Część piąta, w której księżyc manipuluje ludźmi

Gwen westchnęła i na wszelki wypadek jeszcze raz sprawdziła, czy szafka, w której zamknęła torebkę, jest zamknięta. Odkąd kupiła telefon, zaczęła dużo bardziej zwracać uwagę na to, czy jej torebka jest bezpieczna – oczywiście, wcześniej również martwiła się, że ktoś może ją okraść, ale wizja utraty portfela czy dokumentów nie przerażała jej aż tak, jak wizja utraty komórki. Głównie dlatego, że portfel ani dokumenty nie świeciły i nie można było na nich grać. Panna Ketteridge nie używała telefonu do niczego innego, ponieważ jej numer miał póki co tylko David, choć miała zamiar zapisać też numer Alice, kiedy ją spotka.
Torebka była bezpieczna, więc Gwen nie miała już żadnego powodu, by się ociągać. Schowała klucz do tylnej kieszeni spodni, chwyciła notes, w którym zapisywała zamówienia i ruszyła w kierunku stanowiska kelnerek. Z daleka widziała, że stoi tam już Emily. Nie miały okazji ze sobą rozmawiać dłużej niż kilka minut, ponieważ w poprzednim tygodniu wymieniały się zmianami. Teraz jednak czekało je kilka godzin, w czasie których mogły ponarzekać na klientów i porozmawiać o książkach, których żadna z nich nie czytała, ale obie słyszały, że są naprawdę dobre.
– Cześć, Emily.
Gwen uśmiechnęła się szeroko, starając się zrobić dobre wrażenie. Najwyraźniej jej się udało, bo Emily odpowiedziała podobnym uśmiechem i zapytała, jak Gwen spędziła weekend. Pytanie było przejawem zwykłej uprzejmości, prawdopodobnie Emily nawet niespecjalnie chciała słyszeć odpowiedź na nie, ale obie były na tyle dobrze wychowane, by wiedzieć, że takie pytania są koniecznością, jeśli nie chce się mówić o pogodzie.
Problem polegał jednak na tym, że Gwen nie bardzo chciała rozmawiać o swoim weekendzie. W tym wypadku pogoda byłaby tysiąckroć lepszym tematem. Nie chciała przyznawać, że dopiero w sobotę kupiła telefon, bo wcześniej nie wiedziała, że może jej się przydać. Nie chciała mówić o tym, ile radości sprawiało jej skręcanie szafek z Davidem, który był naprawdę zabawny, uroczy, a do tego miał porządną pracę i nie miał dziewczyny, ale Gwen nie myślała o nim w żadnych kategoriach, które wymagałyby zastanawiania się, czy ma dziewczynę, czy też nie, a skąd. Poza tym był stary. Starszy. Ale na tyle starszy, że przekraczał granicę pożądanego starszeństwa (Gwen w piątek jeszcze nie wiedziała o istnieniu takiej granicy, ale uznała, że musi istnieć, inaczej jej wewnętrzny świat ległby w gruzach), a to z kolei skreślało go z listy osób, których życiem uczuciowym Gwen powinna się interesować z powodów innych niż ogólnoprzyjacielskie. Nie chciała też opowiadać Emily o tym, jak w którymś momencie zaczęli rzucać w siebie nawzajem ciastem, które Matt potem cały dzień zlizywał z podłogi, nawet kiedy Gwen wydawało się, że już posprzątali. Rzucanie się ciastem wywiązało się spontanicznie, kiedy panna Ketteridge zaczęła narzekać, że w jej kawałku znalazło się za dużo rodzynek i uznała, że jest to winą Davida, który zabrał lepszy kawałek. David zaprzeczył i powiedział, że może zjeść nadmiar rodzynek, w związku z czym Gwen wydłubała rodzynkę z ciasta i użyła łyżeczki jako wyrzutni. Pocisk nie wylądował jednak na talerzu, ale trafił w koszulę Davida. Gwen natychmiast zaczęła przepraszać, ale David stwierdził, że nic się nie stało. Po czym wystrzelił taki sam rodzynkowy pocisk, który trafił w nią. To miało wyrównać rachunki, ale doprowadziło do otwartej wojny na sernik, na której najwięcej zyskał Matt.
