Część dziewiąta, w której zostają podjęte pewne decyzje

– Och, przepraszam! – krzyknęła Gwen, cudem tylko łapiąc talerz, który prawie spadł na podłogę.
Gdyby się rozbił, wszyscy znów patrzyliby na nią spode łba, jakby robiła to specjalnie. Panna Ketteridge nie miała żadnych ukrytych głęboko ciągot do niszczenia zastawy należącej do jej pracodawców, ale trudno ich było do tego przekonać, kiedy w ciągu tygodnia zbiła dwie szklanki i jeden talerz. Póki co byli na tyle uprzejmi, by nie potrącać jej tego z pensji, ale w powietrzu wisiała niewypowiedziana groźba, że po którymś naczyniu ich dobroć się skończy, a Gwen będzie musiała za wszystko zapłacić – do ostatniego pensa.
– Co się z tobą dzieje? – zapytała Alice, przyglądając się uważnie koleżance z pracy.
– Nic, miałam stresujący tydzień – westchnęła Gwen, zerkając na salę. Do końca zmiany pozostało pół godziny. Miała ochotę czym prędzej wyjść i pobiec do mieszkania.
– Stresujący? – zapytała Alice z uśmieszkiem, który miał sugerować, że wie lepiej. – Widzę, że ciągle patrzysz na zegarek. Znalazłaś sobie faceta?
– C-co? Nie! Żadnego faceta, a skąd – zaprzeczyła Gwen, co wywołało głośny śmiech Alice.
Prawda była taka, że choć od feralnej niedzieli, kiedy dowiedziała się wszystkiego na temat żony Davida, upłynął już ponad tydzień, a ona nadal nie wiedziała, jak powinna na to wszystko reagować. Wydawało jej się, że gdyby próbowała teraz zbliżyć się do niego w jakiś sposób, byłoby to wykorzystywanie sytuacji; w końcu wiedziała, że cierpiał i potrzebował kogoś, kto bezinteresownie chciałby go wspierać. Z drugiej strony, gdyby oddaliła się od niego, mógłby pomyśleć, że opowieść o Amy ją odstraszyła, a wcale tak nie było. Gwen nie była pewna, co powinna myśleć o Amy, ale nie postrzegała jej jako „mrocznej przeszłości” Davida.
W efekcie oboje nie byli pewni, jak powinni się zachowywać. David oddał stery w ręce Gwen, większość czasu wolnego od pracy spędzając właśnie z nią, ewentualnie przeglądając katalogi mebli. Jego kuchnia nadal nie nadawała się do użytku, choć udało im się pozbyć wszystkiego, co zostało zniszczone i nie nadawało się do naprawy. W tej chwili David był posiadaczem lodówki, kuchenki, dwóch szafek (w tym jednej bez drzwiczek) i nowego czajnika, bo jego zniknął w tajemniczych okolicznościach w czasie sprzątania. Nowy czajnik napawał go pewnego rodzaju dumą, choć jednocześnie był bolesnym przypomnieniem, że Amy nie miała już prawa głosu w kwestii wystroju kuchni. Jej biały czajnik w poziomki zniknął, a jego miejsce zajął czarny czajnik elektryczny. Duża zmiana.
W każdym razie Gwen nie do końca zarejestrowała moment, w którym w jej ręce trafiły stery ich przyjaźni czy tego, co ich łączyło. Nie potrafiła tego zdefiniować, ale też i nie próbowała; raz spędziła pół nocy na rozważaniu wszelkich za i przeciw, wszelkich zaleceń i przeciwwskazań, wszelkich konsekwencji i następstw. Rozbolała ją tylko głowa, a następnego dnia rano odkryła, że Matt zwymiotował na kartkę, na której sporządzała tę listę. Uznała, ze to był znak, że nie powinna zaprzątać sobie tym głowy i zobaczyć, co przyniesie los.
Oznaczało to, że – metaforycznie rzecz ujmując – znajdowali się w wagonie bez lokomotywy, który chwilowo toczył się całkiem wolno, ale nikt nie wiedział, czy przypadkiem nie czeka na nich zjazd z górki lub konieczność wepchnięcia wagonu pod górę, co mogłoby się okazać za trudne.
