Część siódma, w której słoneczna niedziela okazuje się całkiem depresyjna

Matt znowu leżał jej na głowie, co nie byłoby specjalnie irytujące, gdyby nie fakt, że raz po raz poruszał ogonem, co wytrącało Gwen z płytkiego snu. W końcu uznała, że nie ma sensu kontynuować tego rodzaju męczarni i, zepchnąwszy kota, zerknęła na zegarek. Dochodziła siódma. Zdecydowanie za wcześnie, żeby myśleć o pukaniu do drzwi Davida.
Gwen nie była pewna, czy w ogóle powinna tam pukać. Owszem, nie była pewna, co stało się poprzedniego wieczoru, ale nie miała wątpliwości, że coś się stało. I oboje będą musieli się do tego w jakiś sposób ustosunkować, nawet jeśli będzie to polegało na zignorowaniu sprawy. Chociaż Gwen wolałaby jej nie ignorować; zwykle nie radziła sobie najgorzej z takim podejściem do problemu, ale martwiła się o Davida. Jeśli potrzebował pomocy – chciała mu jej udzielić, ale jednocześnie nie chciała się z tą ofertą narzucać, w końcu nie była jego… Czym właściwie była? Czy można zostać czyimś przyjacielem po dwóch tygodniach znajomości? Może była po prostu wścibską sąsiadką. Świetnie pasowała do stereotypu, samotna i z kotem. Jeszcze tylko parędziesiąt lat i różowy szlafrok, a jej zdjęcie będzie mogło pojawiać się w jakiejś encyklopedii przy definicji wścibskiej sąsiadki. O ile taka definicja występuje w encyklopediach. Jeśli nie – powinna.
Zegarek tykał niemiłosiernie, słońce świeciło, a Matt usnął. Gwen mogła leżeć dalej i patrzeć na sufit albo wstać i znaleźć jakieś zajęcie, które pozwoli jej nie zastanawiać się nad tym, co stanie się wieczorem. Nie była pewna, czy kiedy mówił „jutro”, naprawdę miał to na myśl. Mógł po prostu chcieć się jej pozbyć. Oczywiście, nigdy wcześniej nie był dla niej niemiły, ale wczoraj…
Potrząsnęła głową. Nie powinna się nad tym zastanawiać, póki z nim nie porozmawia. Być może istniało jakieś zupełnie logiczne rozwiązanie, które po prostu nie przyszło jej na myśl, ale kiedy je usłyszy, będzie musiała sama zaśmiać się z własnych obaw.
– Jasne, tak jak zawsze – mruknęła do siebie. – Matt, zaczynam tracić rozum, rozmawiam sama ze sobą.
Kot nie odpowiedział, najwyraźniej zadowolony, że dostał na własność dużą ilość kołdry, którą Gwen wcześniej odrzuciła. Panna Ketteridge przetarła twarz dłonią. Nie istniał żaden powód, dla którego powinna wstawać w niedzielę o siódmej rano. Prawdopodobnie nie istniał żaden powód, dla którego powinna w ogóle wstawać w niedzielę.
– Dobra, dość tego – powiedziała do Matta, który nadal spał w najlepsze. – Możesz marnować taki piękny dzień, jeśli chcesz, ale ja nie zamierzam.
Wstała i przeciągnęła się, po czym wyjrzała przez okno. Było naprawdę ładnie; być może to właśnie był najpiękniejszy dzień tego lata – nie wiadomo, nikt nie przeprowadzał ankiet, nikt nie prowadził dokładnej statystyki. A przynajmniej nikt znany Gwen. Zresztą nie interesowała jej statystyka, nie była nawet pewna, czy dobrze rozumie to słowo. Właściwie istniało sporo słów, których Gwen nie rozumiała, a którymi mugole posługiwali się z upodobaniem. Większość z nich wydawała jej się dość pusta, bo nie wywierała żadnego wrażenia na tych, którzy ich słuchali, ale z drugiej strony – co ona o tym wiedziała. Planowała kupić sobie książki, z których uczą się mugolskie dzieci, a także jakiś słownik, w którym byłyby te wszystkie trudne i puste słowa.