To wszystko należało jednak do niej i nie chciała się tym dzielić z Emily, która stała obok, nadal się uśmiechając. Emily z tymi jej zielonymi oczami i orzechowymi lokami, które każdy chciałby mieć. Przyjacielską Emily, która nie rozmawiała o pogodzie, bo była tak sympatyczna i dobrze wychowana, by wykazywać większe zainteresowanie rozmówcą.
– Wszystko w porządku, wiesz, niedawno się przeprowadziłam, więc mam jeszcze tyle rzeczy do rozpakowania – odpowiedziała w końcu Gwen, całkiem zadowolona z tej półprawdy. – A co u ciebie?
Emily była nieco bardziej rozmowna i Gwen po kilku sekundach zdała sobie sprawę, że jej ani trochę nie słucha. Myślami błądziła gdzieś między szafkami, które znajdowały się w jej salonie, a dużą szafą, która stała w sypialni. Zastanawiała się, czy o czymś aby nie zapomniała i czy przypadkiem nie powinna poprosić Davida o pomoc, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Oczywiście nadal nie założyła sobie konta, więc spotkają się jeszcze przy tej okazji, a później będzie musiała wymyślić coś innego. Nie będzie mogła stale prosić go o pomoc, będzie musiała jasno przyznać sama przed sobą, że go lubi i że powinni widywać się częściej; rzecz jasna wyłącznie na stopie przyjacielskiej. Chociaż, kiedy o tym myślała, nie mogła wyobrazić go sobie w klubie, do którego w piątek zabrała ją Alice. Nie była zresztą pewna, czy sama chciałaby tam wrócić.
W końcu Emily zamilkła. Stało się jasne, że zauważyła, że Gwen jej nie słucha. Panna Ketteridge poczuła lekkie wyrzuty sumienia, w końcu sama zapytała Emily o jej weekend, nawet jeśli ani trochę jej to nie interesowało.
– Alice cię gdzieś wyciągnęła, co? – zapytała w końcu Emily.
Gwen pokiwała głową.
– Każdy przez to przechodził – stwierdziła, jakby to wyjaśniało, czemu Gwen jej nie słuchała. Może tłumaczyła ten brak uwagi niewyspaniem, a może po prostu uznała, że jej nowa współpracownica zrobiła coś, do czego teraz wstydzi się przyznać.
– Nie było tak źle, chociaż myślę, że kluby nie są dla mnie – odpowiedziała w końcu Gwen.
– Ani dla mnie. Zdecydowanie wolę posiedzieć w domu z nosem w książce – zaśmiała się Emily.
W ten sposób doszły do nieuniknionego temu książek, które czytały, książek, których nie czytały, ale dobre wychowanie wymaga udawania, że jest inaczej, książek, które chcą przeczytać i książek, których nikomu nie należy polecać. Gwen najlepiej radziła sobie z trzecią kategorią; nigdy nie czytała za wiele, a większość z jej lektur nie powinna być znana mugolom nawet z tytułu. Musiała więc przypominać sobie, jakie książki widziała w lokalnej księgarni i kupno których rozważała, póki nie uznała, że może bez nich żyć, a za potrzebne na nie pieniądze woli sobie kupić coś do jedzenia. To był jeden z aspektów samodzielności, które jej się ani trochę nie podobały.
Do końca zmiany wymieniały się luźnymi uwagami na temat klientów, czasami wracając do tematu książek. Emily obiecała, że pożyczy Gwen kilka pozycji wartych przeczytania. Wszystko to sprawiło, że panna Ketteridge poczuła, że życie wśród mugoli nie musi być złe, ale z pewnością nie będzie łatwe. Owszem, wiodło jej się nieźle, ale już teraz widziała, o ilu rzeczach nie miała nawet pojęcia, choć dla mugoli były one oczywiste. Do tej pory radziła sobie w konwersacjach, bo żadna z nich nie dotyczyła tematów wymagających szczególnej wiedzy; porównywanie szafek, dyskusja o rodzaju drewna, rozmowy o herbacie czy o klientach restauracji – nic z tego nie wymagało szczególnej wiedzy, ale kiedy Emily zaczęła temat książek albo wcześniej, kiedy Alice wspominała coś o jakimś filmie, który wszyscy oglądali… Gwen nie miała pojęcia, co im odpowiedzieć. Zdawała sobie też sprawę, że zmiana tematu nie pomoże jej na długo, bo w którymś momencie wyczerpią jej się awaryjne tematy.
