Interludium drugie.

            Oswald Löwenheim spokojnie przeżuwał coś, co nie zasługiwało na to, by poświęcił mu wystarczająco dużo uwagi, by stwierdzić, co to jest. Wiedział, że zawierało mięso, bo jego pupil co i raz trącał go nosem w kolano, starając się zwrócić uwagę na siebie i swoje potrzeby żywieniowe. Oswald co jakiś czas rzucał mu co bardziej mięsny kawałek, jednocześnie nie skupiając się na zawartości talerza. Skrzaty, które przygotowały posiłek, na pewno bardzo się starały, żeby zjadł coś smacznego i odżywczego. Niespecjalnie go to obchodziło.
Jego myśli zaprzątało coś innego; coś, co nie tylko nie pozwalało mu się rozkoszować posiłkiem, lecz także odwracało jego uwagę od oswojonego rysia, którego kazał sobie sprowadzić tuż po ukończeniu szkoły. Nie wiedział, skąd właściwie wziął się ten pomysł, ale pewnego dnia obudził się i poczuł, że absolutnie musi posiadać własnego rysia, inaczej nigdy nie będzie kompletny jako istota ludzka (rzecz jasna nie ujął tego w taki sposób; powiedział raczej coś zbliżonego do „Ojcze, sprowadź mi rysia. Już.”). Następnego dnia ryś już na niego czekał i Oswald poczuł się szczęśliwy.
Oswald – jak większość istot ludzkich – lubił czuć się szczęśliwy. Nie podobało mu się tylko, że chwile szczęścia były krótkie i występowały w zbyt dużym od siebie oddaleniu. Starał się temu zaradzić, ale po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że to, co jeszcze pół roku wcześniej sprawiało, że serce biło mu szybciej, a on sam czuł, jakby osiągnął wszystko, co kiedykolwiek chciał osiągnąć, przestało dostarczać mu takich doznań. Jego kaprysy stały się coraz bardziej wyrafinowane i dokuczliwe dla skrzatów, które musiały spełniać każdą zachciankę. Miał praktycznie cały świat na wyciągnięcie ręki, ale nie chciało mu się jej wyciągać zbyt często, a już na pewno nie samodzielnie; był w końcu arystokratą, od dziecka przyzwyczajonym do wydawania rozkazów i czekania z założonymi rękoma, aż wszystko, czego mógłby chcieć, zostanie mu podane na złotej tacy. Państwo Löwenheim nie przejmowali się synem, kiedy nie był im potrzebny – musiał tylko umieć zachować się w towarzystwie, inne jego zajęcia ich nie interesowały. Nie widzieli nic złego w spełnianiu jego zachcianek, jeśli gwarantowało im to spokój.
Spokój gwarantowała im też myśl, że Oswald jest zaręczony. Sam zainteresowany początkowo odczuwał przyjemne przyspieszone bicie serca – takie samo, jak wtedy, kiedy poczuł, że chce mieć rysia; takie samo, jakie towarzyszyło dźwiękowi otwierania sprowadzonej zza granicy butelki wina; takie samo, jakie przepełniało go, ilekroć myślał, że właśnie odnalazł szczęście i spełnienie, które potem okazywało się zwykłą ułudą, mrzonkami dla naiwnych. Posiadanie narzeczonej oznaczało, że jego status społeczny uległby zmianie, byłby inaczej traktowany na salonach (nie żeby o to zabiegał), mógłby wyprowadzić się – rzecz jasna po ślubie – z rezydencji rodziców (o ile zapewniliby mu równie komfortowe warunki życia), mógłby… znaleźć innego człowieka, który pomógłby mu szukać szczęścia. Wiedział, że panna Gamp go nie pokocha – tak samo, jak i on nie będzie kochał jej, bo przecież nie o miłość w tym związku chodziło, a tylko o dobry układ, przymierze między rodzinami. Był jednak przekonany, że spotkanie jej będzie pewnego rodzaju powiewem nowości, być może nawet egzotyki. Nic o niej nie wiedział, więc nie mógł wyobrazić sobie, jak dopasuje się do jego życia. (Oczywistym wydawało mu się bowiem, że jego tryb życia – jedyny słuszny i godny naśladowania – nie ulegnie zmianom, a przyszłą żona się do niego dostosuje). Ze słów pani Gamp wywnioskował, że dziewczyna musi być strasznie brzydka; jej matka nie powiedziała nic, co by na to wskazywało, ale wspomniała coś o jej niezdrowym zainteresowaniu książkami. Przedstawiała to jako zaletę, ale Oswald wiedział swoje: arystokratki nie interesowały się nauką, bo nie miały na to czasu między jednym bankietem a drugim. Jeśli panna Gamp miała czas, to znaczy, że nie prowadziła życia towarzyskiego (rzecz jasna życie towarzyskie w Hogwarcie było karykaturą tego prawdziwego, ale i tak istniało). Jeśli nikt jej nigdzie nie zapraszał, to znaczy, że musiała być brzydka.
