Część dwunasta, w której świat drastycznie się zmniejsza

            Gwen obserwowała na krajobraz, który zmieniał się w plamy kolorów. Gdyby się skupiła, mogłaby odróżnić poszczególne jego elementy, ale utkwiła wzrok na niewielkiej plamie na szybie, odmawiając patrzenia na cokolwiek innego. Plama kolorów była bardziej wypadkiem przy pracy, w końcu nie mogła jej nie widzieć. Gwen miała wrażenie, że ostatnio w jej życiu zdarzają się wyłącznie wypadki przy pracy i czuła się z tego powodu źle – jakby w jej żołądku zamieszkało coś dużego i oślizgłego, co przemieszczało się, ilekroć pomyślała o popełnionych błędach czy niewykorzystanych szansach.
Był dwudziesty trzeci grudnia, a ona tkwiła w pociągu do Leeds. Kolejny punkt na niespisanej nigdzie liście błędów.
Przypomniała sobie, co dokładnie doprowadziło do tego momentu. Wszystko zaczęło się od listu i od jej wizyty u Ingrid. Była tak wściekła, kiedy wróciła, tak nieszczęśliwa i samotna, że postanowiła zrobić to, co zrobiłaby dawna Gwen, ta, która jeszcze nie poznała Castora. Poszła szukać człowieka, który przywróci jej świat na właściwe tory. Obiecywała sobie, że w świecie mugoli nie będzie próbowała niczego takiego, że będzie trzymać się z dala od wszystkich ludzi, którzy mogą decydować o jej życiu, że weźmie wszystkie sprawy w swoje ręce. A jednak wylądowała na wycieraczce David i rzuciła się na niego, jakby czas spędzony z nim miał wynagrodzić jej pustkę i wściekłość, które czuła wcześniej. Potrząsnęła lekko głową i przypomniała sobie całą tę sytuację.
– Gwen? Co się stało? Co ro… – zapytał wtedy, a ona zaczęła go całować. Przez chwilę jej na to pozwolił, ale kiedy jej ręka niebezpiecznie zbliżyła się do paska jego spodni, odsunął się. – Co się dzieje? – powtórzył, patrząc na nią z pewnym niedowierzaniem.
Poczuła się wtedy wyjątkowo głupio. Nie była pewna dlaczego, przecież nie zrobiła nic, czego oboje by nie chcieli. Wykonała pierwszy krok, tak? W porządku, może to był za duży krok, może David nie był gotowy, w końcu Amy… Nie, ona umarła prawie półtora roku temu, nie mogło chodzić o Amy, zresztą w ogóle nie chciała o Amy myśleć. Musiało chodzić o nią samą, nie chciał jej – i to w chwili, kiedy ona potrzebowała jego. David jednak powtórzył pytanie, a ona odpowiedziała coś nieskładnego i się rozpłakała. Przecież jej nie chciał, nikt jej nie chciał, nikt na całym świecie. David przytulił ją wtedy mocno i zaprowadził do salonu, a kiedy przestała trzymać się go jak koła ratunkowego, przyrządził gorącą czekoladę. To jeszcze bardziej ją uspokoiło i panna Ketteridge w końcu opowiedziała mu o wszystkim – pomijając taki drobny szczegół, jakim był fakt, że większość osób uwikłanych w jej opowieść to czarodzieje. Jej słowa rwały się, to cichły, to znów były niemal krzykiem; wyrzucała je z siebie z prędkością karabinu maszynowego, a innym razem milczała i obracała w dłoniach kubek, za wszelką cenę unikając wzroku Davida. W końcu chciała go wykorzystać, by poczuć się lepiej, jak mogła na niego spojrzeć? Do tej pory nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji. W ciągu ostatnich dwóch lat nauki w Hogwarcie kilkakrotnie gubiła swoje problemy w czyichś ustach, przelewała je w kogoś innego, aż to dziwne poczucie ciężkości i oślizgłości znikało z jej żołądka. Nikt nie protestował, nikt nie mówił, że ma dość własnych problemów, by przyjmować także te jej, nikt nie odtrącał jej ust, być może szukając w nich ujścia własnych bolączek, które spalały się gdzieś na granicy warg. A jednak David… David zmusił ją, żeby wyrzuciła z siebie wszystkie strapienia w sposób bardziej konwencjonalny. Cały czas słuchał uważnie, ale utrzymywał między nimi pewien dystans, jakby nie chciał, by Gwen po raz kolejny go pocałowała. Przez myśl przeszło jej, że być może w ogóle jej nie chce – w żaden sposób – i powinna go zostawić samego, ale sposób, w jaki na nią patrzył, świadczył o tym, że nadal jest jej przyjacielem i chce jej pomóc.
