45. O tym, że wszystko, co dobre, nad wyraz łatwo się kończy

Nie wiem, czego właściwie się spodziewałam, ale nie tego, co zobaczyłam. Zanim jednak przyjrzałam się otoczeniu, mój wzrok padł na grupę skrzatów, które zgromadziły się wokół nas i patrzyły z zainteresowaniem.
– Sio z kuchni! Sio! – zaczęły krzyczeć, nim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo.
Biedactwa, musiano poddać ich praniu mózgu. Na szczęście zjawiłam się w odpowiednim czasie.
– Nie, nie, poczekajcie – zaczęłam, lekceważąc Petera, który trącał mnie w ramię, jakby chciał coś powiedzieć. Cokolwiek by to było, na pewno nie mogło być ważniejsze od mojej rozmowy ze skrzatami. – Chcę wam pomóc – dodałam, uśmiechając się szeroko do tych biednych, zniewolonych istot.
Ale skrzaty nie słuchały; co więcej, coraz bardziej zbliżały się do miejsca, w którym stałam. Miałam nadzieję, że nie będą próbowały nas wypchnąć. Jak bowiem miałam przeciwstawić się im siłą? To niegodne! Nie można nam było ich atakować!
Do tego Peter zaczął pod nosem mamrotać coś, co brzmiało jak “Annie, posłuchaj…”, ale uciszyłam go gestem ręki. Nie miałam czasu, kiedy przede mną stała gromada skrzatów.
– Rozumiem waszą sytuację! – powiedziałam głośniej, mając nadzieję, że teraz zareagują. – Rozumiem, że boicie się zbuntować, ale nie możecie tak dalej żyć, zasługujecie na coś lepszego!
Zero reakcji.
– Przychodzę, żeby dać wam wolność! – dodałam, w nadziei, że to zabrzmi lepiej. Albo chociaż powstrzyma je przed zbliżaniem się do mnie.
– Sio z kuchni! – krzyczały i krzyczały, a krąg zacieśniał się. Peter zaczynał mamrotać z coraz większą determinacją. Ja zaś ujrzałam…
Nie, to nie mogło być to.
Nie mogłam zobaczyć tego!
A jednak! Nie mogłam się mylić.
Jeden ze skrzatów trzymał… patelnię. Ale dlaczego? Jak mógł iść z patelnią na człowieka, który niósł mu miłość i wolność?
Odruchowo zacisnęłam palce na różdżce. Jasne, nie miałam zamiaru ich atakować, ale to byłaby samoobrona konieczna. Zresztą nie zrobiłabym nic złego, przelewitowałabym tylko tę patelnię na bezpieczną odległość. Najlepiej poza teren zamku.
– One tak zawsze? – wymamrotałam do Petera, zanim zdałam sobie sprawę, że miałam się nie przyznawać, że nigdy wcześniej tu nie byłam.
– Nie nazwałabym tego kłamstwem, najwyżej…
Ale nie dokończyłam, bo uzbrojony skrzat naruszył moją przestrzeń osobistą i bynajmniej nie miał zamiaru mnie przytulić w podzięce za kaganek wolności, który im przyniosłam.
Ale ktoś go powstrzymał. Ujrzałam tylko silne, męskie ramię (z pewnością nie należało do Petera), które odsunęło ode mnie tę groźną patelnię, a po chwili byłam już wyciągana na zewnątrz kuchni.
Obraz zasłonił przejście, na dobre odgradzając mnie od wojowniczych skrzatów. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam już nie na męskie ramię, ale w męskie oczy mojego wybawcy. Wyglądał na równie zdenerwowanego co skrzaty, przed którymi właśnie mnie uratował.
– Co ty sobie wyobrażałaś? Oszalałaś?! – krzyczał.
– Nie mów do mnie takim tonem, Syriuszu Black! – Nie ma mowy, żeby na mnie krzyczał. W porządku, nie zachowałam się najmądrzej, ale nie dawało mu to prawa podnosić na mnie głosu. – Niosłam im wolność! Jak mogłeś mnie do nich nie zabrać, kiedy tylko dowiedziałeś się, w jakich warunkach przebywają! To nie do wiary!
– Co im niosłaś?
– Wolność – syknęłam. – Wolność im niosłam! Możliwość decydowania o tym, co chcą robić! Myślisz, że chcą spędzać całe dnie w kuchni i przygotowywać dla nas te wszystkie wspaniałe uczty?
Wyglądał na tak zszokowanego, że aż nie był w stanie mówić.
– Wiedziałam, że nie akceptujesz moich przekonań i nie mogę liczyć na wsparcie z twojej strony, ale jak możesz być tak bezduszny i nie pozwalać tym biednym, stłamszonym istotom poznać smaku wolności?
Spojrzałam na niego z bezgranicznym zawodem.
Wciąż milczał.
– Naprawdę możesz spać spokojnie, kiedy wiesz, że dziesiątki niewinnych skrzatów dzień w dzień karmi cię i pierze twoje ubrania? I to za darmo? Czy ty nie masz sumienia?!
Popatrzyłam na niego, jakbym go widziała pierwszy raz w życiu. Wiedziałam, że jest arystokratą i to wpływa na wiele jego poglądów, ale starał się dowieść, że jest inny, niż mi się wydawało. Najwyraźniej jednak miałam rację – burżujska mentalność tkwiła w nim zbyt głęboko.
– Chyba nie mam – odwarknął.
– Nie wierzę, że to powiedziałeś! Ty bezduszny arystokrato! – krzyknęłam, starając się powstrzymać łzy napływające mi do oczu.
Syriusz milczał przez chwilę, niewzruszony moimi łzami.
– Pytałaś mnie, czy uważam cię za hipokrytkę – powiedział w końcu. – Moja odpowiedź brzmi: tak.
W porządku, o ile wcześniej stałam się powstrzymać łzy, teraz wszelkie tamy puściły, stawidła się podniosły, a hydranty eksplodowały. Płakałam – i to nie w ten ładny, cichy sposób, w jaki płakały zwykle bohaterki książek. Nie było w tym nic ładnego.
– Nie masz serca – wysiąkałam. – Chciałabym móc cię nienawidzić!
I odwróciłam się, zanim mógł zobaczyć, jak koszmarnie wyglądam. Tak, złamał mi serce. Tak, był potworem. Tak, był takim samym arystokratą jak każdy inny. Ale to nie znaczyło, że może zobaczyć mnie zapłakaną i z czerwonymi oczami.
Nie pobiegł za mną.
Część mnie się z tego cieszyła, inna część chciała, żeby mnie zatrzymał, przytulił i przeprosił, a jeszcze inna wprost marzyła o tym, żeby walnąć Petera, który przez cały czas patrzył na nas z pewnym zdziwieniem i źle skrywaną fascynacją, jakby właśnie oglądał najciekawsze w świecie przedstawienie.
Pierwsza część wygrała. Odeszłam bez słowa.