Na trawniku przed oknem Gwen biegało dwoje dzieci, którym towarzyszył łaciaty pies. Grupa ta wydawała z siebie tyle hałasu, że połowa kamienicy powinna już być na nogach. Panna Ketteridge zerknęła w kierunku ściany oddzielającej jej mieszkanie od mieszkania Davida, jakby chciała przewiercić ją wzrokiem. Czy obudziły go te dzieci? Czy powinna do niego zapukać i upewnić się, że wszystko w porządku? Czy powinna się cieszyć ze słonecznego dnia tak samo jak te dzieci? Zerknęła na Matta; jedno było pewne, kot nie będzie się chciał bawić z nią w berka. Westchnęła. Żałowała, że Ingrid nie dała się namówić na kupienie telefonu komórkowego. Zresztą, nawet gdyby go kupiła, i tak nie istniała na ziemi żadna siła, która zmusiłaby ją do wstania z łóżka o tak wczesnej porze. Zawsze powtarzała, że niedziele są po to, żeby każdy mógł robić to, na co ma ochotę. W soboty należało skończyć wszystkie wypracowania, żeby w niedzielę móc się wyspać, chodzić po błoniach, beztrosko zajadać się ciastem, które skrzaty podawały po obiedzie, plotkować ze znajomymi…
Gwen zagryzła wargę. To był świetny plan, kiedy były w Hogwarcie i miały wypracowania czy znajomych. Teraz wszyscy rozjechali się po świecie, a ona – na własne życzenie, jak ciągle sobie przypominała – wylądowała tutaj. W tym mieszkaniu. Sama. Oczywiście, to była jej decyzja; wcześniej rozważyła wszystkie za i przeciw, dokładnie obejrzała swoje wyniki z owutemów, kilka raz wysłuchała przemów ojca, z których sugerował, że jest głupsza od skrzata domowego i do tej pory zdumiewa go, że nie okazała się charłakiem. Ojciec zawsze potrafił powiedzieć coś, co bolało, wyglądało na to, że to jego specjalny talent. Chyba nikt go przez to nie lubił. Matka go kochała, oczywiście, ale nie lubiła go tak samo jak reszta rodziny. Zdawał sobie z tego sprawę i strasznie go to frustrowało, przez co stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny. To właśnie ojciec w dużej mierze wpłynął na decyzję Gwen. Kiedy przyznała, że myśli o porzuceniu świata magicznego, przypomniał jej o tym, ile pokoleń Ketteridge’ów patrzy na jej poczynania i w zdumieniu kręci głowami. Nigdy nie spełniała jego oczekiwań i byłoby dziwnym, gdyby zaczęła je spełniać teraz. Nie mogła podjąć żadnej sensownej pracy, której rodzina by się nie wstydziła. Nie była wystarczająco inteligentna, wystarczająco przebojowa, w żaden sposób wystarczająca. Nie pasowała do obrazka i nikomu nie wystarczała, dla nikogo nie była dostatecznie dobra – ani dla nich, ani dla Castora. Gdyby miała uszeregować powody – prawdziwe powody, dla których porzuciła magiczny świat, to prawdopodobnie Castor znalazłby się na liście wyżej niż kiepskie wyniki owutemów czy ciekawość, jak żyją mugole. Castor o całe lata świetlne wyprzedzałby chęć zakosztowania życia na własny rachunek, sprawdzenia się czy te wszystkie inne bzdury, które wszystkim opowiadała, kiedy nie chciała, żeby patrzyli na nią ze współczuciem i oferowali chusteczki, które potem musiała chować w rękawie swetra, co było irytujące, bo wypadały w najmniej oczekiwanych momentach.
Nie, myślenie o Castorze tylko popsułoby jej nastrój. Już teraz czuła zbierające się łzy, więc przetarła twarz, zamrugała kilka razy, po czym utkwiła wzrok w trawniku. Dzieci z psem dalej biegały, wydając z siebie dźwięki godne stada małp, które Gwen i Ingrid widziały w Zoo. Wydawało się, że nie mają ani jednego zmartwienia – i dzieci, i małpy, a już w szczególności pies, który właśnie z zapałem przeżuwał jakiś patyk. Gwen uśmiechnęła się pod nosem. Zdecydowanie powinna zmienić tok myślenia, bo to do niczego dobrego nie doprowadzi.
– Co powiesz na śniadanie, Matt? Mam dużo czasu, możemy zrobić sobie prawdziwą ucztę.
Kot nie zareagował, więc Gwen wzięła go na ręce i wyniosła do kuchni. Nie chciała być sama; Matt, nawet gdyby usnął na jednym z blatów lub na lodówce, był lepszy niż konieczność pozostania sam na sam z ciszą.
