Część trzecia, w której wszyscy mówią o szarlotce

Szarlotka pachniała nieziemsko, ale Gwen już wcześniej postanowiła, że jej nie tknie; postanowienie to było tym łatwiejsze do realizacji, że właśnie stała na wycieraczce i nie miała nawet jak pokroić ciasta, które tak nęciło. Rano spędziła dobrą godzinę na szukaniu cukierni, chociaż powinna przygotowywać się do wyjścia do pracy. Nie wiedziała, co dokładnie będzie wchodziło w jej zakres obowiązków, ale miała nadzieję, że sobie z tym poradzi. Zresztą nie powinna się martwić na zapas, póki co musiała przeprosić Davida. Nie była pewna, czy jest obrażony, ale Ingrid przekonała ją, że tak, każdy byłby obrażony, gdyby kot złośliwie nasikał na jego obuwie. Ingrid znała Matta na tyle dobrze, by wiedzieć, że było to zachowanie celowe. Kupienie szarlotki też było jej pomysłem, ponieważ Ingrid znała się na wszystkim.
W sobotę, po tym, jak Matt zachował się w tak bezczelny sposób, David możliwie szybko wypił swoją herbatę (Gwen była pewna, że porządnie się poparzył, ale może chłodził się wyciągniętą z lodówki szarlotką), po czym bez większego problemu skręcił szafkę (choć musiał na chwilę wyjść po śrubokręt, jednocześnie zabierając ze sobą nieszczęsne buty; Gwen było strasznie głupio, ilekroć na nie patrzyła – prawie tak, jakby sama na nie nasikała) i się pożegnał. Panna Ketteridge próbowała go zatrzymać, częstując drugą herbatą lub dokładką szarlotki, ale jej sąsiad nie dał się namówić. Grzecznie się pożegnał i wyszedł. Gwen odniosła wrażenie, że powinna coś zrobić, jakoś zainterweniować, ale nie była pewna jak. Do końca dnia układała w szafkach zakupy, a potem wcześnie poszła spać, uznawszy, że pomyśli o tym nazajutrz. (Warto w tym miejscu dodać, że Gwen nie miała pojęcia, kim była Scarlett O’Hara, ale gdyby się dowiedziała, mogłaby się zdziwić, jak wiele je łączyło – nie tylko tendencja do odkładania myślenia o problemach na później).
W niedzielę nie miała jednak czasu rozważać zachowania Davida, ponieważ zjawiła się Ingrid. Gwen zastanawiała się wcześniej, jak przyjaciółka ma zamiar dostarczyć resztę bagaży, ale ta powiedziała, że panna Ketteridge nie powinna zaprzątać sobie tym główki. W istocie, kiedy przed kamienicę Gwen zajechał dość duży samochód, z którego wysiadła Ingrid, a zaraz za nią jakiś rudzielec, którego nigdy wcześniej nie widziała, stało się jasne, że w bagażniku, a zapewne także na tylnym siedzeniu auta znajdowały się rzeczy Gwen.
– Jestem wykończona – oświadczyła od progu Ingrid, równie jasnowłosa jak Gwen, ale o wiele mniej Puchońska od niej. – Masz coś zimnego do picia?
Panna Ketteridge musiała zaprzeczyć, ale zaoferowała herbatę. Ingrid przewróciła oczami, nigdy nie rozumiała tej fascynacji herbatą, ale obwiniała o to rodzinę, a przynajmniej tę jej część, która nie pochodziła z Anglii. W końcu wypiła szklankę wody i przywitała się z Mattem. Kot przez chwilę dawał się głaskać po brzuchu, po czym znudziło go to, więc wstał i wyszedł z salonu.
– Już ma nas dosyć – zaśmiała się Ingrid.
– Mam wrażenie, że na liście jego wrogów jesteśmy daleko, daleko za Davidem – wymamrotała Gwen, od razu napotykając pytające spojrzenie przyjaciółki.
Przez następne pół godziny Jimmy (rudzielec, który przyjechał z Ingrid) wnosił bagaże Gwen, podczas gdy panna Ketteridge opowiadała przyjaciółce o wszystkim, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Wspólnie ponarzekały chwilę na mugolskie samochody (Ingrid wyjaśniła, że Jimmy jest jej nowym znajomym, zależy mu na tym, żeby Ingrid miała o nim dobrą opinię, dlatego zgodził się przywieźć rzeczy Gwen; Ingrid nie była nim szczególnie zainteresowana i miała zamiar dać mu to do zrozumienia, jak tylko wrócą do Londynu), a później zajęły się faktycznym problemem.