Póki co jednak poprzestawali na tym, co wydawało im się łatwe. Gwen nadal dostawała w restauracji jakiś posiłek, który zabierała do domu. Po drodze do mieszkania pukała do drzwi Davida, który z ciągu kilku minut zjawiał się w jej kuchni. Czasami jadł to, co przyniosła, czasami oferował jej coś, co sam zjadł na obiad (pierwszego dnia, kiedy przyniósł jej przepyszne danie, nie mogła przestać chwalić jego zdolności kulinarnych; to sprawiło, że przyznał, że nie potrafi najlepiej gotować, a jego repertuar ogranicza się do kilku dań, które umożliwiają przeżycie, ale nie są tak wystawne, żeby serwować je Gwen). Zwykle pili później herbatę i rozmawiali na różne tematy, najczęściej możliwie neutralne, związane z pracą lub poczynionymi w ciągu dnia obserwacjami. Żadne z poruszanych przez nich tematów nie były jednak poważne, nie wymagały zatapiania się w niechciane pokłady wspomnień czy refleksji. Starali się robić wszystko, żeby ich kontakty pozostały ciepłe i przyjazne, utrzymane w lekkiej atmosferze. Obojgu to odpowiadało – David najwyraźniej potrzebował po prostu przyjaciela, a Gwen z kolei z każdym dniem przekonywała się, że może lepiej nie zmieniać niczego i pozwolić, żeby zostali po prostu przyjaciółmi. Że być może Matt wiedział, co robi, kiedy zniszczył jej listę.
– Skoro nie masz żadnego faceta – zaczęła Alice, kiedy zabrała już naczynia z ostatniego stolika w jej sekcji – to może chcesz znowu skoczyć do klubu? Zabawimy się.
Gwen pokręciła głową.
– Nie mogę, muszę wracać do domu – odpowiedziała.
Alice spojrzała na nią pytająco, ale Gwen przez dłuższą chwilę milczała, bawiąc się talerzem, który trzymała w ręku.
– Więc?
– Co więc? – Gwen spojrzała na nią z nadzieją, jakby liczyła, że dzięki temu Alice zmieni temat i przestanie ją dręczyć.
– Dlaczego mnie wystawiasz? Nie bawiłaś się dobrze poprzednim razem?
Panna Ketteridge spojrzała na nią z niedowierzaniem. Jak mogła posądzać ją o to, że to ona kogokolwiek wystawia? Poprzednio została porzucona w obcym klubie z obcymi ludźmi, ba, w obcym mieście nawet. Mogło jej się coś stać, mogła złamać obcas albo zostać porwana, albo wypić za dużo. Alice zostawiła ją samą praktycznie chwilę po przekroczeniu progu, a teraz próbowała sugerować, że to Gwen ją porzuciła? Nic z tego! Gwen nie pozwoli się postawić w takiej pozycji, będzie się bronić.
– N-nie, nie o to chodzi – wybąkała w końcu, choć w głowie przygotowała już sobie całą przemowę.
– Więc o co? Nie rozumiem cię, Gwen. Mówisz, że nie masz faceta, a nie chcesz żadnego znaleźć. – Alice spojrzała na nią uważnie. – Może wolisz dziewczyny, co?
Gwen westchnęła.
– Nie potrzebuję teraz faceta – odpowiedziała Gwen, a jej głos świadczył o tym, że silnie wierzy w to, co mówi. W rzeczywistości nie była aż tak przekonana, chociaż kiedy usłyszała własne słowa, zdała sobie sprawę, że może ma rację. To była dziwna myśl, ale postanowiła, że odłoży cały ten problem na później.
Alice przewróciła oczami.
– Jasne, że potrzebujesz, przecież widzę, że dostajesz jedzenie z naszej kuchni. Nie lepiej, gdyby ktoś cię zabierał na kolacje?
