Część czwarta, w której okazuje się, że telefony są całkiem użyteczne

– Naprawdę nie masz komórki? – Alice Jones uniosła brwi gdzieś wysoko, wysoko, aż znikły w przefarbowanej na czarno grzywce.
Gwen pokiwała głową, nie do końca pewna, czy powinna się wstydzić, czy po prostu pogodzić z faktem, że nie bardzo pasuje do świata mugoli. Był jednak dopiero czwartek, nie spędziła z mugolami jeszcze nawet tygodnia, więc nie powinna się poddawać. Dlatego też uśmiechnęła się do koleżanki i pokiwała głową.
– Jak kontaktujesz się ze światem? – zapytała niedowierzająco Alice. – Skąd wiesz, która godzina?!
– Mam zegarek – odpowiedziała Gwen. Wolała pominąć kwestię komunikowania się ze światem.
W środę wysłała do Ingrid list, ale zdawała sobie sprawę, że nie jest to najlepszy sposób utrzymywania kontaktu, jaki mogła wymyślić. Może to i lepiej? Może powinna się odciąć także i od Ingrid? W końcu odcięła się od innych znajomych i od rodziny.
– Ale telefon jest ważny! Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez niego. – Alice odruchowo złapała się za kieszeń, po czym rozejrzała się, czy nikt tego nie widział. Nie powinna mieć przy sobie telefonu w godzinach pracy, ale niewiele robiła sobie z tego zakazu, raz po raz wymykając się do łazienki, by napisać jakiegoś SMSa.
– Można bez niego funkcjonować – powiedziała Gwen bez specjalnego przekonania i odetchnęła z ulgą, kiedy przy jednym z jej stolików pojawili się ludzie potrzebujący menu.
Prawda była taka, że Gwen nie funkcjonowała najlepiej. Nie była pewna, czego się spodziewała, kiedy podjęła decyzję o zamieszkaniu wśród mugoli. Zdawała sobie sprawę, że nie będzie łatwo, ale teraz, kiedy nie robiła właściwie nic poza chodzeniem do pracy, zastanawiała się, czy to na pewno była słuszna decyzja. Nie chodziło nawet o to, że pracowała tak dużo, choć zależało jej na tym, by jak najwięcej zarobić; po prostu nie wiedziała, co powinna robić w czasie wolnym od pracy. W efekcie siedziała z Mattem na kolanach i przeglądała czasopisma, które kupowała w drodze do domu. Kot zwykle uniemożliwiał jej skupienie się na tekście na dłużej niż dziesięć minut, więc taka lektura trwała długo. Gwen irytowały tylko krzyżówki, nie była w stanie żadnej z nich skończyć. Irytowało ją to, ponieważ zdawała sobie sprawę, o ilu rzeczach nie wie, nawet jeśli nie były one konieczne do funkcjonowania w świecie. W takich chwilach żałowała, że w ogóle chodziła do Hogwartu – mogła urodzić się mugolką, to by ułatwiło tyle spraw. Zamiast tego dzień w dzień patrzyła na leżącą na dnie kufra różdżkę i zastanawiała się, czy kiedykolwiek jej jeszcze użyje. Nie chciała, ale obawiała się, że kiedyś się złamie.
– Powinnaś sobie kupić telefon – powiedziała Alice, kiedy Gwen znów znalazła się koło niej. Tego dnia ruch był niewielki, mogły więc ze sobą rozmawiać.
– Pomyślę o tym – odpowiedziała Gwen, choć dobrze wiedziała, że go nie kupi. Nie potrzebowała telefonu, i tak nie miała z kim rozmawiać.
Przez chwilę zastanawiała się, czy David miał komórkę, ale doszła do wniosku, że pewnie tak – wyglądało na to, że wszyscy poza nią mieli telefony. Poza tym powinna przestać o nim myśleć. Nie rozmawiali ze sobą od poniedziałku, jeśli nie liczyć krótkiego powitania, które wymienili na klatce schodowej w środę. Gwen chętnie by z nim porozmawiała, ale wtedy spóźniłaby się do pracy, a to z kolei pewnie nie spodobałoby się jej pracodawcom. Nie powinna jednak aż tyle o nim myśleć. Owszem, był pierwszym mugolem, którego poznała i który był dla niej miły, ale to nie oznaczało, że może zapomnieć o wszystkich innych, których może poznać i którzy mogą okazać się jeszcze milsi.
– Pracujesz jutro? – zapytała Alice, chociaż tuż za jej plecami wisiał grafik.
Gwen zerknęła na kartkę, żeby się upewnić, że nie zaszły żadne zmiany.
– Tak, mam zmianę obiadową – odpowiedziała.
