Część ósma, w której świat zamyka się w delfinie

– Ś-śmierci? – powtórzyła Gwen, której mózg najwyraźniej właśnie zaprotestował i przestał przetwarzać informacje.
Przecież David był tylko kilka lat starszy od niej, jego żona musiała być w podobnym wieku, jeszcze przed trzydziestką. Ludzie nie umierają tak młodo, to nienormalne. Musiało się stać coś strasznego, zawsze działo się coś strasznego; Gwen przypomniała sobie te nieliczne artykuły z „Proroka Codziennego”, w których wspomniane były eksplozje kociołków, niefortunne eksperymenty z zaklęciami lub zakończone niepowodzeniem kontakty z magicznymi stworzeniami. Wszystko to zdarzało się niezmiernie rzadko i dotyczyło tylko czarodziejów, nie mugoli. Dlaczego więc żona Davida umarła?
Ale przecież mugole też musieli umierać. Nawet jeśli nie korzystali z magii, to mieli tę swoją technologię, pewnie równie niebezpieczną. Nie myślała o tym wcześniej. Rzadko myślała o własnej śmiertelności, co dopiero o cudzej. Teraz jednak musiała się zmierzyć z pustką po śmierci kogoś, kogo nawet nie znała. Właściwie to nie musiała, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że o ile wyjście z mieszkania i zostawienie Davida w takim stanie psychicznym, w jakim się znajdował, byłoby najprostszym rozwiązaniem, o tyle nie mogła tego zrobić. Nie mogła go zostawić samego tylko dlatego, że nie rozumiała.
David tymczasem milczał, patrząc na worki na śmieci. Gwen nie była pewna, jak interpretować jego spojrzenie; żałował tego, co zrobił? Przypominał sobie, jak kuchnia wyglądała, zanim ją zniszczył? Jak wyglądała za życia jego żony?
– Tak mi przykro – powiedziała w końcu Gwen. Nie była pewna, czy powinna dodać coś jeszcze.
– Mi też – odpowiedział David. Nie patrzył na nią; utkwił wzrok w jakimś punkcie na ścianie, daleko w bok od jej ramienia.
Gwen nie była pewna, czy brak kontaktu wzrokowego z jego strony świadczył o tym, że nie chciał z nią rozmawiać. Nie była nawet pewna, czy ona potrafiła z nim rozmawiać. Nigdy wcześniej nie znajdowała się w podobnej sytuacji, ale przecież to był David, jej załóżmy-że-przyjaciel, który co prawda nie znalazł czasu, żeby jej powiedzieć o tym, że był żonaty, ale jeśli zdarzyło się coś tragicznego – a musiało! – to jego zachowanie było zrozumiałe. Nie mogła mieć do niego pretensji o coś takiego. Zwłaszcza nie teraz, kiedy wyglądał na całkowicie zagubionego.
– Pewnie chcesz odwołać ten wyjazd za miasto – powiedział, przenosząc wzrok na nią. – Rozumiem.
– C-co? Nie, ja… – zaczęła, ale nie była pewna, jak powinna zakończyć to zdanie.
– Myślałem, że spędzanie z tobą czasu sprawi, że przestanę o tym myśleć, nie chciałem, żebyś dowiedziała się o wszystkim w taki sposób. Przepraszam, Gwen.
Odwrócił się i ruszył w kierunku kuchni, najwyraźniej po to, żeby odstawić termos. A może po to, żeby nie patrzeć, jak Gwen wychodzi – musiał być bowiem przekonany, że wyjdzie. Panna Ketteridge jednak zrobiła głęboki wdech, po czym ruszyła za nim i, niewiele myśląc, przytuliła go. Nigdy wcześniej go nie przytulała, więc przez chwilę wydawało jej się to dziwne. Liczyła się z tym, że może zostać odepchnięta, zwłaszcza, że David w pierwszej chwili zesztywniał, jakby nie był pewien, jak się zachować. Potem jednak się rozluźnił i Gwen śmielej wtuliła policzek w jego plecy.