– To nie ma sensu – powiedziała wtedy, ostawiając kubek na stolik. Obracanie go w dłoniach odwracało jej uwagę od Davida, ale uznała, że nie powinna ukrywać się za kawałkiem fajansu, który nawet nie udawał porcelany.
– Nic nie ma sensu – stwierdził David. Zdanie to nie było jednak rzucone mimochodem; powiedział je cicho, patrząc na nią uważnie, jakby chciał się upewnić, że je usłyszała i nie uznała go za zlepek pustych słów.
– Bardzo pocieszające – rzuciła Gwen, wydając z siebie dziwne parsknięcie, skrzyżowanie śmiechu i szlochu.
David milczał przez chwilę, przyglądając jej się uważnie, jakby chciał przewiercić jej wzrokiem czaszkę. Nie było to jednak spojrzenie niechciane czy wrogie. Wydawało się raczej, że próbuje ocenić, jak panna Ketteridge zareaguje na jego następne słowa.
– Nie naprawię całego twojego życia, Gwen – powiedział, a ona chciała zaprotestować, zapewnić, że wcale tego od niego nie oczekuje, choć przecież na to właśnie liczyła. – Nikt poza tobą go nie naprawi. Nawet jeśli nic nie ma sensu, to nadal ty podejmujesz decyzje.
– Ale ja nie wiem, co robię. Wszystko się wali, a ja nie mogę nic zrobić – odpowiedziała, pociągając nosem. Może karmił ją banałami, ale w jego ustach brzmiały sensownie. Sprawiały, że czuła się minimalnie lepiej.
– To normalne – zapewnił i przyciągnął ją do siebie.
Atmosfera w pokoju się zmieniła i utrzymywanie odległości nie było już konieczne. Gwen była zmęczona własną huśtawką nastrojów, ale nie chciała przerywać rozmowy. Mówiła więc o rzeczach ważnych i mniej ważnych, a czasami czekała, żeby David się odezwał. Nie zauważyła nawet, kiedy zasnęła, ale następnego ranka miała niejasne poczucie, że opowiedziała mu o egzaminie z eliksirów, w czasie którego wybuchł jej kociołek.
Przez kolejnych kilka dni w Gwen dojrzewały słowa Davida, które jej mózg zarejestrował w półśnie. Wyparowała gdzieś też większość złości na Ingrid – do tego stopnia, że kiedy zjawiła się pod drzwiami panny Ketteridge, ta nie udawała, że nie ma jej w domu. Rozmowa nie trwała jednak długo i Gwen nie bardzo wiedziała, jak powinna się po niej czuć, ale słowa przyjaciółki dołączyły do chaosu, który panował w jej głowie. Ostatecznie z chaosu tego wyłoniła się decyzja. Nie musiała to być dobra decyzja, ale została podjęta i Gwen wyciągnęła torbę podróżną, żeby się spakować.
– Chcesz kanapkę? – zapytał David, a Gwen oderwała wzrok od okna. Za bardzo zatopiła się w myślach i przez chwilę zapomniała, że jadą do Leeds.
– A są jeszcze te z serem?
David uśmiechnął się i podał jej odpowiednią kanapkę. Gwen odpowiedziała uśmiechem, ale niezbyt szerokim – nie była do końca przekonana, czy nie pakowała i siebie, i jego w jakąś katastrofę.
Wgryzła się w kanapkę i przypomniała sobie, jak w połowie pakowania torby rzuciła ją w kąt, bo przypomniało jej się, że miała zrobić coś ważnego. Pobiegła do Davida, który był nieco zdziwiony jej – jak sam to określił – szalonym wejrzeniem, właściwym fanatykom i ludziom, którym wydaje się, że właśnie mieli objawienie. Gwen nie sądziła, by było to objawienie, ale szybko zapytała, czy David pojedzie z nią na święta do Leeds. Dodała, że zrozumie jego odmowę, ale bardzo jej na tym zależy. Wiedziała, że jeśli zabierze go ze sobą, będzie miała przynajmniej jedną osobę po swojej stronie, jeden głos rozsądku przebijający się przez harmider oskarżeń, jakie niewątpliwie padną z ust państwa Ketteridge. Nie była pewna, czy David się zgodzi; nie była nawet pewna, czy sama na jego miejscu by się zgodziła. On jednak pokiwał głową i zapytał, kiedy ma być gotowy do podróży.
