Część pierwsza, w której poznajemy najważniejsze dramatis personae

            Gwendolyn nie miała pojęcia, co sprawiło, że wybrała niewielkie miasteczko w hrabstwie Kent, ale podejrzewała, że była to mieszanka czynników geograficznych i społecznych. W roli głównego czynnika geograficznego wystąpiła znaczna odległość od jej rodzinnego miasta w okolicy Leeds. Czynnikiem społecznym był natomiast fakt, że nikt z jej znajomych nie wiedział nawet o istnieniu tego miasteczka i, o ile doniesienia w przestudiowanych przez nią mugolskich gazetach nie myliły się, nie działo się tu nic ani trochę magicznego czy interesującego w ogóle. Ludność (mniej niż trzydzieści tysięcy osób) nie przejawiała skłonności okultystycznych, nie znalazła również żadnej informacji o praktykujących wiccanach. Miasteczko było po prostu śmiertelnie nudne. I o to właśnie jej chodziło.
Nie uciekała przed niczym konkretnym, po prostu zdała sobie sprawę, że ma niewielkie szanse na zrobienie kariery w świecie magicznym (słabe wyniki owutemów mogły mieć z tym coś wspólnego), choć jako oficjalny powód podała chęć zrozumienia, jak żyją mugole. Z pozoru wydawało się, że nie powinni sobie w ogóle dawać rady, w końcu nie używali magii prawda? A jednak wynaleźli coś, o czym czarodzieje nie mieli większego pojęcia, żeby zastąpić magię. Gwen nie miała nigdy kontaktu z tym, co nazywali technologią i elektroniką, ale bardzo ją interesowało, jak to wszystko działało. Poza tym wolała możliwie zwiększyć dystans między sobą a resztą rodziny, która od pewnego czasu coraz mniej przychylnym okiem patrzyła na jej poczynania: od dość marnych wyników sumów, przez wybór mało przyszłościowych przedmiotów na szóstym i siódmym roku, aż po te feralne owutemy. Ale cóż panna Ketteridge mogła poradzić na to, że za niemal każdą jej złą decyzją stało złamane serce? Wątpiła, żeby jej rodzina to zrozumiała, zwłaszcza, że część z nich podejrzewała o całkowity brak takiego organu. Dlatego właśnie ucieczka na południe wydawała jej się świetnym pomysłem; przygotowywała się do niej dłuższy czas, wymieniając złoto na mugolskie pieniądze, sprzedając wszystko, co mogła sprzedać i nie narazić się na kłopoty, a w końcu przyjeżdżając do londyńskiego mieszkania Ingrid, żeby razem z nią poszukiwać odpowiedniego miejsca.
Mieszkanie, które wynajęła po kilku tygodniach wahań i poszukiwań, znajdowało się w trzypiętrowej kamienicy, na ostatnim piętrze. Prowadziły do niego odrobinę zbyt wąskie schody, co przeszkadzało Gwen w transportowaniu mebli. Dlatego właśnie zdecydowała się przelewitować je na balkon pod osłoną nocy, uznając, że prawdziwe życie wśród mugoli może zacząć od następnego dnia. Warto dodać, że panna Ketteridge kupiła każdy z nielicznych elementów wyposażenia mieszkania, stanowczo odmawiając przetransmutowywania starych podręczników w szafki i krzesła, do czego namawiała ją Ingrid, przyjaciółka z dormitorium (krew w dużej mierze czysta, nie żeby mówiło się o tym na głos, obiecana posada w Ministerstwie). Gwen zapewniła ją, że jest w stanie żyć po mugolsku, a pierwszym krokiem w tym kierunku będzie zakup prawdziwych mebli, które ktoś zrobił z prawdziwego drewna i pomalował prawdziwym lakierem czy farbą. Nikt nie uprzedził jej jednak, że kupowanie czegokolwiek w IKEI jest złym pomysłem, jeśli nie ma się pojęcia o skręcaniu mebli. Pierwsza wizyta w tym sklepie była dla Gwen na tyle przerażająca, że zrezygnowała z kupowania sprzętów mniej potrzebnych i ograniczyła się do materaca (rama od łóżka wymagała składania, więc została uznana za tymczasowo zbędną), dwóch małych stoliczków (zbyt małe, żeby je składać), poduszek (stoliczki i tak były zbyt niskie, żeby kupować do nich krzesła), stołka (gdyby w razie postanowiła