– Nie masz za co przepraszać – odpowiedziała. – Nie wiem, jak ci pomóc, ale jeśli mogę coś zrobić…
David przez chwilę milczał. Gwen nie przestała go obejmować i musiała przyznać przed samą sobą, że pewna okropna cząstka jej osobowości cieszyła się, że nie widzi jego twarzy. Bała się, co mogłaby na niej zobaczyć. Chciała zaproponować, że zostanie tu z nim i będzie opowiadać idiotyczne historyjki czy przypominać sobie stare kawały – wszystko po to, żeby nie zrobił czegoś nieprzemyślanego, tak jak w przypadku kuchni – ale jednocześnie nie chciała się narzucać. Skoro do tej pory nie wyciągnął do nikogo ręki, może nie potrzebował nikogo innego? Ale jeśli tak, to dlaczego zniszczył kuchnię? Dlaczego nie było tu jego matki? Prawdopodobnie ona wiedziałaby, co zrobić w takiej sytuacji. Gwen jej nie poznała, ale głęboko wierzyła, że matki posiadają jakieś tajemne zdolności w zakresie pocieszania własnych dzieci.
Problem jednak w tym, że David nie miał zbitego kolana, które wystarczy pocałować, a potem rzucić na nie zaklęcie dezynfekujące. Nie miał żadnej rany, żadnego urazu, który można leczyć w ten sposób. Chociaż… Gwen przez chwilę zastanawiała się nad zaklęciem zapomnienia, ale nie odważyłaby się próbować, nawet jeśli to mogłoby mu pomóc. Nie tylko nie wierzyła w swoje zdolności, lecz także bała się ingerować w czyjąś przeszłość. Ból Davida, choć nie był przyjemny, należał do niego i Gwen nie miała prawa go odbierać. Po całej tej historii z Castorem kilka razy zastanawiała się, czy nie poprosić Ingrid o rzucenie takiego zaklęcia, ale nigdy się nie zdecydowała. Sytuacja Davida była o tysiąc razy gorsza, ale to nie zmieniało zasad. Nie powinna nawet o tym myśleć.
– Gwen… Dziękuję – powiedział w końcu David.
Tym razem to panna Ketteridge zachowała milczenie, niepewna, co mogłaby odpowiedzieć. Stali tak jeszcze przez chwilę, po czym David  wyswobodził się z jej uścisku i odstawił termos na jedną z szafek, które miały blaty (choć ta akurat nie miała drzwiczek; Gwen wolała nie myśleć o tym za wiele).
– Nie powinieneś tu siedzieć – powiedziała, kiedy możliwie dyskretnie rozejrzała się po pomieszczeniu.
Choć David uprzątnął większość rozbitych naczyń czy zdewastowanych szafek, kuchnia nadal wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Gwen nie sądziła, by mogła w jakikolwiek sposób pomóc ją naprawić, więc postanowiła skupić się na Davidzie, który co prawda odstawił termos, ale stał w miejscu i patrzył na coś leżącego na podłodze. Gwen próbowała dojrzeć, co to było, ale nie miała pewności. Fragment czegoś niebieskiego – może kubka, może miseczki, może jakiejś ozdoby. Niezależnie jednak, co to było, David prawdopodobnie nie powinien poświęcać temu tyle uwagi, jeśli wcześniej widok tego czegoś (gdy było jeszcze w całości) sprowokował go do zdemolowania kuchni. Nie miała jednak zamiaru wyciągać go siłą z jego własnego mieszkania, nawet jeśli wydawało jej się, że to najzdrowsze, co mógł w tej chwili zrobić: wyjść. W końcu nawet gdyby nie patrzył na to wszystko, czy uwolniłby się od wspomnień? Nie, one poszłyby za nim, gdziekolwiek by się udał. Gwen coś o tym wiedziała.
