Część dziesiąta, w której przedstawiona zostaje sieć wzajemnych animozji

            Matt nie znosił Davida bez jakiegoś widocznego powodu. Im bardziej jednak David starał się być dla niego miły (kupił mu jakieś kocie przysmaki, a później mysz-zabawkę), tym bardziej Matt był zdecydowany zmienić jego życie w piekło. Z czasem stało się jasne, że większość spotkań Gwen i Davida będzie musiało odbywać się w jego mieszkaniu, jeśli David nie chciał przerywać co chwilę rozmowy, żeby zdezynfekować ranę, albo jeśli Gwen nie chciała co chwilę wstawać i zaglądać do łazienki, w której zamknęła bardzo niezadowolonego z tego faktu kota. Matt dokładał wszelkich starań, żeby zniszczyć łazienkę, więc siłą rzeczy nie mógł być w niej zamykany na długo. Gwen nie stać było na gruntowny remont, a do tego mieszkanie było wynajęte, co w ogóle komplikowało sprawę. Ostatecznie więc wspólne kolacje przeniosły się do mieszkania Davida, który ukończył już remont kuchni. Teraz wyglądała zupełnie inaczej, była biała i wcale nie tak przytulna jak poprzednia. David wynajął nawet ludzi, którzy przemalowali ściany, a później – razem z Gwen – wybrał proste, białe meble. Wszystko było tak białe, że Gwen czasami kręciło się w głowie, kiedy tam siedziała, ale nie mówiła ani słowa. W końcu byli przyjaciółmi i powinna go wspierać w próbach zmiany tych aspektów życia, z którymi źle się czuł.
David nie mówił ani słowa na temat swoich odczuć związanych z osobą Emily, ale Gwen mogłaby się założyć o własną różdżkę, że jej nie lubi. Panna Ketteridge w którąś sobotę postanowiła spotkać się z Emily na kawie i porozmawiać na temat przeczytanych książek. Emily obiecała, że przyprowadzi ze sobą jakichś znajomych i poprosiła, by Gwen zrobiła to samo. W ostatecznym rozrachunku David znalazł się w towarzystwie pięciu rozchichotanych kobiet, które dyskutowały zawzięcie na temat jakiejś książki, którą przekartkował, a następnie odłożył, z trudem ukrywając niesmak, jaki malował się na jego twarzy. W kawiarni rozmawiały jednak o innej książce, której nie czytał, toteż skupił swoją uwagę na składaniu serwetki w żabę, a kiedy skończył ze swoją, stworzył tulipan z serwetki Gwen. Już dawno zjadł kawałek szarlotki i wypił kawę, był całkowicie gotowy zapłacić za siebie i za Gwen (w końcu tak wypada, prawda?) i wyjść, nawet jeśli przez całe popołudnie Matt miałby wbijać pazury w jego łydkę. Nic z tego, Emily – nieformalna przewodnicząca zgromadzenia – była zdecydowana omówić każdy akapit, każdy dialog, każdą kropkę. David pamiętał, że stłumił wtedy ziewnięcie, ale najwyraźniej jego znudzona mina została zauważona (a może Emily dostrzegła, że próbował zabrać trzecią serwetkę?), bo postanowiła zmienić temat i przejść do omawiania kolejnej książki. Tej, którą przekartkował. Jeszcze bardziej skupił swoją uwagę na serwetkach. Rozprostował żabę i zaczął składać ją w coś trudniejszego, co wymagało więcej skupienia. Nie interesowało go, o czym mówią inne osoby siedzące przy stole, nawet jeśli ignorowanie ich okrzyków zachwytu do łatwych nie należało. W końcu jednak Emily wykrzyknęła, że jest to najwspanialsza książka, jaką w życiu czytała, i