– Dzięki, że tu jesteś – powiedziała Gwen, przeżuwając kanapkę.
– Dzięki, że mnie zaprosiłaś – odpowiedział. – Nie chciałem spędzać świąt samotnie.
Gwen posłała mu pytające spojrzenie.
– Moja mama nie przepada za takimi okazjami – dodał. – Gdyby nie ty, siedziałbym samotnie w mieszkaniu.
– Możliwe, że jeszcze za tym zatęsknisz, kiedy poznasz moją rodzinę – zaśmiała się. Nie sądziła, że będzie aż tak źle, ale wolała go w jakikolwiek sposób uprzedzić.
– Daj spokój, to tylko parę dni i parę pysznych posiłków, co złego może się stać?
Taaak, co złego, pomyślała Gwen, po raz kolejny wbijając wzrok w krajobraz za oknem. Dobrze wiedziała, ile złego może się stać, kiedy przyjedzie do domu ze „swoim mugolem”. Nie była pewna, czy rodzice naprawdę chcą poznać Davida. Nie była pewna, jak się wobec niego zachowają – może powinna go uprzedzić, powiedzieć, że jest czarownicą? Problem w tym, że nie mogła być pewna jego reakcji, a nie chciała myśleć o tym, jak by się poczuła, gdyby nie chciał jej więcej znać. Tylko czy prowadzenie go prosto do paszczy lwa było na pewno dobrym pomysłem?
Wkrótce okazało się jednak, że państwo Ketteridge nie mieli zamiaru pożerać Davida żywcem. Posłali córce kilka pytających spojrzeń, ale nie skomentowali ani jego wieku, ani faktu, że w oczywisty wręcz sposób nie zachowywali się jak zakochani. Gwen oczywiście podkreśliła, że są przyjaciółmi, ale w takich sytuacjach zawsze pada tego rodzaju zapewnienie.
– Cudownie, że jednak się zdecydowałaś przyjechać – powtarzała pani Ketteridge, a Gwen czuła się coraz gorzej. Nie powinni witać jej z otwartymi ramionami, w ogóle nie powinni jej witać. Mieli jej dosyć, powinni być wściekli.
– Cóż, dziękuję, że mnie… nas zaprosiliście – wydukała w końcu, kiedy matka na chwilę zamilkła.
– Jak moglibyśmy tego nie zrobić! – oburzyła się pani Ketteridge, a idący za nimi David uśmiechnął się do Gwen. Póki co wyjazd do Leeds zapowiadał się raczej spokojnie i sympatycznie. – Wspominałam, że będziemy mieli gości?
– Nie, nie przypominam sobie. – Gwen przełknęła ślinę, nagle pełna złych przeczuć. – Kogo zaprosiliście?
– Rodziców Elli i jej młodszą siostrę, powinni niebawem się zjawić – odpowiedziała, uśmiechając się szeroko. Gwen również się uśmiechnęła. Ella była wieloletnią dziewczyną jej starszego brata. – Na kolacji będzie jeszcze parę osób, to jasne, nawet twoja przyjaciółka obiecała zajrzeć, to naprawdę smutne, że jej rodzina nie chce uczestniczyć w tych mug… nużących uroczystościach, wiesz, że tak powiedzieli? Jakby o to chodziło! Wiadomo, że chodzi o rodzinną atmosferę, o uczczenie odchodzącego roku, o te wszystkie potrawy, a nawet sobie nie wyobrażasz, ile pracy trzeba w nie włożyć, prawie nie wychodzę z kuchni!
– A to dopiero – mruknęła pod nosem Gwen. Złe przeczucia nie odeszły. – Ingrid będzie tu sama?
– Za jaką gospodynię ty mnie masz! Oczywiście, że może przyprowadzić ze sobą osobę towarzyszącą.