– Świetnie. Chcesz się rozerwać wieczorem?
– Rozerwać?
– Tak, no wiesz, jakiś klub, parę drinków – odpowiedziała Alice, posyłając Gwen wyczekujące spojrzenie.
Gwen nie miała czasu, żeby się zastanowić; nie była pewna, jak zachować się w klubie ani jak się ubrać, ale uznała, że lepiej narazić się na złamanie jakichś niepisanych zasad, niż przesiedzieć kolejny wieczór w domu.
– Jasne, czemu nie – rzuciła szybko, po czym ruszyła do gości, którzy zamknęli już karty dań i najwyraźniej byli gotowi złożyć zamówienie.
Trzydzieści kilka godzin, trzy zmiany stroju, dwie zmiany fryzury i osiem prób pozbycia się sierści Matta z bluzki później Gwen siedziała przy stoliku z Alice i jej dwiema koleżankami, które nieustannie chichotały. Wszystkie sączyły jakieś kolorowe drinki, których nazwy nic pannie Ketteridge nie mówiły, dlatego dzielnie trzymała się piwa, którego nazwa przynajmniej brzmiała znajomo. Nie było to jednak piwo kremowe, co trochę Gwen zawiodło. Piła je jednak, bo nie bardzo wiedziała, co innego powinna robić. Nie chciała zaczynać rozmowy, bo wszystkie tematy, które do tej pory proponowała, nie były interesujące dla jej rozmówczyń, a muzyka (o ile można to było nazwać muzyką) uniemożliwiała prowadzenie rozmowy.
– Nie bawisz się najlepiej! – krzyknęła jej do ucha Alice. W jej głosie pobrzmiewał wyrzut. – Chodź potańczyć!
Gwen się zgodziła; nawet jeśli muzyka jej się nie podobała, to przynajmniej nie będzie musiała patrzeć na koleżanki Alice, które nadal chichotały z jakiegoś niezrozumiałego powodu. Jedna z nich była chyba dość mocno wstawiona, bo czasami niebezpiecznie się chwiała na krześle. Druga nie zwracała na to uwagi, ale szybko dopiła pozostawione przez Gwen piwo.
W Hogwarcie nie było wielu okazji, by tańczyć, ale Gwen spędzała wiele czasu na słuchaniu utworów Werid Sisters, które często porywały ją do tańca w zaciszu jej własnej sypialni. Próbowała też śpiewać, ale Ingrid powiedziała, że powinna jednak ograniczyć się do tańca. Teraz jednak Gwen nie była pewna, czy to była dobra decyzja. Patrzyła na mugoli, którzy wyginali się na wszystkie strony, i zastanawiała się, czy było to konieczne. Nie bardzo rozumiała, jaki sens miał ich taniec, ale postanowiła, że skoro już tu przyszła, to będzie się dobrze bawić, żeby Alice nie było przykro.
W końcu jednak Gwen przebiła się przez tańczący tłum i dotarła do baru. Postanowiła trzymać się piwa, a innym razem zapoznać się z tymi kolorowymi drinkami, które nadal przyswajały koleżanki Alice. Już miała ruszyć w stronę stolika, kiedy ktoś zastąpił jej drogę.
– Przepraszam! – krzyknęła w nadziei, że zostanie usłyszana.
– Masz dobry gust, mała! – odkrzyknął brunet, który zastąpił jej drogę. – Chcesz potańczyć?
– Może później – odpowiedziała Gwen, starając się go wyminąć, ale nie było to takie proste. Brunet poszedł za nią do stolika, gdzie chichoczące koleżanki Alice zaczęły rzucać mu zalotne spojrzenia.
Panna Ketteridge utkwiła wzrok w swoim kuflu. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć, ale miała poczucie, że skoro siedzą przy jej stoliku, to musi się odezwać. Upiła łyk piwa. Może brunet zainteresuje się tamtymi dwiema dziewczynami?
– Dobrze się tu bawisz, mała? – zapytał, nachylając się w jej stronę. Pewnie po to, żeby mogła go usłyszeć.
– Jasne – odpowiedziała Gwen, nieco zbyt radośnie. Nie bawiła się najlepiej. Myślała, że będzie to wyglądało inaczej, ale najwyraźniej jej definicja rozrywki różniła się od definicji Alice, która nadal szalała gdzieś na parkiecie.
– Nie wyglądasz, jakbyś się dobrze bawiła – zauważył brunet. – Jestem Finn, a ty?
