Część szósta, w której pojawiają się problemy natury paranormalnej oraz społecznej

Gwen bujała się na krześle, patrząc na ciemniejące niebo. Słońce zaszło już jakiś czas temu, kiedy wracała z pracy. Już wcześniej postanowiła, że nie da się namówić Alice na kolejne wyjście do klubu, nawet gdyby otrzymała taką ofertę. Nie otrzymała; Alice miała wieczorną zmianę, po której prawdopodobnie wróci do domu i natychmiast uśnie, bo sińce pod jej oczami (przykryte grubą warstwą podkładu, ale nadal widoczne) były naprawdę przerażające, jakby dziewczyna nie zmrużyła oka od tygodnia. Być może tak właśnie było, bo kiedy wymieniały się informacjami na temat zajętych stolików, Alice wspomniała coś o świetnych imprezach, na których była i na które powinna była zabrać ze sobą Gwen. Panna Ketteridge nie odpowiedziała, wolała skupić się na opisywaniu sytuacji na sali. Później zamieniła parę słów z Emily, a następnie rozstały się, życząc sobie nawzajem udanego weekendu. Żadna z nich nie zapytała tej drugiej o jej plany, najwyraźniej uznawszy, że lepiej zostawić ten temat na poniedziałek. Może po prostu żadna z nich nie była na tyle zainteresowana prywatnym życiem drugiej, żeby pytać.
Nie zmieniało to jednak faktu, że w piątkowy wieczór Gwen siedziała na krześle i bezmyślnie się bujała, wyczekując pierwszej gwiazdki. Nie żeby jej pojawienie się miało coś zmienić, po prostu od poniedziałkowej rozmowy z Davidem nocne niebo zajmowało w jej myślach jeszcze więcej miejsca niż wcześniej. Oczywiście widziała się z nim jeszcze później – w środę, kiedy zakładała konto w banku i kiedy postanowili, że ze względu na prognozowany w czwartek deszcz, przełożą wyprawę na polanę na niedzielę. Prognoza okazała się prawdziwa, od południa w czwartek lało ciurkiem, co nie poprawiło humoru Gwen. Przemokły jej buty i zaczęła kichać, niemal pewna, że się przeziębiła. Nie była pewna, jak mugole radzili sobie z przeziębieniem, ale na szczęście tym razem nie musiała się dowiadywać – ciepłe ubranie i ciepła herbata postawiły ją na nogi.
Może nie do końca? Może to i dobrze, że nigdzie nie wychodziła, w końcu mogła się przeziębić do reszty, a zależało jej na tym, żeby w niedzielę być zdrową. W sobotę miała ją odwiedzić Ingrid, której też wolała nie witać z gorączką. I choć Gwen cieszyło, że ma weekendy wolne, to żal jej było napiwków – Emily mówiła, że wtedy są właśnie największe. Sama Emily dostawała czasami zmiany w niedziele, ale na ogół weekendami zajmowały się dwie córki właścicieli i jedna z wieloletnich kelnerek, która pozostała w dobrych kontaktach ze starymi pracodawcami. Gwen nie rozumiała tego układu, ale zdawała sobie sprawę, że to nie jej sprawa, była zadowolona, że w ogóle ma pracę.
Matt siedział na parapecie i patrzył na nią podejrzliwie, jakby uznał, że w końcu oszalała i musi ustalić, czy jest jeszcze w stanie dostarczać mu regularnie pożywienia, czy też powinien rozejrzeć się za innym domem. Gwen przestała się bujać, kiedy zauważyła jego spojrzenie. Było w nim coś, co świadczyło o tym, że gdyby kot umiał mówić, to właśnie udzielałby jej jakiegoś rodzaju reprymendy. Jako że nie mógł mówić, musiał się ograniczyć do reprymendy niewerbalnej i patrzenia z politowaniem.
– O co ci chodzi? – zapytała Gwen, całkiem rezygnując z bujania się i siadając na krześle po turecku.