– Musisz go przeprosić – powiedziała Ingrid.
– Przecież to Matt, a nie ja…
– Nieważne. Spójrz na ten salon, to jasne, że będziesz potrzebowała dalszej pomocy, a ja nie będę ściągać kogoś z Londynu za każdym razem, kiedy kupisz nową szafkę.
– Ale nie chodzi mi o szafki! – zaprzeczyła szybko Gwen, która uwielbiała swoją przyjaciółkę, ale nigdy nie rozumiała, jak mogła tak po prostu posługiwać się innymi.
Panna Ketteridge czasami zastanawiała się, czy ona sama przypadkiem nie jest pionkiem w grach Ingrid, ale ostatecznie uznała, że nie. W końcu były przyjaciółkami od dobrych sześciu lat, od chwili, kiedy obie obrzuciły jakiegoś irytującego Gryfona najgorszymi zaklęciami, jakie znały. Były wtedy na drugim roku i niespecjalnie błyszczały na zaklęciach, więc chłopakowi nic szczególnego się nie stało, ale to wydarzenie zbliżyło je do siebie. Poza tym Gryfon już nigdy nie ciągnął ich za włosy.
– Gwen, a czy ja mówię tylko o szafkach? Warto być w dobrych stosunkach z sąsiadami – wyjaśniła Ingrid, bawiąc się herbatą, którą zaparzyła sobie chyba tylko w tym celu. Wcześniej upiła dwa łyki i powiedziała, że jest zbyt herbaciana, chociaż pasuje do szarlotki.
– Wiem! Tylko że…
– Musisz go przeprosić – powtórzyła Ingrid. – Skoro lubi szarlotkę, kup mu taką samą jak ta, którą ci przyniósł, i w poniedziałek idź do niego.
– Cała ta sytuacja jest tak głupia – westchnęła Gwen.
Ingrid poklepała ją po ramieniu, po czym zainteresowała się Jimmym, który wniósł już wszystkie worki i pudełka, a teraz z zapałem jadł szarlotkę i wypijał herbatę, którą chwilę temu Ingrid odstawiła na stolik. Temat Davida umarł śmiercią naturalną, jak dzieje się z wieloma tematami, które wspaniale omawia się w wąskim gronie, ale nie nadają się one do poruszania w liczniejszym towarzystwie. Gwen i Ingrid jeszcze chwilę wymieniały się uwagami na temat dekoracji wnętrz, sprzątania czy zakupów, po czym Jimmy zaczął przebąkiwać coś o długiej drodze, jaka ich czeka. Ingrid zgodziła się z nim i oboje zaczęli zbierać się do wyjścia.
– Do zobaczenia, Gwen – powiedział Jimmy, ściskając jej dłoń.
– Nie przywiązuj się do niego – szepnęła Ingrid do ucha przyjaciółki, po czym cmoknęła ją w policzek.
Chwilę później oboje odjechali, pozostawiając pannę Ketteridge samą z całą masą rzeczy, które wymagały rozpakowania. Matt nie był nimi szczególnie zainteresowany, bo pachniały znajomo. Zamiast więc nadzorować pracę swojej pani, do końca dnia unikał jej, jakby w obawie, że zostanie zdeptany, i robił wszystko, by tylko znajdować się w innym niż ona pokoju. W przypadku innego zwierzaka mogłoby to być przejawem poczucia winy, ale Gwen zbyt dobrze znała swojego kota, by w to wierzyć.
Wieczorem, kiedy siedziała na jednej z czerwonych poduszek (na tych leżało mniej sierści) i popijała spokojnie herbatę, patrzyła na szafkę, którą David skręcił, i utwierdzała się w przekonaniu, że Ingrid ma rację, musi go przeprosić – tak porządnie, z szarlotką. Nie dlatego, że będzie potrzebowała jego pomocy. Nie, dlatego, że to jest właściwe, a David jest naprawdę sympatyczny i szkoda by było, gdyby z powodu problemów Matta już się do niej nie odzywał.