nawet wytatuowała sobie na ramieniu cytat. Rozciągnęła sweter i przesunęła ramiączko stanika, żeby wszyscy siedzący przy stole mogli przeczytać. David też przeczytał. Umiera się nie po to, żeby przestać żyć, ale po to, by żyć inaczej, co za bzdura. Chyba nawet wypowiedział to na głos, bo przy stoliku zapadła cisza. Nie był pewny, ale kiedy zauważył, że oczy wszystkich skierowane są na niego, wypowiedział się dość ostro na temat. Pamiętał, że mówił coś o umieraniu jako o przeciwieństwie życia, czymś ostatecznym; mówił też o słowach, które zaczęły tracić swoje znaczenie, układanych w piękne zdania, które niczego nie znaczyły. Mógł wspomnieć coś o tym, jak źle świadczy o kimś wybór tego rodzaju idiotyzmu na motto życiowe czy innego znaczący cytat, zasługujący na wtłoczenie pod skórę do końca życia. Może powiedziałby coś więcej, ale Gwen szarpnęła go za rękaw i zamilkł. Zdał sobie sprawę, że powiedział za wiele, więc opuścił głowę i usiadł. Gwen nerwowo poruszyła się w fotelu, po czym spojrzała na zegarek i wybąkała coś o umówionym spotkaniu, o którym ona i David całkiem zapomnieli, ale na którym koniecznie muszą się stawić. Przeprosiła Emily i odeszli. David nie powiedział ani słowa na temat Emily ani jej przyjaciółek, ale Gwen wiedziała, że odczuwa do niej głęboką niechęć wywołaną przepaścią światopoglądową. Sama panna Ketteridge czuła, jakby to spotkanie postarzyło ją o kilka lat, ale nie wiedziała, czemu dokładniej. Przez jakiś czas uważała, że jest to faktycznie niezła książka, ale kiedy pomyślała o wspomnianym cytacie, a potem o wspomnieniach Davida związanych z Amy… mogła zrozumieć jego zachowanie. Problem polegał jednak na tym, że o ile mogła je zrozumieć i mogła zrozumieć zachwyt Emily, to nie wiedziała, gdzie w tym wszystkim sytuuje się ona sama. Tamtego popołudnia jednak wróciła z Davidem do mieszkania, zjedli lody bakaliowe i obejrzeli jakiś głupi film.
Emily nie wypowiadała się na temat tamtego dnia, całkiem jakby nie miał miejsca. Traktowała Gwen odrobinę chłodniej – a może to tylko wyobraźnia Gwen? – ale w którymś momencie stało się jasne, że nie znosiła Alice. Nie miały ze sobą kontaktu, bo widywały się tylko przy przekazywaniu zmiany, ale wtedy ich wzajemna niechęć stawała się tak widoczna, że Gwen nie mogła zrozumieć, dlaczego nie zauważyła jej wcześniej. Zapytana o całą sprawę, Emily tłumaczyła, że kiedyś Alice chciała się z nią zaprzyjaźnić, ale szybko stało się jasne, że Alice nie potrafi być niczyją przyjaciółką.
Alice nie rozumiała uprzedzeń Emily wobec jej osoby i informowała o tym Gwen co jakiś czas. Zwykle co dwa tygodnie, kiedy trzeba było ustalać harmonogram zmian i stawało się jasne, że Emily i Alice nie mogą pracować razem. Była natomiast zła na Gwen, że ta konsekwentnie odrzucała każde zaproszenie do klubu. W końcu, na początku listopada, kiedy panna Ketteridge czuła, że traci panowanie nad własnym życiem, zgodziła się i okazało się, że wyjście to niemal w niczym nie różniło się od poprzedniego. Alice po raz kolejny zabrała koleżanki, które porzuciła przy pierwszym stoliku, skazując tym samym Gwen na towarzystwo wstawionej nieco Mindy.