***

Spędziłam w łazience kilka godzin, bezustannie miotając się między lustrem, z którego patrzyły na mnie czerwone i spuchnięte oczy, a kabiną, w której się zamykałam, kiedy nie chciałam już na nie patrzeć. W końcu jednak zrozumiałam, że nie mogę spędzić całego swojego życia zamknięta w łazience. Zachowałam nawet tyle trzeźwości umysłu, by wiedzieć, że wręcz nie chcę. Mogłam mieć złamane serce, ale nie znaczyło to, że będę się ukrywać. Nie, nadszedł czas, żeby wrócić do dormitorium, zjeść resztę zapasów czekolady, przespać najbliższy dzień, a następny tydzień przeleżeć w łóżku, marudząc i płacząc, by potem odrodzić się jak feniks z popiołów i pokazać mu, jak wiele stracił! Jednak żeby to wszystko zrobić, musiałam wyjść z łazienki.
A to, jak na złość, w ogóle mi nie wychodziło.
Drzwi ciągle się oddalały. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale gdy tylko robiłam krok w ich kierunku, coś sprawiało, że natychmiast się wycofywałam. Musiała to być jakaś czarna magia!
Ale któż mógł rzucić na nie tak złośliwe zaklęcie? W tamtej chwili byłam skłonna podejrzewać o to praktycznie każdą znaną mi osobę, jako że byłam głęboko przekonana, że świat mnie szczerze nienawidzi.
I to – za co? Za chęć szerzenia jedynych słusznych ideałów? Toż to absurd!
Oczywiście wiedziałam, że niewinni idealiści – tacy jak ja – zawsze będą na celowniku nieczułych wrogów klasy pracującej, ale nie spodziewałam się tak bolesnego ciosu. Nie posądzałam Syriusza o to, że złośliwie mnie w sobie rozkochał, a potem zdeptał moje serce, nie. Byłam tak samo winna jak on – w końcu zaufałam mu, dałam się przekonać – wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi – że jest inny. O naiwności!
Nie pozostało mi nic innego, jak udowodnić światu swoją rewolucyjną wartość.
Co oznaczało, rzecz jasna, wyjście z łazienki.
Tylko dokąd miałam się udać? To oczywiste, że by udowodnić, na co mnie stać, unikać powinnam szukania wsparcia u przyjaciół – tak więc rozmowa z Jamesem nie wchodziła w rachubę. Wszystkie miejsca zaś niosły ze sobą potencjalne ryzyko natknięcia się na niego. Chociaż… Czy ktokolwiek kiedykolwiek widział go w bilbiotece?
Zastanowiłam się nad tym – tak, raz był tam, bo się z kimś założył, kilka razy sprawdzał, czy w bibliotece jest ktoś z drużyny quidditcha, a raz wszedł po jakąś książkę. Związaną z quidditchem. Oznaczało to, że możliwość wpadnięcia tam na niego była na tyle niewielka, że mogłam podjąć to ryzyko.
Kto by pomyślał, że biblioteka stanie się moją ostatnią deską ratunku!