– A przynajmniej nie sam – dodała, biorąc głęboki wdech. Nie była pewna, kiedy cała ta sytuacja ją przerośnie, ale domyślała się, że nastąpi to niedługo. – Zostanę tu z tobą, dobrze? Możesz mnie ignorować, jeśli poczujesz się przez to lepiej, ale… po prostu tu zostanę.
David pokiwał głową, po czym podniósł to, na co wcześniej patrzył. Przez chwilę patrzył na to uważniej, po czym pokazał to Gwen. Okazało się, że faktycznie była to ozdoba, choć panna Ketteridge dawno nie widziała czegoś równie koszmarnego. Nawet bez głowy, niebieski delfin ozdobiony brokatem wzbudzał w niej uzasadniony niesmak.
– Amy przywiozła go z jakiejś wycieczki – wyjaśnił. – Powiedziała, że w sklepiku z pamiątkami było tyle ślicznych rzeczy, że nie mogła się zdecydować, więc postanowiła kupić najbrzydszą i najbardziej tandetną figurkę, jaką znajdzie. Taką, która zawsze będzie jej przypominała, gdzie była, i zawsze będzie ją rozśmieszała.
Gwen pokiwała głową. Nie była pewna, co powinna powiedzieć, ale cieszyła się, że David nie wyrzucił jej za drzwi. Może jednak coś robiła dobrze.
– Ale już jej nie rozśmiesza, nikogo nie rozśmiesza, cholerna figurka – ciągnął David, zaciskając pięść na pomalowanym na niebiesko kawałku fajansu.
– Chcesz ją wyrzucić? – zapytała cicho Gwen.
David pokręcił głową.
– Amy ją lubiła, nie powinienem jej wyrzucać. Ale zawsze, kiedy na nią patrzyłem, przypominał mi się moment, kiedy ją tu postawiła i… – urwał, po czym kontynuował nieco ciszej: – Cały czas nie znosiłem tej figurki, nie była ani trochę zabawna, a teraz nie jestem w stanie jej wyrzucić, nawet kiedy jest rozbita.
– Może da się ją skleić? – Gwen rozejrzała się wokół. – Pozostałe fragmenty muszą gdzieś tu być.
– Nie, nie ma sensu jej sklejać. – David obrócił w palcach grzbiet i ogon delfina. – Przecież nie jest nikomu potrzebna. Nie znoszę jej. Nie powinienem na nią codziennie patrzeć. Po prostu czasem jeszcze zapominam, że Amy już nie ma, więc nie muszę godzić się na okropne figurki ani kupować chleba z ziarnami. Przez długi czas kupowałem, chociaż jego też nie znoszę, ale Amy powtarzała, że jest zdrowy. Chciała, żebym go jadł, więc jadłem, nawet kiedy to już nie miało znaczenia.
Gwen poczuła, że coś ściska jej gardło. David wydawał jej się w tej chwili tak zagubiony, że miała ochotę znowu go przytulić i już nigdy, przenigdy nie wypuścić z objęć, ale zdawała sobie sprawę, że to nie zastąpi jego zmarłej żony. Niezależnie od tego, jak mocno by go przytulała.
– To ma znaczenie. Ten chleb i to, że go jadłeś – powiedziała, kiedy była pewna, że ta dziwna gula się zmniejszyła. – Nie robiłeś tego z przyzwyczajenia, ale dlatego, że wierzyłeś jej, kiedy mówiła, że to dla twojego dobra.
David wydał z siebie jakiś dźwięk, który mógł sugerować, że zgadza się z nią, ale z równym powodzeniem mogło to być stłumione prychnięcie. Gwen wolała jednak wierzyć, że powiedziała coś znaczącego. Coś, co miało sens. Nawet jeśli jej słowa nie mogły mu pomóc.
– Amy pewnie chciałaby… – zaczęła z wahaniem, ale David jej przerwał:
– Amy nie chce już niczego. Amy nie żyje.