Gwen spojrzała na nią zaskoczona. Kiedyś Ingrid powiedziała jej coś podobnego, ale nie spodziewała się, że usłyszy takie słowa jeszcze od kogoś. Wydawało jej się, że – być może – mugole nie byli tak pozbawieni… no, tego, czego brakowało Ingrid, a czego nie próbowała nazywać, żeby nie zacząć myśleć o niej źle. Powinna była w końcu wbić sobie do głowy, że mugole tak naprawdę nie różnią się od ludzi, których poznała w magicznym świecie.
– Co? – zdziwiła się Alice. – Z facetami jest zabawniej, nie zaprzeczysz chyba?
– Ta-ak, czasami – przyznała Gwen, ale w jej myślach szybko pojawił się obraz Castora. Nawet jeśli teraz żałowała, że kiedykolwiek go poznała, musiała przyznać, że na samym początku znajomości bawiła się świetnie.
– W takim razie w czym problem?
– Po prostu nie jestem w nastroju. Wolę teraz pobyć sama.
Alice spojrzała na nią, jakby czekała, aż Gwen zacznie recytować mongolską poezję ludową albo żonglować talerzami. To było jedno z dziwniejszych stwierdzeń, jakie słyszała.
– Jak można woleć coś takiego? – zmarszczyła nos. – Nie przypominam sobie, żebym była sama dłużej niż tydzień, odkąd skończyłam piętnaście lat.
Gwen pokiwała głową. Też kiedyś zastanawiała się, jak ktoś może dobrowolnie decydować się na samotność. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział jej, że dobrowolnie odetnie się od wszystkich znajomych i praktycznie całej swojej przeszłości, wybuchłaby śmiechem i kazałaby mu przestać pić Ognistą.
– Powinnaś spróbować – powiedziała cicho, odkładając talerz, który cały czas trzymała w dłoniach. – Czasami warto zrobić coś, na co wcześniej nigdy by się nie zdecydowało.
Alice wzruszyła ramionami.
– Pewnie warto – mruknęła obojętnie. – To może chcesz gdzieś wyskoczyć jutro?
– Nie, jestem zajęta, przepraszam – odpowiedziała Gwen, zerkając na zegar. Naprawdę chciałaby już być w domu.
– W takim razie baw się dobrze. Wiem, że ja będę. – Alice uśmiechnęła się do niej i Gwen odpowiedziała podobnym uśmiechem.
Kiedy w końcu wskazówki zegara wskazały odpowiednią godzinę i Gwen mogła wyjść z pracy, zabrawszy przygotowany wcześniej obiad, czuła, że musi sporo przemyśleć. Cieszyła się, że czeka ją spacer przez miasto; początkowo czuła się nieswojo, chodząc po nocy bez różdżki, ale z czasem się przyzwyczaiła. Nadal niepokoiły ją złowrogie szelesty, ale wiedziała, że za większość tych dźwięków odpowiedzialne są dzikie koty, które ani trochę jej nie przerażały.
Noc była całkiem ciepła, a księżyc świecił jasno, dało się nawet dostrzec gwiazdy. Gwen postanowiła, że przystanie przy parku, może usiądzie na ławce i przyjrzy się im bliżej. Powinna też przyjrzeć się bliżej swoim uczuciom, ale w tym momencie gwiazdy wydawały jej się o wiele ciekawsze. Nie patrzyła na nie od czasu, kiedy zaplanowali z Davidem tę feralną wyprawę. Później żadne z nich nie poruszało tego tematu, co trochę ją męczyło. Nie zauważała tego na co dzień, zbyt zadowolona, że ma z kim rozmawiać, by zwracać uwagę na to, jak puste były ich konwersacje. Mieli być przyjaciółmi, ale czy przyjaciele nie rozmawiali o czymś poważniejszym niż pogoda czy zachowanie klientów restauracji? Owszem, David zwierzył jej się z najbardziej traumatycznego doświadczenia, jakie miało miejsce w jego życiu, ale nigdy do niego nie wracali. Gwen nie miała nawet okazji zareagować w jakikolwiek sposób. Co prawda nadal nie była pewna, jak by zareagowała, gdyby miała okazję, ale…
