze nie zakładać, że coś ukrywał. Może naprawdę nic się nie działo. Może Sigrid przestała zadawać się z tym MacIverem, skoro i on zajmował niewiele miejsca w listach. Może postanowiła całe dnie spędzać w dormitorium. A może Johan jednak nie pisze jej o wszystkim i…
Poczuła, że nie zniesie niepewności – musi zażądać odpowiedzi! Odgoniła skrzata i jednym zaklęciem zmieniła nieład na głowie w staranne loki. Do przyjazdu gości pozostało jeszcze wystarczająco dużo czasu, by mogła napisać list do Johana i miała zamiar to uczynić, gdy zauważyła na niebie niewielką plamę. Mugole z sąsiedztwa prawdopodobnie by jej nie dostrzegli albo uznali, że to przerośnięty gołąb, ale ona wiedziała lepiej.
Kilka chwil później niewielka sowa wylądowała na parapecie, a pani Gamp – wcześniej szczelnie zawiązawszy szlafrok – otworzyła okno i nakazała ptakowi poczekać na odpowiedź. Przebiegła wzrokiem po liście i zauważyła, że pojawiły się w nim nowe nazwiska. Usiadła na krześle i zabrała się do czytania, choć czuła, że jeśli jej najgorsze przypuszczenia się potwierdzą – niechybnie zemdleje.
Johan bardzo ogólnikowo wspomniał o tym, że zarówno on, jak i jego siostra zaczęli spędzać więcej czasu z niejakim Torvaldem Burke’em, który był – według Johana – niezwykle utalentowanym graczem w quidditcha i geniuszem, a do tego Ślizgonem, co miało świadczyć najdobitniej o tym, jaki porządny z niego facet. Nie zauważył niczego niestosownego, a przynajmniej niczego bardziej niestosownego od tego, co Sigrid do tej pory robiła. Najwyraźniej po prostu zmieniła jednego kolegę, z którym się uczyła, na innego. Pani Gamp nie była z tego powodu zadowolona, ale nie było powodu, by mdlała. Mogło być gorzej.
Drugie nazwisko, które wymienił Johan, brzmiało Gabriel Lyndon. Donosił, że chłopak najwyraźniej szczeniacko zakochał się w Sigrid i zaczął ją prześladować, co – ku uldze pani Gamp – ani trochę nie podobało się dziewczynie. Na szczęście jej nowy znajomy, Burke, stanął na wysokości zadania i w bohaterskiej walce rozłożył Lyndona na łopatki i obronił cześć Sigrid.
Pani Gamp odłożyła list i przez chwilę patrzyła za okno, całkiem ignorując sowę, która raz po raz szarpała rękaw jej szlafroka. Sytuacja zdecydowanie się skomplikowała; nawet nie z powodu jakiegoś Lyndona (była pewna, że słyszała już wcześniej to nazwisko, ale nie wiedziała, w jakich okolicznościach), choć jego obecność na pewno nie była pożądana. Nie wydawał jej się jednak groźny. Większym problemem mógł się w przyszłości okazać ten cały Burke, o którym też niczego nie słyszała, ale miała nadzieję, że w ciągu najbliższych kilku dni dowie się wszystkiego, co wiedzieć powinna. Była mu wdzięczna, że bronił jej córki, ale nie rozumiała jego motywacji. Johan opisał go w samych superlatywach, jako kogoś, kto mógł mieć każdą dziewczynę w zamku – i prawdopodobnie miał, jeśli jej wiedza o mężczyznach była cokolwiek warta. Czemu ktoś taki interesował się Sigrid? I to interesował do tego stopnia, żeby bić się z kimś? Nie mogło chodzić o nią samą, to jasne; jednak skoro pani Gamp nie słyszała wcześniej żadnych ciekawostek o jego rodzinie lub – jeśli jakieś obiły jej się o uszy, to je zapomniała – wydawało jej się oczywiste, że musiał liczyć na to, że stanie się członkiem rodu Gampów. Mogła iść o zakład, że Sigrid nawet nie przyjdzie to do głowy i jeśli tylko ten Burke zaproponuje jej – by ująć to najłagodniej – przeniesienie znajomości na wyższy poziom, ona się zgodzi. Zgodzi i przepadnie z kretesem, w wyniku czego w czerwcu wróci do domu z brzuchem!
Kazała sowie odlecieć do kuchni, bo odpowiedź zostanie napisana później. Kiedy tylko ptak zniknął, pani Gamp w błyskawicznym tempie przebrała się w jedną z bardziej eleganckich sukni, jakie posiadała i udała się do gabinetu męża (tym razem własnego). Nie było czasu na omdlenia ani na czarnowidztwo. Przyszedł czas na działanie – i to działanie, które zakładało nie tylko jej nadzór nad całą sprawą, ale także aktywne uczestnictwo innych zainteresowanych. Jej mąż, przeczytawszy list Johana i uszczypliwie skomentowawszy jego znajomość ortografii, zgodził się, że trzeba coś z całą tą sprawą zrobić. Doszli nawet do wniosku, że być może złym pomysłem było utrzymywanie Sigrid w niewiedzy – powinna już od dawna znać nazwisko swojego przyszłego męża i nosić jego pierścionek, który przypominałby jej, że nie jest wolna i ma pewne zobowiązania wobec rodu.
Od dalszych przemyśleń uchronił ich dzwonek do drzwi. Gampowie spojrzeli po sobie, jakby oczekiwali, że to drugie zaproponuje jakieś wyjście z tej sytuacji i zaoferuje, że samo przedstawi je gościom. Oczywiście oboje woleliby najpierw porządnie wszystko przemyśleć, ale na to już nie było czasu. W salonie już znajdowali się państwo Löwenheim i ich syn Oswald, przyszły zięć Gampów.
Pani Gamp w końcu poprawiła suknię i wyszła z gabinetu jako pierwsza, mamrocząc coś o męskiej odwadze, która w decydujących chwilach zawodzi i pałeczkę przejąć musi kobieca pomysłowość. Bo dodać trzeba, że pani Gamp należała do szalenie pomysłowych kobiet, których mózgi – wolne od tak zbędnych informacji jak wiedza z zakresu zaawansowanych eliksirów, zaklęć, transmutacji czy nawet numerologii – całą moc obliczeniową mogły poświęcać na przewidywanie zysków z określonych posunięć, analizować wszystkie dane i tworzyć jak najporęczniejsze kłamstwa i kłamstewka. Dlatego też, kiedy pojawiła się w salonie i powitała Löwenheimów, w jej głowie znajdował się już niemal kompletny plan, który miała zamiar przedstawić młodemu Oswaldowi i jego rodzicom tuż po obiedzie. Od dziecka powtarzano jej, że o poważnych sprawach należy dyskutować z pełnym żołądkiem, a do tego najlepiej przy czymś słodkim. Albo przy szklaneczce czegoś mocniejszego, ale okazja wydawała jej się nieodpowiednia. Już postanowiła, że kiedy tylko skrzat poda szarlotkę, ona przedstawi swój plan.
Jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, już niedługo wszystkie myśli Sigrid będą krążyły wokół Oswalda, a zagrożenia w postaci książek czy tego całego Burke’a zejdą na dalszy plan. Tak, pani Gamp była z siebie niezwykle dumna.

Advertisements
Interludium pierwsze.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s