Część jedenasta, w której świat przewraca się do góry nogami i sprawia, że można grać na żebrach jak na cymbałkach

            Ingrid paliła powoli papierosa, patrząc uważnie na Gwen. Panna Ketteridge nie zdawała sobie wcześniej sprawy, że jej przyjaciółka pali, ale w końcu w ciągu ostatnich miesięcy nie widywały się za często. Zanim zdążyła jednak poczuć się z tego powodu źle, przypomniało jej się, co doprowadziło do tego, że wylądowała w mieszkaniu Ingrid. Był osiemnasty grudnia. Powinna siedzieć w mieszkaniu, owinięta w koc, i wypłakiwać sobie oczy nad jakimś głupim filmem, który pokazują w telewizji (David jakiś czas temu namówił ją na kupno telewizora). Powinna robić zakupy i dekorować salon. Powinna próbować ubrać Matta w kostium elfa albo robić coś równie niedorzecznego. Powinna próbować piec pierniczki i narazić się na trwałe uszkodzenia ciała. Nic z tego, siedziała tutaj z Ingrid i z… Nie, starała się nie myśleć, że w przeciwległym kącie pokoju siedzi jeden z kolegów Castora.
– No i co z tego, że wysłali ci list? – zapytała Ingrid. Pytanie to już wcześniej wisiało w powietrzu, ale Gwen nie udzieliła na nie odpowiedzi, póki nie zostało zwerbalizowane.
– Wiedzieli o wszystkim od ciebie – powiedziała z wyrzutem. Miała ochotę zacząć tupać nogą albo się rozpłakać, bo cała ta sytuacja nagle stała się o wiele poważniejsza i bardziej przerażająca, niż była jeszcze parę godzin temu, kiedy Gwen myślała o niej w swoim własnym salonie.
– Martwili się o ciebie – odpowiedziała Ingrid. – Zniknęłaś tak niespodziewanie… Zdajesz sobie sprawę, że nigdy nie uwierzyli do końca w tę bajeczkę o chęci poznania świata mugoli, prawda?
– To nie bajeczka, mugole są naprawdę bardzo… – zaczęła, choć wypowiadała słowa przez zaciśnięte zęby, ale potem przypomniała sobie Juliusa i nie bardzo wiedziała, jak dokończyć to zdanie.
– Nieważne – przerwała Ingrid, zaciągając się papierosem. – Z ich perspektywy to mało wiarygodne i domyślają się, że coś ukrywasz. Chcieli wiedzieć, co dzieje się z ich drogą córką, pewnie uważali, że wrócisz do domu po miesiącu i podporządkujesz się ich decyzjom.
Gwen westchnęła. Nie chciała omawiać tych kwestii przy świadkach, a już zwłaszcza nie przy Mortimerze.
– Nawet jeśli, nie dawało ci to prawa… – zaczęła.
– Naprawdę? A co tobie dawało brawo sprzedać połowę rodzinnej zastawy i zniknąć pod osłoną nocy? – zapytała Ingrid, wykrzywiając usta w grymasie, który miał przypominać uśmiech. – Przestań robić ze mnie czarny charakter.
– Chcesz powiedzieć, że to ja jestem czarnym charakterem? – zapytała Gwen, nie kryjąc oburzenia.
– Nie, Gwendy, tu nie ma czarnych charakterów, nie jesteśmy w książce dla dzieci.
Panna Ketteridge zacisnęła zęby. Nie miała ochoty kontynuować tego tematu, a jednak nie ruszyła się z miejsca, nadal wbijając wzrok w twarzy przyjaciółki, ale tym razem było to spojrzenie niezwykle chłodne i ostre, jakby marzyła, by zamieniło się w sopel lodu zdolny przebić czaszkę. Ingrid dopaliła papierosa i zaczęła przyglądać się swoim paznokciom. Nie chciała dać Gwen satysfakcji i zarejestrować posyłane jej spojrzenie. W salonie na chwilę zapadła cisza, którą w końcu przerwał Mortimer:
– Rodzina jest ważna – powiedział spokojnie, wodząc wzrokiem gdzieś po suficie. A może oglądał własną grzywkę, tego ani Ingrid, ani Gwen nie mogły być pewne.
