Część trzynasta, w której parę spraw się wyjaśnia

            Ogień w kominku trzaskał wesoło i ostatnim, co Ingrid miała ochotę robić, było wkładanie do niego głowy, nawet jeśli wcześniej wrzuci odpowiednią ilość proszku Fiuu. Dobre pół godziny układała fryzurę i podejrzewała, że nawet mugolski lakier do włosów, którego użyła, nie zniesie próby wytrzymałościowej, jaką będzie rozmowa przez kominek. Westchnęła, zamknęła drzwi zaklęciem – w końcu nie mogła pozwolić, by ukochany mugol Gwen zobaczył coś tak nienaturalnego jak jej tułów sterczący z kominka – i rzuciła proszek w płomienie, które natychmiast zmieniły barwę. Ingrid nie była w stanie opisać, jak bardzo nie chce tego robić, ale wypowiedziała odpowiednie słowa i wetknęła głowę do kominka.
Początkowo myślała, że coś zepsuła albo pomyliła ruszty, ale wkrótce jej oczom ukazały się różowe, kosmate kapcie, z których starczały dość chuderlawe nogi. Przewróciła oczami, starając się przypomnieć sobie, dlaczego uznała, że to będzie dobry pomysł.
– Stęskniłaś się? – zapytał Mortimer, wyszczerzając zęby w zbyt szerokim uśmiechu. Przykucnął, żeby mogła go lepiej widzieć, i żałowała, że to zrobił: miał na sobie bokserki w znicze i koszulkę ubrudzoną czymś żółtym, prawdopodobnie curry. Na koszulce widniał wielki napis „Peace & Love”. Ingrid się skrzywiła.
– Naprawdę nie miałeś nic innego?
– Dzień prania, księżniczko. Myślałem, że jesteś w Leeds.
– Jestem w Leeds – warknęła. Żałowała, że w ogóle pomyślała o tym, by zwrócić się do niego po pomoc. – Castor też tu jest.
Mortimer na chwilę przestał się uśmiechać. Przeczesał włosy palcami i spojrzał na nią, jakby liczył, że powie, że żartowała. Ingrid jednak milczała, a jej spojrzenie świadczyło o tym, że mówi poważnie.
– Nie mówił mi o tym – zapewnił.
– Nieważne, czy mówił o tym królowej! Wyobraź sobie, co się stanie w czasie kolacji!
Mortimer najwyraźniej zaczął sobie wyobrażać, bo tym razem to on zamilkł. Ingrid prychnęła, najwyraźniej rozgniewana.
– Możesz coś wymyślić? Kolana mnie już bolą – mruknęła, a widząc uśmieszek Mortimera, dodała: – Nawet nie próbuj nic mówić.
– Musisz go zatrzymać – oświadczył spokojnie. – Albo ją.
– Kiedy ostatni raz udało ci się zatrzymać Castora? Bo powinnam to odnotować w kalendarzu – powiedziała, a potem poruszyła głową, jakby próbowała zatoczyć koło, co nie było łatwe w jej obecnej pozycji. – Musimy coś zrobić!
– Chwila, kochanie, to ty jesteś w Leeds, nie ja – zaprotestował.
– Mogę zabrać osobę towarzyszącą – mruknęła niechętnie.
– Wiem. I stanowczo powiedziałaś, że prędzej prześpisz się z trytonem niż mnie zaprosisz. To oznacza – urwał na chwilę, przybliżając się do jej twarzy – że tkwisz w tym sama. Chociaż zawsze możesz mnie poprosić.
– Przestań – warknęła. – Dobrze wiesz, że Ketteridge’owie są nam potrzebni.
– Owszem, dlatego właśnie ty się miałaś nimi zająć.
– I się zajmowałam! – krzyknęła. – Ale pojawienie się Castora nie było w moim planie. Do tego Marge najwyraźniej go uwielbia, dasz wiarę?
– Potrafi być czarujący – stwierdził pogodnie Mortimer. – Nie zaprzeczysz, że ma ten nieodparty urok, który sprawia…
– Zamknij się, znajdź jakieś porządne ubranie i za pięć minut chcę cię tu widzieć.
– Nie da rady, księżniczko, mówiłem, dzień prania. – Zaśmiał się bezczelnie.
– Transmutuj coś. – Przewróciła oczami, po czym dodała najciszej, jak tylko mogła: – Proszę?
Mortimer chwycił się za serce i teatralnie westchnął, posyłając w kierunku Ingrid całusa. Potem jednak od razu spoważniał i wstał z podłogi.