Gwen zdusiła uśmiech. Przypomniało jej się, jak kiedyś siedziała Pod Trzema Miotłami z Ingrid i jakiś Gryfon się do nich dosiadł. Przedstawił się w podobny sposób, na co Ingrid zareagowała uniesieniem brwi i chłodną odpowiedzią „A my nie”. Panna Ketteridge zaczęła się wtedy histerycznie śmiać, a Gryfon odszedł bez słowa. Teraz jednak nie chciała odpowiadać w ten sam sposób – to był tekst, który pasował do Ingrid, a nie do niej.
– Gwen, miło mi.
Brunet pokiwał głową i coś odpowiedział, ale Gwen nie usłyszała, więc tylko się uśmiechnęła i upiła spory łyk piwa. Finn nie ruszył się z miejsca. Cisza była nie do wytrzymania.
– A ja jestem Mindy – wtrąciła jedna z koleżanek Alice; ta, która była w stanie siedzieć prosto.
Finn skinął jej głową, po czym zwrócił się do Gwen:
– Może teraz chcesz zatańczyć?
Upiła jeszcze łyk piwa. Spodziewała się, że gdy tylko odejdzie od stolika, wszystko, co zostanie w kuflu, zostanie wypite przez Mindy albo jej koleżankę, które zdaniem Gwen powinny już wrócić do domu. W końcu jednak odpowiedziała:
– W porządku, zatańczmy.
Z Finnem tańczyło jej się dużo lepiej, choć po kilku piosenkach zaczął zmniejszać dzielącą ich przestrzeń, co Gwen początkowo ignorowała, ale w końcu zaczęło jej to przeszkadzać. Nie chciała, żeby ktoś się do niej kleił. Nie chciała też iść po kolejne piwo i nagle poczuła, że zupełnie nie wie, po co tu przyszła.
– Muszę już iść – krzyknęła w ucho Finnowi.
– Zostań jeszcze, mała – odkrzyknął. Gwen zastanawiała się, czy ogłuchnie.
– Nie mogę.
Chciała odejść, ale Finn złapał ją za rękę.
– To może dasz mi swój numer? Spotkamy się innym razem – zaproponował, ponownie nachylając się od jej ucha.
– Nie mam komórki – odpowiedziała Gwen, próbując wyszarpnąć rękę z jego uścisku.
Prawdopodobnie nie powinna łączyć tych dwóch gestów, jeśli nie chciała, żeby Finn źle odebrał jej słowa, ale pomyślała o tym dopiero, kiedy się odezwał:
– Jasne, mała, jak sobie chcesz. Wszystkie jesteście takie same.
I zniknął gdzieś w tłumie tańczących. Gwen nie była pewna, czy właśnie została obrażona, więc wzruszyła ramionami. Nie widziała nigdzie Alice, a przy stoliku odkryła, że Mindy także zniknęła. Panna Ketteridge szturchnęła więc dziewczynę, której imienia nie pamiętała, i krzyknęła do jej ucha:
– Powiedz Alice, że było fajnie, ale już poszłam, dobrze?
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale Gwen niewiele więcej mogła zrobić. Zabrała torebkę i wyszła, z ulgą wdychając nocne powietrze. Nie zdawała sobie sprawy, że w klubie było aż tak duszno, dopóki nie poczuła na twarzy przyjemnego wiatru. Postanowiła, że wróci do mieszkania piechotą; było już późno, ale pogoda zachęcała do takiego spaceru, nawet jeśli oznaczało to, że następnego dnia Gwen będzie niewyspana, ale uznała, że nie będzie jej to przeszkadzało – w końcu David na pewno nie zapuka do niej z samego rana. Wiadomo, że w soboty wszyscy odsypiali późne piątkowe noce, prawda?
Najwyraźniej nie, bo o ósmej trzydzieści – równo co do minuty – rozległo się pukanie do drzwi. Gwen przekręciła się na drugi bok, mamrocząc coś do poduszki. Pukanie znów zabrzmiało, a potem Matt położył jej się na głowie, opierając jedną z łap na jej uchu, jakby chciał, żeby zignorowała Davida, który niewątpliwie stał na wycieraczce. Gwen ziewnęła, zepchnęła kota z głowy i wstała, owijając się różowym szlafrokiem. Była koszmarnie niewyspana i do tego bolały ją nogi. Żałowała, że poprzedniej nocy zdecydowała się na spacer – nawet nie dlatego, że dotarła do domu krótko przed świtem, ale dlatego, że nie przywykła jeszcze do butów na obcasach.
W końcu jednak dotarła do drzwi, po drodze zerkając w lustro i krzywiąc się do swojego rozczochranego odbicia. Na twarzy miała jeszcze resztki makijażu, którego nie domyła, i wyglądała przez to jak siedem nieszczęść. Uznała jednak, że lepiej tak wyglądać i otworzyć drzwi, niż pozwolić, żeby David stał na wycieraczce i się o nią martwił. Bo martwiłby się, prawda?