jeść w kuchni, a blat miał służyć za stół), jakiejś metalowej namiastki szafy, kilku pudełek, w których tymczasowo mogła składować ubrania nienadające się do powieszenia na wspomnianej metalowej namiastce szafy, lustra i paru innych drobiazgów, a kiedy poczuła się już nieco pewniej i uznała, że nie nauczy się niczego o mugolach, jeśli nie zaryzykuje – zdecydowała się także na szafkę, którą będzie mogła postawić w salonie. Teraz to wszystko razem ze szkolnym kufrem było transportowane do mieszkania na trzecim piętrze. Gwen dziękowałam swoim szczęśliwym gwiazdom, że w mieszkaniu były już wyposażone kuchnia i łazienka, choć musiała przez to płacić większy czynsz (sama pewnie by nie zauważyła, ale pan Weaver, właściciel kamienicy, ją poinformował). W kuchni znajdowały się lodówka, cztery szafki, z czego górę jednej zajmował zlew, oraz dziwne urządzenie z ciemnym blatem, w którym można by się przeglądać, gdyby nie namalowane na nim cztery kółka. Z rozmowy z panem Weaverem wywnioskowała, że urządzenie służy do przygotowywania posiłków, ale nie była pewna, jak dokładniej działa. Zajrzała do środka i nie znalazła w nim skrzata, choć znajdowała się tam duża, pusta przestrzeń. Może powinna tam wsadzić własnego skrzata? Szybko odrzuciła tę myśl, w końcu mugole nie mieli skrzatów, a korzystali z tego czegoś. Trudno, dowie się tego później.
Kiedy wszystkie meble znalazły się już na balkonie, Gwendolyn podniosła koszyk, z którego dobiegało złowrogie prychanie, i weszła po stromych schodach. Klatka schodowa nie była zbyt widna, ale przypominała jej trochę te, które pamiętała z Hogwartu, więc nie narzekała. Na trzecim piętrze odruchowo otworzyła drzwi zaklęciem i skarciła się w myślach. Powinna używać klucza, w końcu ma żyć jak mugolka. Najlepiej w ogóle przestanie nosić przy sobie różdżkę, wtedy nie będzie jej kusiło rzucenie tego czy tamtego zaklęcia.
Rozstawienie mebli nie trwało tak krótko, jak mogłoby trwać, gdyby skorzystała z magii, ale była zdeterminowana. Cieszyła się, że większość ubrań i drobiazgów, które chciała tu przytransportować, zostawiła u Ingrid. Była wykończona i nie wyobrażała sobie ustawiania jeszcze choćby jednej rzeczy. Do tego szafka, którą kupiła do salonu, nie została skręcona. Nikt nie uprzedził Gwen, że musi mieć jakiś… śrubokręt. Co to w ogóle było? Przez chwilę miała ochotę użyć różdżki, ale uznała, że w ten sposób się niczego nie nauczy, a przecież to była dopiero pierwsza szafka na długiej liście szafek, które powinny znaleźć się w tym mieszkaniu.
Zamiast tego, skupiła się na przyjemniejszych rzeczach – rozstawiła w łazience kosmetyki, schowała ubrania do plastikowych pudełek lub rozwiesiła je na wieszakach, ustawiła kocią kuwetę w takim miejscu, by przypadkiem na nią nie nadepnąć, starannie rozłożyła poduszki na podłodze w salonie i w końcu, kiedy nie miała już nic więcej do roboty, opadła na stołek kuchenny i rozejrzała się wokół. Kuchnia prezentowała się nienagannie, głównie dlatego, że nie miała do czynienia ze zdolnościami dekoratorskimi panny Ketteridge. Ot, niewielkie pomieszczenie pomalowane na biało. Szafki też były białe i, co gorsza, puste, bo Gwen zapomniała o tym, że powinna kupić garnki i talerze. Odetchnęła z ulgą, kiedy przypomniała sobie, że Ingrid przygotowała dla niej kanapki. Wyjęła je z kufra (umieszczonego w sypialni, pomieszczeniu pomalowanym na irytujący odcień lila róż, który zdążył nieco wyblaknąć i przypominał teraz odcień, jakiego zwykła nabywać sprana bielizna, którą Gwen kupowała jako różową), razem z miskami należącymi do kota. Jedną napełniła wodą, a w drugą wrzuciła całą szynkę, którą znalazła w kanapkach. Obie miski postawiła na kuchennej podłodze i zaczęła rozglądać się za Mattem.