– Czekaj na mnie przy kominku – rzucił i wyszedł z pokoju.
Zadowolona z siebie Ingrid wyciągnęła głowę z kominka i wyprostowała się. Nie wiedziała, co było bardziej upokarzające: to, że musiała komunikować się z kimkolwiek w tak niewygodny sposób, czy to, że musiała prosić o pomoc Mortimera. Teraz jednak nie było czasu na tego typu rozważania. Powinna poprawić fryzurę i zająć się Castorem. Nie wydawało jej się, żeby Marge Ketteridge ucieszyła się, gdyby Castor nie pojawił się na kolacji – wiedziała o jego przybyciu i najwyraźniej bardzo liczyła na jego obecność, toteż oszołomienie go i związanie odpadało. Na tym inwencja Ingrid się kończyła. Jeśli miała nie dopuścić do spotkania Gwen z Castorem, potrzebowała Mortimera – chociaż nie chciała przyznawać, że ten irytujący bubek mógł się do czegokolwiek przydać.
Po chwili jednak, kiedy wyszedł z kominka i otrzepał popiół z nienagannie skrojonego garnituru, musiała przyznać, że miał swoje zastosowania. Gdyby pominąć fryzurę, wyglądałby jak wzór młodego człowieka, który zawsze panuje nad sytuacją i wie, co mówi. Jak ktoś, kto może powstrzymać nadciągającą katastrofę. Do tego to był naprawdę dobrze skrojony garnitur. Ingrid nieświadomie oblizała wargi, co nie uszło uwadze Mortimera.
– Boli mnie, że muszę to powiedzieć, ale nie mamy teraz czasu. – Uśmiechnął się, kiedy posłała mu poirytowane spojrzenie. – Idź do Gwen i nie dopuść, żeby wpadła na niego przed kolacją.
– Jak to przed kolacją? Sprowadziłam cię tutaj, żebyś się go pozbył! Nie próbuj żadnych numerów, bo nie jestem w nastroju do żartów. Kiedy wejdziemy do jadalni, Castora ma tam nie być, obojętne, jak tego dokonasz, on…
Ingrid urwała, bo Mortimer popchnął ją w stronę ściany i przyłożył jej różdżkę do policzka. Zniknął gdzieś irytujący uśmiech i po raz pierwszy zielone oczy, zwykle ukryte pod strzechą włosów, patrzyły na nią z nieskrywaną złością. Ingrid była gotowa odszczekać wszystko, co mówiła na temat nieszkodliwości Mortimera. W tym momencie wyglądał jak ktoś, kto jest zdolny do wszystkiego. I bardzo dobrze, bo kogoś takiego właśnie potrzebowała.
– Chyba się nie rozumiemy, księżniczko – syknął. – To nie ty wydajesz rozkazy.
Pokiwała lekko głową, niepewna, jakiej odpowiedzi się spodziewał.
– Ketteridge’owie chcą odzyskać córkę, my chcemy pozyskać ich dla naszej sprawy, może umknął ci ten szczegół – kontynuował, ani na chwilę nie opuszczając różdżki. – Musimy sprawić, by wszystkie strony, łącznie z Castorem, były zadowolone, nie tylko twoja przyjaciółeczka. Ona jest tu najmniej ważna i lepiej, żebyś o tym pamiętała.
– Ale Gwen…
– Gwen jest w to wszystko zamieszana przypadkiem – odpowiedział, opuszczając różdżkę, po czym posłał jej jeden z tych głupkowatych uśmiechów, które sprawiały, że nie była w stanie traktować go poważnie. Do tej pory. – Powinnaś do niej iść, wiesz? Nie zachowujesz się jak dobra przyjaciółka.
Pocałował ją szybko, zanim zdążyła zareagować, po czym odsunął się na stosowną odległość. Ingrid powoli wciągnęła powietrze. Ani trochę nie podobała jej się sytuacja, w której się znaleźli, ale nie żałowała już, że sprowadziła Mortimera.
– Trzymaj go z daleka od niej, a wszystko będzie dobrze – powiedziała, a kiedy Mortimer skinął głową, wyszła z pokoju, odblokowując wcześniej drzwi.
Wiedziała, że musi znaleźć Gwen, zanim ta wpakuje się w jakieś kłopoty. Powinna też zająć się mugolem; gdyby spotkał Castora, pewnie nie skończyłoby się to dobrze, szczególnie jeśli Castor nadal był zainteresowany Gwen. Nie wydawało jej się to prawdopodobne, w końcu wszystko wydarzyło się ponad rok temu i – jak jej się wydawało – chodziło tylko o złoto, ale być może nie znała wszystkich faktów. Być może zamieszany był w to też honor rodu; coś, na czego punkcie Castor miał obsesję.