Chłód w jego głosie sugerował, że jakikolwiek postęp, o jakim Gwen myślała, że go poczyniła, właśnie zniknął. Znajdowali się w okolicy punktu wyjścia, z tą tylko różnicą, że David ściskał w dłoni rozbitą figurkę, a Gwen była pewna, że nie ucieknie. Owszem, kroczyła po cienkim lodzie, ale robiła coś ważnego dla człowieka, na którym jej zależało.
– Przepraszam. Może… może chcesz mi o niej opowiedzieć? – zaproponowała niepewnie.
David przez chwilę milczał, jakby nie był pewien, jak powinien zareagować. Gwen chciała wycofać się z tego pytania i zmienić temat, najlepiej na jakiś neutralny, który nie wywoływałby negatywnych skojarzeń i jednocześnie udowadniał, jak bardzo brakuje jej odwagi, by rozmawiać o tym, co jest istotne. Próbowała jednak i to powinno się liczyć. Nie uciekła, ale została i próbowała.
– Naprawdę chcesz o niej słuchać? – zapytał w końcu David.
– Tak. Była dla ciebie ważna, powinieneś opowiedzieć o niej komuś, kto nie miał okazji jej poznać.
Gwen uśmiechnęła się niepewnie, kiedy zaczął mówić. Nie patrzył na nią, utkwił wzrok gdzieś w podłodze, czasami przenosił go na figurkę, którą nadal ściskał w dłoni, a później, kiedy oboje usiedli pod ścianą, przy której jeszcze przedwczoraj stał stół, konsekwentnie wpatrywał się w przeciwległą ścianę, jakby brak kontaktu wzrokowego ze słuchaczem sprawiał, że mówienie o Amy stawało się nieco łatwiejsze. Gwen wiedziała, że odtwarzał w głowie wszystkie przyjemne wspomnienia, o których jej opowiadał, i w kilku momentach nie mogła powstrzymać uśmiechu; nie dlatego, że to, co opowiadał David, było aż tak interesujące i zabawne, chodziło raczej o sposób, w jaki wypowiadał się o swojej zmarłej żonie. Mówił w ciepły i kochający sposób, co sprawiało, że Gwen jeszcze bardziej mu współczuła.
Poznał Amy w czasie studiów, zajmowała się czymś humanistycznym, czego nazwy Gwen nie rozumiała, ale ze słów Davida wywnioskowała, że wiązało się to z innymi kulturami. Amy głęboko wierzyła, że każda z kultur jest równie wartościowa; często zarzucała mu konserwatywne poglądy rodem z dziewiętnastego wieku, choć oboje wiedzieli, że to dalekie od prawdy oskarżenie. Śmiali się z tego jednak, bo Amy potrafiła się śmiać ze wszystkiego. Była jedną z tych otwartych osób, które potrafią rozmawiać na każdy temat z każdym człowiekiem, znała imiona chyba wszystkich na kampusie, choć David większości z nich nigdy nawet nie widział. Oni wszyscy też ją znali, z daleka rozpoznawali szopę brązowych włosów i różne kolorowe chusty, które uwielbiała nosić. Zawsze pachniała fiołkami, lubiła zieloną herbatę i ciągle mówiła o podróżach. Wszyscy wiedzieli, że chciała zwiedzić świat i wielu jej to umożliwiało, zabierając ją ze sobą na wycieczki do różnych egzotycznych krajów. Amy potrafiła się głodzić, byle tylko starczyło jej na bilet, choć najczęściej w takich sytuacjach inni znajomi oferowali jej własne jedzenie. Nigdy nie była sama i nigdy nie odczuwała chęci bycia samą. Nie znosiła papierosów i czasami robiła na drutach, żeby zająć czymś ręce. Oczywiście produkowała kolejne chusty, które rozdawała kolejnym znajomym. Kochała cały świat i cały świat kochał ją, jakże więc David miał jej nie kochać?