Tego samego dnia, kiedy leżała w łóżku i próbowała usnąć, zaczęła się zastanawiać, czy podjęła dobrą decyzję. Prawdopodobnie było jeszcze za wcześnie, by uznać ten eksperyment za sukces lub porażkę, ale Gwen liczyła na natychmiastowe rezultaty – natychmiast znajdzie pracę, znajomych, bez żadnego problemu zaaklimatyzuje się w nowych warunkach. Nie spodziewała się jednak, że praca będzie zajmowała tyle czasu, a liczba znajomych nie będzie zbyt wielka z powodu braku okoliczności, w jakich mogłaby poznawać nowych ludzi. Zastanawiała się, czy nie powinna po raz kolejny wybrać się do klubu z Alice, ale jej rozważania przerwał Matt, który, pomrukując głośno, położył jej się na głowie. Próbowała go zrzucić, ale kot z uporem wracał na pierwotnie wybrane miejsce. W końcu Gwen wstała i poszła do kuchni. W mieszkaniu było cicho; nie zdążyła jeszcze przyzwyczaić się do tej ciszy i kilka razy złapała się już na tym, że spodziewała się, że nagle znikąd zmaterializuje się Ingrid i zacznie opowiadać o czymś zabawnym albo pojawi się jakaś koleżanka z dormitorium czy domowy skrzat. Nic z tego, była to tylko ona i Matt, który nie raczył nawet wyjść z sypialni. Podejrzewała, że zagrzebał się w kołdrze i znów będzie miała problem z wejściem do własnego łóżka.
Gwen zajrzała do lodówki i odetchnęła z ulgą, kiedy znalazła w niej karton mleka. Nie pamiętała, czy kupowała je w czasie ostatnich zakupów, a w ostatnim czasie przekonała się, że ma talent do zapominania o podstawowych produktach spożywczych, które wydają się najważniejsze. Drapiąc się w łydkę, zaczęła podgrzewać wodę. Odczuwała jakiś dziwny niepokój, który nie pozwalał jej zasnąć; nie była pewna, czy ta bezsenność była wywołana zbyt dokładnym analizowaniem sytuacji, w której się znalazła, czy czymś innym. Coś mogło dziać się z ciśnieniem, układ gwiazd mógł być niekorzystny. Cokolwiek to jednak było – nie mogło to być nic, z czym nie poradziłaby sobie szklanka ciepłego mleka. Do tej pory zawsze pomagało to ukoić nerwy Gwen i nic nie wskazywało na to, by teraz mogło być inaczej.
Woda się zagotowała, mleko zostało nalane do żółtego kubeczka i zalane wrzątkiem. Gwen się przez chwilę zawahała, ale w końcu posłodziła je łyżeczką cukru i, mieszając głośno, wyszła na balkon. Nie był on szczególnie duży, ale powierzchnia wystarczała, by ustawić tam jeden ze stoliczków, które wcześniej stały w salonie. Teraz stoliczek zastępował krzesełko, a w chwilach takich jak ta – pełnił swoją tradycyjną rolę. Gwen wypiła bowiem połowę zawartości kubka, a potem oparła łokcie o balustradę i zapatrzyła się w nocne niebo. Znała nazwy większości gwiazd, ale było ich widać stosunkowo niewiele – światła miasta, nawet tak niewielkiego, sprawiały, że niebo wydawało się bardziej puste i odległe. Z wieży astronomicznej wyglądało całkiem inaczej, sprawiało, że każdy czuł się maleńki i niewiele znaczący, ale jednocześnie połączony z całym wszechświatem. Teraz, stojąc na balkonie, Gwen czuła się okropnie samotna i odcięta od wszystkiego, co znała. Oczywiście, odcięła się na własną prośbę, ale ta odległość nocnego nieba sprawiała, że czuła, jakby wszechświat w odpowiedzi odciął się od niej.