To właśnie sprawiło, że w poniedziałek wstała o wczesnej jak na nią godzinie (zwłaszcza, że w pracy miała się zjawić w południe, nie było zatem powodu, by wstawała wcześniej niż o dziesiątej) i niedługo później ruszyła na poszukiwania cukierni, by w końcu stanąć na wycieraczce przed drzwiami Davida i zbierać siły, żeby zapukać. W końcu przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę, odchrząknęła, wzięła głęboki wdech, zerknęła na szarlotkę i zapukała. Po czym, w obliczu braku reakcji, zapukała jeszcze raz. A później znowu. Nikt nie odpowiedział na jej pukanie i przez chwilę było jej przykro, ponieważ uznała, że David jest tak obrażony, że nawet nie chce z nią rozmawiać, ale później przypomniała sobie, że wspomniał coś o pracy w banku. To chyba oznaczało, że wcześnie wychodził z domu, co z kolei oznaczało, że nie otwierał, bo go po prostu nie było! Gwen odetchnęła z ulgą. To lepsze niż myśl, że jest zbyt obrażony, żeby otworzyć. Poza tym przecież nie mieli po piętnaście lat, żeby się tak obrażać o byle co. Właściwie ile lat miał David?
Panna Ketteridge postanowiła zapytać go o to, kiedy się zobaczą, a póki co wróciła do swojego mieszkania, w którym Matt był wyjątkowo zainteresowany jej kostkami, do których zaczął się łasić, utrudniając jej utrzymanie równowagi, kiedy szła do kuchni. Postanowiła bowiem, że schowa szarlotkę do lodówki i zaniesie ją Davidowi, kiedy wróci z pracy.
Restauracja, w której Gwen znalazła zatrudnienie, okazała się całkiem przyjemnym miejscem, chociaż panna Ketteridge nie mogła pochwalić się znajomością wielu innych restauracji, z którymi mogłaby ją porównać. Podobał jej się wystrój, a do tego właściciele byli naprawdę miłymi ludźmi. Poznała też dwie inne kelnerki, które wyjaśniły jej, jak podzielone są stoliki, a kiedy miała wychodzić, kucharka zawinęła kawałek panierowanego łososia w papierowy ręcznik i jej dała. Gwen była naprawdę zadowolona; Ingrid opowiadała jej, że większość mugoli strasznie narzeka na swoją pierwszą pracę, ale panna Ketteridge nie widziała powodu, by na cokolwiek narzekać, przynajmniej nie w tym momencie. Podejrzewała, że po jakimś czasie może zmienić zdanie, póki co jednak była zadowolona.
Po powrocie do mieszkania podzieliła się z Mattem łososiem, który nie był szczególnie zadowolony z użytych przypraw, ale w końcu zjadł wszystko, po czym usiadł koło Gwen i łakomym okiem obserwował, jak dziewczyna je swoją porcję (na zimno i z chlebem, ponieważ nadal bała się używać kuchenki do czegokolwiek poza gotowaniem wody). Panna Ketteridge raz po raz odpychała futrzasty pyszczek przyjaciela, który ciągle lądował za blisko jej kolacji, aż w końcu skapitulowała i dała kotu jeszcze kawałek mięsa; kiedy był zajęty gryzieniem, szybko dokończyła kanapkę. Matt poczuł się urażony, że wykorzystała moment jego nieuwagi i zjadła łososia, który – to jasne – należał się jemu. Prychnął rozgniewany. Gwen przewróciła oczami. Z Mattem nie było żartów, kiedy chodziło o ryby.
W końcu jednak zerknęła na zegarek i odetchnęła z ulgą; gdy tylko wróciła z pracy, była tak głodna, że zapomniała o szarlotce Davida, teraz jednak poczucie winy z powodu zachowania Matta uderzyło ją ze zdwojoną siłą i postanowiła jak najszybciej wyciągnąć rękę (i ciasto) na zgodę. Wyjęła szarlotkę z lodówki, posłała Mattowi karcące spojrzenie, na które nie zareagował w żaden sposób, zbyt zajęty lizaniem łapy, i wyszła z mieszkania.
