Część druga, w której metaforyczne słonie dają o sobie znać

Gwen stała przed lustrem i poprawiała fryzurę. Zdążyła się już przebrać i znalazła nawet jakieś perfumy. Zdawała sobie sprawę, że być może nie zrobiła najlepszego pierwszego wrażenia (nie żeby jej zależało, a skąd, jak tylko David pomoże jej z tą szafką, panna Ketteridge grzecznie mu podziękuje i wyruszy na poszukiwanie przyjaciółki), ale nie chciała, żeby ktokolwiek myślał o niej jako o osobie dziwnej i nieprzystosowanej. Nawet jeśli nie była przystosowana do życia wśród mugoli.
Matt zaczął ocierać się o jej łydki, ale Gwen nie miała czasu się z nim bawić. Kot posłał jej urażone spojrzenie i zniknął gdzieś w pokoju, który miał pełnić rolę sypialni. Blondynce zrobiło się go szkoda. Żadne z nich nie jadło jeszcze porządnego śniadania, chociaż zbliżało się już południe, a tego rodzaju zaniedbanie było przez kota postrzegane jako niewyobrażalna wręcz krzywda, którą może zrekompensować tylko porcja wyjątkowo smacznego mięsa oraz zabawa wełną. Gwen nie miała ani kawałka mięsa, a wełna leżała gdzieś na dnie kufra. Wyglądało na to, że kot będzie się na nią gniewał, póki nie zrobi zakupów.
– Matt, przestań – krzyknęła za nim. – Przecież się staram, tak? Mamy dach nad głową, kosztujący zresztą sporo złota, a to już jest coś. Możesz chwilę poczekać i nie obrażać się o byle co?
Chwilę później rozległo się pukanie do drzwi. Gwen posłała Mattowi ostrzegawcze spojrzenie.
– Zachowuj się, kiedy będziemy mieć gościa – rzuciła w jego kierunku.
Kot ziewnął w odpowiedzi, po czym wskoczył do kufra, który stał otwarty w kącie pokoju. Dziewczyna uznała, że dzięki temu nie będzie przeszkadzał w składaniu szafki, nawet jeśli wszystkie jej rzeczy będą później pokryte futrem. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się do Davida.
– Dziękuję, że przyszedłeś – powiedziała, uśmiechając się jeszcze szerzej, kiedy wręczył jej opakowane w papier ciasto.
David odpowiedział coś o konieczności pomagania sąsiadom i o tym, że choć jest za wcześnie na podwieczorek, to ciasto przyda się w każdym domu. Starał się, żeby jego ton brzmiał możliwie zdawkowo i w żaden sposób nie zdradzał, że ciasto było po prostu najbezpieczniejszą opcją ze wszystkich dostępnych. Wiedział, że nie powinien się zjawiać z pustymi rękoma, matka zawsze mówiła mu, że dobre maniery wymagają przyniesienia wina albo czegoś słodkiego, w końcu chciał powitać nową sąsiadkę i jej… kimkolwiek był dla niej ten Matt, który nie potrafił skręcać szafek i pewnie nie byłby zachwycony, gdyby David przyniósł Gwen wino. Już kiedyś wpakował się w podobną kabałę właśnie przez wino, tym razem miał zamiar nie powtarzać starych błędów i trzymać się ciasta. Poza tym naprawdę lubił ciasto. Miał nadzieję, że Gwen nie jest jedną z tych wiecznie odchudzających się dziewczyn, które nie jedzą ciasta.
– Ooo, szarlotka! – zawołała Gwen, kiedy tylko rozwinęła papier. – Uwielbiam szarlotkę!
David miał ochotę poklepać samego siebie po plecach, ale wiedział, że dziwnie by to wyglądało, więc się powstrzymał. Chciał tylko być dobrym sąsiadem, nie musiał się aż tak starać.
Tymczasem Gwen wniosła szarlotkę do kuchni i rozpaczliwie zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Nie miała pojęcia, jak może ją podać. Nie miała nawet noża, by ją pokroić. Z rezygnacją schowała ciasto do lodówki.