Nie, prawda jest taka, że mogła się do tego odnieść w jakikolwiek sposób, ale uznała, że nie powinna przywoływać tak bolesnego tematu. Schowała głowę w piasek i pozwoliła, żeby mówili o niczym. Była tchórzem, nawet jeśli udawała, że robi to po to, żeby nie zranić uczuć Davida. Z drugiej jednak strony – co by to zmieniło, gdyby wróciła do tematu Amy? W żaden sposób nie ukoiłaby bólu, który David odczuwa po jej stracie, nie zastąpiłaby jej, nie zepchnęła do sfery wspomnień. Nawet gdyby próbowała. David nadal ją kochał, widziała to w jego oczach, kiedy wynosili worki ze śmieciami, kiedy przestawiał zniszczoną figurkę delfina, kiedy patrzył na nowy czajnik, jakby jego widok go obrażał. Gwen nie powinna w to ingerować – nie powinna udzielać żadnych rad ani próbować wypełnić pustkę, która powstała w jego życiu po śmierci Amy. Tak, teraz widziała to wyraźnie; o ile kilka dni temu miała jeszcze wątpliwości, o tyle teraz, tutaj, na tej ławce i pod tymi gwiazdami była pewna. Gdyby próbowała czegokolwiek z Davidem, czułaby się nie w porządku wobec siebie i wobec niego. Do tego podejrzewała, że nawet gdyby zgodził się wyjść z nią na elegancką kolację, taką, na którą nie chodzili przyjaciele i która kończyła się mniej lub bardziej romantycznym pocałunkiem, to zrobiłby to tylko dlatego, że chciałby wypełnić pustkę po Amy. Mógłby ją wypełnić kimkolwiek i Gwen nie chciała, by pewnego dnia oboje sobie to uświadomili. Oczywiście nie podejrzewała, by mógł to zrobić specjalnie, ale i tak nie chciała dopuścić do sytuacji, w której byłaby z kimś tylko dlatego, że oboje nie chcieli być samotni.
Westchnęła i spojrzała na reklamówkę, w której znajdowała się ich kolacja. Jedzenie posiłków z Davidem wydawało jej się tak naturalne, nie chciała tego zmieniać. Nie powinna tego zmieniać, w końcu mogli być najlepszymi przyjaciółmi. Nie musieli sypiać ze sobą, by być blisko. I Gwen chciała być blisko, przecież go lubiła. Po prostu znajdowali się w nieodpowiednim momencie. Oboje.
Wstała z ławki, nagle przepełniona siłą nowego postanowienia. Wiedziała już, co powinna robić, jak się zachowywać i jakie tematy poruszać w rozmowie z Davidem. Wiedziała też, że jeśli się nie pospieszy, to i David, i Matt padną z głodu, a przynajmniej będą udawali, że niewiele brakowało. Gwen uśmiechnęła się sama do siebie. Nie mogła zrozumieć, dlatego jej kot nie lubił Davida, ale w ostatnich dniach stało się jasne, że Matt postrzegał go jako osobistego wroga, którego chciał zniszczyć lub przynajmniej wyrzucić z mieszkania. Gwen nie wiedziała, ile razy musiała za niego przepraszać lub zamykać go w łazience, żeby nie próbował drapać, gryźć i zabierać jedzenia z talerza Davida, którzy wcale nie przejmował się zachowaniem kota, czasami żartując, że Matt broni swojego terytorium, innym razem zwyczajnie je ignorując. Matt nigdy go nie ignorował; jeśli nie przeprowadzał ataku, czaił się gdzieś i bacznie obserwował, gotów w każdej chwili rzucić się z pazurami na Davidową łydkę. Gwen całkiem nie rozumiała, czemu tak się zachowywał – do tej pory akceptował wszystkich jej znajomych, pamiętała nawet, że często leżał na kolanach Castora, jeśli nie…
Potrząsnęła głową. Nie miała zamiaru myśleć teraz o Castorze. Miała dom, do którego musiała dotrzeć, i kilka pustych żołądków do wypełnienia. Miała swój świat i nie było w nim miejsca dla Castora.