Ingrid poczuła, jak coś przewraca jej się w żołądku. Reagowała tak, ilekroć przypomniała sobie o krótkotrwałym związku Castora z Gwen, o ile można to tak nazwać. Była Puchonka należała do ludzi ufnych i wierzących w miłość od pierwszego wejrzenia, więc nie zdziwiło ją, kiedy pewnego dnia podszedł do niej Castor Fairbairn, Ślizgon i najlepszy pałkarz w Hogwarcie. Opowiadała później Ingrid, jaki był czarujący, a Ingrid mogła tylko potakiwać; Castor był czarujący, kiedy chciał być. Wiedziało o tym już kilkanaście dziewcząt na zamku i choć Ingrid się do nich nie zaliczała, słyszała to i owo. Nawet nie sugerowała przyjaciółce, że to zły pomysł – wcześniej jej sugestie nie spotykały się z wdzięcznością, więc powinna oszczędzić sobie trudu i po prostu czekać na rozwój zdarzeń. Nie musiała czekać długo, nie minął nawet miesiąc, a Gwen już wypłakiwała sobie po nim oczy. Ingrid pamiętała ten dzień aż za dobrze. Przechodziła jednym z korytarzy, których zwykle unikała – kobieta z jednego z obrazów zwykła obrzucać ją wyzwiskami tylko dlatego, że kiedyś dorysowała jej wąsy. Tego dnia jednak spieszyła się do biblioteki i nawet wyzwiska nie mogły jej powstrzymać. Gdyby nie to, że była już spóźniona, na pewno by tamtędy nie szła i nie usłyszała krzyku, który dochodził z jednej z pustych sal. Zatrzymała się, niepewna, jak powinna zareagować; nigdy nie należała do osób z radością niosącym pomóc ludziom w potrzebie. Krzyk jednak się powtórzył, a Ingrid zaświtało w głowie, że brzmiał znajomo. Podeszła bliżej do drzwi i usłyszała drugi głos:
– Nadal nie chcesz? Myślisz, że jesteś za dobra, dziwko?!
– C-castor, proszę… – odpowiedział głos, który poprzednio krzyczał.
Ingrid nie czekała dłużej, kopnęła drzwi, a kiedy nie chciały ustąpić, użyła zaklęcia. Dziękowała Merlinowi, że Fairbairn nie wpadł na to, by wyciszyć pomieszczenie.
Drętwota! – krzyknęła Ingrid, a Ślizgon padł na ziemię.
Leżąca na podłodze Gwen oddychała ciężko, a z rozciętej wargi płynęła jej krew. Poza tym wyglądała na nieuszkodzoną i Ingrid odetchnęła z ulgą. Przez ułamek sekundy myślała, że Castor zrobił coś gorszego.
– Gwen, co się stało? Co ten sukinsyn zrobił? – zapytała, pomagając przyjaciółce wstać.
– Crusiatus… Nie wyszedł mu najlepiej, ale… ale i tak bolało – siąknęła Gwen, wycierając krew i łzy rękawem. Trzęsła się jak osika i unikała patrzenia w stronę Castora, co było w pełni zrozumiałe.
– Musimy iść do skrzydła, pielęgniarka powinna cię obejrzeć.
– Nie! – zaprotestowała Gwen. – Nie chcę, żeby… żeby każdy wiedział. Nic takiego się nie stało – dodała, przełykając głośno ślinę, jakby próbowała się uspokoić. Zrobiła też krok w stronę wyjścia i by się przewróciła, gdyby Ingrid jej nie podtrzymywała.
– Nikt się o niczym nie dowie, ale musisz iść do skrzydła – przekonywała Ślizgonka.
Gwen jednak pokręciła głową i powiedziała, że chce iść do dormitorium. Obiecała, że jeśli rano nadal będzie się źle czuła, zajrzy do skrzydła. Obie wiedziały jednak, że tego nie zrobi; podobnie obie zdawały sobie sprawę, że będzie się źle czuła. Ingrid próbowała ją przekonać, ale panna Ketteridge nie zmieniła zdania. Nie chciała też wyjaśnić, czemu Castor ją zaatakował, choć Ślizgonka miała pewne podejrzenia. Kiedy tylko doprowadziła Gwen do pokoju wspólnego Puchonów, zawróciła i pobiegła do sali, w której powinien leżeć oszołomiony Castor. Był tam, choć zaklęcie przestawało działać, o czym świadczył fakt, że poruszał palcami u rąk. Ingrid kopnęła go w żebra.