– Może najpierw pokażesz mi najlepsze sklepy, a potem zajmiemy się szarlotką i szafką? – zaproponowała, wychodząc z pomieszczenia.
David wzruszył ramionami. Nadal stał w przedpokoju i nie bardzo wiedział, co powinien robić. Nie zaproponowano mu ani herbaty, ani nie zaproszono do salonu, a nie chciał pozwalać sobie na zbyt dużo. Ponownie: już kiedyś wpakował się w podobną kabałę. I tak, była to ta sama kabała, którą wspominał, kiedy podejmował decyzję o niekupowaniu wina.
– Jasne, jeśli tak wolisz – odpowiedział.
– Świetnie, wezmę tylko torebkę i możemy iść.
Gwen ponownie zniknęła w kuchni, żeby po chwili pojawić się z przerzuconym przez ramię czymś wielkości małego worka. David spojrzał na nią z pewnym niedowierzaniem. Gdyby się uparła, mogłaby tam zapakować zakupy na cały tydzień dla czteroosobowej rodziny. Czy miała zamiar ciągnąć go na tego rodzaju zakupy?
Panna Ketteridge nie skomentowała rozmiarów swojej torebki, ale wyjaśniła, jakiego rodzaju produktów potrzebuje. Takich, których nie da się kupić w niewielkim sklepiku za rogiem; takich, po które trzeba jechać do dużego supermarketu położonego na drugim końcu miasta. David zapewnił, że to żaden problem, mogą tam jechać, a kiedy okazało się, że Gwen nie posiada samochodu (tu David uniósł lekko brwi, niewielu młodych ludzi w dzisiejszych czasach nie miało własnego auta) – zaprowadził ją do swojego.
Gwen nie miała pojęcia, jak powinna się zachować. Kątem oka zobaczyła, że David wyciąga coś ze ściany i owija się tym. Nie miała pojęcia, co to było, więc uznała, że to zignoruje. David jednak utkwił w niej wzrok.
– Zapniesz pasy? – zapytał, a kiedy Gwen dość niezdarnie szarpnęła za to coś, co miało być jej pasami, nachylił się i pomógł jej się zapiąć. Panna Ketteridge utwierdziła się w przekonaniu, że mugole są dziwni, ale nic nie powiedziała, w końcu miała nauczyć się żyć wśród nich.
Kiedy samochód ruszył, Gwen postanowiła nawiązać konwersację, która sprawi, że nie będzie się martwiła o to, jak uwolnić się z tych całych pasów bezpieczeństwa oraz jak wysiąść. Nigdy wcześniej nie jechała autem i trochę się denerwowała. Żałowała, że nie patrzyła uważniej, kiedy David otwierał dla niej drzwi. Na pewno był tam jakiś mechanizm, którego będzie musiała użyć. Mugole naprawdę lubili mechanizmy wszelkiego typu.
– Właściwie to czym się zajmujesz? – zapytała. – No wiesz, kiedy nie ratujesz nikogo w potrzebie?
– Niczym interesującym, pracuję w banku, w wolnych chwilach zajmuję się fotografią. A co z tobą? Co cię przygnało w te strony?
Panna Ketteridge przez chwilę zastanawiała się, czy mugolskie banki są tak bezpieczne jak bank Gringotta i czy powinna wypytywać Davida o to, jak wyglądają ich skrytki bankowe, ale uznała, że zostawi te pytania na inną okazję.
– Chciałam odpocząć od rodziny – przyznała. – Zostali w Leeds, co chyba wszystkim nam bardziej odpowiada. Nie bardzo potrafimy być jedną z tych miłych, kochających się rodzin. Lepiej się rozumiemy na odległość.
David pokiwał głową:
– Rozumiem, moje relacje z matką też uległy poprawie, kiedy się wyprowadziłem. Została w Londynie i co jakiś czas dzwoni, żeby przypomnieć mi, że tutaj nigdy nie zrobię kariery, jaką mógłbym zrobić w City.