Kot posłał jej kolejne spojrzenie mające świadczyć o tym, że najwyraźniej postradała zmysły, po czym zeskoczył na ziemię i wyszedł.
– Nie myśl, że sobie tego nie zapamiętam – mruknęła za nim Gwen.
W mieszkaniu znów zapadła cisza i panna Ketteridge zaczęła żałować, że nie kupiła sobie telewizora albo radia; czegokolwiek, co zabiłoby tę ciszę, do której próbowała się przyzwyczaić, ale nie szło jej to najlepiej. Przez siedem lat mieszkała w gwarnym dormitorium Puchonek, w czasie wakacji przebywała co prawda w znacznie cichszym domu, ale tam też coś nieustannie się działo, słychać było kroki na schodach, skrzaty krzątające się w kuchni, pogłos rozmów toczonych w salonie… Nawet jeśli siedziała samotnie w pokoju, owinięta kocem i skupiona na lekturze jakiegoś podręcznika, którego wcale nie chciała czytać, nie była sama. Towarzyszyły jej charakterystyczne odgłosy domu, których nie dało się uniknąć. Nie przypuszczała nawet, że będzie za nimi tęsknić. A jednak – tęskniła. Za odgłosami, nie za ludźmi, którzy je wydawali.
Gwiazdy zaczynały się pojawiać, choć większość z nich raz po raz znikała za chmurami. Gwen westchnęła i zeszła z krzesła, po czym odstawiła je na miejsce. Patrzenie przez okno nie miało sensu, powinna zaparzyć sobie herbatę i sięgnąć po jedną z książek, które pożyczyła jej Emily. Powinna posprzątać przed przybyciem Ingrid, ale nie chciała o tym myśleć. Była młoda, był piątkowy wieczór, nie będzie zachowywać się jak jakaś stara panna i zbierać kociego futra z poduszek w salonie.
Szybko okazało się jednak, że nie dane jej było spokojnie zatopić się w lekturze. Przeczytała raptem kilka stron, zanim usłyszała jakiś głośny dźwięk, który wzbudził jej niepokój. Odłożyła książkę i zajrzała do sypialni, w której spodziewała się zobaczyć jakiegoś rodzaju pobojowisko i siedzącego na środku pomieszczenia Matta z miną niewiniątka. Nic z tego. W sypialni wszystko było w porządku, a kot najspokojniej w świecie leżał na łóżku i ją ignorował. Na wszelki wypadek zajrzała też do kuchni i do łazienki, ale wyglądało na to, że nic nie przesunęło się nawet o milimetr, więc dźwięk, jaki powstaje w wyniku kontaktu jakiegoś przedmiotu z podłogą, musiał pochodzić z zewnątrz.
Gwen wyszła na balkon i wychyliła się najbardziej, jak tylko mogła, próbując zajrzeć do mieszkania Davida, ale nic nie wskazywało na to, żeby coś było nie w porządku. Co więcej, wydawało się, że w mieszkaniu nikogo nie było; światło było zgaszone, telewizor nie grał. Zerknęła na balkon z drugiej strony. Nie wiedziała, kto zajmował ten lokal, ale zauważyła, że ktokolwiek to był, oglądał telewizję. Może ten dźwięk, który ją zaniepokoił, pochodził z telewizora sąsiadów?
Spokojniejsza, wróciła do salonu i ponownie sięgnęła po książkę. Udało jej się skończyć pierwszy rozdział i właśnie miała zagłębić się w drugi, kiedy na jej kolana wskoczył Matt. Musiał wziąć solidny rozbieg, bo udało mu się nawet wytrącić książkę z jej rąk. Kot zamruczał i ułożył się wygodnie, ale kiedy Gwen próbowała podnieść książkę, trącał jej rękę łapą, wystawiając przy tym pazury.
– Matt, przestań natychmiast – warknęła.