– Chyba powinnam odświeżyć się po podróży – powiedziała szybko Gwen. Bała się, że matka powie, że razem z Ingrid zjawi się Mortimer; nie chciała spotkać nikogo ze znajomych Castora, zwłaszcza w takiej sytuacji. Gdyby tam był, nie mogłaby przed nim uciec. Musiałaby przesiedzieć całą kolację, patrząc na niego i zastanawiając się, czy on też brał w tym wszystkim udział.
– Słusznie, w twoim dawnym pokoju położyłam dodatkowy materac, czujcie się jak u siebie w domu. – Pani Ketteridge mrugnęła porozumiewawczo do córki i odeszła w kierunku kuchni, pewnie po to, by sprawdzić, czy skrzaty panują nad sytuacją.
Gwen westchnęła i zerknęła na Davida, który położył swoją torbę podróżną w okolicy materaca. Panna Ketteridge nie chciała się zastanawiać, co jej rodzina przetransmutowała w ten materac; nie chciała też myśleć o dwóch pokojach gościnnych, które najwyraźniej zostały przydzielone komuś innemu. I ona, i David byli przecież dorośli, więc ta sytuacja nie powinna być ani trochę niezręczna. Co więcej, pewnie by nie była, gdyby Gwen przestała uporczywie się zastanawiać, co by się wydarzyło, gdyby wtedy David jej nie zatrzymał.
– Twoja mama jest całkiem sympatyczna – powiedział David, najwyraźniej nie mogąc znaleźć lepszego tematu.
– Ma swoje momenty, reszta będzie gorsza – mruknęła Gwen, omiatając wzrokiem pokój; nie była pewna, czy przed wyjazdem do Londynu zabrała wszystkie hogwarckie szaty, księgi i inne przedmioty świadczące o tym, że nie była mugolką.
– Nie możesz się tak nastawiać, w końcu to święta.
Zakończywszy pobieżny skan pokoju, Gwen spojrzała na niego i poczuła ukłucie… nie była pewna, jakie to uczucie, ale było na tyle silne, by zatrzymać tok jej myśli. Poczuła się źle. David przyjechał tu z nią, żeby nie musiała samotnie stawiać czoła swojej rodzinie, podczas gdy ona nawet go nie uprzedziła, że może mieć do czynienia z lewitującymi talerzami czy głowami w kominkach, a teraz jeszcze to on, który nigdy nie poznał Ketteridge’ów, musiał uspokajać ją.
– Dziękuję, że tu jesteś – powiedziała, przytulając go możliwie przyjacielsko i starając się nie myśleć o tym, jak ładnie pachniał.
– Nie ma problemu, Gwen. Od tego są przyjaciele. – Uśmiechnął się, a ona odpowiedziała podobnym uśmiechem. No tak, przyjaciele. Są przyjaciółmi i tyle. Musi to zapamiętać.
Im dłużej jednak przebywali w domu państwa Ketteridge’ów, tym bardziej Gwen zaczynała wątpić, czy uda jej się wrócić do myślenia o Davidzie wyłącznie jako o przyjacielu. Jednak wokół niej tyle się działo, że dopiero w nocy, kiedy wsłuchiwała się w jego oddech (uparł się, że będzie spać na materacu, choć przekonywała go, że mogą podzielić się łóżkiem), miała czas zastanowić się nad wszystkim, co chciałaby mu powiedzieć, gdyby tylko się tak nie bała. Rano jednak ponownie porywał ją wir zdarzeń i nie miała okazji. Musiała w końcu porozmawiać z tyloma osobami, dopilnować, by każdy wiedział, że użycie magii jest zakazane w czasie posiłków, przypomnieć skrzatom, że nie mogą pozwolić, by David je zobaczył… Wbrew pozorom wymagało to mnóstwa pracy, zwłaszcza kiedy dom zaczął wypełniać się gośćmi. Oczywiście musiała też odbyć rozmowę z ojcem, który nie był szczególnie zadowolony z jej poczynań. Otwarcie powiedział jej, że David został zaproszony wyłącznie na życzenie jej matki i ojciec ma nadzieję nigdy więcej go nie widzieć, bo Gwen nie powinna wiązać się z mugolem, a już na pewno nie z mugolem w takim wieku. Panna Ketteridge próbowała tłumaczyć, że nic jej z Davidem nie łączy, ale ojciec w to nie wierzył. Zresztą sama też nie do końca wierzyła, co doprowadziło do tego, że kiedy po skończonej rozmowie wyszła z jego gabinetu, miała łzy w oczach.