Gwen nie wiedziała, co znaczy „zadzwonić”, więc uznała, że skupi się na drugiej części wypowiedzi:
– Moi rodzice też byli pewni, że zrobię karierę, nie wiedzieli nawet jaką, ale ilekroć się widzieliśmy, powtarzali mi „Gwendy, świat stoi przed tobą otworem, przestań marnować sobie życie”, ale nigdy nie sprecyzowali, co właściwie mogłabym robić, wszystkie najlepsze stanowiska są już dawno obsadzone i miną lata, zanim się zwolnią, a nie jestem wystarczająco zdolna, żeby próbować szczęścia w rozrywce czy w sporcie, więc nic z tego. Jasne, w szkole uczyli nas wielu przydatnych rzeczy, ale nigdy nie byłam zbyt pilna, więc właściwie mam do wyboru niewiele ścieżek kariery. Tyle że rodzice nigdy tego nie rozumieli.
Urwała, zdając sobie sprawę, że powiedziała trochę za dużo. Nie powinna aż tyle mówić o sytuacji w magicznym świecie, w końcu jej rozmówca był mugolem i o niczym nie wiedział. Ku jej zdumieniu, David pokiwał głową.
– To wszystko przez kryzys – powiedział. – Od zawsze jest jakiś kryzys, matka powtarzała mi, że w takich czasach tylko banki i przedsiębiorstwa pogrzebowe się utrzymają, ale prędzej umarłaby, niż pozwoliła mi się związać z branżą funeralną. Studiowałem bankowość właściwie tylko dlatego, że ona tego chciała. Żałuję, że nie zrobiłem tego co ty i nie wyjechałem wcześniej.
– Ale skoro nie chciałeś… – zaczęła Gwen, całkiem zdziwiona, że świat niemagiczny nie był wcale tak różny od jej własnego.
David westchnął. Przez chwilę w milczeniu patrzył na drogę.
– To nie było takie proste, przynajmniej wtedy tak myślałem – odpowiedział, po czym uśmiechnął się do swojej pasażerki. – Nadal mi nie powiedziałaś, czym planujesz się zajmować. Zgaduję, że rodzice nie dorzucą się do czynszu, co?
– Nie, na pewno nie – zaśmiała się. – Zostałam kelnerką w tej restauracji obok placu.
Gwen naprawdę chciała być bardziej dokładna przy opisywaniu swojego przyszłego miejsca zatrudnienia, ale nie znała nazw ulic, a nazwa samej restauracji wypadła jej z głowy. David jednak zorientował się, który lokal ma na myśli (niewątpliwie pomógł w tym fakt, że w mieście był tylko jeden plac) i przez chwilę dzielił się z nią obserwacjami na temat wystroju czy menu. Panna Ketteridge w tym czasie zastanawiała się, jak jej rodzice zareagowaliby na tę samą wiadomość. Wystarczyło jej, że kiedy powiedziała o wszystkim Ingrid, ta nie mogła przestać się śmiać przez dobrych kilka minut. Nie wierzyła, że Gwen dobrowolnie zrezygnowała z magii po to, żeby podawać mugolom obiady i kolacje.
W końcu jednak dotarli na miejsce i Gwen tak długo próbowała wyplątać się z pasów bezpieczeństwa, że David zdążył wysiąść i otworzyć jej drzwi, toteż panna Ketteridge nadal nie była świadoma, jak właściwie funkcjonuje mechanizm za to odpowiedzialny. Szybko przeszli przez parking i znaleźli się w budynku. Gwen starała się nie rozglądać zbyt ostentacyjne, w końcu była już w supermarkecie. W czasie tamtej wyprawy towarzyszyła jej Ingrid i żadna z nich nie chciała o tym więcej mówić. Teraz jednak miało być inaczej, w końcu przewodnikiem po złowrogim świecie supermarketów miał być ktoś, kto się na nich znał.
– Masz listę zakupów? – zapytał David, kiedy już znaleźli wózek i weszli do środka.
Gwen pokiwała głową i zaczęła przetrząsać torebkę w poszukiwaniu pergaminu, na którym parę godzin temu zapisała najważniejsze produkty spożywcze i inne przedmioty, które musiała kupić. Zignorowała zdziwione spojrzenie Davida, który nieczęsto widywał listy zakupów spisane na prawdziwym pergaminie, i zaczęła rozglądać się za owocami.