– Coś ty zrobił?! – krzyknęła, szykując się do kolejnego kopnięcia, ale poczuła na ramieniu czyjąś rękę.
– Spokojnie, po co te nerwy? – zapytał Alfred, najlepszy przyjaciel Castora.
– Wiesz, co ten sukinsyn chciał zrobić? – zapytała Ingrid, odwracając się w jego kierunku. Była wściekła i gdyby tylko sięgnął po różdżkę, chętnie by się z nim pojedynkowała. Zresztą nie musiał nawet wyciągać różdżki.
Alfred wzruszył ramionami.
– To tylko zakład – odpowiedział, jakby to wyjaśniało wszystko. – Założyliśmy się z chłopakami, że w ciągu miesiąca nie uda mu się z nią przespać. Wiesz, że Castor nie lubi przegrywać.
Ingrid patrzyła na nich z niedowierzaniem.
– Próbował ją zgwałcić! – krzyknęła. – Dla cholernego zakładu?!
– Nie, nie, gwałt byłby wbrew zasadom – zaśmiał się Alfred, ale chwilę później oberwał prawym sierpowym i zatoczył się lekko do tyłu.
Ingrid doskoczyła do niego i zaczęła okładać go pięściami, całkiem zapominając o tym, że ma różdżkę. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
– Ej! Uspokój się! Castor! Zrób coś! – krzyknął Alfred.
Ingrid poczuła, że świat się przemieszcza i szybko zdała sobie sprawę, że to ona ląduje na podłodze. Nie mogła się ruszyć, ale doskonale słyszała, co się wokół niej działo. Widziała, jak Castor posyła jej pogardliwe spojrzenie. Słyszała śmiech Alfreda. Zarejestrowała, że mówią coś do siebie nawzajem, ale nie była pewna co; wściekłość i niemoc sprawiały, że nie mogła zarejestrować słów. W końcu jednak Castor nachylił się nad nią i wycedził:
– Nie waż się chodzić po zamku i opowiadać te zmyślone historyjki, to był uczciwy zakład, żadnych zaklęć obezwładniających ani eliksirów. Ten Cruciatus miał ją po prostu przekonać, a ty, wredna, mała suko… Ciebie to nie dotyczy, więc zapomnij, że cokolwiek widziałaś, jasne?
Na odchodne kopnął ją w żebra mocniej, niż ona kopnęła jego. Zaklęcie jeszcze działało, więc nie mogła się ruszyć, musiała poczekać, aż przestanie działać albo aż ktoś ją znajdzie i je zdejmie. Wolała jednak być sama. Czuła obrzydzenie tak silne, że na samą myśl, że musiałaby komuś opowiadać, co widziała w tej sali, chciało jej się wymiotować. Dlatego też nie powiedziała nikomu – ani tego dnia, ani następnego, ani żadnego innego w ciągu miesięcy, które upłynęły od tego czasu. Nawet Gwen nie wiedziała, że Ingrid wróciła do tej sali. Zresztą Gwen nie chciała o tym rozmawiać. Płakała, jadła czekoladę, spędzała większość czasu wolnego od nauki w dormitorium, bo tam czuła się bezpiecznie. Ingrid starała się ją chronić przed konfrontacją z Castorem, ale zdawała sobie sprawę, że prędzej czy później będą musieli się spotkać. Miała tylko nadzieję, że nastąpi to później.
Teraz jednak, kiedy Castor i Gwen znajdowali się pod jednym dachem, wydawało się, że spotkanie to jest nieuchronne. Nie byłoby to spotkanie w rodzaju tych, które miały miejsce w Hogwarcie – wyminięcie w drzwiach czy uczestniczenie w tych samych zajęciach; nie, to byłoby spotkanie o wiele trudniejsze, zwłaszcza jeśli matka Gwen była przekonana, że powinna wyswatać córkę z Castorem. Ingrid po raz kolejny poczuła, że żołądek jej się przewraca.
Szybko znalazła Gwen i bez słowa zaprowadziła ją do pokoju.
– Gdzie David? – zapytała szybko.
– Coś się stało? Ingrid, wyglądasz… no, gorzej niż ja – zaśmiała się.
– Jeszcze nie, ale jesteśmy w domu pełnym magii, powinnaś go pilnować – warknęła Ingrid, ignorując drugą część zdania. – Gdzie on jest?