Oswald przez chwilę zastanawiał się nawet nad zerwaniem zaręczyn, jeśli jego obawy się potwierdzą, ale potem uznał, że byłby to zbyt duży skandal. Nawet jeśli dziewczyna jest brzydka – co z tego. Przecież będzie tylko jego żoną, nie musi spędzać z nią więcej czasu niż wymaga tego utrzymanie pozorów. Oczywiście, wolałby, żeby była ładna, to ułatwiłoby wiele spraw, z produkcją potomka na czele.
Dlatego właśnie postanowił nawiązać z nią kontakt pocztowy. Wiedział, że było to niezgodne z umową, ale – gdy tylko pomysł ten przyszedł mu do głowy – poczuł przypływ adrenaliny, który wystarczył, by ostatecznie przekonać go do tego pomysłu. Nie był pewny, co napisać, ale uznał, że pierwsza wersja jest najlepsza – i ją też wysłał. Nakazał skrzatom poinformować o tym Gampów; gdyby dziewczyna ociągała się z odpowiedzią, powinni na nią jakoś wpłynąć.
Z każdym dniem oczekiwania jego irytacja wzrastała; oczywiście nie wyczekiwał tego listu z niecierpliwością, nie siedział w oknie i nie patrzył z nadzieją na każdą przelatującą sowę – nie, zajmował się swoimi sprawami, ale gdzieś z tyłu jego głowy tłukła się uporczywa myśl, że odpowiedź powinna już przyjść, że brak odpowiedzi świadczył o tym, jak niepoważna i niezdyscyplinowana jest panna Gamp. Kiedy jednak w końcu otrzymał list, zdarzyło się coś, co zdarzało się naprawdę rzadko: poczuł zdziwienie. Prawdziwe, szczere i niemal bezbrzeżne zdziwienie.
Wiedział, że dziewczyna była Krukonką i większość czasu spędzała na czytaniu książek; ba, jej rodzice zapewniali, że jest niezwykle inteligentna. Oswald spodziewał się, że będzie to widoczne w jej liście – oczekiwał starannej kaligrafii, wielu mądrych i śmiertelnie nudnych wyrazów, może odrobiny podekscytowania; list, który otrzymał, był napisany w pośpiechu i niezbyt starannie, zawierał nawet jedno skreślenie i kleks! Jaka szanująca się arystokratka wysłałaby coś takiego? Nieistotne, że jego list wyglądał podobnie – w końcu to nie on szukał męża. To ona powinna się starać i zabiegać o to, żeby nie zerwał zaręczyn.