***

Kiedy już znalazłam się w bibliotece, nie byłam pewna, co właściwie mam robić. Chciałam zająć czymś ręce i mózg, ale żadna księga nie wydawała mi się dość interesująca, żadna nie odciągała mnie od moich własnych problemów. Może nie powinnam przed nimi uciekać, ale nie czułam się też gotowa, by stawić im czoła.
Syriusz uparcie nie chciał wynieść się z mojej głowy.
Zaczęłam szukać wyjść awaryjnych. Syriusz, quidditch, tłuczek, którym powinien oberwać w głowę, Syriusz, uśmiech, mugolski dentysta, okrzyk bólu wydawany przez Syriusza walniętego tłuczkiem… Nie, to nie pomagało. Spróbowałam innej drogi. Niemyślenie o Syriuszu, ignorowanie Syriusza, sytuacja sprzed kilku miesięcy, siedzenie w bibliotece – i to siedzenie w bibliotece z zainteresowaniem! Wtedy miałam chęć do nauki, chciałam pogłębiać swoją wiedzę i… Chwila, wtedy badałam sprawę tego medalu.
Medal! No jasne! Jakże mogłam zapomnieć o takim przydatnym kawałku metalu?
Zresztą – metal jak metal! W medalu był zaklęty człowiek, któremu obiecałam pomóc! Ostatnimi czasy zaniedbałam moje starania, ale to nie znaczyło, że się poddałam. Obiecałam sobie, że będę pomagać uciśnionym, a czarodziej uwięziony w jakiś sposób w metalu zdecydowanie się do tej kategorii zaliczał.
Ochoczo zabrałabym się do pracy, gdyby nie jeden problem – co takiego mogłabym niby jeszcze zrobić? Najlogiczniejszym rozwiązaniem wydawała mi się kolejna rozmowa z medalem – taka poważna, w której on nie mówiłby po łacinie, a ja nie zaprzątałabym sobie głowy Syr… innymi sprawami.
Ale z drugiej strony, co ostatnio powiedział mi medal? Jeśli mu wierzyć, nie znał sposobu na oswobodzenie siebie. Nalegał za to, bym uważnie sprawdziła w bibliotece. A skoro już tu byłam…
Spojrzałam na regał znajdujący się najbliżej. Nie zauważyłam grzbietu z napisem “Odczarowywanie ludzi zaklętych w przedmioty”, ale też i nie spodziewałam się, że tam będzie. Stałam w dziale z książkami do astronomii.
Pozostało mi jedynie zakasać rękawy i ruszyć do pracy (rodacy)!