Kilka godzin później Gwen zrobiła już wszystko, co miała do zrobienia, a co odkładała przez cały tydzień. Siedziała na stoliczku wystawionym na balkon. Wcześniej próbowała zajrzeć na balkon Davida, ale nie zauważyła żadnych oznak życia. Przez kilka minut przekonywała samą siebie, że to nie powód do zmartwień; w końcu po prostu przestała patrzeć w tamtą stronę, zamiast tego koncentrując wzrok na trawniku. Było tam teraz więcej dzieci, bawiących się radośnie pod opieką rodziców, krzyczących, biegających, kopiących piłkę i ogólnie cieszących się towarzystwem siebie nawzajem. Na kilku widocznych ławkach siedziały ich matki, babki, ciotki czy nianie i prowadziły ożywione rozmowy, raz po raz popychając wózki lub rozglądając się w poszukiwaniu dziecka, które zaginęło gdzieś w rozkrzyczanej gromadzie. Na jednej z ławek siedziało nawet kilku ojców, jeden z nich pokazywał pozostałym jakiś nader ciekawy artykuł w gazecie. Idylliczny obrazek, nadający się w sam raz do jednej z tych reklam, które drukowano w czasopismach, które ktoś porzucił przy szafkach, w których Gwen i inne kelnerki zamykały swoje torebki. Życie toczyło się bez niej, świat wcale jej nie potrzebował i nie miał nic przeciwko pokazywaniu jej, jak wiele traci.
Gwen westchnęła. To nie był jej najlepszy dzień, miała tego pełną świadomość. Zeszła ze stolika i postanowiła, że spróbuje się zdrzemnąć. W końcu jeśli naprawdę pojedzie z Davidem oglądać gwiazdy, będzie w poniedziałek niewyspana. Powinna być odpowiedzialna, prawda?
Sen jednak nie przychodził, a ilekroć zamknęła oczy, prędzej czy później przypominała jej się twarz Castora. Słyszała jego słowa, widziała ten uśmiech, który zawsze sprawiał, że miękło jej serce, przypominała sobie sposób, w jaki odgarniał włosy z czoła i… Merlinie, jak ona go nienawidziła. Panna Ketteridge była na ogół ciepłą osobą, która nie potrafiła długo się na kogoś złościć, a już z całą pewnością obca jej była nienawiść, jednak ilekroć przypominała sobie Castora – ogarniała ją niechęć tak silna, że nie sposób jej było pomylić z niczym innym.
Dalsze leżenie pod kocem i unikanie świata zewnętrznego nie miała sensu i kilka minut później Gwen znalazła się pod prysznicem, starając się zmyć z siebie wszystkie wspomnienia czy zawiedzione nadzieje. Miała nadzieję, że strumień nieco zbyt chłodnej wody wypłucze z jej głowy wszystkie myśli. Być może poczułaby się lepiej, gdyby wiedziała, że nie jest jedyną osobą na świecie – ani nawet jedyną w tym budynku – która pokłada w wodzie takie nadzieje. Nic z tego, woda rozwiązuje wiele problemów, ale natłok myśli w rzadkich przypadkach; jedynym pewnym sposobem na pozbycie się natłoku myśli przy pomocy wody jest wypełnienie nią płuc, ale Gwen nigdy nie zdecydowałaby się na coś takiego, nawet gdyby tego rodzaju pomysł zrodził się w jej głowie. Nie oznacza to, że nie rozważali go inni ludzi biorący tego samego dnia prysznic. Wiadomo, ludzie rozważają najdziwniejsze rzeczy pod prysznicem.
W końcu jednak Gwen, owinięta w żółty szlafrok w chmurki, wróciła do sypialni i usiadła na brzegu łóżka. Zegarek wskazywał siedemnastą. Nie było źle, zmarnowała już prawie cały dzień. Jeszcze tylko parę godzin. Żałowała, że nie umówiła się z Davidem na konkretną godzinę, wiedziałaby, kiedy powinna poczuć się wystawiona do wiatru. Żałowała wielu rzeczy, ale żadnej z nich nie była w stanie naprawić przez siedzenie na łóżku w szlafroku. Świat byłby o wiele łatwiejszy, gdyby to wystarczało.
Dłuższa wskazówka przesunęła się znacząco, zanim Gwen zdecydowała się wstać i ubrać. Uznała, że o osiemnastej sama pójdzie do Davida. Nawet jeśli nie chce nigdzie z nią jechać, to powinien powiedzieć jej to wprost. Gdyby wiedziała, mogłaby przecież zaplanować coś innego na wieczór. Zerknęła na książki, które pożyczyła jej Emily, a potem przeniosła wzrok na ścianę. Nie miała ochoty czytać. Miała ochotę oglądać gwiazdy. Póki co jednak powinna się przygotować do wyjścia i coś zjeść.