Reszta wyprawy przebiegła bez większych problemów, choć Gwen nie mogła uwierzyć, że zupki chińskie nie są prawdziwym jedzeniem i kupiła kilka, żeby przetestować tę teorię. David zauważył, że miała dość specyficzny gust spożywczy; co więcej, brała dość mało jedzenia jak na dwie osoby. Może ten Matt, o którym wspominała, żywił się samodzielnie? Potem zauważył, że kupowała karmę dla kotów i przeszło mu przez myśl, że być może Matt był kotem, ale odrzucił tę myśl. Kto nazywał tak kota? W końcu jednak przypomniał sobie, że tożsamość Matta nie była jego sprawą, i skupił się na tym, co Gwen mówiła. Warto dodać, że panna Katteridge mówiła cały czas. Komentowała kolory etykietek, ceny, rozważała, czy dany produkt jest smaczny, kilka razy pytała o opinię nie tylko Davida, lecz także przypadkowych innych klientów, którzy akurat znajdowali się w tej samej alejce. W końcu jednak była zadowolona z zawartości wózka, która spokojnie powinna jej wystarczyć na dwa tygodnie.
Kiedy zakupy spoczywały już bezpiecznie w bagażniku (żadne z nich nie wzięło pod uwagę, że zostawianie w bagażniku produktów wymagających chodzenia nie jest najlepszym pomysłem, szczególnie latem na niezadaszonym parkingu; ale nie wymagajmy od nich za wiele), David zaprowadził Gwen do kilku innych sklepów, w których udało jej się skompletować najpotrzebniejsze drobiazgi, których nie skompletowała wcześniej. Panna Ketteridge zaczęła mamrotać coś o sklepach z ubraniami, ale David szybko zmienił temat, obawiając się, że utknie pod przymierzalnią na najbliższą godzinę. Przypomniał jej też o szafce czekającej na skręcenie, a ona powiedziała coś o kilku innych szafkach, które chciałaby kupić, jeśli David nie ma nic przeciwko i zechce skręcić je wszystkie. Ostatecznie zgodziła się poczekać i ocenić, jak pójdzie mu z tą jedną.
Przez całą drogę powrotną Gwen opowiadała o swojej przyjaciółce, która śmiała się z jej pomysłu przeprowadzki, ale tak naprawdę nie rozumiała panny Ketteridge, bo miała zagwarantowaną pracę. Wspomniała też o kilku innych koleżankach, z których jedna wyjechała za granicę, a inna wyszła za mąż i spodziewała się dziecka. Gwen była zdziwiona, że każda z nich wybrała tak różną drogę. Później zmieniła temat i zaczęła zachwycać się miasteczkiem; chwaliła wszystko: od jedynego placu, przez kamienicę, w której wynajmowała mieszkanie, aż do supermarketu, w którym byli. David zdawał sobie sprawę, że cała sytuacja stawała się wręcz komiczna. Usłyszał już niemal o wszystkich jej znajomych, ale większą część miejsca w samochodzie nadal zajmował metaforyczny słoń o imieniu Matt, który wcale a wcale nie powinien go interesować. A jednak Gwen nie powiedziała ani słowa na jego temat.
– Naprawdę jestem ci strasznie wdzięczna – powiedziała, kiedy skończyli wnosić torby z zakupami do jej mieszkania.
– Nie ma sprawy – odpowiedział z uśmiechem. Właściwie był całkiem zadowolony, że do niego zapukała. Planował cały dzień przesiedzieć przed telewizorem, nic ekscytującego. Odrobina kiepskich filmów, piwo, jakieś chipsy, byle tylko do wieczora.
– Mógłbyś wstawić wodę na herbatę? Jeśli to nie problem? – zapytała z uśmiechem, ustawiając coś w jednej z szafek.