Księżyc, który zawsze unosił się nad Zakazanym Lasem jak wielka, jasna kula, teraz też wydawał się odleglejszy i mniej wyraźny. Jakby wiedział, że w Hogwarcie go ceniono, w końcu poświęcano mu dużo czasu na astronomii i nieco na wróżbiarstwie, miał wpływ na eliksiry i zielarstwo. Prawdopodobnie miał wpływ nawet na quidditcha, o czym Gwen jednak nie wiedziała, bo nigdy nie przepadała za lataniem na miotle. Teraz trochę żałowała, że nie przykładała się bardziej do wszystkich nauk, w których pojawiał się księżyc, bo wydawał się on jedynym znajomym elementem w tym obcym, nie do końca przyjaznym świecie.
Dopiła mleko, które teraz nie było już tak ciepłe, jak być powinno, i znów oparła się o balustradę. Zastanawiała się, czy na pewno podjęła słuszną decyzję, kiedy postanowiła całkiem zrezygnować z magii. Jaką różnicę sprawiłoby jedno czy dwa zaklęcia, rzucone w tajemnicy przed mugolami? Kiedy zdecydowała się żyć wśród nich, wydawało jej się, że rezygnacja z magii jest oczywistym wyborem; w końcu oni potrafili bez niej żyć, prawda? To nie mogło być trudne. Może jednak Ingrid, która twierdziła, że czarodzieje są o wiele lepsi od mugoli, wcale nie miała racji. Magia nie załatwiała wszystkiego, nie mogła zastąpić braków w podstawowej wiedzy o świecie, nie opłacała rachunków, sprawiała natomiast, że po świecie chodziło wielu nieszczęśliwych ludzi, całkiem niesłusznie uważających się za lepszych od innych. Czary niewątpliwie się przydawały, ale…
– Nie możesz spać? – zapytał znajomy głos.
Gwen prawie podskoczyła. Nie spodziewała się, że ktoś może ją zobaczyć. Poprawiła za duży T-shirt, który służył jej za koszulę nocną, po czym spojrzała w kierunku, z którego dobiegł głos. Na balkonie obok stał David i przyglądał jej się uważnie.
– To pewnie przez ciśnienie albo księżyc – odpowiedziała Gwen, rewanżując się podobnie uważnym spojrzeniem. Zdziwiło ją trochę, że o tak późnej porze David nie spał; wydawało jej się, że musiał wstawać wcześnie rano, o wiele wcześniej niż ona, i dlatego w tygodniu nie mieli wielu okazji, by rozmawiać ze sobą.
– Podobno tylko w czasie pełni nie można spać – rzucił.
– Nie, w czasie pełni tylko wilkołaki nie mogą spać, innych to nie dotyczy – stwierdziła Gwen i od razu, gdy te słowa opuściły jej usta, zapragnęła uderzyć głowę o balustradę. Wilkołaki, świetnie!
David jednak się zaśmiał, uznając to za wyjątkowo dobry żart. Gwen też się zaśmiała. Nie chciała wdawać się w rozmowę na temat obrony przed czarną magią.
– Co w takim razie nie pozwala ci zasnąć, jeśli nie wilkołaki?
Gwen wzruszyła ramionami. Nie chciała wdawać się w rozmowę na żaden z innych tematów, które wcześniej przychodziły jej do głowy. No, może poza jednym.
– Wiesz, tam, gdzie się wychowałam, niebo było o wiele bardziej widoczne. Można było obserwować gwiazdy i czuło się, że znajdują się tuż nad głową, że jest się częścią tego… wszystkiego, nawet jeśli to takie ogromne i niezrozumiałe. Tutaj nie da się znaleźć kawałka polany, żeby położyć się na niej i obserwować niebo – powiedziała, nie spuszczając wzroku z księżyca.
– W Londynie było jeszcze gorzej – odpowiedział David. – Naprawdę doceniłem urok nieba, kiedy się przeprowadziłem tutaj.