Okazało się, że Mindy też jest wkurzona i kiedy alkohol krążył po jej żyłach – nie wahała się o całej sprawie opowiedzieć. Jakaś jej kuzynka, z którą Mindy utrzymywała dość ciepłe stosunki, przeżyła jakieś wyjątkowo trudne zerwanie. Mindy nie udało się przypomnieć sobie dokładnej przyczyny – tak samo jak Gwen nie udało się zrozumieć, czemu Mindy siedzi w klubie, zamiast pocieszać kuzynkę – ale przez długi czas opowiadała najróżniejsze historie o tej kuzynce i o jej chłopaku. Nie było to łatwe ze względu na warunki, w jakich się znajdowały, ale do ucha panny Ketteridge dobiegało o wiele więcej słów, niżby chciała. Nie chciała w ogóle słyszeć o cudzych związkach, zwłaszcza tych szczęśliwych – a związek kuzynki Mindy na taki wyglądał, to znaczy póki się nie rozpadł. Gwen wróciła tego dnia do domu bardzo zdołowana i czuła się jeszcze bardziej samotna niż zwykle. Nawet znajomy ciężar Matta na głowie nie pomógł jej się poczuć lepiej. Nie miała jednak śmiałości iść do Davida i namówić go na całonocny maraton filmowy – miała wrażenie, jakby cały ten wieczór był nierzeczywisty. Gwen przecież nie bywała w klubach, nie słuchała opowieści o cudzych wnioskach i nie próbowała żadnych kolorowych drinków, których nazwy słyszała po raz pierwszy. Wolała myśleć, że ten wieczór w ogóle nie miał miejsca, a skoro nie miał miejsca, to nie było sensu mówić o nim Davidowi.
Kuzynka Mindy na pewno była wściekła na swojego chłopaka, ale Gwen na szczęście nie miała okazji tego słyszeć, bo nigdy jej nie poznała.
Chłopak kuzynki Mindy, Julius, miał na pewno wiele powodów, by być złym na wspomnianą kuzynkę, której imienia Gwen nigdy nie poznała, ale pod koniec listopada i w połowie grudnia na jego czarną listę trafili kolejno: David, Matt, Mindy i Gwen. Pannie Ketteridge wydawać się mogło, że prawdopodobieństwo spotkania kogoś, o kim tyle słyszała z ust Mindy, było niewielkie, dlatego też nie połączyła chłopaka z opowieści z Juliusem, który pewnego dnia pojawił się w jej restauracji, a później zaczął pojawiać się częściej, raz po raz zapraszając ją do kina lub na kolację. Był całkiem uroczy, opowiadał zabawne kawały (choć nie wszystkie rozumiała), a do tego był artystą. Gwen nie wiedziała wiele o sztuce, w świecie magicznym nikt nie przejmował się przekazywaniem wiedzy o prerafaelitach lub surrealistach. Nie wiedziała więc, czy Julius naprawdę jest utalentowany, ale sposób, w jaki traktował swoje obrazy, pozwalał jej twierdzić, że pewnie wie, co robi. Gwen nie ukrywała, że była nim zainteresowana – nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto w tak swobodny sposób podchodził do świata, skupiając się jedynie na sztuce, która w życiu panny Ketteridge była praktycznie nieobecna. Do tego Julius wyróżniał się w tłumie – ubierał się niekonwencjonalnie, czesał dziwacznie, a w lewym uchu nosił wielkie, złote kółko, które, jak sam twierdził, było manifestem światopoglądowym. Gwen nie rozumiała przesłania tego manifestu, ale przyjęła w końcu zaproszenie do kina. Niewiele pamiętała z filmu, choć sama wizyta w kinie była dla niej nieco stresująca (wcześniej była w kinie tylko raz, z Davidem); Julius ciągle komentował jakieś sceny czy dialogi, a kiedy już milczał, próbował położyć dłoń na ramieniu Gwen i przyciągnąć ją do siebie, na co nie pozwalało oparcie fotela, uciskające jej żebra. Zgodziła się jednak na kolejne spotkanie i kolejne, i kolejne, aż w końcu ich spotkania stały się tak naturalną rzeczą, że