Kiedy jednak ukończyli studia – najpierw on, rok później ona – zaczęły się problemy. David był wtedy na stażu w jednym z banków, a Amy traciła jedną pracę po drugiej. Nie potrafiła utrzymać się na żadnej posadzie, ciągle zagadywała klientów, myliła zamówienia, źle wydawała resztę, źle segregowała dokumenty… Była wykształcona, ale nie potrafiła nic robić. Grono znajomych z czasem stopniało, ale nie na tyle, by była samotna. Nadal przez ich londyńskie mieszkanie przewijały się dziesiątki osób, ale teraz coraz więcej z nich zaglądało do lodówki, którą zapełniał David. Wszyscy mówili o podróżach i nie zwracali uwagi na puste żołądki. Byli wizjonerami, chcieli poznać świat, zanim zaczną go zmieniać. Amy była gotowa do ostatniej kropli krwi walczyć o tolerancję, uznanie praw mniejszości i inne sprawy, które nie zaprzątały głowy Davida, póki jej nie poznał. Za to też ją kochał. Była jak promyk słońca, który oświetlał jego szare, poukładane życie. Może dlatego nie mógł zatrzymać jej na dłużej, ale próbował – próbował przywiązać ją do siebie pierścionkiem zaręczynowym, a później obrączką, próbował wspólnymi wyjazdami, które ostatecznie doprowadziły do tego, że musieli wyjechać z Londynu, próbował… Próbował wszystkiego, ale ona ciągle mu się wymykała. Była z nim, ale ciągle marzyła o czymś większym, bardziej znaczącym. Kiedy wylądowali w mieszkaniu, które niewiele wcześniej odziedziczyła, wydawało się, że znajomi całkiem o nich zapomną, ale niektórzy nadal się zjawiali, a Amy ciągle poznawała nowych ludzi. Była jednak zbyt postępowa, co nie wszystkim w miasteczku się podobało. Wiele razy przebąkiwała coś o powrocie do Londynu, ale zawsze plany krzyżował im kolejny wydatek, kolejna wycieczka. Na niektóre z nich jeździli razem, później David dostał stałą pracę i Amy podróżowała sama lub z kimś z londyńskich znajomych, niemal całkiem odciąwszy się od mieszkańców miasteczka. Zawsze jednak wracała do niego, rozświetlając całe mieszkanie swoją energią. Piekła wtedy jakieś ciasto i spędzała długie godziny na opowiadaniu mu o wszystkim, czego się dowiedziała. Była tak radosna, że nie miał sumienia przypominać jej o tym, że powinna szukać pracy. Amy była wolna, nie powinny ograniczać ją tak przyziemne sprawy. Praca była dobra dla niego, ale ona by się nigdy nie odnalazła na fotelu za biurkiem. Amy istniała gdzieś poza rzeczywistością, w jakimś pięknym i doskonałym świecie, w którym on nie mieszkał na stałe, ale w którym bywał, kiedy spędzał z nią czas. Byli szczęśliwi, przynajmniej na tyle, na ile można być szczęśliwym. Tu, w tej kuchni, byli szczęśliwsi niż gdziekolwiek indziej. Aż pewnego dnia Amy nie zjawiła się w kuchni. Nie było jej też w salonie ani w sypialni. Była gdzieś w połowie drogi powrotnej z Londynu, w rozbitym wraku samochodu, który zderzył się z drzewem. Już nigdy miała nie upiec ciasta, nie rozświetlić swoją obecnością żadnego pomieszczenia. Nie zdążyli nawet przetransportować jej do szpitala, umarła na tej drodze sama, choć przecież zawsze miała wokół siebie tylu ludzi.