Gwen zerknęła na niego. Patrzył na księżyc. Jednocześnie odczuła ulgę, że nie przygląda się jej rozciągniętemu T-shirtowi, i zawód z tego samego powodu. Prawdopodobnie powinna ustalić, które z tych uczuć było przeważające, zanim zdecyduje się z nim dalej rozmawiać, ale teraz nie miała na to czasu, bo David ponownie się odezwał:
– Za miastem jest polana, z której dobrze się obserwuje niebo. Moglibyśmy się tam kiedyś wybrać… jeśli chcesz.
Jeśli wcześniej Gwen nie była pewna swoich uczuć, to teraz dopiero przez jej mózg przetoczyła się fala sprzecznych myśli. Powinna się zgodzić, w końcu to tylko obserwowanie nieba. Ale to wypad za miasto, w nocy, z facetem, którego znała trochę ponad tydzień. Ale przecież nie miał złych zamiarów. Poza tym do niczego nie musi dojść. Ale może. Ale nie powinno, prawda? Nie wyglądał, jakby miał złe zamiary, ale w końcu kto ma na czole wytatuowaną informację, że planuje coś nikczemnego. Ale przecież David był w porządku, pracował w banku! Na Merlina, przecież pracownicy banku musieli być porządnymi ludźmi. Albo goblinami.
Udzielenie odpowiedzi zabierało jej jednak tyle czasu, że David najwyraźniej się zaniepokoił:
– Nie musisz się zgadzać, jeśli nie chcesz. Obiecuję się nie rozpłakać – zaśmiał się, choć nie był to tak szczery śmiech jak wtedy, kiedy uznał jej słowa dotyczące wilkołaków za żart.
– Och, nie, nie o to chodzi, ja… próbowałam sobie przypomnieć, kiedy mam zmiany w pracy. Co powiesz na piątek? – zapytała w końcu, uśmiechając się do niego.
David się nie uśmiechnął. Przez chwilę wyglądał, jakby jednak zamierzał się rozpłakać, ale po sekundzie przybrał bardziej neutralny wyraz twarzy.
– W piątek i sobotę nie mogę, jakiś inny dzień? – zaproponował.
Gwen spojrzała na niego pytająco, ale potem zdała sobie sprawę, że to nie jej sprawa, co David planował robić w piątkową i sobotnią noc. Może jednak był typem człowieka, który chodził do klubów? Może nie tylko tam chodził, ale szukał niewinnych dziewczyn, które chciały obserwować nocne niebo, a potem… Nie, to bez sensu. Może jego matka miała grypę i musiał się nią opiekować? Albo odwiedzić jakiegoś starego przyjaciela?
– Czwartek w sumie też nie brzmi źle – odpowiedziała, po czym dodała: – Albo niedziela, o ile to nie sprawia, że brzmię jak desperatka.
– Nie, nie sprawia – zapewnił ją z uśmiechem.
– Świetnie! – Uśmiechnęła się do niego, po czym ziewnęła. – Przepraszam, chyba w końcu zaczęłam być senna. To do zobaczenia w banku.
– Zdecydowałaś się na to konto?
– Jasne, pewien bardzo sympatyczny bankier mi je polecał i chyba mu zaufam.
– Nigdy nie powinnaś ufać bankierom – odpowiedział, kiedy skończył się śmiać.
– Tym razem zaryzykuję. Dobranoc!
– Dobranoc, Gwen.
Panna Ketteridge wróciła do mieszkania, umyła kubek po mleku, po czym zrzuciła Matta z łóżka. Zareagował na to bardzo wrogim prychnięciem, a następnie ponownie spróbował położyć się na jej głowie. Kiedy go stamtąd przegoniła, okazał jej miłosierdzie – komunikując to zresztą donośnym miauknięciem – i wcisnął się gdzieś między Gwen i jej kołdrę. Było dość ciepło, więc Gwen nie potrzebowała dodatkowego futrzastego grzejnika, ale nie miała siły walczyć z kotem o swoją przestrzeń życiową. Poddała się i zapadła w sen, w myślach układając listę zakupów, które powinna jutro zrobić, a o których do rana i tak zapomni.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s