Kot jednak nie przestał i panna Ketteridge musiała pogodzić się z myślą, że tego wieczora nie spędzi z literaturą. Spędzi go raczej z rozpieszczonym kotem, łaknącym adoracji i, jak się okazało później, tuńczyka. Kiedy zjadł porządną porcję ryby i został dokładnie wygłaskany, stracił zainteresowanie Gwen i ułożył się na jednej z poduszek. Gwen ponownie sięgnęła po książkę, ale nie zdążyła wciągnąć się w akcję, kiedy ponownie rozległ się dźwięk niezwykle podobny do tego, który słyszała poprzednio. Zerknęła na Matta, który podniósł głowę i patrzył z kierunku ściany. Panna Ketteridge też na nią spojrzała, ale nie dostrzegła tam niczego interesującego. Ponownie wyszła na balkon, ale tym razem obydwa mieszkania wydawały się puste – najwyraźniej sąsiedzi od telewizora postanowili iść spać. Przynajmniej nie tylko ona spędzała piątkowy wieczór w domu.
– Też to słyszałeś, prawda? – zapytała Matta, który przeniósł spojrzenie ze ściany na nią. – Widzisz tam coś?
Słyszała kiedyś, że koty są w stanie widzieć duchy. Nie udało jej się tej teorii zweryfikować, bo choć w Hogwarcie było sporo duchów, Matt zwykle zachowywał się w taki sposób, że trudno było ustalić, czy je widzi i ignoruje, czy też pozostają dla niego niewidzialne. Duchy przebywające w świecie mugoli powinny być niewidoczne dla wszystkich (w przeciwnym razie już dawno znikłyby wszystkie wątpliwości na temat życia pozagrobowego), więc Gwen nie była szczególnie zdziwiona, że niczego nie zauważyła; zastanawiała się tylko, czy Matt widział coś, o czym ona powinna wiedzieć. Nie chciała mieć dzikiego lokatora, który nie płacił czynszu i niszczył jej rzeczy (albo przynajmniej wydawał dźwięki świadczące o tym, że jej rzeczy są niszczone) – wystarczyło, że miała Matta, który też pasował do tego opisu.
– Nie mów, że mamy tu poltergeista.
Matt nic nie powiedział, co nie powinno nikogo dziwić. Gwen westchnęła. Przez chwilę nasłuchiwała, ale duch najwyraźniej zrobił sobie przerwę.
– To bez sensu, poltergeist powinien wywoływać jakieś faktyczne szkody. Tu nic nie ma, Matt – orzekła w końcu. – Trzeba iść spać, jutro się będziemy martwić.
Kot ziewnął, najwyraźniej się z nią zgadzając. Na wszelki wypadek jednak Gwen wyjęła z dna kufra różdżkę i po raz pierwszy odkąd wprowadziła się do tego mieszkania – trzymała ją w zasięgu ręki.
Rano okazało się, że niesłusznie. Jeśli w nocy rozlegały się jeszcze jakieś hałasy, nie słyszała ich. Kiedy przygotowywała śniadanie, upewniła się, że nic nie zostało zniszczone ani nawet przesunięte. Żadnej obecności duchów. Matt też przestał patrzeć na ściany i najspokojniej w świecie spał na dywanie w salonie, ciesząc się odrobiną słońca, która wpadała przez okno.
Ingrid przybyła dość wcześnie, ale Gwen to nie przeszkadzało. Mimo braku obecności sił nadprzyrodzonych, nie spała najlepiej. Cały czas zastanawiała się, co było źródłem tych niepokojących dźwięków, a do tego miała wyrzuty sumienia, że wyjęła różdżkę. Oczywiście, nie użyła jej, ale niewiele brakowało. Gdyby tylko miała powód…
– A nawet gdybyś jej użyła… Co z tego? – zapytała Ingrid, kiedy wysłuchała tej opowieści. – Jesteś czarownicą, masz prawo.