Kiedy jednak dotarła do mieszkania (wcześniej zapukawszy do drzwi Davida), Matt wcale nie dawał jej do zrozumienia, że jest zaniedbany i słania się z głodu. Nie dawał jej nawet do zrozumienia, że powinna się wstydzić z jakiegoś nieznanego ani jej, ani jemu powodu. Właściwie nic nie dawał jej do zrozumienia. Leżał na lodówce i gdyby nie zwisający ogon, mogłaby go w ogóle nie zauważyć.
– Złaź stamtąd natychmiast – fuknęła. Nie chciała, żeby każdy produkt, który będzie wyciągać z lodówki, by oblepiony kocim futrem
Matt ziewnął, przeciągnął się, obrócił, by spojrzeć na nią z wyższością, a potem znów zwinął się w kłębek i zasnął.
– Nie możesz tego robić! – krzyknęła na niego Gwen, zbyt zajęta przygotowywaniem kolacji, żeby wejść na stołek i go stamtąd zdjąć.
– Coś się stało? – zapytał David, który wszedł do mieszkania. – Dzień dobry, Gwen.
Gwen się do niego uśmiechnęła, po czym machnęła ręką w ogólnym kierunku lodówki.
– Matt znowu sprawia kłopoty. Ale chyba go tam zostawię, nie mam siły się z nim szarpać, jestem głodna jak wilk.
– Gdyby nie to, że pewnie straciłbym rękę, to zaproponowałbym, że go stamtąd zdejmę – zaśmiał się David. Miał już na rękach kilka śladów po konfrontacji z pazurami Matta, więc wiedział, że jeśli kot nie chciał zmieniać miejsca, w którym akurat leżał, nie należało podejmować tego rodzaju decyzji za niego.
– Nie wiem, co się z nim dzieje, nigdy się tak nie zachowywał – westchnęła Gwen.
– Nigdy nie spał tam, gdzie chciał, i nigdy nikogo nie ignorował? Naprawdę? – David posłał jej sceptyczne spojrzenie.
Tym razem to Gwen się zaśmiała.
– Oczywiście, że tak robił, przecież to Matt. Chodziło mi o to drapanie. Zawsze tylko patrzył na ludzi z wyższością, czasami ich ignorował, ale nigdy nie próbował ich zabić.
David wzruszył ramionami.
– Po prostu mnie nie zna, kiedyś mu przejdzie. Nie wiem, może w ten sposób daje mi do zrozumienia, żebym zmienił żel pod prysznic albo płyn do płukania ubrań.
– Może faktycznie musi się po prostu do ciebie przyzwyczaić. A ja muszę pamiętać, żeby mu podcinać pazury, to powinno wiele ułatwić.
Zaśmiali się, po czym David zaczął opowiadać o jakimś programie, który oglądał w telewizji. Gwen słuchała z uwagą, jednocześnie przenosząc talerze z kolacją do salonu, a następnie kompletując sztućce i zalewając herbatę wodą. Nie miała pojęcia, gdzie znajdowały się rafy koralowe, o których David opowiadał, ale chciałaby je kiedyś zobaczyć.
– Matt znowu się gdzieś czai – rzuciła, kiedy mieli już wracać do salonu.
Faktycznie, na lodówce nie leżał już czarno-biały kłębek futra. Jak się szybko okazało, kłębek w magiczny sposób przemieścił się do salonu, gdzie właśnie pożerał kawałek mięsa leżącego na talerzu. Ani Gwen, ani Davidowi nie umknął fakt, że kot wybrał talerz, z którego zwykle jadł David. Żadne z nich nie powiedziało tego na głos, żeby nie wyjść na paranoika, ale oboje mogli przysiąc, że Matt, który skończył już jeść mięso i usiadł, by umyć łapkę i pyszczek, patrzy na nich wyzywająco i uśmiecha się złośliwie.
Wyglądało na to, że choć Gwen podjęła wcześniej decyzję o tym, by zatrzymać Davida w swoim życiu i obsadzić go w roli najlepszego przyjaciela, Matt podjął całkiem inną decyzję odnośnie jego osoby.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s