Matt, który wyszedł już z koszyka i teraz z zainteresowaniem badał wszystkie kąty – jak można się domyślać – był jej kotem. Dość długie, biało-czarne futro kontrastowało z beżową farbą na ścianach salonu (Gwen przemknęło przez myśl, że osoba odpowiedzialna za malowanie miała naprawdę specyficzny gust i palce aż ją świerzbiły, żeby chwycić za różdżkę i przemalować chociaż jeden pokój) i ekstrawaganckimi kolorami stoliczków (czerwone) czy poduszek (zielone oraz czerwone), które panna Ketteridge zakupiła z myślą o tym pokoju. Największe zainteresowanie Matta wzbudzała szafka, która nijak szafki nie przypominała – była raczej stertą desek i drobnych elementów, które Gwen powinna schować w bezpieczne miejsce, póki jeszcze się nie zgubiły albo póki kot nie uznał, że świetnie sprawdzą się jako zabawki.
– Kolację podano – powiedziała Gwen, podnosząc kota i zabierając go do kuchni. – Zgłodniałeś, co? Na pewno tak, też zgłodniałam przez całe to zamieszanie z transportem. Może Ingrid miała rację, że miotła sprawdziłaby się lepiej od mugo… od pociągu. I autobusu. Ale to by było wbrew zasadom, prawda, Matt? Nie możemy używać mioteł.
Kot nie wyglądał, jakby mu z tego powodu było przykro. W ogóle wyglądał jakoś tak smętnie i pannie Ketteridge zrobiło się go żal. Potem jednak przypomniała sobie, że szynka włożona do jego miski była zabrudzona masłem, które kot po prostu uwielbiał. To na pewno poprawi jego nastrój.
Sama Gwen z apetytem zjadła bułkę, w której wcześniej znajdowała się szynka, i rozejrzała się po kuchni. W końcu zlokalizowała czajnik, nalała do niego wody i rozejrzała się w poszukiwaniu kominka lub piecyka. Nic z tego. W kuchni była tylko lodówka, szafki i… to coś. Czy to możliwe, żeby mugole zastąpili radośnie trzaskający ogień czymś mechanicznym i lśniącym? Nie miała pojęcia. Odstawiła czajnik na szafkę i postanowiła, że wszystkiego dowie się później, kiedy już będzie odpowiednia godzina, by zapukać do któregoś z sąsiadów.
Gwen zawsze była dość towarzyską osobą, nie bała się zagadywać do obcych, choć w którymś momencie każdej interakcji z innym człowiekiem stawała się dość bezradna, czego nigdy nie potrafiła zrozumieć. Rozmawiała z ludźmi, z którymi nie chciała rozmawia, umawiała się z chłopakami, którzy praktycznie mieli wypisaną na twarzy deklarację, że złamią jej serce, zgadzała się na spacery po błoniach, kiedy powinna się uczyć. Ingrid twierdziła, że to niezaspokojona potrzeba bycia akceptowaną. Gwen była skłonna raczej uważać, że to efekt chłodnych stosunków, jakie panowały w jej domu – najzwyczajniej w świecie chciała spędzać czas z innymi ludźmi, którzy nie patrzyli na nią krzywo, jeśli niepoprawnie trzymała widelec, i chcieli rozmawiać o czymkolwiek, nie tylko o historii lub o złocie, ewentualnie o historii złota. Poza tym nie chciała nikomu sprawiać przykrości, bo wiedziała, że wtedy jej samej też będzie przykro.
W każdym razie panna Ketteridge wierzyła, że zmiana otoczenia pozwoli jej zmienić również sposób wchodzenia z owym otoczeniem w interakcje. Zaprzyjaźni się z kimś sympatycznym, najlepiej z jakąś kobietą, żeby nie musiała się martwić o to, że po raz kolejny będzie wylewać łzy nad własnym złamanym serce; jej nowa przyjaciółka będzie oczywiście wiedziała wszystko o świecie mugoli, więc Gwen nie będzie miała problemu z integracją z ludem niemagicznym. Wiedziała, że będzie się z nim integrować w pracy (kiedy szukała mieszkania, zaczęła rozglądać się także za prostym zajęciem, które zapewniałoby jej stały przypływ pieniędzy), którą zaczynała w poniedziałek, ale nie chciała być skazana na samotne wieczory z Mattem. Kot niewątpliwie byłby zachwycony, lubił bowiem mieć swoją panią tylko dla siebie, ale Gwen nie podzielała jego zapatrywań.
– Myślisz, że mogę do kogoś zapukać o siódmej? – zapytała kota. Matt nie odpowiedział, kończył lizać prawą łapę, którą zapewne włożył wcześniej do miski. Często mu się to zdarzało i Gwen nadal nie rozumiała dlaczego. Sprawdzał, czy jedzenie nie jest sztuczne?