***

Dwie godziny, setki tomów i kilka garści wyrwanych z głowy włosów później byłam nadal w punkcie wyjścia. Nie miałam pojęcia, jak się zabrać do tak skomplikowanego zaklęcia.
Czego dyrektor ode mnie wymagał? Byłam tylko uczennicą piątej klasy. Nikim specjalnym! W porządku, jako jedyna bądź jedna z nielicznych osób w tym zamku przejmowałam się nierównością społeczną, ale nie czyniło to ze mnie nikogo specjalnego. I było mi z tego powodu naprawdę smutno. Miałam właśnie wyjść z biblioteki, żeby – korzystając z tego, że wszyscy byli na kolacji – przemknąć się do dormitorium i dobrać do jakichś produktów zawierających czekoladę, kiedy coś przykuło moją uwagę.
Dwa stoliki ode mnie siedziała grupka ludzi, których nigdy wcześniej nie widziałam. Tematem ich konwersacji było… nie, nie ratowanie przedwiecznych czarodziei. Ale blisko.
Rozmawiali o zapiekance z bakłażanów, którą jakiś czas temu podano na obiad.
Ale jedna z nich pisała wypracowanie na temat łamania klątw wszelakich.
Nie chciałam czytać jej przez ramię, w końcu to byłoby nieuprzejme. Powinnam podejść, przedstawić się i wciagnąć ją w rozmowę, w wyniku której posiądę wiedzę potrzebną mi do odczarowania medalu. Tyle tylko, że przerwałabym rozmowę o zapiekance, a wydawała się całkiem ożywiona (rozmowa, nie zapiekanka).
Dlatego też zdecydowałam się na czytanie przez ramię.
– Ej, młoda, jakaś do ciebie startuje – usłyszałam po chwili.
Podniosłam wzrok, uznawszy, że najwyraźniej nie tylko nie byłam uprzejma, ale także mało dyskretna w swej nieuprzejmości.
– Brzydka – oznajmił, o zgrozo, najbardziej okularniczy i pryszczaty z nich wszystkich.
Świetnie, teraz moja samoocena została zdeptana nie tylko przez Syriusza, ale też przez jakiegoś nieznanego mi pryszczatego Krukona. Który mógł mi pomóc, gdyby tylko chciał.
– Wypraszam sobie! – prychnęłam odrobinę za głośno
– Nie no, stary, nie jest źle – zawyrokował jego kolega, trochę mniej okularzasty (oprawki miał cieńsze). – Jak na zwolenniczkę kobiecych uroków.
Zamrugałam. Czy oni… Czy oni?! Prychnęłabym jeszcze głośniej, ale niewątpliwie poskutkowałoby to wyrzuceniem mnie z biblioteki, a tego nie chciałam. Musiałam się skupić na misji. Miałam zadanie do wypełnienia i nie mogłam rezygnować, nawet jeśli przy okazji moje dobre (bądź jakiekolwiek inne) imię zostanie zbrukane.
W tym momencie jednak dziewczyna, która niewątpliwie była drugą częścią tematu tej konwersacji, podniosła głowę znad pergaminu (poczuła widocznie, że się o niej mówi) i oceniła:
– Zamknijcie się, idioci, przecież to dziewczyna starszego Blacka.
Poprawka, moje imię nie zostanie zbrukane, bo oficjalnie pozbawiono mnie imienia. Przestałam być Annie. Nie byłam nawet częścią Annie-i-Syriusza. Nie, byłam “dziewczyną (byłą) starszego Blacka”. Zostałam uprzedmiotowiona, przypisana komuś innemu jak podręcznik na eliksirach. Chciałam im coś powiedzieć, ale bałam się, że się rozpłaczę, jak tylko otworzę usta.
– Taka brzydka?
Łzy jednak napłynęły mi do oczu i nie mogłam ich powstrzymać. Tego dnia o jeden raz za dużo zdeptano mi serce. Odwróciłam się i uciekłam, choć wiedziałam, że na tym pergaminie znajduje się prawdopodobnie moja jedyna szansa na uratowanie Dunstana.
Jednak usłyszałam, że ktoś biegnie za mną!
– Czekaj – wysapało coś, co mnie goniło. – No czekaj na mnie!
Poczekałam. Ostatecznie odarto mnie już dziś z godności, podmiotowości i innych -ości. Co miałam do stracenia?
– No – powiedziało coś, gdy mnie w końcu dogoniło. Tym czymś okazała się być dziewczyna od wypracowania. – Powiesz mi, czemuś tak stała mi nad ramieniem? Przepraszam za chłopaków. Mają nie po kolei.
– Czytałam – powiedziałam nieco zachrypniętym głosem, a kiedy upewniłam się, że się nie rozpłaczę, odchrząknęłam i kontynuowałam: – To znaczy twoje wypracowanie, wiem, nie powinnam, ale naprawdę interesuję się tym tematem, a nigdzie nie mogłam znaleźć książek i…
Poczułam się naprawdę głupio.
– Trzeba było poprosić, obyłoby się bez przykrości. – Uśmiechnęła się do mnie zachęcająco. – Pożyczyć ci je? Naprawdę nie jest wybitne, wyciągam zadowalający co najwyżej i to tylko, jak mam dobry dzień…
– Naprawdę mi je pożyczysz? – pisnęłam.
Spojrzałam na dziewczynę z nadzieją i nieomalże czcią, jakby właśnie urosła w moich oczach do rangi bóstwa.
– Nie masz pojęcia, jak mnie to cieszy!
Przytuliłabym ją, gdybym nie bała się, że zgniotę pergamin, jeśli miała go w kieszeni.
– Spoko kalosze – odpowiedziała i podała mi zmasakrowany już lekko kawałek pergaminu. – Podrzuć go do jutra do Wspólnego Krukonów, dobrze?
– Jasne, dzięki!
Uśmiechnęłam się promiennie. Nie przyszło mi do głowy, by zapytać, gdzie dokładniej jest pokój wspólny Krukonów, ale uznałam to za tak niewielki problem, że aż niewarty wspominania w tak istotnej chwili. Oto trzymałam w rękach wiedzę o tym, jak odczarować medal! W końcu!
Czekała mnie długa noc.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s