Po jej śmierci David odziedziczył mieszkanie. Utrzymał też posadę w banku, choć przez pierwszych kilka tygodni miał problemy z motywacją i nie zawsze zjawiał się w pracy. Myślał, że w końcu go zwolnią, i to dało mu siłę, żeby przetrwać ten okres. Nie mógł zostać zwolniony. Amy odeszła, ale on nadal istniał i dlatego musiał mieć pracę. Musiał mieć jakiekolwiek zajęcie, żeby nie siedzieć w domu i nie patrzeć na zdjęcia z podróży ani na jej portrety. Większość z nich wyrzucił, ale część zapakował do pudełek i zamknął w piwnicy – nie był pewien dlaczego, w końcu nie chciał ich nigdy widzieć. Nie chciał widzieć nikogo ze starych znajomych, nie chciał wyjeżdżać, przez długi czas nie chciał w ogóle niczego. Dopiero kiedy zima zaczęła powoli zmieniać się w wiosnę, poczuł, że budzi się z letargu. Stopniowo opuszczał mury, które wokół siebie zbudował, oswajał się z myślą, że choć wszystko poszło nie tak, jak powinno, to jednak istniał. Żył i powinien żyć dalej – nie dla niej, bo jej już nie było i nieważne, co inni mówili o tym, czego by chciała, ale dla siebie.
Gwen poczuła, że po policzkach płyną jej łzy. Możliwe, że płynęły już wcześniej, kiedy opowiadał o Amy, ale dopiero teraz podniosła rękę, żeby je wytrzeć. Nie była pewna, czy David też płakał, bo odwrócił głowę tak, by nie widziała jego twarzy. Może w ogóle zapomniał, że tu była? Może powinna coś powiedzieć? Wątpiła jednak, by istniały jakieś słowa, których mogłaby teraz użyć, a jeśli istniały, to ich nie znała. Przesunęła się nieco w bok i oparła głowę o ramię Davida. Żadne z nich nie miało już nic do powiedzenia, ale też nie chcieli wstawać z kuchennej podłogi.
W końcu David odstawił figurkę, którą cały czas trzymał. Nawet teraz, kiedy Gwen wiedziała, ile ta pamiątka dla niego znaczyła, nie mogła myśleć o niej inaczej, niż jako o największym szkaradztwie, jakie w życiu widziała. Nie rozumiała Amy, ale rozumiała, że David ją kochał. Prawdopodobnie nadal kocha i być może zawsze jakaś część jego umysłu będzie się zastanawiała, jak wyglądałoby jego życie, gdyby zrobił coś inaczej. Wszystkie te wątpliwości, wspomnienia i życzenia koncentrowały się na rozbitej figurce delfina, z którą David najwyraźniej nie wiedział, co powinien zrobić. Gwen też nie widziała. Tak niewielki kawałek fajansu nie powinien zawierać w sobie tak dużego wycinka czyjegoś świata.
– Powinieneś się przespać, za parę godzin musisz być w pracy – powiedziała w końcu, starając się użyć jak najłagodniejszego tonu.
David pokiwał głową i wymamrotał coś niezrozumiałego. Gwen przez chwilę wahała się, po czym dodała:
– Mogę tu zostać, jeśli chcesz. Tylko raczej w salonie, bo ta podłoga jest naprawdę niewygodna.
Tym razem David uśmiechnął się lekko.
– Nie musisz, Gwen. Wystarczająco mi już dziś pomogłaś. Naprawdę to doceniam.
– Skoro tak… Ale wiesz, jeśli zmienisz zdanie, jestem tuż obok – zapewniła, podnosząc się z podłogi.
– Wiem i dziękuję – powiedział, po czym też wstał.
Gwen zauważyła, że na podłodze nadal leżał fragment figurki delfina, ale nie skomentowała tego faktu. Życzyła natomiast Davidowi dobrej nocy i raz jeszcze go przytuliła, po czym wróciła do swojego mieszkania, w którym zastała Matta zlizującego masło ze zrobionych wcześniej kanapek. Wydawało jej się, że przygotowania do wycieczki za miasto miały miejsce kilka dni, a nie godzin temu. Wzięła kota na ręce i przytuliła się do jego grzbietu. Czuła się naprawdę zmęczona psychicznie, ale miała nadzieję, że jej towarzystwo choć trochę pomogło Davidowi. Chciała zrobić dla niego coś więcej, ale nie miała pojęcia co; uznała jednak, że takie przemyślenia mogą poczekać do rana.

Advertisements
Część ósma, w której świat zamyka się w delfinie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s