– O, jesteś w domu – powiedział, kiedy już ją zobaczył. Przez jego twarz przebiegł cień jakiegoś nieokreślonego uczucia, po czym dodał: – Przepraszam, że cię obudziłem.
– Nie szkodzi – odpowiedziała Gwen, ziewając. – Wejdź.
– Chciałem wczoraj zapytać, o której chcesz jechać po te szafki, ale nie zastałem cię w domu. Miałem zadzwonić, ale nigdy nie wymieniliśmy się numerami. – Spojrzał na nią wyczekująco.
– Nie mam telefonu – wyjaśniła Gwen, wstawiając wodę na herbatę, po czym zanurkowała w lodówce w poszukiwaniu czegoś, co mogłaby zjeść na śniadanie. Dzięki temu nie widziała zaskoczonej miny Davida.
– Okradli cię? – zapytał w końcu.
– Co? Kto? – zdziwiła się, stawiając na kuchennym blacie słoiczek dżemu.
– Skoro nie masz telefonu, to chyba jasne, że… – zaczął, ale kiedy zauważył jej minę, dodał: – Przecież wszyscy mają komórkę.
Gwen pokręciła głową:
– Ja nie mam. Myślisz, że powinnam sobie kupić?
David potwierdził, że tak właśnie myśli, po czym zaczął jej opowiadać o różnych modelach telefonów oraz o co ciekawszych ofertach operatorów. Gwen w tym czasie przygotowała śniadanie Matta, swoje kanapki, zapytała nawet Davida, czy nie chce jednej (odmówił, po czym wrócił do opowiadania o telefonach), a następnie zaparzyła dwie herbaty. David przerwał wykład i jej podziękował. Gwen poprosiła go, żeby później pomógł jej wybrać jakiś telefon, na co od razu przystał.
Trzy kwadranse później Gwen była gotowa do wyjścia. Popatrzyła na obrażonego Matta, który zajmował teraz całą jej poduszkę. David wyjaśnił, że kiedy brała prysznic, kot przyszedł do salonu i okrążał pokój, by w końcu wskoczyć na Davidowe kolana i domagać się głaskania, póki nie przypomniało mu się, że nie powinien się dawać głaskać śmiertelnemu wrogowi, więc wbił pazury w kolana Davida i wyszedł z obrażoną miną. Gwen przeprosiła za jego zachowanie, ale David obrócił je w żart i powiedział, że Gwen nie powinna się nim przejmować.
Plan dnia przewidywał zakup szafek, ale teraz został zmodyfikowany – najpierw kupili dla Gwen możliwie najprostszy w obsłudze telefon i kartę SIM. Panna Ketteridge była strasznie podekscytowana zakupem i od razu chciała nauczyć się obsługi urządzenia, w czym David obiecał jej pomóc.
– Dlaczego nosisz przy sobie tyle pieniędzy? To niebezpieczne – powiedział, kiedy siedzieli już w samochodzie i jechali w stronę IKEI.
Gwen spojrzała na niego zdziwiona.
– Są mi potrzebne. Co innego mam z nimi robić?
David na chwilę oderwał wzrok od jezdni, żeby sprawdzić, czy jego sąsiadka aby sobie nie żartuje. Nic z tego, Gwen miała absolutnie poważną minę, choć teraz na jej twarzy zaczynała malować się lekka obawa. Wskazała brodą na jezdnię, więc David ponownie skupiła na niej swój wzrok.
– Nie masz konta? – zapytał.
– Nie. A powinnam je mieć?
– Wiele by ułatwiło – odpowiedział, po czym przedstawił jej zalety płynące z posiadania konta. Starał się jak najmniej wspominać o ofercie jego banku, ale było to trudne; w końcu znał ją na pamięć i przynajmniej raz dziennie przestawiał jakiemuś potencjalnemu klientowi. Gwen nie zwracała na to większej uwagi, w końcu nie wiedziała, że mugole mają więcej niż jeden bank.
– I w twoim banku można takie konto założyć? – zapytała w końcu.
David potwierdził. Gwen się uśmiechnęła i powiedziała, że w takim razie któregoś dnia, kiedy będzie miała późniejszą zmianę, pójdzie i założy sobie konto. Nie wiedzieć czemu, cieszyło ją to. Liczyła na to, że teraz, kiedy miała telefon i będzie miała konto, świat mugoli powinien być dla niej przyjaźniejszy. I nie była pewna, co właściwie – ta myśl czy towarzystwo Davida – sprawiło, że na parkingu IKEI poczuła się o wiele lepiej, niż czuła się przez większą część tygodnia w swoim mieszkaniu, w restauracji czy w klubie.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s