Zerknęła na zegarek, który pokazywał, że dopiero minęła szósta. Ziewnęła. Naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu, żeby położyć się spać (a warto dodać, że kiedy robiła zakupy, pamiętała nawet o pościeli, nie byłaby więc skazana na przykrywanie się kocem, który od roku służył Mattowi za posłanie), ale obawiała się, że jeśli to zrobi, obudzi się po południu, kiedy wszyscy w okolicy będą zajęci swoimi sprawami i nikt jej nie pomoże. Nie przyszło jej do głowy, że w sobotę o siódmej czy ósmej wszyscy woleliby spać niż pomagać zagubionym osiemnastolatkom i ich kotom.
W końcu postanowiła, że musi zająć czymś mózg. Wygrzebała z kufra pergamin, atrament i pióro. Usiadła na jednej z czerwonych poduszek i zaczęła tworzyć listę zakupów. Po jednej stronie wypisywała brakujące sprzęty (słowo „szafki” podkreśliła dwukrotnie), po drugiej zaś – produkty spożywcze, które chciała zjeść w najbliższej przyszłości. Jakie będzie jej rozczarowanie, kiedy pójdzie do sklepu i dowie się, że nie da się tam kupić gotowego befsztyka z ziemniakami i sosem! Niewątpliwie powinna dodać do tej listy książkę kucharską, przyda jej się, jeśli nie zmieni swoich kulinarnych gustów.
Matt parę razy próbował wejść jej na kolana albo położyć się na pergaminie, ale za każdym razem stanowczo i nieco brutalnie przestawiała go na znajdującą się obok poduszkę. Kot w końcu się na niej położył i świdrował swoją właścicielkę wzrokiem, jakby życzył jej, żeby zginęła w najgorszych męczarniach. Gwen całkiem nie zdawała sobie z tego sprawy i odruchowo wyciągnęła rękę, żeby go pogłaskać. Matt fuknął, wstał i odszedł do kuchni. Panna Ketteridge przewróciła oczami, ale nie skomentowała tego kociego nadąsania. Domyślała się, że to wynik mało komfortowych warunków transportu.
Po siódmej wstała z poduszki, przeciągnęła się i podeszła do drzwi wyjściowych. Zaczęła nasłuchiwać, czy na klatce schodowej słychać jakieś odgłosy świadczące o tym, że ktoś z sąsiadów nie śpi. Potem zdała sobie sprawę, że to wyjątkowo głupie – nie będzie przecież nikogo łapać na korytarzu i błagać, żeby złożył jej szafkę. Nie, musi znaleźć kogoś, kto jeszcze nie wyszedł z domu.
Zaczęła więc nasłuchiwać jakichkolwiek hałasów przy ścianie łączącej jej mieszkanie z mieszkaniem obok, ale niczego nie usłyszała. Zmieniła ścianę, bo nie była pewna, czy poprzednio przykładała ucho do właściwej. Znowu nic. Może ściany były grubsze niż myślała? Albo wszyscy jej sąsiedzi jeszcze spali, a tylko ona zachowywała się jak ktoś niespełna rozumu. Wyprostowała się i spojrzała na Matta, który siedział na korytarzu i patrzył na nią z najwyższym zdumieniem. Najwyraźniej tak bawiło go jej zachowanie, że zapomniał być obrażony.
– Przestań – powiedziała do niego. – Próbuję znaleźć przyjaciółkę.
Gdyby koty mogły wybuchać śmiechem, to Matt niewątpliwie by to zrobił. Jako że ewolucja jeszcze nie wpadła na pomysł udoskonalenia kotów (a możliwość wybuchania szyderczym śmiechem to jedyne udoskonalenie, jakiego koty mogą potrzebować), ograniczył się tylko do przekrzywienia głowy w bok. Najwyraźniej uznał, że z nowej perspektywy zachowanie Gwen wcale nie wygląda mądrzej, bo wstał i poszedł do kuchni.
Panna Ketteridge westchnęła i uznała, że musi zastosować bardziej bezpośrednie środki sprawdzania, czy sąsiedzi nie śpią. Musi iść i zapukać do ich drzwi. Najpierw jednak zerknęła na siebie w lustrze, przeczesała włosy palcami i puściła oczko do swojego odbicia. Nie wyglądała świeżo, ale trudno, nie miała zamiaru poznawać miłości swojego życia, a tylko jakąś sympatyczną dziewczynę z sąsiedztwa.
Upewniwszy się, że Matt siedzi w kuchni i nie będzie próbował uciec na klatkę schodową, otworzyła drzwi. Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna zejść piętro niżej, ale uznała, że zacznie od sąsiadów mieszkających obok. Zapukała.