Znów znalazła się na wycieraczce Davida i miała wrażenie, że za często na niej stoi. Może jednak powinna wrócić do swojego pierwotnego planu i poszukać przyjaciółki? Takiej, która nie będzie otwierać drzwi w samym ręczniku, nie będzie się tak szeroko uśmiechać i nie będzie lubić szarlotki. Może. Ale póki co musi przeprosić za zachowanie Matta.
Zapukała dwukrotnie i odczekała chwilę. Z głębi mieszkania dało się słyszeć jakiś dźwięk, po czym drzwi się otworzyły. David miał trochę nieprzytomny wyraz twarzy, jakby został właśnie obudzony, ale szybko się uśmiechnął.
– Gwen, miło cię widzieć – powiedział.
– Przepraszam! – odpowiedziała od razu, wręczając mu szarlotkę. – Naprawdę mi przykro z powodu Matta i mam nadzieję, że się nie gniewasz, chociaż mogę zrozumieć, gdybyś się gniewał, bo to było paskudne, ale naprawdę nie wiedziałam, że Matt mógłby coś takiego zrobić, to znaczy wiedziałam, bo jednak ma swoją kuwetę, z której korzysta w takich celach, i… Przepraszam.
– Zdarza się, naprawdę, nie ma za co przepraszać. – David zerknął na szarlotkę. – Chcesz wejść na herbatę?
– A nie będę przeszkadzać? – zapytała Gwen, która miała nadzieję, że nie, wcale nie będzie przeszkadzać.
– A skąd, wchodź.
David przesunął się, żeby zrobić dla niej miejsce w dość wąskim przedpokoju, a kiedy już weszła – zamknął drzwi i poprowadził ją do kuchni, choć nie musiał pełnić roli przewodnika, jako że rozkład jego mieszkania był lustrzanym odbiciem rozkładu mieszkania Gwen. W kuchni od razu wstawił wodę na herbatę, po czym pokroił szarlotkę. Panna Ketteridge zajęła się rozglądaniem po pomieszczeniu. Przedpokój wydał jej się strasznie pusty, ale kuchnia – wręcz przeciwnie. Pomalowana na ciepły, żółty kolor wydawała się niezwykle przytulna. Szafki i niewielki stolik w kącie wyglądały na dużo solidniejsze od tych, które znajdowały się w jej kuchni, a do tego odcień brązu ładnie komponował się z kolorem ścian. Na parapecie znajdowała się jakaś roślina, do lodówki przyczepione były pocztówki, na szafce stały przyprawy. Wszystko to sprawiało, że Gwen nie miała ochoty wychodzić z kuchni; miała wrażenie, że było to pomieszczenie, które ktoś naprawdę kochał i to sprawiało, że wszyscy, którzy do niego wchodzili, czuli tę pozytywną atmosferę.
Najwyraźniej wszyscy poza Davidem, który zalał herbaty wodę i zapytał:
– Może przeniesiemy się do salonu?
Panna Ketteridge pokiwała głową, nieco zaskoczona. Gdyby jej kuchnia tak wyglądała, to z całą pewnością by z niej nie wychodziła; ba, może nawet by się nauczyła gotować. Nie chciała jednak się sprzeciwiać, w końcu była gościem. Może David uznał, że salon jest bardziej reprezentacyjny? Chociaż, kiedy Gwen weszła do wspomnianego pomieszczenia, naprawdę chciała zapytać, czemu musieli przenosić się z przytulnej kuchni do tak chłodnego i niemal pustego pokoju. Pomalowanych na biało ścian praktycznie nic nie ozdabiało, tylko nad dużym telewizorem wisiało jedno zdjęcie, jakiś czarno-biały krajobraz. Gwen nie wiedziała, jaka jest wartość artystyczna oglądanej przez nią fotografii, ale musiała przyznać, że polanka na skraju lasu wyglądała ślicznie, a każdy, kto na nią patrzył, mógł zobaczyć padające między drzewami promienie słońca, zjawisko naprawdę ładne i warte uwiecznienia.
– Ładne zdjęcie, to twoje? – zapytała.
– Tak, ma już kilka ładnych lat, ale nadal je lubię – odparł David, stawiając herbaty na wąskim, czarnym stole, stojącym między dwoma fotelami, czarnymi i skórzanymi.