Kończyła właśnie jeść kanapkę, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Nie miała wątpliwości, kto znajduje się po ich drugiej stronie, w końcu nie spodziewała się, by Ingrid tak szybko zdecydowałaby się na kolejną wizytę.
– Um, cześć – powiedział David, kiedy zaprosiła go do środka.
– Cześć – odpowiedziała, niepewna, jak powinna się odnieść do rozmowy, której tak właściwie nie odbyli poprzedniego wieczoru. Cały dzień zmarnowała na myślenie o niczym, podczas gdy powinna była myśleć o tym. – Obserwowanie gwiazd nadal aktualne, prawda?
Ignorowanie problemu zawsze było bezpieczne.
– Co? A, tak, oczywiście, jeśli nadal chcesz. – David spojrzał na nią poważnie. – Gwen, przepraszam za wczoraj.
– Nic się nie stało – zapewniła szybko.
Tylko się bałam, że jakiś psychopatyczny włamywacz przebija ci czaszkę łomem, dodała w myślach. Uznała jednak, że wypowiedzenie tego na głos świadczyłoby o tym, że domaga się jakichś wyjaśnień, a nie chciała powiedzieć nic, co by sprawiło, że David poczułby się nieswojo w jej towarzystwie.
– Nie byłem pewien, czy powinienem tu dziś przychodzić – powiedział po chwili milczenia.
Serce Gwen wylądowało gdzieś w okolicach dywanu. Czyli jednak żałował, że przyszedł? Nie chciał spędzać z nią czasu?
– Nie, nie, nie dlatego, że nie chciałem – dodał szybko, kiedy zobaczył jej minę. – Po prostu nie byłem pewien, co sobie pomyślałaś po… wczoraj.
– Nic – odpowiedziała Gwen. – Nie pomyślałam sobie absolutnie nic.
Uśmiechnął się smętnie. Oboje wiedzieli, że coś musiała pomyśleć, ale żadne z nich nie chciało kontynuować tematu. W końcu Gwen zapytała:
– Jak długo będziemy obserwować gwiazdy? Może trzeba zrobić kanapki.
Zmiana tematu okazała się świetnym pomysłem. Oboje poczuli się bezpieczniej, kiedy nie istniało niebezpieczeństwo, że rozmowa doprowadzi do jakichś nieprzyjemnych pytań czy wyjaśnień. Przez chwilę rozmawiali o gatunkach serów w pobliskim sklepie, potem Gwen opowiedziała o wizycie Ingrid, a David o znajomym z pracy, który próbował kupić dom i każdą odwiedzoną nieruchomość opisywał w niezwykle zabawny sposób.
– Masz w domu termos? Moglibyśmy też zabrać herbatę – zapytała Gwen, kiedy kanapki były już zrobione, a śmieszne historyjki opowiedziane.
David pokiwał głową i powiedział, że zaraz wróci, po czym wyszedł z jej kuchni. Panna Ketteridge wahała się przez ułamek sekundy, ale zdecydowała się iść za nim. To, że ignorowała temat wczorajszego wieczoru w rozmowie, nie oznaczało, że nie chciała się upewnić, że żaden włamywacz ani morderca nie włamał się do mieszkania Davida. Ledwie zdążyła wejść do przedpokoju, kiedy w kuchennych drzwiach pojawił się David z termosem w ręku. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Głównie dlatego, że Gwen zajęta była przyglądaniem się kilku workom na śmieci w przedpokoju. Wydawało się, że część z nich zawierała potłuczone naczynia czy butelki, a inne fragmenty drewna. Koło jednego z nich rozsypane było coś, co mogłoby być skutym tynkiem.
W końcu przeniosła wzrok z worków na Davida i na fragment kuchni, który widziała za jego plecami. Ściany nie były już żółte; widziała kilka szarych dziur, ale nie była w stanie ustalić, jak powstały. Nie zauważyła też stolika, który powinien być widoczny z przedpokoju. Podejrzewała, że gdyby tam weszła, nie zobaczyłaby wielu innych rzeczy, które widziała poprzednio.
– Właściciel mieszkania cię zabije – powiedziała w końcu, bo wydawało jej się to lepsze od O rany, co się tu stało? lub innych pytań, które cisnęły jej się na usta.