– Nikt cię nie pytał o opinię – warknęła Ingrid. Nie była pewna, czemu go nie wyrzuciła za drzwi.
Mortimer podniósł ręce w geście poddania, uśmiechając się lekko. Stało się jasne, że nieźle się bawił, nawet jeśli jego komentarz sprawił, że w salonie znów zapadła cisza. Nie przeszkadzało mu to, bo zdawał sobie sprawę, że za chwilę ktoś się odezwie. Myślał, że będzie to Ingrid, która nie przepadała za ciszą, ale była Ślizgonka z uporem wygładzała serwetkę, której róg nie chciał leżeć prosto, ale w końcu dała za wygraną, wzruszyła ramionami i przeniosła spojrzenie w kierunku okna, jakby spodziewała się, że znajdzie tam odpowiedź na wszystkie bolączki świata. Była Puchonka siedziała jakaś taka skulona w sobie, jakby nie była pewna, co powinna zrobić teraz, kiedy uleciał już z niej cały ogień złości, który płonął, kiedy wpadła do tego mieszkania.
– Zaprosili mnie na święta – szepnęła w końcu Gwen, wbijając wzrok we własny rękaw. Nie była pewna, po co to powiedziała; może liczyła, że Ingrid pomoże jej podjąć decyzję? Do tej pory często to robiła, popychając całe życie Gwen do przodu, kiedy panna Ketteridge stanęła w miejscu i nie była w stanie znaleźć sił, by ten stan rzeczy zmienić.
– Mówiłaś, że cię nienawidzą, że ich zawiodłaś – przypomniała Ingrid. Nie była pewna, po czyjej stronie powinna się opowiadać, ale państwo Ketteridge nie byli aż tacy źli, jak przedstawiała to Gwen. Ktoś powinien powiedzieć to głośno.
– Bo tak było – mruknęła. – Nie akceptują mnie i mojego stylu życia. Napisali, żeby wzięła ze sobą swojego mugola!
– Masz własnego mugola? – zapytał z ciekawością Mortimer. – Niewolnika? To mało puchońskie.
Został zignorowany.
– Nie znali jego imienia – wyjaśniła Ingrid, prychnąwszy donośnie.
– Nie powiedziałaś im? – zdziwiła się Gwen.
Ingrid wzruszyła ramionami. Przez chwilę zbierała myśli, żeby w możliwie najłatwiejszy i najbardziej logiczny sposób przekazać to, co chciała powiedzieć, ale w końcu słowa musiały nabrać kształtów zdań, bo przemówiła:
– Może wyobrażasz sobie, że co tydzień wpadałam do nich na sobotnią herbatkę i opowiadałam o wszystkim, co dzieje się i w moim, i w twoim życiu, ale tak nie było, Gwen. Rozmawialiśmy dwa czy trzy razy, ale nie było to przy herbatce i ciasteczkach, ale przy innych okazjach, kiedy mogliśmy zamienić tylko kilka słów, bo na więcej nie starczało czasu. Mówili, że się martwią. Twoja matka bardzo schudła. Bała się, że nie żyjesz. Powiedziałam im wystarczająco dużo, żeby przestali się martwić.
– Opowiadałaś im o moim życiu! Dałaś im mój adres bez pytania mnie o pozwolenie! – krzyknęła Gwen.
– Gdybym zapytała, to czy byś się zgodziła?
– Nie!
– No właśnie – skwitowała Ingrid. – Niczego by to nie rozwiązało, ty nadal byś się ukrywała przed światem na tym zadupiu, a oni szukaliby innego sposobu nawiązania z tobą kontaktu. Rozwiązałam wasze problemy i nie usłyszałam nawet żadnego podziękowania.
– Niczego nie rozwiązałaś! Gdyby nie to, nie miałabym żadnych kłopotów – zapewniła Gwen.
– Jasne, bo przez ostatnie pół roku bawiłaś się po prostu wyśmienicie. – Ingrid uniosła brew, czekając na odpowiedź.