Gwen pokiwała głową, desperacko starając się znaleźć coś jeszcze, co mogłaby pochwalić. Nie wiedziała nic o elektronice, więc chwalenie telewizora nie wchodziło w grę – wiedziała tylko, że był duży i że był telewizorem. Fotele i stolik wydawały jej się dość ponure i nie tak przytulne jak wystrój kuchni, więc ich również nie chciała chwalić. Problem polegał na tym, że to właściwie było wszystko, co znajdowało się w pokoju. W rogu stały jeszcze dwa regały, w całości składające się z półek z książkami i jakimiś plastikowymi pudełkami, które Gwen kiedyś widziała w jakimś sklepie – podobno były w nich filmy, ale Gwen nie wiedziała, jak mogły się one mieścić w takich małych pudełkach. Przy oknie nie było nawet zasłon, które ożywiłyby to wnętrze, na podłodze nie leżał też dywan. Panna Ketteridge jednak tego nie skomentowała, jako że jej mieszkanie było w tej chwili równie puste. Odniosła jednak wrażenie, że David mieszkał tu o wiele dłużej od niej i powinien mieć czas, żeby zadbać o wystrój wnętrza. Poza tym umiał skręcać szafki.
– Mam nadzieję, że nie jesteś zły za tę sprawę z Mattem – zaczęła w końcu.
David uśmiechnął się do niej, co nie było łatwe, bo akurat jadł szarlotkę.
– Nie, naprawdę nie – odpowiedział w końcu. – Możesz przestać przepraszać, nie gniewam się, przecież takie rzeczy się zdarzają.
Gwen się uśmiechnęła, jakby wręczenie mu szarlotki i jego słowa uwolniły ją od poczucia winy. Zjadła kawałek ciasta i popiła herbatą, zastanawiając się, co jeszcze może powiedzieć, by nie zejść na temat wystroju wnętrz.
– Jak minął pierwszy dzień w pracy? – zapytał David.
– Och, było lepiej niż się spodziewałam – zaczęła panna Ketteridge, po czym streściła mu wydarzenia ostatnich kilku godzin, pomijając drobne incydenty w rodzaju oblania własnych butów zupą (wolała nie mówić przy nim nic o butach) czy ignorowania gości przy jednym ze stolików, póki Alice, inna kelnerka, nie przypomniała jej, że tak, ten stolik należy do części jej sekcji.
David słuchał uważnie, uśmiechając się w odpowiednich momentach. W końcu jednak opowieść Gwen się skończyła i dziewczyna poczuła się w obowiązku zrewanżować się podobnym pytaniem; w końcu niewiele wiedziała o pracy Davida, powinna wykazać zainteresowanie i dowiedzieć się czegokolwiek. Przy odrobinie szczęścia może by jej powiedział, jak to jest z tymi skrytkami bankowymi. I jak właściwie działają te całe karty płatnicze, o których istnieniu dowiedziała się w restauracji.
Nie dowiedziała się. David odpowiadał raczej zdawkowo, po czym w możliwie uprzejmy sposób dał jej do zrozumienia, że jest już dość późno i choć docenia jej towarzystwo, to następnego dnia musi wstać o wczesnej porze. Gwen przeprosiła go za tak późne najście i obiecała, że następnym razem, kiedy będzie go musiała przepraszać, zrobi to wcześniej. David się zaśmiał i powiedział, że ma nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała go przepraszać, choć oczywiście przyjmie każdą ilość szarlotki. Dodał też, że jeśli będzie potrzebowała pomocy z jakimikolwiek innymi meblami, to jest do usług. Gwen przyznała, że faktycznie, przydałaby jej się pomoc.
Jakiś kwadrans później panna Ketteridge siedziała na jednej ze swoich czerwonych poduszek, głaszcząc Matta i analizując wszystko, co się stało. Tak, David (który był tylko jej sąsiadem i być-może-przyjacielem, niczym więcej, a skąd!) się na nią nie gniewał. Tak, zjedli szarlotkę pokoju. Tak, zaoferował jej swoją dalszą pomoc. Tak, umówili się na sobotę. Wydawało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ale jeśli tak, to czemu Gwen miała wrażenie, że coś było nie tak – coś, co powinna była od razu zauważyć?
Matt zamruczał. Wyglądał, jakby absolutnie nic go nie martwiło i Gwen strasznie mu tego w tej chwili zazdrościła.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s