nie wyobrażała sobie dnia bez Juliusa. Kolacje z Davidem stały się nieregularne, ograniczały się do góra dwóch tygodniowo, co czasami wywoływało w niej wyrzuty sumienia. Później jednak widziała uśmiech Juliusa i zapominała o wszystkim. Być może zapominała za szybko, bo jakieś dwa tygodnie po tej pierwszej wyprawie do kina wylądowali w łóżku i od tego czasu lądowali tam niezwykle często. Wtedy jeszcze panna Ketteridge nie zdawała sobie z tego sprawy, ale był to jedyny możliwy obrót spraw, jeśli nadal chcieli spędzać ze sobą czas – nie mieli żadnych wspólnych tematów, a milczenie w swoim towarzystwie nie należało do działań szczególnie zacieśniających więzi. Musieli zacieśniać je jakoś inaczej, jakby cielesna bliskość mogła zastąpić tę psychiczną. W każdym razie w ostatnim tygodniu listopada nastąpiło nieuchronne: Julius i David się poznali. Spotkanie to nie należało do najprzyjemniejszych, bo David stał na wycieraczce z wyjątkowo głupią miną, a Julius, który otworzył drzwi, miał na sobie tylko przykrótki szlafrok Gwen. David oczywiście szybko się wycofał, ale Julius długo jeszcze pomstował na „nachalnego starucha, który musi się napraszać”. Gwen próbowała bronić swojego przyjaciela, ale jedno spojrzenie Juliusa dało jej do zrozumienia, że powinna zamilknąć. Kiedy później o tym myślała – zastanawiała się, dlaczego właściwie zamilkła. Nie miało to jednak większej różnicy, bo o ile David ignorował obecność Juliusa w życiu Gwen i starał się zachowywać pozory normalności, o tyle Julius ciągle narzekał, że Gwen nie powinna spędzać z Davidem tyle czasu. W tym momencie David znalazł najbardziej niespodziewanego sojusznika – Matta. Od chwili niezręcznego spotkania dwóch mężczyzn, kot zmienił front. Nie tylko przestał atakować Davida, kiedy go widział (co zdarzało się znacznie rzadziej niż dawniej), lecz także zaczął fukać na sam widok Juliusa, skutecznie uprzykrzając jego życie do tego stopnia, że artysta przestał bywać w mieszkaniu Gwen. Panna Ketteridge nadal jednak go odwiedzała, choć zaczynały ogarniać ją wątpliwości, czy Julius jest naprawdę tak wspaniałym facetem, jak jej się wydawało. W drugim tygodniu grudnia stało się jasne, że nie jest. W restauracji pojawiła się Mindy, która chciała zamienić dwa słowa z Alice, ale rozmowa zeszła jakoś na temat facetów i Gwen pokazała jej zdjęcie Juliusa. Mindy natychmiast rozpoznała go jako byłego swojej kuzynki, o którym wcześniej opowiadała te wszystkie historie. Doradziła Gwen, żeby jak najszybciej zakończyła tę znajomość, na co Gwen początkowo nie mogła się zdecydować. Zaczęła obserwować go jednak o wiele uważniej, już nie z perspektywy zakochanej i ślepo w niego zapatrzonej dziewczyny, ale uważnej młodej kobiety, która nie chciała mieć złamanego serca. Ostatecznie jednak wspomniane serce zostało brutalnie złamane, kiedy wpadła na Juliusa całującego jakąś nieznaną jej brunetkę. Próbował tłumaczyć, że jest to jego kuzynka, ale Gwen nie mogła sobie wyobrazić, czemu czyjakolwiek kuzynka chciałaby być całowana w ten sposób. Julius przeszedł do historii, oczywiście wściekły na Davida (który na pewno zasiał ziarno niepewności w jej głowie), Matta (który był głupim futrzakiem), Mindy (która wtrącała nos w nieswoje sprawy) oraz Gwen (która zachowała się jak dziecko i popełniła błąd). Być może wściekł się też na brunetkę, tego panna Ketteridge nie wiedziała, bo zostawiła ich samych tak szybko, jak tylko mogła – zła na siebie i na niego.