– Nie zabije, to moje mieszkanie – odpowiedział szybko, jednocześnie przestępując z nogi na nogę, jakby chciał jak najszybciej uciec. – Skoro już mamy termos…
Gwen spojrzała na niego zdziwiona. Nie rozumiała nic z tego, co się tu działo; nie rozumiała nawet, jak David może spokojnie myśleć o termosie, kiedy przez jego kuchnię przeszło tornado. Przecież to była prześliczna kuchnia! A teraz większość tego uroku i przytulnej atmosfery najwyraźniej znajdowała się w workach na śmieci.
– Nie rozumiem, co… – zaczęła, ale nie dokończyła, przypomniawszy sobie, ile razy wcześniej decydowała, że nie będzie pytać o poprzedni wieczór. – Mogę jakoś pomóc? No wiesz, z workami?
– Nie musisz, to nic takiego – zapewnił David, trącając jeden z worków nogą.
Worki nie wyglądały jak „nic takiego”. Wyglądały jak coś. Wyglądały tak, jakby zawierały znaczącą część kuchni.
– Ale kuchnia… coś się tam stało, mogę pomóc sprzątać albo…
– Nie musisz – powtórzył. – Naprawdę.
Gwen westchnęła. Cały dzień czuła się niepotrzebna, a teraz, kiedy wydawało jej się, że może zrobić coś użytecznego, nie chciano jej pomocy. Nawet jeśli David zrobił to nieświadomie, pogorszył jej i tak zły humor. Nie miała pojęcia, co mogło się stać w jego kuchni, ale nie wyobrażała sobie, by było to coś tak okropnego, że nie mógł jej o tym powiedzieć. Mógł! Mógł i nie chciał!
– Wiem, że nie muszę – powiedziała po chwili milczenia, w czasie której oboje mierzyli się wzrokiem, jakby nie byli pewni, co powinni zrobić. – Po prostu chcę. Myślałam, że będziemy przyjaciółmi, a przyjaciele powinni pomagać przyjaciołom sprzątać pozostałości po eksplozjach, tornadach i włamaniach.
– Eksplozjach, tornadach i włam…? Nie, nie, nic z tych rzeczy. – David westchnął. – Powiedzmy, że to była spontaniczna i nieprzemyślana decyzja  o remoncie.
Gwen zmarszczyła brwi i czekała, aż David rozwinie temat, ale najwyraźniej nie planował tego uczynić, bo patrzył to na nią, to na termos, jakby chciał zasugerować, że powinni zająć się ważniejszymi sprawami.
– To nie wygląda jak remont – powiedziała, po czym z wahaniem dodała: – To wygląda, jakbyś świadomie zniszczył najładniejszą kuchnię, jaką widziałam. Nie żebyś nie miał do tego prawa, po prostu… nie rozumiem.
– Najładniejsza kuchnia, naprawdę? – powtórzył, starając się powstrzymać uśmiech. – Moja żona ją uwielbiała.
Żona? David jest żonaty?, pomyślała Gwen, czując wyrzuty sumienia z powodu wszystkich tych chwil, w czasie których zastanawiała się, czy mogą być czymś więcej niż przyjaciółmi. Nie poznała jego żony – właściwie dlaczego jej nie poznała? – ale czuła się nie w porządku wobec niej. Coś takiego nawet by jej przez myśl nie przeszło, gdyby wiedziała, że David kogoś ma. Zajęci faceci nigdy jej nie interesowali, niezależnie od tego, jak usilnie Ingrid starała się ją przekonać, że to bezsensowne ograniczanie sobie wyboru.
Cisza, która zapadła w przedpokoju, z każdą sekundą stawała się coraz bardziej nieznośna. Gwen nie miała pojęcia, co powinna powiedzieć, ale wiedziała, że przedłużanie ciszy jest złym pomysłem. W końcu zdecydowała się na stwierdzenie oczywistości:
– Twoja żona ma dobry gust. To znaczy w kwestii kuchni, no wiesz, wystroju.
David pokiwał głową.
– Miała – poprawił.
Gwen miała wrażenie, że zaczęli werbalnie tańczyć wokół źródła problemu. Domyślała się, że będzie tego żałować, ale uznała, że powinna przejść do sedna. Istniało jedno logiczne wyjaśnienie – dlaczego nie widziała jego żony, dlaczego zniszczył jej ulubione pomieszczenie, dlaczego był taki… dziwny.
– Rozwiedliście się? – zapytała.
– Nie – odparł. – Wczoraj była rocznica jej śmierci.

Advertisements
Część siódma, w której słoneczna niedziela okazuje się całkiem depresyjna

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s