David nalał wody do czajnika i włączył kuchenkę, całkiem nieświadomy, że Gwen czujnie go obserwuje. Nie miała pojęcia, że włączenie tego sprzętu będzie tak proste. Miała nadzieję, że uda jej się to powtórzyć, kiedy będzie sama. Póki co jednak wyjęła zakupione wcześniej szklanki i herbatę, a następnie i szarlotkę, którą pokroiła i zaniosła do salonu. Miała  nadzieję, że brak foteli nie będzie przeszkadzał jej gościowi. Spróbowała nawet pozbyć się nadmiaru kociej sierści z zielonych poduszek; nie wiedzieć czemu Matt stronił od czerwonych – może w głębi duszy był Ślizgonem, o czym Gwen nie wiedziała? Byłoby to dość zdumiewające, ponieważ panna Ketteridge – która jeszcze niedawno była Puchonką – nie znała żadnego Ślizgona.
To jej przypomniało o tym, że dawno nie widziała swojego pupila, który powinien być zainteresowany zakupami.
– Matt? – zawołała. – Matt, chodź się przywitać!
David, który został w kuchni i pilnował gotującej się wody, mimowolnie uniósł brew. Może powinien podziękować za herbatę, skręcić szafkę i jak najszybciej wrócić do swoich filmów klasy B, w których nikt nigdy nie był szczęśliwi, może poza aktorami, którzy dostawali niewielkie czeki, w większości przypadków i tak zbyt wysokie jak na ich umiejętności.
Czajnik zaczął pogwizdywać, więc David wyłączył kuchenkę i zalał obie herbaty. Przez myśl przemknęło mu, że chyba powinny być trzy, w przeciwnym razie w salonie rozegra się nieprzyjemna scena. Nie chciał jednak kwestionować decyzji Gwen. Przeniósł szklanki i postawił je na stoliczku, tuż obok szarlotki. Rozejrzał się po zdumiewająco pustym pokoju. Nie chciał kwestionować minimalistycznych rozwiązań, na które najwyraźniej stawiała panna Ketteridge, ale żałował, że nie ma tu ani jednego fotela. Może planowała je kupić, jeśli skręcenie szafki okaże się możliwe?
– O, tu jeste… Och. O cholera! – dobiegło z pokoju obok.
David spojrzał w stronę drzwi, ciekaw, co takiego się stało. Po chwili do salonu weszła Gwen, trzymając na rękach wielkiego, biało-czarnego kota, który patrzył na Davida z nieskrywaną nienawiścią.
– Strasznie cię przepraszam, nie wiem, czemu Matt się tak zachował, zwykle jest przeuroczy i bardzo lubi ludzi, to naprawdę strasznie towarzyski kot, nie wiem, co w niego wstąpiło… – zaczęła Gwen, rumieniąc się, jakby Matt popełnił przynajmniej podwójne morderstwo. Sądząc po wyrazie samozadowolenia malującym się na kocim pyszczku, było to możliwe.
– Co się stało? – zapytał David.
– Matt… cóż, nie do końca wcelował w kuwetę – wyjaśniła Gwen, której rumieniec objął już szyję. – Nigdy wcześniej nic takiego nie zrobił, przepraszam, to na pewno było niechcący.
David spojrzał na nią pytająco, po czym zerknął w kierunku przedpokoju. Jego buty – stojące zresztą w niezwykle słusznej odległości od kuwety – ozdabiała teraz wielka, mokra plama; choć jeszcze tego nie czuł, mógł być pewien, że pachniała jeszcze gorzej niż wyglądała.
Przeniósł wzrok na kota, który wtulił się w biust Gwen. Sierściuch cały czas patrzył na niego z nieskrywaną nienawiścią i ani trochę nie przypominał tego uroczego pieszczocha, o którym chwilę temu mówiła panna Ketteridge. Nie, Matt patrzył na niego triumfująco i wyzywająco, jakby właśnie podkreślił, że Gwen należy tylko do niego, a David powinien jak najszybciej zniknąć z jej życia, jeśli wie, co dla niego dobre.
– Trudno, zdarza się – powiedział w końcu David.
Gwen cały czas patrzyła na niego przepraszająco i wyglądała, jakby chciała się rozpłakać. Nadal trzymała w ramionach kota, który teraz ziewnął i się oblizał. Wyglądałby zupełnie niewinnie, gdyby nie wrogie spojrzenie, które posyłał Davidowi.

Advertisements
Część druga, w której metaforyczne słonie dają o sobie znać

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s