– Cicho! Nie jestem! Staram się żyć jak mugole, tak? Nie mogę używać magii tylko dlatego, że coś mnie wystraszyło w środku nocy – odpowiedziała Gwen.
– Wręcz przeciwnie, to jest świetny powód, żeby jej używać. – Ingrid zamilkła na chwilę, po czym rozejrzała się po salonie. – Ładnie się urządziłaś. Chłoptaś z naprzeciwka pomagał?
– Tak, jest naprawdę miły. Bardzo mi pomógł nie tylko z meblami, ale też z telefonem i z kontem.
– Z czym? – Ingrid uniosła brwi, przyglądając się ze zdumieniem niewielkiemu urządzeniu, które podała jej przyjaciółka. – Co to jest?
– Telefon komórkowy – wyjaśniła Gwen. – Możesz sobie kupić taki sam, wtedy będziemy się mogły częściej kontaktować.
Ingrid uniosła brew, jakby chciała powiedzieć, że prędzej oddałaby swoją w-dużej-mierze-czystą krew jednej z tych mugolskich organizacji charytatywnych i wyszłaby za mąż za hipogryfa, niż zaczęła używać czegoś tak podejrzanego jak telefon, ale Gwen ją uprzedziła:
– To naprawdę użyteczne! Nie tylko możesz zadzwonić, do kogo chcesz, ale jest tu też kalkulator, kalendarz i gry! Pewnie są też inne rzeczy, ale David jeszcze mi ich nie pokazał, a wolałam sama niczego nie ruszać, jeszcze bym popsuła.
Ingrid jeszcze raz rzuciła okiem na komórkę, po czym przeniosła wzrok na Gwen:
– Naprawdę go lubisz – zauważyła z pewnym zaskoczeniem. – Spaliście już ze sobą?
– Ingrid! Przestań! – Panna Ketteridge starała się wyglądać na bardziej oburzoną, niż była w rzeczywistości.
Pytanie przyjaciółki jej nie zdziwiło, słyszała je już kilkakrotnie, ale teraz było inaczej. Nie była w Hogwarcie, nie chodziło o jakiegoś przystojnego gracza w quidditcha; nie, teraz chodziło o Davida, który był sympatyczny i nie zasługiwał na to, żeby Ingrid myślała o nim tak, jak myślała o wszystkich innych mężczyznach. Do tego Gwen spędziła sporą część tygodnia na przekonywaniu samej siebie, że wcale nie chce zmienić zawiązującej się między nią a Davidem nici przyjaźni w coś więcej.
– Przestań się rumienić, to ci nie pasuje – zauważyła Ingrid. – Więc?
– Nie i nie będziemy. Jesteśmy przyjaciółmi – odpowiedziała Gwen, a w jej głosie pobrzmiewała stanowczość, o jaką się nawet nie podejrzewała.
– Jasne, możecie być przyjaciółmi, czy ja coś mówię? Na ogół to komplikuje wiele spraw, ale ty zawsze lubiłaś skomplikowane sytuacje, prawda?
Panna Ketteridge niechętnie pokiwała głową, po czym przypomniało jej się pytanie, które nurtowało ją, odkąd tylko wpuściła Ingrid do mieszkania:
– Gdzie jest Jimmy?
– Kto? – zdziwiła się Ingrid, po czym sięgnęła po ciasteczko. Sprawdziła, czy nie było na nim kociej sierści, i zjadła, czekając na odpowiedź nieco zbitej z tropu Gwen.
– No Jimmy. Ten, z którym tu byłaś ostatnio. Z moimi rzeczami.
– Ach, ten Jimmy. Nie komplikowaliśmy spraw – odpowiedziała zdawkowo, co w rzeczywistości miało oznaczać, że pozbyła się go, gdy tylko wrócili do Londynu. – Dziś przywiózł mnie Albert, ma rodzinę w tych stronach. Wiesz, żona, dwójka dzieci, domek z ogródkiem i tak dalej.