Nie był on jednak jedyną osobą, na którą Gwen była wściekła. Jej złość nigdy nie była zbyt długotrwała, ale niektóre osoby lub zdarzenia sprawiały, że panna Ketteridge miała problem z zapominaniem o wszystkim, co się wydarzyło, i zaczynaniem od nowa. W grudniu wróciła do kolacji z Davidem, który nadal nie poruszał tematu Juliusa, nawet kiedy dowiedział się o wszystkim, co zaszło między nim a Gwen. Matt nadal zachowywał się poprawnie i nic nie wskazywało na to, by coś się mogło zmienić; przynajmniej aż do dnia, w którym Gwen znalazła w skrzynce na listy kopertę zaadresowaną pająkowatym pismem matki. Jeszcze zanim przeczytała list, wiedziała, że jej się nie spodoba jego treść. Rodzice nie kontaktowali się z nią tyle czasu, skąd ta nagła zmiana? Skąd w ogóle mieli jej adres? Z listu okazało się, że od Ingrid, która początkowo nie chciała udzielać im żadnych informacji na temat Gwen, ale z czasem uległa i opowiadała im to i owo. Nie omieszkała też wspomnieć o poważnym i przyszłościowym związku, w jakim Gwen się znajdowała. Państwo Ketteridge nie byli zadowoleni, że ich córka znalazła sobie mugola, ale uznali, że jej zainteresowanie płcią przeciwną jest oznaką, że znormalniała i dorosła. Wydawało im się nienaturalne, że wcześniej z nikim nie chciała się związać (nie wiedzieli bowiem nic o Castorze, a Gwen nie miała zamiaru ich informować). Wyrazili nadzieję, że córka wraz ze swoim mugolem – tak, dokładnie, tak napisali w liście – zjawi się u nich na święta. Dodali też, że niezwykle podobały im się zdjęcia, które dostali od Ingrid. Gwen początkowo nie wiedziała, o jakie zdjęcia chodziło, ale później przypomniało jej się, że zaginęły gdzieś fotografie, które zrobili z Davidem jeszcze w październiku; David upierał się, że skoro ich wycieczka za miasto się nie udała, to powinni ją przełożyć, na co Gwen przystała. Nie wiedziała wtedy, że jednocześnie zgodziła się na kilka godzin uśmiechów do aparatu, co zresztą wcale jej nie przeszkadzało. Nie podobało jej się natomiast, że zdjęcia te trafiły do jej rodziców. Była przekonana, że nie wiedzieli nawet, w jakiej części kraju się znajdowała, więc świadomość, że nie tylko mieli cały czas jej adres, lecz także dostawali krótkie streszczenia każdej wizyty Ingrid sprawiała, że Gwen była krzyczeć ze złości. Nie krzyczała, oczywiście, bo to niczego by nie zmieniło, a panna Ketteridge należała raczej do osób, które cierpią w ciszy i samotności, wiec kiedy jakiś czas później do jej drzwi zapukał David, starała się już zachowywać normalnie. Nie powiedziała mu nic o liście, postanowiwszy, że najpierw rozmówi się z Ingrid, a potem postanowi, co zrobić z zaproszeniem na święta. Nie miała wątpliwości, że było to zaproszenie do jaskini lwa i powinna je odrzucić, jeśli tylko miała odrobinę rozsądku, ale… w końcu to była jej rodzina. Więzy krwi powinny coś znaczyć, prawda? Nawet jeśli w tym momencie miała ochotę po raz kolejny zmienić adres, zabierając ze sobą tylko Matta i Davida.