Mortimer słuchał wszystkiego z wielką uwagą, zadowolony, że stał się niemal niewidzialny. Nie miał pojęcia, co działo się z Gwen Ketteridge, odkąd przestała widywać się z Castorem. Niespecjalnie interesował się jej losem; gdyby ktoś go zapytał, jak jego zdaniem wyglądała jej przyszłość, odpowiedziałby coś o nudnej pracy i nudnym mężu z jeszcze nudniejszej rodziny, nudnej gromadce dzieci i o życiu z dnia na dzień. Dziewczyna po prostu nie była jedną z tych osób, które zapadają w pamięć; jasne, ładnie się uśmiechała, potrafiła wyglądać uroczo, ale przecież nie o to w życiu chodziło. Była wystarczająco inteligentna, żeby nie wpakować się w nic, co mogłoby ją kosztować życie, ale jednocześnie na tyle głupia, by nijak nie wyróżniać się w tłumu. Tłum składał się z tysięcy dziewczyn takich jak Gwendolyn Ketteridge, różniących się wyglądem, ale rzadko charakterem.
– Nie wiem, po co się tu w ogóle zjawiłam – westchnęła Gwen, wstając z miejsca. – Ingrid, nie informuj ich już o niczym. Nie chcę mieć kontaktu ani z nimi, ani z… nikim z tego świata – zakończyła, choć przez chwilę wydawać się mogło, że ostatnim słowem będzie „tobą”. Może Gwen planowała je wypowiedzieć, ale zabrakło jej odwagi.
Ingrid milczała. Mogła powiedzieć, że nie ma problemu, nikomu i niczym nie powie, a następnie złamać słowo. Mogła powiedzieć, że to bez sensu i nie będzie niczego obiecywać. Mogła powiedzieć, że Gwen powinna była założyć czapkę, bo jest zimno. Nie powiedziała jednak nic, patrzyła tylko, jak jej przyjaciółka w pośpiechu zakłada płaszcz i wychodzi, trzaskając drzwiami. Potem przeniosła wzrok na Mortimera.
– Podobało ci się przedstawienie? – zapytała gniewnie.
– Brakowało efektów specjalnych – odparł, patrząc na nią ciepło. – Ale słyszałem, że w tym niewielkim teatrze za rogiem grają coś lepszego, może…
– Oszczędź sobie, nie jestem dziś w nastroju – ucięła.
– Ingrid, powinnaś się rozerwać, po świętach Ministerstwo będzie miało zbyt wiele na głowie, żebyś mogła…
– Myślisz, że nie nadążę z parzeniem kawy dla wielkich szych? – warknęła. – Wiem, co się stanie po świętach, tak samo dobrze jak ty wiesz, że jestem zbyt małą płotką, żeby wpłynęło to na moje obowiązki.
– Ministerstwo będzie potrzebowało każdej różdżki, którą będzie w stanie wykorzystać – odpowiedział Mortimer, podchodząc do niej i pochylając się tak, że ich nosy prawie się stykały. – Prawdę mówiąc, my też. Dlaczego odpychasz małą wielbicielkę mugoli?
Ingrid zaśmiała się gorzko.
– Naprawdę myślisz, że zgodziłaby się pracować z Castorem? Po tym, co jej zrobiliście?
– To była wyłącznie wina Castora, posunął się za daleko – odpowiedział szybko Mortimer, cały czas podtrzymując kontakt wzrokowy. – Poza tym nie musi wiedzieć, że jest w to zamieszany. Nie musi wiedzieć nic poza tym, co konieczne.
– Nie pójdzie na to, za bardzo pokochała życie bez różdżki, żeby teraz wrócić w sam środek całego tego zamieszania.
– O jakim zamieszaniu mówisz, kochanie? Powinna tylko wrócić do rodziny na święta, przekonać się, że wyjazd był błędem.
Ingrid przewróciła oczami.
– Jasne, w końcu to takie proste. – Odepchnęła go od siebie. – A teraz spadaj, miałam wystarczająco kiepski dzień, żeby jeszcze patrzeć na twoją twarz.