Gwen spojrzała na nią niepewnie, jakby wahała się, czy powinna pytać o szczegóły znajomości z Albertem, ale Ingrid wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć Dziewczyny muszą sobie jakoś radzić, prawda?, co zniechęciło pannę Ketteridge do jakichkolwiek pytań. Wolała nie wiedzieć za wiele o życiu osobistym Ingrid. Nie była pewna, czy powinna ją przekonywać do zmiany zachowania, czy też zostałoby to odebrane jako wtrącanie się w cudze sprawy. Na wszelki wypadek wolała wybrać opcję trzecią, godną moralnego tchórza, i po prostu udawać, że temat nie istnieje.
– Jak długo zostaniesz?
– Miałam zamiar wyciągnąć cię gdzieś na obiad, a potem poszukać dogodnego miejsca do deportacji – odpowiedziała Ingrid, wzdychając. Nigdy nie była fanką teleportacji i strasznie żałowała, że Gwen nie ma w mieszkaniu kominka. – Nadal nie mam odwagi teleportować się do twojego mieszkania, mam wrażenie, że część moich kończyn wyląduje piętro niżej.
– Nie martw się, ja też bym się bała. Pamiętasz, jak zgubiłam ucho na Pokątnej? – zaśmiała się Gwen.
– Myślę, że ten dzieciak, który je znalazł, nigdy nawet nie spróbuje teleportacji. Zwłaszcza jeśli wyobrazi sobie, że to mogłoby być jego ucho.
Popołudnie upłynęło im w radosnej atmosferze – Ingrid opowiadała o znajomych z Hogwartu, których udało jej się spotkać na korytarzach Ministerstwa lub na Pokątnej, Gwen z kolei podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat mugoli i tego, jak utrudniają sobie życie w pewnych kwestiach, a jak pomysłowi są w innych. Ingrid nie mogła wyjść z podziwu, ale nadal odmawiała kupienia telefonu komórkowego, co irytowało pannę Ketteridge.
– Jesteś po prostu uprzedzona – stwierdziła, kiedy szukały jakiegoś spokojnego miejsca, z którego Ingrid mogła się zdeportować. Powoli zapadał wieczór, więc niektóre ulice powinny się całkiem wyludnić.
– Oczywiście, że jestem. Jestem czarownicą, nie będę korzystać z ich… technologii – odparła, wydymając przy tym wargi.
– Ale to naprawdę przydatny wynalazek. Też początkowo byłam sceptycznie nastawiona, ale…
– Daj spokój, Gwen. Wyobrażasz sobie minę ludzi w Ministerstwie, gdybym wyjęła to ustrojstwo? Jeśli dalej tak pójdzie… No, nieważne. Po prostu to nie dla mnie.
– Ale mogłybyśmy codziennie rozmawiać – zauważyła Gwen.
– Oczywiście. Tak długo, jak długo nie musiałabym… jak to określiłaś? Doładowywać konta? Zupełnie nie rozumiem mugoli i ich fascynacji tym słowem, wszędzie mają jakieś konta. Co to w ogóle jest?
Gwen westchnęła, zdając sobie sprawę, że to była jedna z tych przyjacielskich sprzeczek, których nie ma szans wygrać. Cmoknęła więc Ingrid w policzek i obiecała odwiedzić ją za dwa tygodnie. Kiedy przyjaciółka się zdeportowała, panna Ketteridge ruszyła w stronę bardziej znajomej części miasteczka. Nie było jeszcze późno i przez chwilę zastanawiała się, czy nie poszukać jakiegoś miejsca, w którym mogłaby miło spędzić czas, ale szybko wyobraziła sobie, ile radości by jej dostarczyło samotne siedzenie w kawiarni, i zrezygnowała z tego pomysłu. Planowała wrócić do mieszkania; postanowiła też, że choćby w jej salonie zjawiło się stado poltergeistów i duch samego Merlina, będzie czytać książkę, a potem pójdzie spać o jakiejś sensownej porze, żeby nie usnąć następnego wieczora w czasie oglądania gwiazd.