Gwen spojrzała na nią z obawą. Nie podobał jej się ton głosu przyjaciółki, dobitnie świadczył o tym, że działo się coś złego – coś, o czym Gwen nie wiedziała, a czego się bała, odkąd tylko przekroczyła próg domu.
– Ostatnio był w salonie, ciotka Portia chciała opowiedzieć mu coś o rodowej zastawie… Ale uprzedzałam ją, że David jest mugolem! – dodała szybko panna Ketteridge. – Obiecała, że nie zrobi ani nie powie nic, co mogłoby mu się wydać dziwne.
Ingrid westchnęła. Ani trochę jej się to nie podobało.
– Czekaj tu, pójdę po niego. Nie wracaj tam, musimy o czymś porozmawiać – powiedziała, zdając sobie sprawę, że jej słowa ani trochę nie uspokoją Gwen. Nie powinny, w końcu obie znajdowały się w nieciekawej sytuacji.
– Ingrid, co się… – zaczęła panna Ketteridge, ale przyjaciółka uciszyła ją gestem ręki.
– Później wszystko wyjaśnię – odpowiedziała.
Nie zdążyła jednak wyjść, bo drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł David. Zakrywał dłonią prawe oko i Ingrid przemknęło przez myśl, że być może rodowa zastawa nauczyła się latać. Nie zapytała o to jednak na głos, bo Gwen natychmiast podeszła do mugola i zaczęła pytać, co się stało. Nie chciał udzielać informacji, co irytowało Ingrid, ale w końcu opuścił rękę i dla obu dziewczyn stało się jasne, że niebawem wokół jego oka wykwitnie wielki, fioletowy siniec.
– Kto to zrobił? – zapytała przerażona Gwen.
– Nie pytałem o nazwisko – odpowiedział David, siadając na łóżku. Po raz kolejny przyłożył dłoń do oka, po czym się skrzywił.
– Cholera – wymamrotała Ingrid. – Nie ruszajcie się stąd, muszę sprowadzić… Po prostu się stąd nie ruszajcie.
Znów nie zdążyła wyjść, bo drzwi po raz kolejny się otworzyły. Ingrid szybko spojrzała w nich kierunku, gotowa rzucić klątwę na każdego, kto przekroczy próg tego pokoju, ale szybko odetchnęła z ulgą. Zza drzwi wystawała rozczochrana głowa Mortimera.
– Co on tu robi? – zapytała Gwen, która nadal siedziała obok Davida.
Ingrid i Mortimer zignorowali jej pytanie.
– Znalazłeś go? – zapytała Ingrid.
– Raczej rzuca się w oczy – odpowiedział Mortimer, po czym wyminął ją i podszedł do Davida, który oparł obie dłonie na kolanach i próbował przyjrzeć się przybyszowi. Mortimer przechylił głowę na bok, po czym oświadczył: – Chwała Merlinowi, to tylko podbite oko. Już myślałem, że jesteś jednym z tych punków.
Nikt się nie zaśmiał, więc Mortimer zrobił smutną minę i wycofał się o parę kroków. Zdawał sobie sprawę, że są w nim utkwione trzy pary oczu, i wyraźnie się tym rozkoszował. W końcu Gwen nie wytrzymała:
– Czy ktoś mi może wyjaśnić, co się tu dzieje? Niedługo będzie kolacja, przez którą chcę przebrnąć w spokoju i zapomnieć, że w ogóle tu przyjechałam! Nie potrzebuję żadnych bójek ani innego zamieszania, więc wyjaśnijcie, co właściwie robicie w moim pokoju!
Ingrid przełknęła ślinę i spojrzała na Mortimera. Uśmiechał się lekko, jakby cała ta sytuacja go bawiła. Ingrid miała ochotę go uderzyć; nic z tego, co się działo, nie było ani trochę zabawne. Jednak fakt, że nie próbował nic mówić, oznaczał, że nie wiedział, jak uniknąć mówienia prawdy, a ten obowiązek wolał zwalić na kogoś innego.
– Chodzi o gości, których zaprosili twoi rodzice – zaczęła Ingrid. – Niektórzy są dość… nieprzewidywalni.
– Zauważyłam! – fuknęła Gwen. – Przecież David nie podbił sobie tego oka sam!
– Nie, z pewnością nie – stwierdził z uśmiechem Mortimer. – Wyręczył go w tym Castor.
Ciszę, która zapadła w pokoju, można było ciąć nożem.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s