Ingrid nie zdawała sobie sprawy, że Gwen jest na nią zła. Prawdę mówiąc, sama była wściekła na tyle osób, że Gwen mogła wziąć numerek i ustawić się w kolejce, Ingrid zupełnie nie sprawiało to różnicy. Londyn przed świętami był zatłoczony i po prostu koszmarny, szczególnie dla kogoś, kto świąt nie obchodził i nie uznawał. Wszędzie jednak rzucały się w oczy ozdoby – nawet w Ministerstwie, co przecież nie miało sensu. Ingrid musiała je tolerować, nawet jeśli najchętniej zerwałaby je wszystkie i spaliła w najbliższym kominku. Albo lepiej na stosie, mogłaby tam wrzucić jeszcze parę osób, które ją irytowały, i tym samym pozbyć się problemu. Nawet jeśli stosy były nielegalne. Nastroju Ingrid nie poprawił też fakt, że na wycieraczce przed swoimi drzwiami znalazła nieproszonego gościa, który miał dostatecznie dużo przyzwoitości, by nie próbować otwierać mieszkania siłą. Wątpiła, by mu się udało, ale już dawno nauczyła się, że zawsze należy mieć oko na osobników zainteresowanych czarną magią. Nawet jeśli wydawali się równie nieszkodliwi jak Mortimer – bo jak ktoś o tak idiotycznym imieniu może być groźny?, myślała – i ciągle wodzili za nią smutnymi oczami spaniela, które ledwo było widać zza nieuczesanej szopy jasnych włosów. Mortimer był jednym z tych facetów, którzy kiedyś byli jej do czegoś potrzebni, ale nigdy nie zrozumieli, że to była jednorazowa sytuacja i teraz powinni zabrać swoje zabawki z jej piaskownicy i odejść; nie tylko nie odszedł, ale co jakiś czas pojawiał się na jej wycieraczce z kwiatami czy czekoladkami, które chętnie przyjmowała, a następnie wyrzucała go za próg. Tego dnia była jednak zbyt poirytowana, by poświęcać mu choćby chwilę, ale nie zdążyła mu jeszcze nic powiedzieć, nim wszedł za nią do przedpokoju. Próbował zacząć rozmowę, ale Ingrid z całej siły tupała wysokimi obcasami w terakotę, żeby tylko go zagłuszyć. Nie miała na to ani czasu, ani sił. Niech powie, co ma powiedzieć, i sobie wyjdzie, ten dzień był już wystarczająco zły, Mortimer nie musi dokładać swoich trzech knutów i jeszcze go pogarszać. W tym miejscu trzeba dodać, że Ingrid nie wiedziała o tym, z czego doskonale zdawali sobie sprawę mugole: nigdy nie należy mówić, że dany dzień jest tak zły, że nic nie może sprawi, że będzie gorszy. To jawne wyzwanie rzucane siłom wyższym. Tym razem jakieś siły wyższe musiały słuchać Ingrid, bo kilka minut później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Nie zdążyła nawet nic powiedzieć (a nie byłoby to oczekiwane „Proszę”; raczej coś w rodzaju „Odwalcie się wszyscy ode mnie!”), nim drzwi się otworzyły i do zatłoczonego przedpokoju wpadła Gwen. Musiała się teleportować, bo była roztrzęsiona. Stop, musiała się teleportować, bo w ogóle tu była.
– Ingrid, jestem wściekła, musimy porozmawiać – powiedziała, nie przywitawszy się nawet z przyjaciółką. Chwilę później jej wzrok padł na Mortimera, który nadal idiotycznie stał pod ścianą, zapewne szukając w myślach kolejnych obietnic wiecznej miłości, które mógłby złożyć Ingrid. Gwen zbladła. – M-mortimer? Co się tu dzieje?
Ingrid pomasowała własne skronie, jakby w nadziei, że to oddali nieuchronny ból głowy. Jeszcze tylko tego jej brakowało, jakby ten dzień nie był dość koszmarny. W tym momencie była wściekła na absolutnie wszystkich i nienawidziła całego świata.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s