Po raz kolejny jej plany zostały jednak pokrzyżowane przez dźwięki nieznanego pochodzenia. Tym razem były jednak głośniejsze, choć może winą za to należałoby obarczyć dobrą akustykę klatki schodowej. Wydawało jej się jednak, że dźwięki te pochodzą z mieszkania Davida. Zatrzymała się pod jego drzwiami i przyłożyła do nich ucho. Zdawała sobie sprawę, jak głupio musi w tym momencie wyglądać, ale zaczęła się niepokoić: a co, jeśli ten poltergeist zadomowił się u niego?
Po raz kolejny usłyszała jakiś dźwięk i tym razem mogła go zidentyfikować. Ktoś próbował rozbić butelkę o ścianę. Wcześniejsze dźwięki były inne, ale teraz nie miała wątpliwości – słyszała już ten odgłos i nie kojarzył jej się z niczym dobrym.
Przez chwilę zastanawiała się, co powinna zrobić. Nie słyszała krzyków, więc może David panował nad sytuacją – jakkolwiek by ona wyglądała? A może to był włamywacz, o którego wtargnięciu David nic nie wiedział, bo nie było go w domu? Czy powinna to sprawdzić?
Zdecydowała, że zadzwoni do drzwi. Włamywacz prawdopodobnie by się wystraszył i uciekł, David by jej otworzył. Idealne rozwiązanie. Przez chwilę wahała się, czy nie powinna iść po różdżkę (w końcu gdyby otworzył jej włamywacz, który uznał, że mogła coś wiedzieć…), ale potem przypomniała sobie wyrzuty sumienia, jakie ją ogarnęły rano. Nie, żadnych różdżek.
Przez chwilę nie słyszała niczego, po czym kolejna butelka wylądowała na ścianie, a potem zawtórowało jej siarczyste przekleństwo. Gwen zamarła. Niewątpliwie był to głos Davida. Czy na pewno chciała tu stać i pukać do jego drzwi, jeśli… jeśli on tam był?
Zrobiła głęboki wdech i postanowiła, że skoro już zaczęła się dobijać, to nie zrezygnuje tak szybko. Obojętne, co czekało ją po drugiej stronie drzwi. Wyobrażała sobie krajobraz po bitwie – jeśli te dźwięki od początku były dziełem Davida, coś musiało się stać. A ona chciała być jego przyjaciółką, więc powinna się zatroszczyć o jego krajobraz po bitwie.
– Kto tam? – zapytał głos Davida.
Zauważyła, że nie otworzył drzwi. Nawet kiedy powiedziała, że to ona.
– Teraz nie jest najlepszy… moment – odpowiedział. – Jutro, Gwendy, jutro.
– Ale co się dzieje? Mogę ci jakoś pomóc? – krzyknęła do drzwi, ale David nie odpowiedział. Spróbowała uderzyć kilka razy w kawał drewna, który nie pozwalał jej ocenić powagi sytuacji, ale niczego to nie zmieniło.
David był w mieszkaniu i najwyraźniej nie chciał jej widzieć ani z nią rozmawiać. Zamiast tego zajmował się czymś, czym wcześniej się nie zajmował, i co wzbudzało jej niepokój. Pocieszała się tylko, że jego głos brzmiał niemal normalnie, co mogło wskazywać, że butelki, które tłukł, nie zostały wcześniej opróżnione przez niego. Chociaż z drugiej strony – prawie nic o nim nie wiedziała. Skąd mogła wiedzieć…?
Wiedziała jednak, że tej nocy też się nie wyśpi.

Advertisements
Część szósta, w której pojawiają się problemy natury paranormalnej oraz społecznej

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s