Sama treść listu również go zawiodła. Nie zawierał on nic konkretnego, zwykły zbiór ogólników i wytartych sloganów, połączonych w umiarkowanie zgrabną całość. Zupełnie jakby dziewczyna nie chciała mu zaimponować i przedstawić się od najlepszej strony. Nie mógł pojąć dlaczego. Przez chwilę przyszło mu do głowy, że może chciała, żeby zerwał zaręczyny, ale szybko odrzucił tę myśl – nikt nie chciałby takiego skandalu. Zwłaszcza że jej reputacja zostałaby mocno nadszarpnięta, gdyby z nią zerwał. Każdy salon aż wrzałby od plotek i domysłów. Wiadomo, że zaręczyny zrywało się rzadko i tylko z naprawdę ważnych powodów – waśnie rodowe, bankructwo jednego z rodów lub niespełnianie przez jedną ze stron warunków postawionych przez rodziców. Gampowie nie należeli do najbogatszych rodów, ale bankructwo im nie groziło, podobnie jak konflikty z Löwenheimami. Warunków było tak niewiele, że wątpił, by któreś z nich miało trudności z ich dopełnieniem: dziewczyna miała dostać pierścionek, własnego skrzata i odpowiednią ilość pokoi w nowym domu, nie mogła za to podejmować dalszej nauki, musiała zgodzić się na jak najszybszy ślub i w ciągu trzech lat wyprodukować potomka. Naprawdę, nic trudnego czy niezwykłego.
Z pewnym zawodem schował list do szuflady. Nie miał zamiaru na niego odpisywać – byłoby to zbyt nudne, a on nie miał zamiaru się nudzić. Zasługiwał na jakąś rozrywkę. Ba, na rozrywkę godną kogoś takiego jak on. Niestety, żadnej takiej rozrywki nie znajdował. Ostatnimi czasy nawet zabawa ze skrzatami w Wilhelma Tella straciła swój urok – częściej trafiał w jabłko niż w skrzata.
Teraz jednak, kilka dni po otrzymaniu tego listu, ogarnęły go wątpliwości. A może to nie był najlepszy pomysł? Może wręcz przeciwnie, powinien odpowiedzieć i sprawdzić, jak bardzo prostacka jest jego przyszła żona. Gdyby okazało się, że wszystko, co mówili Gampowie, jest wyssane z palca – czyż nie bawiłby się wyśmienicie? Oczywiście cała rodzina stałaby się pośmiewiskiem na salonach, a panna Gamp straciłaby jakiekolwiek szanse na małżeństwo z kimś wpływowym, ale on bawiłby się wybornie.
Spojrzał na rysia, który właśnie oblizywał sobie łapy, najwyraźniej zadowolony z posiłku, który dostarczyły mu skrzaty. Zwierzak zdawał się całkowicie szczęśliwy – i Oswald okropnie mu tego zazdrościł. Szybko jednak uznał, że arystokrata nie powinien niczego zazdrościć zwierzęciu, to byłoby niewłaściwe. Żeby nie kontynuować tej myśli, wstał i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami na tyle głośno, by ryś zastrzygł uszami z niepokoju, a skrzaty ukryły się w kuchni. Spodziewały się, że to kolejny „nastrój” panicza, jak nazywali to państwo Löwenheim.
Tymczasem Oswald udał się od razu do biurka, w którym zostawił list od Sigrid. Przeczytał go dwukrotnie po czym, z dość paskudnym uśmieszkiem malującym się na jego wiecznie znudzonej twarzy, zaczął pisać odpowiedź. Skoro jego narzeczona nie była specjalnie elokwentna i interesująca w listach, to jaka mogła być na żywo? Chciał się przekonać o tym jak najprędzej, a czekanie do końca czerwca nie wchodziło w grę. Zamierzał zaproponować jej spotkanie w Hogsmeade i był przekonany, że dziewczyna się zgodzi. Niby dlaczego miałaby odmówić? Fakt, naginało to zasady ustanowione przez oba rody, ale podobnie naginało je korespondowanie z nią, przeciwko czemu jakoś nikt nie protestował – czemu więc teraz ktoś miałby coś przeciwko?
Odłożył pióro i przeczytał swój list; treść nie była zbyt poetycka, ale tym razem obyło się bez kleksa. Uśmiechnął się. Miał szczerą nadzieję, że gra, którą właśnie podjął, będzie tak zabawna, na jaką się zapowiadała.

Advertisements
Interludium drugie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s