Przez chwilę nikt jej nie odpowiadał i już miała zwątpić, kiedy usłyszała jakieś szuranie pod drzwiami i przekleństwo. Potem zazgrzytał zamek i jej oczom ukazał się dość rozpaczliwy widok. Oto stał przed nią dość wysoki osobnik płci męskiej, jedną ręką trzymając oliwkowy ręcznik owinięty wokół bioder, a drugą szczoteczkę do zębów, którą niewątpliwie jeszcze chwilę temu używał. Gwen uśmiechnęła się szeroko:
– Dzień dobry! – powiedziała, choć mina nieznajomego świadczyła o tym, że się z nią nie zgadza. – Jestem Gwendolyn Ketteridge.
Wyciągnęła rękę, którą on uścisnął.
– David Tyrell – odpowiedział, niechcący opluwając podłogę oraz Gwen pianą z pasty do zębów. – Przepraszam.
– Nie szkodzi – zapewniła go Gwen, strzepując z ręki drobiny piany.
Zaczęła żałować, że nie przebrała się w jakąś ładniejszą bluzkę, ale potem szybko się skarciła w myślach. Jasne, jej sąsiad mógł być wysoki i całkiem przystojny, ale to nie znaczyło, że powinna się do niego wdzięczyć, szczególnie że jeszcze godzinę temu postanowiła trzymać się z dala od mężczyzn, którzy… Od wszystkich mężczyzn. Na wszelki wypadek zaczęła uważniej przyglądać się Davidowi, jakby szukała ukrytych mankamentów. Zauważyła, że nie był specjalnie umięśniony, miał też sińce pod oczami i odrobinę zbyt bladą cerę. Żadnego trzeciego oka, smoczego ogona ani rogów. No trudno.
– Co cię sprowadza na moją wycieraczkę o takiej porze? – zapytał David, kiedy z pełnią poświęcenia przełknął pianę.
– O, ja… Sprowadziłam się do mieszkania obok i mam pewne problemy – odpowiedziała. – Nigdy wcześniej nie mieszkałam sama i nie bardzo wiem, jak sobie ze wszystkim poradzić, więc liczyłam na to, że ktoś mi pomoże. O ile ci nie przeszkadzam.
Miała ochotę uderzyć głową o ścianę, kiedy w myślach odtworzyła swoją wypowiedź i przeanalizowała całą swoją sytuację. Przedstawiła samą siebie jako nieogarniętą życiowo desperatkę, która nie daje mu możliwości odmówienia, a jedynie możliwość przełożenia nieuniknionej konieczności udzielenia jej pomocy. Do tego jej rozmówca był półnagi; była pewna, że rozmawianie z półnagimi ludźmi, których nie doprowadziło się od tego stanu samodzielnie, było wbrew jakimś zasadom. Żeby zachować resztki dobrego zdania o sobie, nie przestawała się uśmiechać.
– Jestem trochę zajęty – odpowiedział, wskazując na szczoteczkę, którą trzymał w ręku – ale mogę ci pomóc później. Z czym masz problem?
Lepiej zapytaj, z czym nie mam problemu, pomyślała. W końcu zdecydowała, że zacznie od najbardziej palącego problemu.
– Cóż, nie bardzo wiem, gdzie to jest najbliższy sklep, to mój pierwszy dzień w mieście i jeszcze nie potrafię się odnaleźć, liczyłam na to, że ktoś mi udzieli wskazówek. Mam też wyjątkowo wredną szafkę w salonie – dodała po chwili namysłu.
David przez chwilę milczał, jakby nad czymś usilnie myślał. Gwen podejrzewała, że próbował wymyślić możliwie uprzejmy sposób na to, by kazać jej odejść i nie wracać. Powinna była przećwiczyć tę rozmowę i zdecydowanie nie odrywać nikogo od porannej toalety.
– Jasne, mogę ci pomóc, tylko najpierw muszę coś załatwić. Jeśli dasz mi godzinkę, zajmę się każdą wredną szafką – odpowiedział w końcu.
– Świetnie, mieszkam tuż obok, zapukaj, jak będziesz miał czas, dobrze? Ja i Matt będziemy czekać!
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, po czym odeszła w kierunku swoich drzwi, całkiem nieświadoma, że David zmarszczył brwi, jakby chciał zapytać, kim jest Matt i dlaczego on nie może skręcić tej szafki. W końcu wzruszył jednak ramionami i wrócił do swojego mieszkania.

Advertisements
Część pierwsza, w której poznajemy najważniejsze dramatis personae

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s