Mortimer się zaśmiał i cmoknął ją w policzek.
– Uwielbiam, kiedy się tak zachowujesz. Wpadnę pojutrze, mam nadzieję, że do tego czasu przekonasz Gwen, żeby pojechała do Leeds. O, kupię też te bilety.
Ingrid wstała i otworzyła drzwi na klatkę schodową, wypraszając Mortimera stanowczym gestem. Była zmęczona i miała ochotę na gorącą kąpiel, a ten pajac zabierał jej cenny czas.
– Nie chcę twoich biletów, chcę, żebyś dał mi spokój – powiedziała, kiedy ją mijał.
– Oczywiście, kochanie – odpowiedział, kiedy już znalazł się na klatce schodowej. – Do zobaczenia.
Ingrid trzasnęła drzwiami i poszła do łazienki. To był za długi dzień, potrzebowała chwili wytchnienia. Może Mortimer miał rację i musiała się rozerwać? Postanowiła, że jutro pójdzie do baru, o ile do rana nie zmieni zdania i nie uda się do Gwen.
Tymczasem panna Ketteridge wróciła do swojego mieszkania. Nie była już wściekła – zgubiła to uczucie gdzieś po drodze, być może wtedy, kiedy wylądowała w wielkiej, błotnistej kałuży i się przewróciła – ale chciało jej się płakać. Rozmowa z Ingrid sprawiła, że Gwen czuła się we własnej skórze jeszcze gorzej niż przed wizytą w Londynie. Nie powinna była w ogóle wyściubiać nosa ze swojego mieszkania. Gdyby zakopała się pod kocem i przespała dwanaście godzin, świat mógłby dać jej spokój, a list od rodziców – zniknąć. Teraz jednak pergamin wręcz bezczelnie leżał na stole i przypominał o tym, że powinna podjąć decyzję, najlepiej wcześniej rozważywszy słowa Ingrid, nawet jeśli Gwen była na nią wściekła.
Matt wyszedł z kuchni, najprawdopodobniej z zamiarem przywitania jej, ale kiedy zobaczył, w jakim stanie jest jej płaszcz, zrezygnował i wycofał się do pomieszczenia. Gwen wydała z siebie stłumiony szloch. Nie wiedzieć czemu, właśnie to zachowanie kota sprawiło, że całkiem się złamała. Zdjęła płaszcz i rzuciła go na podłogę – i tak będzie musiała go później doczyścić. Zdjęła też buty, które wylądowały gdzieś na płaszczu, a potem uciekła od całego tego zabłoconego bałaganu i ukryła się pod kocem. Naciągnęła go na głowę, którą oparła na kolanach i, nie przejmując się niewielką ilością dostępnego tlenu, zaczęła rozpaczliwie płakać. Miała dość wszystkich ludzi, nikomu nie mogła ufać, nikomu. Nie miała też żadnej możliwości ucieczki, bo miejsce, które wybrała jako cel swojej poprzedniej ucieczki, okazało się równie nieprzyjazne. Chciała czegoś prostego, bez żadnych intryg, kłamstw i ukrytych celów. Bez ludzi, którzy zawsze mają dwa czy trzy motywy, którzy są przyjaciółmi tych, którzy mogą im w czymś pomóc. Ingrid odnajdowała się tam doskonale, ale Gwen mogła być co najwyżej marionetką, więc uciekła. Uciekła najdalej, jak tylko mogła – nie geograficznie, ale porzuciła świat, w którym spędziła całe swoje życie. Zaczęła od nowa, budując każdy dzień cegiełka po cegiełce, ale najwyraźniej nie miało to żadnego znaczenia. Oszukiwała samą siebie.