– Gwen? – zapytał znajomy głos, a ona szybko przetarła twarz dłonią. Chciała uciec do swojego dawnego pokoju i poczekać, aż David ją tam znajdzie.
– Ingrid, dobrze cię widzieć – odpowiedziała, uśmiechając się wbrew sobie.
Nie chodziło nawet o to, że nie chciała widzieć przyjaciółki; chciała, jak najbardziej, ale nie w tym momencie. Poza tym bała się, że nagle zza pleców Ingrid wyskoczy Mortimer. Gwen co prawda nie podejrzewała Ingrid o romans z nim, ale były Ślizgon wydawał się do niej wyjątkowo przywiązany.
– Nie kłam, wyglądasz jak kupka nieszczęść zamieciona starą Kometą.
Ingrid ją przytuliła, a Gwen poczuła się nieco lepiej.
– Cieszę się, że wróciłaś do nas – dodała Ingrid, a Gwen nagle przestała czuć się tak dobrze. – Mugole są dobrzy na chwilę, ale ostatecznie nie jesteśmy nimi, a oni nie są nami. Różnice są za duże.
– Ale ja… ja i David przyjechaliśmy tylko na święta – wyjaśniła Gwen, patrząc na przyjaciółkę ze zdziwieniem.
Ingrid uniosła brwi. Była przekonana, że to będzie powrót na stałe. Kiedy rozmawiały, wyglądała na tak przybitą i zniechęconą, jakby tylko resztki honoru powstrzymywały ją przed powrotem do domu i przyznaniem się do błędu.
– Może jeszcze zmienisz zdanie – powiedziała, raz jeszcze przytulając Gwen. – Muszę coś załatwić, zobaczymy się na kolacji.
– Ale… – zaczęła Gwen, jednak Ingrid już odeszła. – To dopiero za dwie godziny – mruknęła do siebie, wzruszając ramionami. Nie wiedziała, co chodziło po głowie jej przyjaciółki, ale domyślała się, że prędzej czy później dowie się wszystkiego. Do tego czasu powinna schodzić z drogi ojcu i pilnować, by wszyscy dowiedzieli się o zakazie czarowania.
Tymczasem Ingrid ruszyła na poszukiwanie pani Ketteridge, która przeprowadzała właśnie inspekcję jadalni. Wydawała się pochłonięta ocenianiem kąta, pod którym skrzaty złożyły serwetki, ale była świadoma, że do pomieszczenia ktoś wszedł.
– Ingrid, kochanie – zawołała – co za miła niespodzianka!
– Nie powiedziałaś mi, że przyjechała z mugolem – szepnęła Ingrid, ale ton jej głosu zdradzał podenerwowanie.
– Nie wiedziałam, czy w ogóle przyjedzie. Poza tym może to i dobrze, jeśli ten mugol trochę się przestraszy.
– Ona go kocha – syknęła Ingrid. – Chcemy przekonać ją, żeby nam pomogła, a nie sprawić, że oboje uciekną z krzykiem i uwiją sobie urocze gniazdko gdzieś na końcu świata.
– Co też opowiadasz, moja droga – ucięła pani Ketteridge. – Moje źródła mówią coś innego.
– Źródła? Jakie źródła? – Ingrid była zbita z tropu i, po raz pierwszy w życiu, żałowała, że nie ma z nią Mortimera. Był irytujący, ale wykazywał naturalny talent do dyplomacji, którego jej często brakowało.
– Nie martw się, kochanie, wszystko zaplanowałam. To będzie niezapomniana kolacja – oznajmiła, uśmiechając się promiennie do kogoś, kto znajdował się za plecami Ingrid.
Dziewczyna szybko się odwróciła, żeby sprawdzić, z kim współpracowała matka Gwen. Nie miała żadnych przypuszczeń, ale i tak ze zdumienia otworzyła szerzej oczy. W drzwiach stał bowiem niezwykle z siebie zadowolony Castor Fairbairn.

Advertisements
Część dwunasta, w której świat drastycznie się zmniejsza

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s