W końcu musiała zdjąć koc z głowy, ale przez długi czas jeszcze płakała, zwinięta w kłębek na podłodze. Miała wrażenie, że w każdej sytuacji i w każdym otoczeniu, w jakim się znajduje, prędzej czy później staje się ofiarą. Nie chciała tego – w końcu kto by chciał – ale nie mogła zapanować nad własnym losem. Zmieniała wszystko, starała się nie popełniać tych samych błędów, ale na nic się to nie zdawało. Ciągle była tą samą Gwendolyn, która traciła punkty z byle powodu, której kanapki zawsze spadały masłem na dół, a czekoladowe żaby uciekały, zanim zdążyła je jeść. Była tą Gwendolyn, która nigdy nie mogła znaleźć sobie odpowiedniego towarzystwa ani zaplanować przyszłości. Była tą Gwendolyn, która nie potrafiła niczego zrobić dobrze i najwyraźniej nawet jej własny kot nie mógł znieść jej towarzystwa.
Łzy z czasem przestały płynąć, a oddech uspokoił się. Gwen leżała na podłodze i pustym wzrokiem patrzyła na sufit. Jej umysł był wyjątkowo pusty, jakby pomyślała już wszystkie złe i bolesne myśli i nie zostało jej już nic, czym mogłaby się zranić. Przebiła się przez wszystkie warstwy, przewlokła samą siebie na lewą stronę i zagrała na własnych żebrach melodię nienawiści. Teraz powinna się poskładać i wrócić do formy pierwotnej, ale była zbyt zmęczona walką z własnym demonem.
Słyszała, że Matt wychodzi z kuchni, ale odgłos łapek nie przybliżał się – musiał udać się do sypialni. Była sama. Nie powinno jej to zdziwić, w końcu była w tym mieszkaniu sama przez tak długi czas. Przyzwyczaiła się nawet do tej ciszy, która na początku ją niepokoiła. Przyzwyczaiła się, że musi zmywać po sobie naczynia. Przyzwyczaiła, że może rozmawiać tylko z Matten. Teraz jednak cisza i samotność były o wiele boleśniejsze i o wiele głośniejsze, wypełniały każdy kąt mieszkania i szumiały, parskały, prychały. Były niemal namacalne i Gwen się ich bała jak jeszcze nigdy w życiu.
Z wysiłkiem wstała, a każdy ruch wydawał się jakiś ciężki i toporny, jakby wykonywała go wbrew sobie. Mogła przecież tu zostać i leżeć, leżeć, leżeć; nikomu by to nie przeszkadzało, nikogo by to nie obchodziło. Postanowiła jednak, że coś zmieni, ale do tego potrzebowała innego człowieka, który zagłuszyłby tę ciszę i samotność, który nie znał małej Gwendolyn i nie zastanawiał się, kiedy znów jej się coś nie uda. Potrzebowała całkiem nowego człowieka, który pomógłby jej się skonstruować taką, jaką chce być. I na szczęście taki właśnie człowiek mieszkał tuż obok niej.
Poszła do łazienki, żeby przemyć twarz wodą. Toporność ruchów i pustkę zaczęła zastępować determinacja. Gwen nie chciała być marionetką i wieczną ofiarą, wiedziała, że może to zmienić. Nie musi po raz kolejny uciekać tylko dlatego, że jej kryjówka została namierzona. Nic nie jest przesądzone, a ona może zapanować nad własnym losem, jeśli tylko znajdzie innego człowieka, który jej pomoże, który podpowie, co może zrobić. Do tej pory mogła liczyć na Ingrid, ale najwyraźniej te czasy już minęły i teraz potrzebowała kogoś innego.
Nie była pewna, co chce zrobić, kiedy zapukała do drzwi Davida. Nie była pewna nawet, czego od niego oczekuje, ale miała przeczucie, że jeśli ktoś może jej pomóc poukładać życie, to właśnie on. Że jeśli może na kogoś liczyć – to właśnie na niego. Nieważne, w jakim stanie się znajdowała i jak wyglądała (a domyślała się, że wygląda jeszcze gorzej niż się czuje).
Kiedy więc David otworzył drzwi, rzuciła mu się na szyję i mocno, mocno przytuliła.
– Gwen? Co się stało? Co ro…
Nie zdążył dokończyć, bo niedawno odnaleziona determinacja Gwen, która teraz nią kierowała, uznała, że będzie to odpowiedni moment, żeby go pocałować.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s